Batman: Zabójczy żart

Dowcip, który nie wyszedł

Autor: Marcin 'Karriari' Martyniuk

Batman: Zabójczy żart
Od premiery komiksu Zabójczy żart minęło już niemal trzydzieści lat, lecz mimo upływu lat, wciąż posiada status pozycji kultowej wśród fanów tak Batmana, jak i komiksów w ogóle. Dzieło Alana Moore’a i Briana Bollanda, to nadal jedna z najwybitniejszych historii prezentujących niełatwą relację Batmana i Jokera. Czy animacja na jego podstawie jest równie godna uwagi?

Scenarzystą całości został Brian Azzarello, nagrodzony wraz z Eduardo Risso nagrodą Eisnera za Co ma wisieć nie utonie, jedną z historii wchodzących w skład cyklu 100 naboi. Z kolei reżyserią zajął się Sam Liu, odpowiedzialny za szereg superbohaterskich animacji, w tym Batman: Rok Pierwszy. Zdecydowanie nie należą oni do osób anonimowych dla miłośników komiksu, co można było odczytać jako dobry prognostyk dla przedsięwzięcia. 

Fanów oryginału z pewnością jednak zaskoczy już sam wstęp. Otóż jedna trzecia historii została poświęcona Batgirl i jej znajomości oraz współpracy z Batmanem. Zamysł był prosty – skupić uwagę widza na więzi łączącej Batgirl i Batmana, a walkę z przestępczością przenieść na drugi plan. Autorzy dorzucili narcystycznego złoczyńcę pragnącego przejąć władzę w półświatku przestępczym. Efekt? Nie najlepszy. O ile stosunki dwójki bohaterów są do przełknięcia, mimo ich przewidywalności, to już zadufany w sobie młokos irytuje. Największym problemem pozostaje jednak nikłe powiązanie tego fragmentu z daniem głównym i twórcy niewiele straciliby, rezygnując z nudnego preludium. Można zrozumieć chęć wydłużenia projekcji do długości zwykłych filmów, w końcu objętość albumu ledwie przekraczała 60 stron, ale nietrudno zauważyć, że fabuła jest miałka a wątek miłosny zarysowany pobieżnie, co sprawia, że w rezultacie Batgirl wcale nie zyskuje dzięki niemu w oczach widza.

Dalej jest już nieco lepiej. Fabuła Zabójczego żartu wykracza poza zwykłe starcie dwóch potężnych rywali stojących w przeciwnych narożnikach. Joker stara się udowodnić, że granica pomiędzy normalnością a szaleństwem jest niezwykle cienka i wystarczy jeden zły dzień, aby ją przekroczyć. Z tego też względu atakuje Komisarza Gordona i jego córkę Barbarę, by ten pierwszy również doznał obłędu. Naturalnie z pomocą przyjdzie im Nietoperz, lecz od razu trzeba dodać, iż Zabójczy żart nie jest nastawiony na brawurową akcję i heroiczne wyczyny Batmana.

Najistotniejsze pozostaje pytanie o naturę szaleństwa, którego ofiarą mogą stać się również postacie pozytywne. Batman jest przekonany, że jego duet z błaznem nie może zakończyć się inaczej, niż śmiercią jednego z nich z rąk rywala. Nietoperz w charakterystyczny dla siebie sposób stara się przeciągnąć Jokera na dobrą stronę, co stawia również pytania o kierujące Batmanem zasady nie pozwalające mu na więcej niż pokiereszowanie antagonisty. Ich trudna, ale i intrygująca, nierozerwalna relacja zostaje podsumowana finałowym żartem, doskonale oddającym charakter ich walki i nieudolne próby zawrócenia Jokera ze ścieżki obłędu.

Podobnie jak komiks, animacja pokazuje nam genezę Jokera, jako niebezpiecznego i oszalałego żartownisia, który niegdyś był zupełnie inną osobą i stanowił znacznie mniejsze zagrożenie dla otoczenia. Retrospekcje, spełniające swą rolę w komiksie, tracą siłę przekazu w animacji. Problem dotyczy zresztą całego filmu – wprawdzie nadaje kilku scenom dynamiki, chociażby podczas walki i bardziej nastawionej na tanią efektowność część o Batgirl, ale wszystkie inne kadry sprawiają już wrażenie pozbawionych iskry. Statyczne rysunki i barwy użyte zarówno przez Briana Bollanda, jak i te bardziej oderwane od rzeczywistości, lecz lepiej pasujące do niepowtarzalnego charakteru albumu, Jacka Higginsa, były o wiele bardziej nastrojowe, a ponury i psychodeliczny - szczególnie w wesołym miasteczku - klimat świetnie oddawał atmosferę całej opowieści.

Niestety twórcy dostosowali oprawę wizualną do wcześniejszych animowanych produkcji o Nietoperzu, w tym serialu z lat 90. W efekcie, film animowany nie robi tak dużego wrażenia, a unikalna atmosfera komiksu rozmywa się przez słabe, przygaszone odcienie i kadry, które wprawione w ruch straciły swą moc. Można dyskutować, czy skutek byłby lepszy, gdyby twórcy zdecydowali się na większą ingerencję w komiks i przykładowo dodali trochę więcej autorskich plansz, nie ograniczając się jedynie do tych z zeszytu. Sądząc jednak po wstępie z Batgirl w roli głównej, mogli w ten sposób więcej zepsuć niźli naprawić.

Strona dźwiękowa prezentuje się lepiej, w dużej mierze dzięki duetowi aktorów po raz kolejny podkładających głosy pod postacie Batmana i Jokera. Kevin Conroy i Mark Hamill dają radę, a niewiele słabiej prezentuje się muzyka. Oczywiście, mówimy tu o animacji, nie zaś dużej produkcji w stylu filmów Tima Burtona czy braci Nolan, więc nikt nie powinien oczekiwać utworów tej samej klasy, co dzieła Hansa Zimmera z trylogii o Mrocznym Rycerzu. Mimo to, dobrze spełniają swą rolę i pozostają dopasowane do wydarzeń mających miejsce na ekranie.

To, co robiło świetne wrażenie na planszach komiksu, gubi wiele swych zalet po przeniesieniu na ekrany. Lżejszy klimat, mniej psychodelicznych wrażeń podczas seansu i zbędny wstęp poświęcony Batgirl, sprawiają że wysokie oczekiwania rozbijają się o kulawą realizację niezwykłego materiału wyjściowego. Miast wybierać się na pokaz, o wiele lepiej uczynicie sięgając po sam album. Przekonajcie się sami, jak brzmi prawdziwie Zabójczy żart.