» Artykuły » Raporty bitewne » [WFB] Nieproszeni goście

[WFB] Nieproszeni goście


wersja do druku

Imperium przeciw Leśnym Elfom

Autor: Redakcja: Aleksandra 'Zsa-Zsa' Tomicka
Ilustracje: Piotr 'CE2AR' Stachurski

[WFB] Nieproszeni goście
Wyprawa

"– Gustawie Martinez! Jest pan oskarżony o zignorowanie rozkazów, znieważenie przełożonych, tchórzostwo, podjudzanie do buntu, bunt i zdradę.
"Pan"? Wczoraj mówili per "dziesiętnik szermierzy", czyżby to kres mojej wojskowej kariery?
– Imperium jest państwem prawa – ciągnął kapłan Vereny. – Dlatego zebraliśmy się tu ustalić prawdę i dokonać sprawiedliwego osądu. Jeśli życie panu miłe, przysięgając na wszystkich bogów prawości, proszę opowiedzieć o szczegółach ekspedycji, w której Czasu Lata, roku 2522, pan uczestniczył.
Trzeba ostatecznie pogodzić się z rolą kozła ofiarnego."




Las Cieni przytłaczał. Plątanina kłujących zarośli, poskręcanych gałęzi i korzeni wyrastała z oparów gęstej mgły. Choć cesarscy kartografowie uważali inaczej, to miejsce nigdy nie należało do terytorium Imperium. Żołnierze w biało-czarnych mundurach byli tu intruzami, a puszcza robiła wszystko, by pozbyć się nieproszonych gości.

"– Jakie straty ponieśliście w pierwszym tygodniu? – przerwał jeden z czcigodnych sędziów.
– Sześciu zabitych i siedemnastu rannych. Uprzedzając następne pytanie: nie zdołaliśmy dopaść żadnego sprawcy, nawet nie wiedzieliśmy z kim mamy do czynienia.
– I to był powód rebelii?
"Rebelia"? Brzmi groźnie, za "bunt" tylko wieszają, a co mi grozi za "rebelię"?"


Szli przez obóz z obnażoną bronią, co krok pochód powiększał się o kolejne oddziały: szermierze, halabardziści, kusznicy, milicjanci z ochotniczych kompanii. Martinez nie czuł się dobrze w roli przywódcy, a już szczególnie w roli przywódcy buntu. Kto stanie po stronie tej przeklętej wiedźmy? Jej przydupas, kapitan Miller, rajtarzy. Jak postąpi gwardia elektorska?

Pięć par luf opadło w stronę buntowników, okrzyki kapitana mieszały się ze szczękiem oręża. Obie grupy stanęły twarzą w twarz.
– Chcemy zadać kilka pytań dowódcy, za przyzwoleniem pana kapitana.
– Odpowiem, jak odłożycie broń, Martinez!
– Odpowiesz? A od kiedy to dowodzisz, kapitanie? – Gdzieś trzasnął odwiedziony kurek bandoletu. Jeszcze ułamek sekundy i wszyscy wyrżną się w bratobójczym boju.
– Panowie, na pewno zdołamy rozwikłać spór ugodowo – kobiecy głos dobiegał za pleców gwardzistów.

Wyszła na środek szeleszcząc suknią, obwieszona biżuterią wartą tyle, co roczny żołd regimentu. Rude włosy upięte w kok, odsłonięty dekolt i zapach perfum – wszystko w najlepszym stanie, pomimo tygodnia forsownego marszu. Oto magister Elsa Ludwika von Tolzen, czarodziejka z Altdorfu, piękna przewodniczka tej przeklętej wyprawy.
– Dziesiętniku, jakież zagadnienia cię frapują?
– Dość kłamstw wiedźmo, kogo tu ścigamy? Dlaczego? I kim są konni jadących naszym tropem?!
– Dziesiętniku, ścigamy grasantów, morderców, którzy zabijali kobiety i dzieci...
– Gówno prawda! – warknął ktoś z tyłu.
– To grupa elfów – dodała po chwili namysłu – winnych masakry w Penzfin. Z zimną krwią zarżnęli pięćdziesiąt osób. Czyżbyś postulował zaniechać pogoni, dziesiętniku?

