Piraci z Karaibów: Klątwa Czarnej Perły

Pirate’s life for... you!

Autor: Piotr 'Rebound' Brewczyński

Piraci z Karaibów: Klątwa Czarnej Perły
Film ”Piraci z Karaibów”, który niedawno wszedł na Polskie ekrany, był bardzo niecierpliwie oczekiwany zarówno przez fanów szeroko pojętej fantastyki, jak i przez najzwyklejszych widzów, łaknących po prostu dobrej rozrywki. Jednak - "długo oczekiwany" coraz rzadziej pokrywa się z wyrażeniem "dobry" (a często nawet mu zaprzecza, jak miało to miejsce w przypadku nowego "Matrixa"), więc do samego końca miałem wątpliwości, czy też rzeczywiście jest na co czekać. Ale teraz powiem to z czystym sumieniem: warto było.

Bardzo dawno nie mieliśmy na srebrnym ekranie niczego, co traktowałoby o bezdennym temacie, jakim są piraci i ich przygody. ”Piraci z Karaibów” są, już przez sam dobór zagadnienia, miłym zaskoczeniem i odmianą. Jednak sam pomysł nie wystarczy. Na całe szczęście ten temat został opatrzony porządnym scenariuszem i interesującą fabułą. Otóż Elizabeth Swann (w tej roli - Keira Knightley) - córka gubernatora jednego z nadmorskich miast, we wczesnym dzieciństwie ratuje od śmierci pewnego chłopca, który jako jedyny ocalał z pirackiej rzezi. Chłopiec ma na szyi tajemniczy medalion, który dziewczyna skrzętnie chowa, obawiając się, że znajdujący się na nim symbol przyniesie chłopcu zgubę z rąk prawa. Po paru latach jednak medalion przypomina o sobie w drastyczny sposób, sprowadzając na miasteczko Elizabeth ponury okręt piracki - "Czarną Perłę", którego załoga dokonuje rzezi w samym mieście, a następnie porywa Elizabeth. Na pomoc wyrusza odratowany chłopak - Will Turner (uwielbiany ostatnio Orlando Bloom), zabierając ze sobą jedyną osobę, która może doprowadzić go do kryjówki Piratów - kapitana Jacka Sparrowa (genailny Johnny Depp). W trakcie wydarzeń wychodzi na jaw, że cała załoga "Czarnej Perły" obciążona jest starożytną, aztecką klątwą.

Już sama fabuła jest w stanie zachęcić każdego fantastę... A co film ma do zaoferowania normalnemu 'śmiertelnikowi' i typowej rodzinie? Przede wszystkim - swój nieodparty urok. Obraz jest po brzegi wypełniony wspaniałymi efektami specjalnymi, wizerunkami statków i portów (których często brakuje nawet w rasowych filmach morskich), urzekającymi i błyskotliwymi dialogami, pełnymi wesołych zwrotów i docinek, tak charakterystycznych dla pirackiej braci. Owe powiedzonka i wymiany zdań są niejednokrotnie śmieszniejsze, niż mogłoby się to wydawać na miejscu w filmie tego typu. To samo odczuwamy w przypadku niektórych scen i zdarzeń. Reżyser przez cały czas stara się pokazać widzom, że jego film to piracka przygoda w najlepszym wydaniu, wraz z walkami, morskimi pościgami i zdarzeniami, które w normalnej, szarej rzeczywistości nie miały by szansy na zaistnienie. Co najlepsze - wychodzi mu to w stu procentach (pewne przegięcie stanowi co prawda scena, w której Jack Sparrow zsuwa się po linie przy pomocy łańcucha od kajdanów, ale i to można podciągnąć pod pewien stereotyp filmów przygodowo-fantastycznych).

Jeśli chodzi o grę aktorską, to nie wolno nie wspomnieć o fenomenalnym Johnym Deppie, grającym ekscentrycznego kapitana Jacka Sparrowa. Nie chodzi tu tylko o sam styl wypowiedzi i grania, ale także o jedyne w swoim rodzaju gesty i mimikę twarzy. Pirat mieni się dzięki Deppowi wszystkimi kolorami tęczy i posiada niesamowitą, tak rzadką ostatnio u bohaterów filmów akcji, głębię. To samo zresztą można rzec o niemal wszystkich postaciach z filmu, nie wyłączając bohaterów drugoplanowych. Trochę blado wypada tylko sama Elizabeth Swann, niejednokrotnie grając inaczej, niż można się spodziewać (ale może i to było zamysłem reżysera).

Oprawa muzyczna i zdjęciowa to również istna bajka. Kamera zawsze jest tam, gdzie powinna, pozwalając nam karmić oczy wspaniałymi krajobrazami, jak i wizjami majestatycznych okrętów. Do tego wspaniała oprawa muzyczna Klausa Badelta, która pobrzmiewa w uszach jeszcze długo po wyjściu z kina.

Podsumowując – „Piraci z Karaibów” to moim zdaniem najlepszy film tego sezonu, bijący na głowę nawet "Bruce'a Wszechmogącego" (będącego jednak trochę innym typem obrazu), nie mówiąc już o słabym "Equilibrium". Powiem więcej - jeżeli tylko ktoś zagwarantuje mi tyle samo wkładu pracy w część następną, to z przyjemnością obejrzę sequel. A tymczasem wybiorę się na "Piratów..." po raz drugi...