» Teksty » Artykuły » American Horror Story

American Horror Story


wersja do druku

Jankeskie strachy

Autor: Redakcja: Kamil 'New_One' Jędrasiak

American Horror Story
Serial w klimacie typowego horroru? O nawiedzonym domu? Jak przez cały sezon można wykorzystywać tak wyświechtany motyw? A jednak można – i to z powodzeniem. Piotr 'Ramzes' Mrowiec z Pulpozaur.pl zaprasza na amerykańskie wędrówki po konwencji horroru.

Jaki obraz wyłania nam się w świadomości na dźwięk słowa "horror"? Maniak biegający po ekranie z maczetą i mordujący wszystkich za wyjątkiem głównego bohatera? Blade azjatyckie dzieci, czające się w telewizorach albo na strychach? Klown ukrywający się pod łóżkiem? A może ciemne pomieszczenie ze skrzypiącą podłogą i niedomkniętymi drzwiami? Jakiekolwiek byłoby to skojarzenie, jedno nie ulega wątpliwości – dobry horror umiejętnie wykorzystuje nasze lęki oraz fobie i sprawia, że na moment przedmioty codziennego użytku przestają być takie zwyczajne, a my zapominamy, że w rzeczywistości w naszych szafach nie ma już za bardzo miejsca na nowe ubrania, a co dopiero na potwora. Strefa komfortu widzów gwałtownie się zatem kurczy, ale to przecież z własnej, nieprzymuszonej woli każdego z nas. W końcu przecież lubimy się bać, o czym świadczy niesłabnąca popularność domów strachów i samych horrorów.

Te natomiast są dość wymagającym gatunkiem. Makabrę od śmieszności dzieli często niewiele, a przy tym widza łatwo zniechęcić - czy wręcz znudzić - wymuszonymi chwytami. Dobry film grozy to podobno taki, w którym do pewnego czasu nic spektakularnego się nie dzieje, ale klimat jest tak gęsty, że w momencie pojawienia się na ekranie jeża pewna część garderoby wymaga wymiany. Potem zaś, jak u Hitchcocka, robi się jeszcze "gorzej". Takie zresztą dzieła preferuję i chociaż od kilku lat trudno mnie przestraszyć za pomocą filmu czy serialu, to zdecydowanie wolę te produkcje, w których serce bije mi szybciej z powodu tego, co niedopowiedziane, od tych, w których po ekranie latają jelita. Do tego uwagę i napięcie widza należy utrzymać na względnie wyrównanym poziomie przez cały film, co wcale do zadań prostych nie należy. Dlatego też początkowo byłem nieco sceptycznie nastawiony do American Horror Story. Serial w klimacie typowego horroru? O nawiedzonym domu? Jak przez cały sezon można wykorzystywać tak wyświechtany motyw? A jednak można - i to z powodzeniem. Zacznijmy jednak od początku...

American Horror Story to serial stworzony przez Ryana Murphy'ego oraz Brada Falchuka, czyli autorów Glee (nie wyobrażam sobie dwóch bardziej odmiennych od siebie tytułów). W zamyśle ma on być telewizyjną antologią amerykańskiej grozy. Każdy sezon opowiada o czymś innym, ma różnych bohaterów - choć częściowo tych samych aktorów - i operuje odmiennymi środkami, by przestraszyć widzów. Wszystkie natomiast są silnie zakorzenione w amerykańskiej tradycji oraz historii i wykorzystują znane od lat motywy z horrorów, podań czy nawet miejskich legend. Twórcy jednakże serwują to w tak świeżym i niespodziewanym wydaniu, że nie sposób nie pokiwać głową z uznaniem.

Pierwszy sezon American Horror Story, o podtytule Murder House, opowiada losy rodziny Harmonów, która przeprowadza się do nowo zakupionego, starego domu w Los Angeles. Początkowy zachwyt i radość z rozpoczęcia nowego etapu w życiu zaczynają powoli przeradzać się w zdezorientowanie i niepokój, kiedy okazuje się, że osiągnięcie rodzinnej sielanki nie jest wcale takie proste. Sąsiadka, Constance, staje się dla bohaterów niezbyt mile widzianym gościem (do tego zdaje się wiedzieć więcej, niż mówi), przemiła pokojówka ma niejako dwa oblicza, a na strychu znajduje się lateksowy kostium rodem z sadomasochistycznych zabaw. Sam dom okazuje się cieszyć dość ponurą sławą nawiedzonego budynku, którego właściciele ginęli w dziwnych, często nieprzyjemnych okolicznościach. Do tego posiadłość przyciąga całą rzeszę oryginałów i psychopatów. Wszystko to stanowi jedynie przedsmak wydarzeń zaprezentowanych w ciągu dwunastu odcinków.

