» Recenzje » Coś

Coś


wersja do druku
Coś
Strach, paranoja, niepewność i mroźny klimat Antarktydy. Tego wszystkiego i wiele więcej możemy doświadczyć oglądając Coś Johna Carpentera z 1982 roku. Film okazał się ogromnym hitem, zapisując się w historii kina nawet wyraźniej niż starszy o trzydzieści jeden lat horror Istota z innego świata w reżyserii Howarda Hawksa, który posłużył mu za pierwowzór. Niestety, prequel tego kultowego obrazu, za realizację którego wziął się Matthijs van Heijningen Jr., daleki jest od doskonałości obu wcześniejszych dzieł.

W filmie Carpentera grupa Amerykanów nieświadomie natrafia na tytułowe "coś". O nieznanym organizmie dowiadują się z zapisków wideo, jakie pozostawiła w stacji badawczej grupa Norwegów. Prequel Matthijsa van Heijningena Jr.-a opowiada o tym, co dokładnie stało się z Norwegami i doprowadziło do spalenia stacji badawczej, w której odkryto zdeformowane ciała.

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę

Fabularnie film nie zachwyca, choć niewątpliwą zaletą jest to, że reżyser nie zdecydował się na nakręcenie niepotrzebnego remake'u, ale próbował stworzyć własną opowieść. No właśnie – "próbował", ale niestety z marnym skutkiem. Cała historia się powtarza, a bohaterowie popełniają te same błędy. Film pełen jest scen analogicznych względem pierwowzoru, czego przykładem może być ujęcie, w którym członkowie załogi stoją wokół spalonego "cosia" i zastanawiają się, co dalej zrobić. Nie brak w nim również absurdów, jak chociażby zwerbowanie do załogi młodej Amerykanki o aparycji dziecka, czy posługiwanie się angielszczyzną wśród norweskiej ekipy.

Reżyserowi nie udało się także odtworzyć specyficznego klimatu. W wersji Carpentera niedookreślenie stwora było niewątpliwym elementem budowania napięcia i strachu. Fakt, że był on organizmem mogącym imitować inne, dawał szerokie pole dla budowania uczucia lęku, podejrzeń i rosnącej nieufności wśród bohaterów. W tym przypadku od początku znamy naturę potwora, który zamiast w ukryciu czaić się na ofiary, rzuca się za nimi w pościg. Jedna z tego typu scen wzbudziła we mnie skojarzenie z Parkiem Jurajskim, gdzie welociraptory polują na bohaterów w kuchni. Szkoda więc, że reżyser nie pokusił się o troszeczkę tajemnicy, choćby na potrzebę zdobycia nowych widzów.

Uznanie należy się natomiast producentom prequela. Marc Abraham i Eric Newman zadbali między innymi o to, by każdy szczegół scenografii został dopracowany. Mamy więc dokładnie odtworzoną stację badawczą, w której pełno jest zużytych przedmiotów. Na stołach znajdują się butelki norweskich alkoholi, widzimy mikroskopy najprostszego typu, a w budynku gospodarczym stoi kilka żółtych ratraków. Niemniej, rekwizyty te to zdecydowanie za mało, by odtworzyć ów niesamowity klimat obrazu sprzed lat, zwłaszcza że w nowym utworze brakuje podstawowego elementu, czyli przerażającego stwora.

"Coś" sprawia wrażenie – nomen omen – czegoś sztucznego i raczej ciężko się go przestraszyć. Oryginalny potwór był naturalistyczny, ohydny, pokryty krwią i innymi lepkimi substancjami. Nowe monstrum jest mało przekonujące i daleko mu do dziwnej istoty stworzonej z psich języków i kłów.

Jedynym aspektem, który momentami przenosi nas w arktyczny klimat i pozwala doświadczyć namiastki lęku bohaterów, jest muzyka Marco Beltramiego, nawiązująca w charakterystyczny sposób do ścieżki Ennio Morricone.

