» Fragmenty książek » Zamek Roogna - Piers Anthony

Zamek Roogna - Piers Anthony


wersja do druku
Zamek Roogna - Piers Anthony
Zatrzymali się wszyscy. Dor zerwał owoc i skosztował. Bardzo mu smakował, oblany pyszną polewą ze słodziutkiej czekolady. Jędrny, soczysty miąższ. Millie też przypadł do gustu.
– Lepsze niż kandyzowane wszy pieczarowe – stwierdziła. Skakun był zbyt uprzejmy, żeby grymasić, ale najwyraźniej miał inne zdanie na temat czereśni.
– Pomyśl, że jesz kleszcza – zasugerował cicho Dor. – Pająk machnął przednim odnóżem w potakującym geście.
– No cóż, spróbujmy jeszcze raz – odezwał się nagle ogrodnik.
– Mam kłopoty z tym drzewem. – Skupił uwagę na czekoladoczereśni.
Nic się nie stało.
– Próbujesz jakiegoś zaklęcia? – zapytał Dor i zerwał kolejny owoc. – Chcesz dodać użyźniacza, czy coś w tym rodzaju?
– Hm, nie. Centaury dostarczają dość nawozu. Właściwie
to… – Mężczyzna otworzył szerzej oczy. – Potrzymaj, proszę, tę czereśnię. Tylko nie próbuj.
Dor zatrzymał owoc tuż przed ustami. Pierwszy smakował mu tak bardzo, że nie zamierzał tak po prostu posłuchać ogrodnika. Spojrzał na czereśnię. Teraz nie oblewała jej już czekoladowa polewa; była jasnoczerwona, do tego twarda.
– W porządku – stwierdził ostatecznie. – Pewnie jakiś nieudany owoc – powiedział i rzucił za siebie czereśnię.
– Nie – zawołał mężczyzna, za późno. – To jest…
Gdzieś w pobliżu nastąpił wybuch. Millie wrzasnęła. Eksplozja ogłuszyła ich, a podmuch omal nie zwalił z nóg. Po kilku chwilach wszystko ucichło. Dor rozejrzał się oszołomiony.
Zobaczył tylko obłok dymu w miejscu wybuchu.