Drugi sezon natomiast, Asylum, dotyczy szpitala psychiatrycznego prowadzonego przez siostry zakonne. Główna bohaterka to dziennikarka Lana Winters, która podczas próby zdemaskowania złej opieki ze strony sióstr sama staje się pacjentką (a jednocześnie więźniem). Poznajemy również między innymi psychologa, który sam potrzebuje terapii, lekarza wyglądającego łudząco podobnie do nazistowskiego medyka z Auschwitz oraz pacjentów, spośród których część to psychopaci, a część trafiła do ośrodka niesłusznie. Znalazło się również miejsce dla seryjnego mordercy o chwytliwym przydomku "Bloody Face". W tle natomiast przewija się również wątek porwania przez Obcych.

Jak więc widać, spory miszmasz i generalnie nic, z czym byśmy się nie zetknęli wcześniej w horrorach - a jednak seans jednego odcinka daje się porządnie we znaki i wpływa na nasze nerwy. Po pierwsze od samego początku w serialu wyczuwa się niesamowity klimat, od którego kipi już czołówka. Pierwszy sezon być może nie był jeszcze aż tak "duszny" pod tym względem, ale i tak trup ścielił się dość gęsto, zaś twórcy co jakiś czas mocno zaskakiwali widzów i sprawiali, że pewne rozwiązania należało co rusz interpretować nieco inaczej. Do tego przez ekran przewijały się postacie dalekie od zwyczajowych obrazków w amerykańskiej telewizji - ani młodzi, ani tym bardziej piękni ludzie.

Drugi sezon, z kolei, to już istna "jazda bez trzymanki". Utrzymany jest w klaustrofobicznym, nyktofobicznym tonie, gdzie w zasadzie każdy pojedynczy element może posłużyć za straszak, a losu żadnej z postaci nie da się uznać za bezpieczny. Wszystko bowiem, jak u Martina, może się w mgnieniu oka obrócić o sto osiemdziesiąt stopni. Miejsce akcji jest wybitnie wręcz niegościnne - ciemno, ciasno, nieprzyjemnie, a wśród wyposażenia bohaterów między innymi pejcze, skórzane pasy, skalpele i cała masa innych ostrych narzędzi. Do tego mnóstwo zdeformowanych, brzydkich, budzących autentyczny lęk postaci ludzkich (czy raczej humanoidalnych) i wiele naturalistycznych scen. I chociaż American Horror Story generalnie nie powoduje, że podskakujemy na fotelach po nagłym pojawieniu się mordercy na ekranie, to osobom wrażliwym sugeruję seans w towarzystwie, bo ukrzyżowany bohater, maska z ludzkiej skóry czy aborcja wykonywana kawałkiem drutu wyglądają naprawdę realistycznie i momentami przerażająco.

Nie tylko tu jednak należy upatrywać źródeł sukcesu serialu. Bardzo mocną jego stroną jest sposób prowadzenia akcji. Scenarzyści niezwykle umiejętnie stosują retrospekcje z życia bohaterów, a także sprawnie przeskakują po różnych płaszczyznach czasowych (liczonych w dekadach) w ramach prezentowania fabuły. Wydarzenia w Murder House rozgrywają się głównie współcześnie, ale z historią tytułowego morderczego domu i jego właścicieli cofamy się aż do lat dwudziestych XX wieku. W Asylum natomiast akcja toczy się przede wszystkim w latach sześćdziesiątych minionego stulecia, ale i tym razem zaglądamy zarówno w przeszłość (wraz ze wspomnieniami bohaterów), jak też w przyszłość, do czasów dzisiejszych. Poza tym, co ważne, wszystko ładnie się ze sobą łączy i wszelkie powiązania między bohaterami czy wydarzeniami zostają nierzadko przypomniane w najmniej oczekiwanych momentach.

fot. BeyondHollywood.com

Warto również zauważyć, że przy wykorzystaniu tak oklepanych wątków, jak nawiedzony dom czy seryjny morderca, nie da się uniknąć podobieństw, nawet mimowolnych, do klasyków horroru (ale nie tylko). Stąd też, jeśli komuś podczas seansu przyjdzie na myśl LśnienieEgzorcystaTeksańska masakra piłą mechanicznąDziecko Rosemary czy chociażby Mechaniczna pomarańcza lub Lot nad kukułczym gniazdem, zapewne skojarzenie będzie słuszne. Jednakże inspiracje konkretnymi tytułami ani trochę nie przytłaczają - to raczej subtelne puszczenie oka do widzów, pokazujące, że twórcy dzieła i jego odbiorcy porozumiewają się tym samym kodem kulturowym, znają te same utwory. W przypadku części motywów, które pojawiały się dotąd w dziesiątkach tytułów, trudno już jednak o takie subtelności. Jak bowiem opowiadać o duchach bez wykorzystywania metod i schematów, które znamy od trzydziestu, czterdziestu lat?