"– Oczywiście kłamała, ale skąd mieliśmy to wiedzieć? A trzeba przyznać, że historyjkę wymyśliła rzewną i przekonywującą. Walka z elfami w sercu puszczy to samobójstwo, nic dziwnego, że początkowo chciała to zataić. Tak wtedy pomyśleliśmy i poniechaliśmy.
– Proszę przejść dalej, do dnia, w którym rozegrało się starcie."



Starcie

Alarm ogłoszono bladym świtem. Coś, co początkowo brali za gałęzie falujące na wietrze, wprawiło w osłupienie najtwardszych wojowników. Drzewa uformowane na kształt ludzkiego ciała kroczyły w kierunku Ostlandczyków – drewno przeobrażone w mięśnie, kości i potężne szpony. Za nimi podążali elfi wojownicy. Puszcza gotowała się do rozprawy z intruzami.



"– Żywe rośliny?! Kpiny! To kpiny z Trybunału! – wykrzyknął oburzony sędzia.
– Pozwólmy panu Martinezowi kontynuować. Dziesiętniku, proszę bardziej szczegółowo opisać wrogie siły.
"Dziesiętniku"? A jednak, jeszcze wysoko zajdę, choćby na szubienicę.
– Mgła i zmęczenie otępiły moje zmysły, ale mówię, co widziałem. Prócz wspomnianych stworów mieliśmy przed sobą dwa oddziały łuczników, bandę półnagich dzikusów zbrojnych w miecze, lekką kawalerię i olbrzymiego orła, ptaszysko wielkości utuczonego cielaka."


Kapitan wydawał rozkazy, rozmieszczenie oddziałów było jedyną rzeczą od tygodnia, którą zrobił bez pomocy Elsy von Tolzen. Gdy umilkł, spokój mąciły jedynie szepty modlitw, prośby, pożegnania i ostatnie łyki gorzałki. Cisza przed burzą. Ostlandczycy byli gotowi: środek wypełniała piechota – szermierze, gwardia elektorska, wspierający ich halabardziści, milicjanci i kusznicy, lewą flankę osłaniali rajtarzy. Wisielcze humory poprawiło nieoczekiwane wsparcie – na pole bitwy przybyła szóstka rycerzy zakonnych i sigmarycki duchowny. Jakby w obawie przed nimi, Miller zarządził atak.



Przyozdobione kawką i kogutem sztandary pochyliły się. Dwa największe regimenty jednocześnie ruszyły naprzód.
– Rozluźnić szyk! Tylko kilkadziesiąt metrów!
Pierwsza salwa, świst strzał, jęki trafionych. Grząska ziemia wydłużała dystans niemiłosiernie.
– Dalej zuchy! Pokażcie, jak maszerują imperialni żołnierze!
Pokazali, ale na przeciwnikach nie zrobiło to wrażenia. Pociski przebijały nawet ciężkie, drewniane tarcze, kolejni ranni i zabici padli w błoto. Odpowiedź Ostlandczyków była dalece niewspółmierna, tylko pojedyncze bełty dosięgły elfich łuczników.
– Szybciej szmaty! Równo! – kapitan Miller poganiał podwładnych, nieświadomie kierując regiment wprost w niewielkie trzęsawisko.

"– Zapomniał pan wspomnieć o rajtarach von Herpta.
– Widziałem, jak wjechali w zarośla, ich dalszego losu nie znam. Zgubili się, uciekli lub wyparowali, nie mam pojęcia.
Raczej nie warto wspominać, że później znaleźliśmy tam porozrywane szczątki, porośnięte skorupą kolczastych pnączy, bo kto w to uwierzy? A za takie "kłamstwo" do zarzutów dojdzie krzywoprzysięstwo. Nie piszę się na to.
– Rozumiem. Przerwałem panu, proszę kontynuować.
– Gdybyśmy mieli jakiekolwiek rozpoznanie, nie doszłoby do tego. Ta czarownica naciskała Millera, by zaatakował natychmiast, a on posłuchał."


Wróg mógł śmiać im się w twarz (gdyby tylko nie był stoikiem), gdy bezsilni szermierze brodzili po kolana w wodzie. Bagno łapczywie pochłaniało trzewiki, rajtuzy i ciała trafionych. Gwardii elektorskiej udało się przejść suchą stopą, ale teraz narażona była na atak z dwóch stron. Magister von Tolzen poganiała żołnierzy, klnąc i złorzecząc niczym portowa ladacznica. Halabardziści zostali gdzieś z tyłu.

