» Fragmenty książek » Zielony Las Nadziei

Zielony Las Nadziei


wersja do druku

Zielony Las Nadziei

1

Massachusetts, USA, 30 grudnia 1977 r.

 

Hope Greenwood, 35-letnia Irlandka parająca się białą magią Vicca i okultyzmem – mimowolnie naznaczona złowrogą, obcą obecnością, którą kobieta uwięziła w sobie dla ochrony zewnętrznego świata i z czasem uczyniła swym chowańcem – osiwiała w wyniku tego, co dane jej było przeżyć i stała się mamroczącym do siebie, apodyktycznym odludkiem. Pamiętała jednak o przyjaciołach.

W związku ze sprawą pięciu w czerni, która rozegrała się w tajemniczym domostwie na przedmieściach Arkham, jej dawne studenckie bractwo, parające się ezoterycznymi dociekaniami, znalazło się w niebezpieczeństwie. Jeden z jego członków, przyjaciel Hope, pożegnał się z życiem w najbardziej odrażających i nagłych okolicznościach, a wiedźma miała być kolejną. Przewodniczący bractwa, który swego czasu miał nieudany romans z Hope i na rzecz której utracił swój cenny antyczny sygnet, był zapewne pierwszy na liście wrogów – a ściślej mówiąc, na liście ofiar do zagospodarowania jego wiedzy i magicznych zdolności przez złowrogi kult, pragnący otworzyć zakazane Bramy pomiędzy światami.

Jednak Hope, która wraz z traconą poczytalnością i pobytami w szpitalu psychiatrycznym św. Marii, zyskiwała w zamian bezwzględną, psychotyczną skuteczność w pozbywaniu się wrogów, a tamten rozdział historii, wraz z pięciorgiem sadystycznych czcicieli demona w czerni, zamknęła w ognistym pożarze ich kwatery, myślała, że wszelkie niebezpieczeństwo z tamtej strony zostało zażegnane i nie musi już odszukiwać i ostrzegać innych. Co więcej, zanim zaczęła na dobre szukać swego dawnego kolegi, Aarona Melnitza, członka żydowskiej familii o długich, kabalistycznych tradycjach, on pierwszy niespodziewanie napisał do niej list. A potem kolejny i kolejny. A wszystkie równie bezczelne i szczeniackie, w stylu, jaki aż za dobrze zapamiętała z jego zachowań z dawnych, studenckich czasów. Wygląda na to, że pewne osoby się nie zmieniają. Były to listy miłosne – cholernie niedyskretne, napalone i ocierały się o molestowanie. Najwyraźniej, Aaron nie zauważył tej drobnej wskazówki – naprowadzającej na fakt, iż Hope nie jest już nim zainteresowana – jaką było zabranie przez nią wszystkich swoich rzeczy i wyprowadzenie się do innego stanu i na inne studia, nawet bez listu pożegnalnego, trzynaście lat temu.

Owszem, w jej samotności i staropanieństwie z wyboru (dla ochrony innych przed jej nocnymi krzykami, atakami lęku i bełkotaniem niepokojących rzeczy, czasem w niepochodzących z Ziemi językach), imponowało jej zainteresowanie mężczyzn i swoją niewątpliwą urodę chętnie wykorzystywała dla zdobywania pożądliwych spojrzeń i uległości rozmówców – gdyż była próżna i interesowna, na swój przeuroczy sposób – ale akurat z tym adeptem hebrajskiej kabały nieszczególnie życzyła sobie odnawiać znajomość. Mógłby jeszcze przypomnieć sobie o swej rodzinnej schedzie, wiernej kopii Pieczęci Salomona, którą przechwyciła na pamiątkę.

Tymczasem zasypywał Hope obietnicami kolejnych darów, jeśli tylko odnowi w sobie ogień namiętności ku niemu, a raz nawet zdarzyła się jej poczta kwiatowa z czerwonymi storczykami w kształcie serduszek. W końcu Hope postanowiła, że nie może tego już dłużej znosić i trzeba będzie wybić facetowi amory z głowy w bardziej bezpośredni i kontaktowy sposób.

2

Święta, święta, święta. Nie dla Aarona, ale tym lepiej dla Hope. Nucąc pod nosem kolędy, celtycka wiedźma zanurzała się w przyprószoną drobnym śniegiem, nowojorską uliczkę w okolicach Red Hook, sycąc się ciepłem i spokojem świateł domostw oraz światełek pozawieszanych na frontonach kamienic. Według eklektycznej mentalności Irlandki, święta były dla wszystkich, którzy chcieli je celebrować. Spoglądała na karteczkę z adresem. Gdzieś tutaj, wciśnięta pomiędzy malowniczy cmentarzyk (choć trochę zbyt zorganizowany i regularny, jak na romantyczność wiedźmy) a osiedle jednakowych bloków mieszkalnych, podobnych do siebie jak dwie krople wody, stała willa – rezydencja Melnitzów, którą odziedziczył Aaron. Kilka latarni wedle wysokiego ogrodzenia to zapalało się, to gasło, drażniąc oczy swoim sodowym pobłyskiwaniem. Jedna mrużyła przyciemnionym światłem odmienionej, różowawej barwy. Hope była zafascynowana, gdy kiedyś dowiedziała się, iż wystarczyłoby zdrapać wewnętrzną, białą warstwę z próżniowej rury świetlówki, a otrzymywało się mordercze dla ludzi źródło twardego promieniowania.