Myliłby się jednak ten, kto pomyśli, że American Horror Story to serial nastawiony jedynie na wzbudzanie niepokoju i straszenie mniej lub bardziej wysublimowanymi metodami. Przypominam, że to panowie od moralizatorskiego Glee, więc i tu nie zabrakło rozważań dotyczących współczesnych problemów zarówno jednostki, jak i społeczeństwa, wraz z nakreśleniem licznych relacji pomiędzy nimi. Serial bierze więc na warsztat zagadnienia takie chociażby, jak poczucie wyobcowania w tłumie, depresje nastolatków, masakry w szkołach przy użyciu broni palnej, homoseksualizm i jego postrzeganie, związki, nazwijmy je, mezaliansowe czy rola rodziców w życiu dzieci. W American Horror Story jednakże, kwestie te zostały moim zdaniem podane w sposób bardziej strawny aniżeli w Glee. W Asylum zresztą Murphy i Falchuk zastosowali ciekawy wybieg, umiejscawiając większość akcji w czasach (wspomnianych latach sześćdziesiątych), kiedy gejów i lesbijki "leczono" wstrząsami elektrycznymi, a na związek między osobą biało- i czarnoskórą nadal patrzono z odrazą. Tak więc wyraźny kontrast między tym, co niegdyś, a tym, co teraz, siłą rzeczy zachęca do refleksji lub wręcz rozpoczęcia dyskusji na ten temat.

Na koniec wypada wreszcie napisać parę słów o pewnym niezwykle wartościowym aspekcie serialu, a wręcz jednym z jego najmocniejszych punktów – aktorstwie. Wśród obsady obydwu sezonów znaleźli się między innymi: fantastyczna Jessica Lange, Evan Peters, Sarah Paulson, niepokojący Zachary Quinto czy Frances Conroy. W Murder House partnerowały im natomiast chociażby Connie Britton oraz Taissa Farmiga, zaś w Asylum James Cromwell, Joseph Fiennes czy Ian McShane, który absolutnie skradł każdą scenę, w jakiej się pojawił. American Horror Story to dla wielu z nich duże wyzwanie, ponieważ nie dość, że z sezonu na sezon grają całkowicie różne charaktery (Dylan McDermott, na przykład, z szanowanego psychologa w Murder House przeistocza się w psychopatycznego mordercę w Asylum), to również w trakcie jednego roku poszczególni bohaterowie przechodzą olbrzymie metamorfozy (na przykład bojaźliwa i wstydliwa siostra zakonna stająca się wyuzdaną femme fatale po opętaniu przez diabła). I jak dobrze im to wychodzi!

Oczywiste, że nie nie każdemu z obsady przypisać można wybitność, ale zasadniczo poniżej pewnego przyzwoitego poziomu nikt nie schodzi. Wszyscy są niezwykle sugestywni w swoich rolach (chociaż do Connie Britton jakoś nie mogłem się w pełni przekonać) i mam wrażenie, że z każdym nowym odcinkiem czy miesiącem czują się na planie coraz swobodniej. Poza tym, nie czeka ich zmęczenie postacią, bowiem co roku grają nową. Wydaje mi się przy tym, że American Horror Story ma obecnie w telewizji najsolidniejszą obsadę - a przecież liczną! - i dlatego tak przyciąga. W dodatku, w trzecim sezonie pojawi się między innymi Kathy Bates, więc może zrobić się jeszcze bardziej "soczyście". Słynna scena z Misery z jej udziałem cały czas wywołuje we mnie mimowolny odruch wzdrygnięcia.

Tak jak napomknąłem, w horrorach przedkładam klimat nad nadmierne wykorzystywanie krwi. Ja nie chcę przestraszyć się odciętej głowy, tylko świeżo po seansie poczuć się niepewnie po zmroku i z obawą oglądać się za siebie w ciemnym korytarzu. Chcę także zobaczyć coś, co znacznie wykracza poza moją strefę komfortu - poza to, co znane i rozumiane. To właśnie dostawałem w American Horror Story i to niemalże w każdym odcinku. W dodatku w momentach, gdy wydawało się, że twórcy już naprawdę osiągnęli limit makabry i bawienia się schematami, okazywało się, że mają jeszcze parę asów w rękawie.

Czy wspominałem już, że w pierwszym sezonie był Antychryst?

Tekst ukazał się pierwotnie w serwisie Pulpozaur.pl




Czytaj również

Glass
Bohaterowie są wśród nas
- recenzja
Zakonnica
Za dużo horroru w horrorze?
- recenzja
John Wick 2
Człowiek niezłomny, oddany i zdeterminowany
- recenzja
Widzieliśmy Legion
Co jest prawdziwe?
- recenzja
Star Trek: W nieznane
Przygoda trwa dalej
- recenzja
Widzieliśmy Outcast: Opętanie
Demoniczna groza
- recenzja

Komentarze


Gruszczy
    Pierwszy sezon straszy przez pierwsze 3 odcinki
Ocena:
0

Potem robi się z tego Supernatural Drama.

Trzeci sezon nie straszy w ogóle, a ze względu na Nowy Orlean przypomina True Blood.

Dupy to nie urywa.

06-11-2013 00:17

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.