» Recenzje » Dzień niepodległości: Odrodzenie

Dzień niepodległości: Odrodzenie


wersja do druku
Dzień niepodległości: Odrodzenie
Kiedy w roku 1996 ludzkość z najwyższym trudem odparła inwazję kosmitów, możni ówczesnego świata zdawali sobie sprawę, iż mogła to być jedynie forpoczta poprzedzająca nawałnicę. Niestety nie mylili się.

Mimo założenia na księżycu oraz w okolicach Saturna wysuniętych placówek obronnych, potęga wroga przerosła najczarniejsze sny Ziemian. Gargantuicznych rozmiarów statek-matka spłynął z nieba wprost na niebieską planetę, skutecznie udaremniając wszelkie próby kontrataku. Upływający czas również nie jest sprzymierzeńcem ludzi, bowiem obcy natychmiast podejmują próbę przebicia się do jądra planety. Jeśli ta sztuka im się powiedzie, los ludzkości będzie przesądzony.

Po olbrzymim sukcesie Dnia Niepodległości jedynie kwestią czasu było powstanie kolejnego obrazu opowiadającego o zmaganiach Ziemian ze Żniwiarzami. Pierwotnie mówiono o prequelu, co było o tyle chwytliwym pomysłem, iż zaraz po premierze filmu, światło dzienne ujrzała również powieść traktująca o pierwszych odwiedzinach ponurych kosmitów na Ziemi. Ostatecznie twórca pierwowzoru, Roland Emmerich, zdecydował się na kontynuację bezpośrednio nawiązującą do pierwszej odsłony. Podobnie jak to miało miejsce u schyłku XX wieku, tak i obecnie data 2016 odzwierciedla datę rzeczywistą i filmową. Pomysł sam w sobie ciekawy i odpowiadający raz już przyjętej konwencji.

Samego Emmericha fanom kina science-fiction nie trzeba raczej przedstawiać. Twórca wysokobudżetowych hitów (Gwiezdne wrota, Pojutrze, 2012, Patriota) od roku 2009 był nieco nieaktywny w branży i można przyjąć założenie, iż Dzień Niepodległości: Odrodzenie miał być sposobem, który ponownie wyniesie go na same szczyty. Pomóc w tym miało zapewne grono doświadczonych scenarzystów: James A. Woods (Kod nieśmiertelności), Dean Devlin (Gwiezdne wrota), Nicolas Wright, James Vanderbilt (Niesamowity Spiderman). Wydawałoby się, iż produkcja takiej grupy jest skazana na sukces, a tymczasem...  Recenzję najlepiej byłoby uciąć w tym miejscu, a z kina wyjść po napisach początkowych.

Niestety, król jest nagi, król tego nie widzi, król paraduje przed tłumami afiszując się swoją golizną. A towarzyszy mu grupa równie roznegliżowanych błaznów. Skąd taka ostra ocena? Przede wszystkim scenariusz: żenująco wręcz słaby i jeszcze gorzej wykonany. Każda scena jest przewidywalna, a zakończenie oczywiste jeszcze przed rozpoczęciem seansu, co raczej nie dziwi i nie powinno być zaskakujące. Ale wszystko co widz znajdzie w środku jest farsą: sztuczne dialogi, nieśmieszne żarty, Ziemianie popełniający na początku wszelkie możliwe błędy, później zaś doświadczający samych szczęśliwych przypadków oraz wszędobylski patos ujęty w banalne zdania. Obraz Emmericha obraża inteligencję widza w każdej możliwej scenie.

Wrażenie tragedii pogłębiają aktorzy, wśród których widzowie tym razem nie znajdą Willa Smitha. Nie zmienia to jednak faktu, iż obsada jest mocna: Jeff Goldblum, Bill Pullman, Judd Hirsch i Brent Spiner to aktorzy dobrze znani z pierwszej części. Dołączyli do nich: William Ficher (Helikopter w ogniu), Sela Ward (Dr House, CSI: NY) oraz młodzi aktorzy Maika Monroe, Liam Hemsworth, Jessie T. Usher. Z powyższego Grona jedynie Judd Hirsch nie zawodzi, zdecydowanie dobrze bawiąc się na planie zdjęciowym. Niestety męczarnie pozostałych aktorów stają się udziałem również widzów. Szczególnie żal Williama Fichera, jakby świadomego miałkości spektaklu. Czasami aktorzy są w stanie nadrobić w pewnym stopniu miałkość scenariusza. Tutaj niestety nie mają okazji zaprezentować widzom swoich umiejętności.

Od strony audio-wizualnej obraz prezentuje się całkiem przyjemnie, a w 1996 roku obraz zapewne zachwyciłby szeroką publiczność. Cyfrowe animacje dopracowane zostały z pietyzmem, a duży akcent położono na futurystyczne wyposażenie Ziemian, mocno odbiegające od tego znanego z pierwowzoru. Mimo to na tle poprzednich, iście epickich, dokonań Emmericha film prezentuje się co najwyżej poprawnie, co na pewno nie jest jakimkolwiek argumentem za spędzeniem dwóch godzin będąc wpatrzonym w ekran. Zagłada Ziemi wygląda epicko, ale tego wszystkiego widzowie doświadczyli zarówno w Pojutrze, jak i 2012Dzień Niepodległości: Odrodzenie nie posiada niestety żadnych atutów: jest miałki i trywialny w swojej treści, przewidywalny do bólu, a do tego bardzo słabo zagrany. Planując spędzenie czasu z kinem science-fiction zdecydowanie lepiej sięgnąć po klasykę gatunku, taką widzianą kilkanaście razy i raz jeszcze poświęcić jej czas. A Dzień Niepodległości: Odrodzenie lepiej ominąć.

2.0
Ocena recenzenta
3.12
Ocena użytkowników
Średnia z 4 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0

Dodaj do swojej listy:
chcę obejrzeć
kolekcja
Tytuł: Dzień niepodległości: Odrodzenie (Independence Day: Resurgence)
Reżyseria: Roland Emmerich
Scenariusz: James A. Woods, Nicolas Wright, Carter Blanchard
Muzyka: Harald Kloser, Thomas Wanker
Zdjęcia: Markus Förderer
Obsada: Liam Hemsworth, Jeff Goldblum, Bill Pullman, Judd Hirsch, Charlotte Gainsbourg, Sela Ward, Vivica A. Fox, Brent Spiner, Jessie Usher, Maika Monroe, William Fichtner,
Kraj produkcji: USA
Rok produkcji: 2016
Data premiery: 24 czerwca 2016
Dystrybutor: Imperial - Cinepix



Czytaj również

Grand Budapest Hotel
Pokój z widokiem na przygodę
- recenzja
Jej pierwszy raz
Szaleństwa niegrzecznej dziewczynki, czyli femme fatale w młodocianej wersji
- recenzja
Terminator: Ocalenie
Ja, robot?
- recenzja
Ostrza chwały
Faceci na łyżwach
10,000 B.C.
Flinstonowie z Karaibów
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.