Słup ognia eksplodował wewnątrz wrogich linii, paląc żywcem tancerzy wojny. Gorący żar odczuli nawet Ostlandczycy, zapachniało pieczonym mięsem.
– Ruszcie dupy! Na co czekacie?! – Elsa przekrzykiwała wrzaski konających elfów.
Martinez widział już podobne rzeczy. Sztuczka altdorfskiej czarownicy nie zrobiła na nim wrażenia, ale jej następne posunięcie zdecydowanie tak. Nigdy bowiem nie widział odzianej w suknię niewiasty, samotnie szarżującej na szóstkę przeciwników, a ona to właśnie uczyniła.



Niespodziewanie wyjechała z kordonu żołnierzy. W dłoni Elsy błysnął ognisty miecz, ale jej najgroźniejszą bronią było niewielkie zwierciadło. Natarła na dzikich jeźdźców, za cel obierając ich dowódcę. Osłupiały elfi generał poruszał się nienaturalnie ociężale, jakby jego włócznia była kamienna. Precyzyjne pchnięcie przebiło nieszczęśnika na wylot.

"Nadzieja, że ta historia wywoła na twarzach sędziów wyraz zdumienia okazała się płonna. Czyżby słyszeli oni dziwniejsze opowieści?
– Interesuje nas szczególnie dalszy los magister Elsy Ludwiki von Tolzen.
Nie ich jednych! Ten sigmarycki klecha też o to pytał!
– Zginęła, nie miała prawa przeżyć starcia z pozostałymi elfami.
– To pewne? Czy widział pan jej ciało?
To pytanie też już raz słyszał."


Gwardia elektorska toczyła straszny bój – otoczona przez driady i tancerzy wojny, nie miała szans długo przetrwać. Ciosy dwuręcznych mieczy były zbyt powolne, by zagrozić przeciwnikowi, nawet wyczyn sierżanta, który jednym uderzeniem ściął dwóch elfów, nie pomógł. Szyk rozpadł się, a przerażające stwory ruszyły na szermierzy.

Zdziesiątkowani ostrzałem piechurzy w końcu doczekali się walki. O dziwo, regiment ‘kogutów’ ze swojej ostatniej potyczki wyszedł zwycięsko. Napór tarcz i dziesiątki pchnięć zmusiły przeciwnika do odstąpienia. Radość trwała do momentu, gdy kolejne pociski dosięgły Ostlandczyków. Wtedy kapitan Miller podjął pierwszą samodzielną i rozsądną decyzję od dłuższego czasu. Brzmiała ona krótko: "Odwrót!".

Nim większość wojsk rozbiegła się bezładnie, doszło do kilku mniejszych starć. Dwóch ocalałych milicjantów stawiło czoła ostatniemu tancerzowi wojny i choć nie zatrzymały go strzały, uczyniły to ostrza imperialnych mieczy.



Natarcie dzikich jeźdźców początkowo powstrzymały ciężkie ostrza halabard – brutalnie tnąc ciała i rozłupując kości. Jednak szał i żądza zemsty po stracie generała narastały w elfich sercach. Z każdą chwilą szala zwycięstwa przechylała się na ich korzyść, a halabardziści musieli ustąpić pola.

Kusznikom Ranald sprzyjał tylko początkowo, jeden z ich chaotycznych ciosów ranił gigantycznego orła. Lęk przed śmiercią dodał mu jednak nowych sił, kolejne ataki szponów i ostrego dzioba zmusiły ludzi do ucieczki.

Wśród setek cnót, Sigmar słynął z cierpliwości (tak przynajmniej twierdzą mądre księgi), rycerze zakonni postanowili więc wziąć przykład ze swojego patrona. Długo wyczekiwali, aż driady opuszczą bezpieczne zarośla, by dwa pacierze później wyrżnąć wroga w pień.