Nienajgorzej wypadła też główna bohaterka. Mary Elizabeth Winstead wnosi nową jakość względem oryginału, gdzie mieliśmy do czynienia z męska ekipą. Zdaje się, że Kate Lloyd ma jeszcze mniej skrupułów niż Kurt Russell. Jako jedyna myśli logicznie, podejmuje chłodne kalkulacje i nie waha się zabić osoby podejrzanej o zakażenie. Reszta postaci wypada słabo. Co prawda, udaje im się wywołać w widzach uczucie niepewności w sprawie tego, kto jest zainfekowany, ale średnio przekłada się to na wytworzenie paranoicznej atmosfery. Ich działanie jest przewidywalne, a sama kreacja ogranicza się do odtworzenia stereotypowych wizerunków znanych z kina, na przykład milczka czy nadętego naukowca.

Zakończenie filmu również nie zostało w pełni przemyślane. Sam koniec w zasadzie w żadnym stopniu nie nawiązuje do wersji Carpentera. Dopiero w epilogu historie, jakby na siłę, zostały połączone, przez co obraz można uznać za prequel kultowego horroru. Jeśli jednak jesteście zwolennikami konsekwentnie budowanych, spójnych fabuł, nie będziecie usatysfakcjonowani.

Coś Matthijsa van Heijningena Jr.-a to typowy średniak, który jednak na tle innych produkcji (np. kolejnej części Piły) i tak wypada nieźle. Jeśli przymknąć oko na wszystkie jego niedociągnięcia i błędy, a na czas projekcji zapomnieć o filmie Carpentera, ogląda się go w miarę bezboleśnie. To zupełnie inny pomysł na opowiedzenie podobnej, choć też nieco innej historii. Bez konfrontacji z klasyką, jaką stał się obraz sprzed trzech dekad, nowe Coś okazuje się przykładem prostej, względnie znośnej rozrywki bez większych ambicji i jako taka nawet się sprawdza.
5.0
Ocena recenzenta
6.47
Ocena użytkowników
Średnia z 17 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 1

Dodaj do swojej listy:
chcę obejrzeć
kolekcja
Tytuł: The Thing
Reżyseria: Matthijs van Heijningen Jr.
Scenariusz: Eric Heisserer
Muzyka: Marco Beltrami
Zdjęcia: Michel Abramowicz
Obsada: Mary Elizabeth Winstead, Joel Edgerton, Eric Christian Olsen, Adewale Akinnuoye-Agbaje, Paul Braunstein, Trond Espen Seim, Kim Bubbs
Kraj produkcji: USA
Rok produkcji: 2011
Data premiery: 9 grudnia 2011
Dystrybutor: Kino Świat



Czytaj również

Czerwona jaskółka
Wywiad to ludzie
- recenzja
Pompeje
Gra o życie
- recenzja
The Last Days on Mars
Space zombies
- recenzja
Thor: Mroczny świat
Piorunujące poczucie humoru
- recenzja
Wróg numer jeden
Surowy obraz o walce z terrorem
- recenzja
Scott Pilgrim kontra Świat
Zagraj w Scotta Pilgrima
- recenzja

Komentarze


~ShadowOfDeath

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+1
"popełniają te same błedy"

Sorry, ale wytykanie tego to niedorzeczność - ta Rzecz dzieje się przed pierwszą Rzeczą - oryginalny pierwszy kontakt - jak niby mają się zachowywać skoro ani nie wiedzą z czym mają do czynienia ani że to jest groźne :P

I po jakiemu mają mówić? Po aramejsku jak w Pasji? Przecież to film w pierwszej kolejności dla angielskojęzycznej widowni, litości o.O
05-08-2012 13:32
AdamWaskiewicz
   
Ocena:
0
W pierwszej Rzeczy Norweg jakoś mówił po norwesku. A Amerykanom znane chyba jest taki wynalazek jak napisy.
14-08-2012 11:28

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.