Kongres

Piękne kłamstwa i gorzkie prawdy

Autor: Balint 'balint' Lengyel

Kongres
Stanisław Lem wielkim pisarzem był. Slogan, chociaż oczywiście zgodny z prawdą. Nieszczęśliwie, nasz najsłynniejszy autor powieści fantastycznonaukowych nie stał się natchnieniem dla producentów filmowych w Europie Zachodniej oraz Stanach Zjednoczonych, bowiem Solaris wiosny nie uczynił. Dlatego też warto zwrócić uwagę na Kongres, obraz inspirowany twórczością Lema.

Aktorka Robin Wright najlepsze lata swojej kariery ma już za sobą. Ostatnie produkcje z jej udziałem nie odniosły sukcesu, a i perspektyw na nowe angaże brak. Szansą na wielki powrót, a nawet na wieczne trwanie na wielkim ekranie jest zaskakująca propozycja "zeskanowania" aktorki oraz przekazania jej cyfrowego odpowiednika wytwórni filmowej. Pomysł z początku budzi stanowczy sprzeciw Robin, która ostatecznie przyjmuje ofertę udziału w eksperymentalnym przedsięwzięciu: wycofanie się na margines społeczeństwa w zamian za wynagrodzenie oraz nieprzemijającą popularność.

Kongres jest wynikiem współpracy międzynarodowej. W jego produkcję zaangażowało się kilka państw, między innymi Polska. Scenariusz filmu napisał pochodzący z Izraela Ari Folman, pełniący także obowiązki reżysera. Jedyny - chociaż jakże istotny - hollywoodzki wkład w dzieło to aktorzy, którzy znaleźli się na planie filmowym. Multikulturowość filmowego przedsięwzięcia jest bardzo widoczna w trakcie seansu, ale po kolei.

Ari Folman zabrał widzów w daleką podróż w niezbadane obszary ludzkiego umysłu i duszy. Podróż rodem z przygód Alicji w Krainie Czarów, gdzie ułuda zniewala i na zawsze pochłania osoby, które zakosztowały fikcyjnego Edenu. Czy w tym "matriksie" można jeszcze zachować ludzkie odruchy i uczucia? Czy iluzja potrafi zapewnić szczęście? Do jakiego stopnia koncerny - tak naprawdę którykolwiek z istniejących - mogą manipulować naszym życiem? W którym momencie domek z kart rozpadnie się, a rzeczywistość okaże się zmorą? Reżyser żongluje emocjami, przez większą część seansu nie dając widzowi ani chwili wytchnienia.

Robin Wright | Źródło: collider.com

Kongres porusza ponadto bardziej "przyziemne" problemy: pytania o godność zawodową, o granice których nie powinno się przekraczać w drodze po sukces i sławę. Stanisław Lem mógłby być zadowolony z interpretacji swojego opowiadania, jakże dalekiego od popkulturowych wydmuszek serwowanych współczesnym widzom. Jest to fantastyka naukowa w czystej postaci, w pełnej gamie kolorów: od zielonego koloru nadziei po czerń ryzyka związanego z postępem coraz częściej obecnego w życiu codziennym.

Kongres można podzielić na dwie podstawowe części: aktorską oraz animowaną. Obie – mimo iż tak różne w formie przedstawienia – są równie istotne dla kompozycji całości. Część aktorska wypada znakomicie. Zarówno Robin Wright (grająca samą siebie) jak i Harvey Keitel (Al) odgrywają swoje role bezbłędnie, każdą swoją miną, ruchem ciała, gestem, spojrzeniem, udowadniając wysokiej próby kunszt aktorski. Wtórują im w rolach drugoplanowych tylko odrobinę mniej przekonujący Paul Giamatti (dr Baker), Danny Huston (Dave) oraz Kodi Smit-McPhee (Aaron Wright). Tego ostatniego miłośnicy fantastyki mogą pamiętać z obrazu Droga.

Część aktorska pozbawiona jest niemalże znamion efektów specjalnych czy zapadającej w ucho ścieżki dźwiękowej. Na tym tle wyjątek stanowi scena skanowania Robin, będąca połączeniem niesamowicie plastycznego efektu wizualnego z udźwiękowieniem oraz domieszką rewelacyjnej gry aktorskiej. Stanowi ona perłę części aktorskiej filmu, mimo iż trwa zaledwie kilka minut. A mimo to zapada w pamięć. Następnie widzowie zostają przeniesieni w świat animacji, będącej jednym wielkim majakiem, ucieczką przed rzeczywistością, matriksem bez udziału maszyn. Kierunkiem, w którym ludzkość sama podążyła bez żadnego przymusu. Z początku można sądzić, iż wartkie dotychczas tempo akcji osłabnie, ale nic z tych rzeczy. Ari Folman zdecydowanie ma jasną koncepcję tego,  co chce przekazać widzom i w jaki sposób ma zamiar cel ów zrealizować.

Świat animowany | Źródło: collider.com

Animacja Kongresu przywodzi na myśl klasyczne już produkcje Walta Disneya z lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Sposób animacji, który trąci myszką, w niczym nie przypomina obecnych metod realizacji kreskówek, co samo w sobie jest niesamowitym żartem. Wszakże obraz jest o przyszłości... Fantazja, trzymana dotąd na wodzy, zrywa wiążące ją pęta. Na ekranie pojawia się mnóstwo sławnych postaci ze świata kultury, polityki czy religii. Identyfikacja każdej z nich może stanowić dla widza nie lada wyzwanie, ale i przynieść satysfakcję.

Groteskowy świat animacji to świat wypełniony po brzegi ludzkością, która porzuciła rzeczywistość pogrążając się w wiecznej rozrywce, serwowanej przez koncerny. Świat, z którego powrót jest niemalże niemożliwy, ale nawet jeśli sztuka ta powiedzie się, to wówczas i tak czeka rzeczywistość okrutna w swej szarości i braku perspektyw. Gdzie więc jest lepiej? Czy wolimy dawać się oszukiwać, pogrążając w wygodnym niebycie? Czy raczej być prawdziwym sobą w świecie, który prowadzi tak samo donikąd, jak rzeczony matriks? Pytań dostarcza reżyser. Do widza należy udzielenie odpowiedzi.

Kongres zaskoczył mnie i zachwycił swoją kompletnością w każdym elemencie. Wielopłaszczyznowość dzieła, nietuzinkowe kreacje aktorskie oraz sygnały, które wysyła do widza Ari Folman, czynią zeń pozycję obowiązkową dla fanów fantastyki naukowej, zdecydowanie wyróżniającą się spośród produkcji, które opuściły wytwórnie filmowe w roku 2013.