Czas podsumowań

Ostatnie ciosy ciężkich mieczy rąbały stwory, ponownie zmieniając je w drewno opałowe. Sigmaryta ogarnął wzrokiem pole bitwy. Bogowie nie byli łaskawi – resztki wojsk cofały się na całej linii. Starcia nie wygrają, ale on przybył tu w innym celu. Popędził wierzchowca i zajechał drogę nadbiegającemu żołnierzowi.
– Nazwisko!
– Martinez, dziesiętnik szermierzy. Panie, nie strzy...
– Milcz! Gdzie jest magister von Tolzen?
– Martwa, zabili ją. – Nieporadnie wskazał ręką kierunek.
– Oczywiście widziałeś ciało? Nieważne. Bracie, znajdź zwłoki, natychmiast! – kapłan polecił jednemu z rycerzy. – A ty dziesiętniku, zbierz ocalałych i wyprowadź z tego gówna, chyżo!

"Werdykt nie zapadał. Powieszą? Zetną? A może rozstrzelają? Ta ostatnia metoda podobno zrobiła się popularna w stolicy, co za marnotrawstwo prochu!

Elfy, Trybunał, von Tolzen i Sigmaryta – wszystkim zależy na jednej rzeczy, dla której warto było poświęcić kilkudziesięciu żołnierzy (oby ich dusze nie dawały wam zasnąć, moja na pewno nie da). Ta wiedźma nie zaatakowała wrogiego dowódcy bezcelowo i raczej nie była to zemsta wzgardzonej kochanki. Widziałem, jak ściągnęła z jego ciała jakąś błyskotkę. Tego samego szukał ów sigmarycki kapłan, ale spóźnił się, tylko co to mogło być? Kosztowny przedmiot, wart życie dwóch regimentów...
– Gustawie Martinez! Proszę powstać, by wysłuchać orzeczenia Trybunału!"



Ce2argenerał Imperium

Kilka słów wyjaśnienia. Bitwa rozegrana została na 1000 punktów, a mym oponentem był Sevi. Starcie zakończyło się małym (choć do dużego było o włos) zwycięstwem Leśnych Elfów.

Wziąłem dużo piechoty, odpuściłem sobie kombinowanie i poszedłem na rympał. Taktyka godna bretońskiego rycerza szybko została zweryfikowana przez elfie łuki. Może gdyby nie to przeklęte bagno? Wynik nie był tragiczny, ale strata 3/4 armii nastraja raczej pesymistycznie - na pozycjach pozostali jedynie milicjanci i rycerze zakonni. Gratulacje, Sevi!

Sevi - generał Leśnych Elfów

Moja rozpiska to dwa oddziały po 10 strażników polany, 8 tancerzy wojny, 2 x 8 driad, oddział dzikich jeźdźców wraz z generałem, orzeł i czarodziej.

Staram się grać w miarę ofensywnie, grupą driad i dzikich jeźdźców udaje się szachować ciężką kawalerię – co miało niebagatelne znaczenie w dalszej części bitwy.
Dość dobrze działała magia Athel Loren – czarodziejowi udało się zwęglić rajtarów i pojedynczych gwardzistów oraz szermierzy. Bardzo dobrze udała się szarża trzech (!) tancerzy wojny i oddziału driad – udało im się rozbić gwardię elektora.

Korzyścią Imperium było działanie czarodziejki, która, wyposażona w zwierciadełko, szarżując omamiła mojego generała i przejęła jego statystyki, co skończyło się dla niego śmiercią. W kolejnej turze dzicy jeźdźcy pomścili swojego dowódcę.
Niestety, konni pod przywództwem kapłana bitewnego, bez strat rozbili jeden z oddziałów driad.

Późniejsze starcia (poza pokonaniem driad przez szermierzy i łuczników) nie miały tak wielkiego znaczenia dla ostatecznego wyniku. Ogólnie z przebiegu bitwy można było stawiać na remis, skończyło się na małym zwycięstwie Leśnych Elfów. Uważam że moje oddziały (no, może poza starciem driad z rycerzami) nie zawiodły pokładanych w nich nadziei.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

Komentarze

string(15) ""

~Iliach

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Hmm czyli mamy tu niedokończoną historię fajnego bohatera. A może tak pomyślisz nad kolejnym raportem bitewnym z Gustawem Martinezem w roli głównej, gdzie żeby pozyskać ułaskawienie i odzyskać reputację, musi stawić czoła elfom i zdobyć błyskotke Elsy Ludwiki von Tolzen oraz drugi artefakt.

Wiesz, taki pomysł ode mnie na scenariusz gdyby Ci się zachciało rewanżyku z Sevim :)
05-02-2010 19:35

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.