„Technika potrafi być bezlitosna, zupełnie jak czarna magia” – pomyślała Hope. – „Ale przynajmniej jest nieożywiona i zabija bez planowej złośliwości”. Nauka nigdy nie była wrogiem siwowłosej wiedźmy. Przeciwnie, kobieta potrafiła ją wykorzystać do swoich własnych celów. Tym razem, przy spotkaniu z napalonym i zadufałym młodzieńcem, najbardziej przyda się Hope jej wykształcenie psychologa. Chciała się na to spotkanie ubrać brzydko i odpychająco, ale nie potrafiła. Za bardzo lubiła te lśniące, czarne legginsy na swoich zgrabnych nogach i za bardzo kochała się malować. Kropka na środku jej czoła – pamiątka po pewnej niesamowitej przygodzie i znak od bóstwa morskiego – przydawała jej (między innymi) egzotycznego, ponętnego wyglądu, a jej kocie oczy nabierały z czasem coraz głębszego, szmaragdowego blasku, w którym można się było zadurzyć oraz zatonąć absolutnie i bez reszty.

Słowem, była śliczna i była na musiku. Potencjalnych amantów (lub amantki, bo Hope bardziej ufała i skłaniała się ku kobietom) wstrzymywały jedynie sporadyczne ataki paniki wiedźmy, wzbudzane nimi okazyjne mamrotanie w nieznanych na Ziemi językach oraz nagłe pobudki z wrzaskiem w środku nocy. Dlatego też Hope pozostawała samotnym odludkiem ze złamanym sercem, cierpiącym stałe, nerwicowe bóle.

Jednak natarczywe, niechciane myśli i odruchy nerwowe panny Greenwood nie były spowodowane deficytami lub zaburzeniami jej psychiki, ale przez to, co rzeczywiście w niej się gnieździło – niepoznawalne i nieprzyjmowane do świadomości przez zwykłego śmiertelnika. Zwyczajny, niezdyscyplinowany umysł wolałby pogrążyć się w szaleństwie i autodestrukcji, niż otworzyć się na otchłanne i paraliżujące prawdy spoza czasu i przestrzeni. Ale Hope ćwiczyła się od najmłodszych lat w sztukach tajemnych, z których najbardziej ceniła sobie białą magię i jasnowidzenie, a z konieczności swego wyboru – aktywnej walki z przerażającym złem Wielkich Przedwiecznych – tajemnice innych wymiarów, otaczających wokół świat śmiertelników. Ilekroć w przeddzień wyjazdu stawiała karty, aby poznać jego przebieg i rezultat, otrzymywała „Niepomyślne zdarzenie” oraz „Komplikacje”. Młoda kobieta szła więc na to spotkanie szczególnie bez entuzjazmu. Jednak już dłużej nie mogła zwlekać. Chłód wieczoru, spływający z dachów i podnoszący się z cmentarnego gruntu, zaczynał dawać jej się we znaki. Stukając obcasami botków po schodach rezydencji, stanęła przed dużymi drzwiami, strzeżonymi przez dwa obtłuczone lwy z piaskowca. Żarówka w abażurze lampy nad wejściem ledwo mżyła. Hope zastukała, a potem nacisnęła guzik dzwonka. Nie miała pojęcia, czy działał, ale efekt był taki sam, jakby nie funkcjonował. Na jej czarnej, obcisłej skórkowej rękawiczce, zaczęły gromadzić się fantazyjne gwiazdki świeżego śniegu, gdy trzymała dłoń przy drzwiach, ponawiając pukanie i nasłuchując reakcji, która nigdy nie nastąpiła.

– To jakieś żarty! – warknęła Hope Greenwood. – Przejechałam taki kawał drogi, odpowiadając na te głupie listy miłosne tylko po to, żeby pocałować klamkę? Niedoczekanie. Podłubała spinkami od włosów w zamku i zdawał jej się otwarty. Jednak masywne drzwi ani drgnęły, gdy naciskała klamkę w kształcie smoczego języka. Ściągnęła skórkową rękawiczkę i przyłożyła dłoń do bejcowanego drewna.

– Ach, tak. Pomniejszy Symbol Zamknięcia. Jakie typowe dla nawiedzonych rodów! Legenda, którą rozsiewał Aaron w bractwie głosiła, że tej samej formule niewidzialnego zamka, Erik Weisz, syn rabina Mayera Samuela Weisza – czyli słynny Harry Houdini – zawdzięczał swe pozornie niemożliwe uwolnienia. I równie cudownymi mogłyby wydawać się postronnemu obserwatorowi talenty Hope, która jednym niepozornym gestem, wykonanym małym palcem swej dłoni wokół zamka, otworzyła masywne drzwi – inaczej mocarnie zatrzaśnięte na wieki. Wszystko wewnątrz spowijał ciepły mrok. W śnieżnej ciszy, otulającej najwyraźniej całkiem pusty, staroświecki dom, słychać było jedynie miarowe tykanie zegara. Zwój Tory z rysikiem spoczywał na pulpicie. Menora na dogorywającym kominku, pełnym niewygarniętego popiołu. Obok niej szofar – barani róg, w który dmie się na początku nowego roku. Dla Hebrajczyków nastąpi dopiero za kilka miesięcy i będzie to rok 5739. Na ścianie Psalm Salomona – o Tym, na którego nadal czekają prawowierni – wykaligrafowany na ozdobnej tabliczce pięknym hebrajskim pismem:

Za dni jego zakwitnie sprawiedliwość i wielki pokój, aż Księżyc nie zgaśnie. Hope była również, oficjalnie, językoznawcą i antropologiem kultury, i bardzo kochała religijną poezję. Czytała biegle w wielu językach, w tym w kilku niewystępujących na Ziemi.

Dorzuciła do pieca w salonie. Po chwili zrobiło się jaśniej. Wyłoniło się też wnętrze domu, zastawione regałami pełnymi starych ksiąg, które zachwycały oczy Hope. Na postumencie stał fragment prastarego kamiennego muru, który tchnął wielką historią i był szorstki w dotyku, pomimo setek lat i milionów piaskowych burz, które się nad nim przetoczyły.

– To musi być fragment muru świątyni jerozolimskiej, zburzonej przez Rzymian w 70. Łatwiej rozebrać ruiny na sentymentalne pamiątki, niż scalić i odbudować, wskrzesić jej świetność – Hope pomyślała, że jest to dobra metafora dziejów i obecnego stanu narodu wybranego. Świątynia, pomimo wielu starań i zaawansowanych projektów, nigdy nie została odbudowana, nawet w czasach obecnych. Hope, hołdując swemu psychologicznemu wykształceniu, przez chwilę zastanawiała się, czy aby przypadkiem Żydzi nie wolą, aby ich symbol świetności pozostawał zrujnowany... Cóż, w końcu cierpiący wcale nie pragnie zdrowia i powrotu do pracy, tylko ulgi w chorobie i współczującej opieki. Kolejny pokój w głębi uśpionego domostwa, które Hope Greenwood budziła stopniowo, włączając elektryczne oświetlenie, przypominał niemal salę muzealną, bądź żywcem wyjęte z dawnego malowidła laboratorium astrologa. Wypełnione było księgami oraz bardzo osobliwymi przedmiotami, spośród których niejeden posiadał subtelną, nadnaturalną aurę. Pod ścianą stały w rzędzie dziwne lalki i rzeźby, na ogół ulepione z gliny lub grubo ciosane z kamienia. Na suficie wyrysowana była mapa nocnego nieba z arabskimi nazwami gwiazd. Wiedźmie rzuciły się od razu w oczy rozłożone na stole karty tarota obok samotnego astrolabium i cyrkla oraz kilka bladobłękitnych i seledynowych, kolczastych kryształów. Jeden z nich wprawiony był w statyw, a przed nim ustawione było szkło powiększające.

Hope włączyła przykręconą do blatu lampę na statywie i skierowała jej światło na kryształ. Spodziewała się ujrzeć w lupie coś niezwykłego, ale ten widok zaparł jej dech w piersiach. Niczym w zaklętej kuli Cyganki, Hope ujrzała w krysztale zniekształconą i rozciągniętą twarz swego żydowskiego kolegi. Obraz poruszał się, Aaron kręcił nieznacznie głową i oddychał nierówno.

– Melnitz, czy to ty? Czy mnie słyszysz? – szepnęła z przejęciem. Kryształ był ciepły w dotyku. – Co się tutaj dzieje?!

– Pomóż mi... Błagam cię... – szeptało coś lękliwie na progu świadomości wiedźmy.

– Co się z tobą dzieje? – powtórzyła pytanie wiedźma, skupiając się całkowicie na krysztale i jego wodnistym blasku z mlecznym rdzeniem, w którym rozgrywała się dramatyczna wizja.

– Zwróć mu serce... Nasza więź... Jesteśmy połączeni na wieki – rozległy się szepty, rezonujące w magicznym zwierciadle i w płatach skroniowych mózgu Hope.

– Nic nas nie łączy, rozumiesz, Aaron? Nie ma żadnego „my”! – zawołała do jądra kryształu.

– Oddaj mu serce... Póki jest jeszcze nadzieja...

Tajemnicze jęki zawirowały w czaszce Hope i ucichły, a wraz z nimi – odeszła również i wizja przerażonego adepta kabały, rówieśnika wiedźmy – rozpraszając się w wewnętrznym, mlecznym blasku minerału.

-
Ocena użytkowników
Średnia z 0 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Zielony Las Nadziei
Autor: Marek Pietrachowicz
Wydawca: Psychoskok
Data wydania: 26 stycznia 2017
Liczba stron: 338
ISBN-13: 9788379007141

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.