– Co to było? – zapytał zdezorientowany. Odruchowo wyciągnął miecz i zaraz go schował.
– Czereśniowa bomba, którą wyrzuciłeś – wyjaśnił ogrodnik.
– Dobrze, że jej nie ugryzłeś.
– Czereśnia… to była czekoladowa czereśnia… – Dor spojrzał na drzewo. – Dlaczego wszystkie owoce zamieniły się w czereśniowe bomby? W jaki sposób…?
– To król Roogna – powiedziała Millie. – Nie rozpoznaliśmy go.
Dor, niewzruszony, kontynuował swoje przemyślenia. Wyobrażał sobie króla jako osobę odznaczającą się wyszukanymi manierami, wykształconą, dobrze ułożoną, której nikt nie potraktowałby lekko. Lecz, oczywiście, upływający czas przyodział czarodzieja w imponującą szatę wielkości. W Xancie nie liczył się wygląd, ale magiczny talent. Tak więc ten korpulentny, bezpośredni, ale miły mężczyzna o przerzedzonych, siwawych włosach, do tego spocony pod pachami i raczej mało atrakcyjny… prawdopodobnie był królem.
– To drzewo… on zmienił je z czekoladowej czereśni w czereśnię bombową… Król Roogna miał talent dostosowania magii do własnych celów…
– Miał? – zapytał mężczyzna i uniósł zakurzone brwi.
Wcześniej Dor myślał o królu jako o historycznej postaci, a przecież on żył w świecie gobelinu.
– Ja, uch, ma. Wasza Królewska Mość. Ja… – Pochylił lekko głowę do ukłonu, lecz rozmyślił się w połowie ruchu i ugiął kolana, by przyklęknąć, lecz też zmienił zdanie i poczuł ogromne zakłopotanie.
Król położył silną dłoń na jego ramieniu.
– Spokojnie, wojowniku. Gdybym chciał, by zawsze i wszędzie oddawano mi hołd, to ogłosiłbym to już na początku moich rządów. To mój talent wyróżnia mnie spośród innych, a nie urząd. Nawiasem mówiąc, urząd jest w tej chwili zagrożony. Moi żołnierze wrócili do swoich domów, jako że nie mamy ich gdzie zakwaterować, do tego pojawiły się trudności związane z budową zamku. Tak więc pretensje wydawałyby się teraz nie na miejscu.
– Uch, tak, Wasza Królewska Mość – wymamrotał Dor.
Król przyglądał mu się uważnie.
– Rozumiem, że przybywasz z Przyziemia, choć mówisz z lekkim akcentem Xanthu. – Zerknął na Millie. – A ta młoda dama wygląda mi na mieszkankę Zachodniej Osady. Hodują
tam ładne owoce. – Spojrzał na Skakuna. – Natomiast ta osoba… proszę pana, nie sądzę, bym spotkał kiedykolwiek skaczącego pająka twoich rozmiarów. Mamy tu do czynienia
z czarem zapewne?
– Zwrócił się do mnie „proszę pana” – zaszczebiotał Skakun.
– Czy król powinien tak robić?
– Król – odpowiedział Roogna stanowczo – może robić, co mu się podoba. A podoba mu się dobrze rządzić. Zauważyłem, że twój głos jest tłumaczony przez pajęczynę na ramieniu
wojownika. – Jego oblicze spoważniało i teraz zdaniem Dora bardziej przypominał władcę. – To ciekawe. Wydaje się, że mamy do czynienia z niezwykłą magią.
– Owszem, Wasza Królewska Mość – odpowiedział szybko Dor. – Mamy do czynienia z silnym czarem, ale trudno to wyjaśnić.
– Tak jak całą magię – dodał Roogna.
– On sprawia, że rzeczy gadają – podpowiedziała Millie.
– Patyki i kamienie nie łamią mu kości. Rozmawiają z nim.
A także ściany, woda i różne inne rzeczy. W ten sposób znaleźliśmy drogę do zamku.
– Czarodziej z Przyziemia? – zdziwił się Roogna. – Zaiste, to sprzeczność sama w sobie!
– Ja, uch, mówiłem, że trudno to wytłumaczyć, Wasza Królewska Mość – mamrotał nieporadnie Dor. Zbliżyła się do nich jakaś postać: krępy mężczyzna z krzywym
uśmiechem.
– Czy dzieje się tu coś interesującego, Roogna? – zapytał.
– I owszem, Murphy – odrzekł król. – Przedstawmy się jak należy. Ja jestem czarodziej Roogna, tymczasowy król. Mój talent polega na adaptacji żywej magii do moich potrzeb.
– Posłał Dorowi znaczące spojrzenie.
– Ja, uch, jestem czarodziej Dor. Potrafię komunikować się z rzeczami nieożywionymi. – Nie mając pewności, czy wyraził się dość jasno, dodał zaraz: – Rozmawiam z rzeczami.
Teraz król zachęcił spojrzeniem Millie.
– Jestem Millie, pokojówka. Niewinna dziewczyna z Zachodniej Osady – przedstawiła się. – Mój magiczny talent to… – zarumieniła się nieznacznie, za to jej talent w pełni się objawił. – Seksapil.
Pozostał jeszcze pająk.
– Jestem Phidippus Variegatus z rodziny Skakunowatych: krótko mówiąc, pająk Skakun – przedstawił się. – Moim talentem, jak u wszystkich osobników tego rodzaju, jest produkcja
jedwabiu.
Wreszcie przyszła kolej na przybysza.
– Czarodziej Murphy. Posiadam magiczne umiejętności gmatwania biegu rzeczy. Rywalizuję z Roogną o dominację w Xancie.
Dor poczuł, jak opada mu szczęka.
– Jesteś Nieprzyjacielskim Czarodziejem? Tutaj, u boku króla?
Roogna roześmiał się głośno.
– A gdzie lepsze miejsce? Rzeczywiście, rywalizujemy ze sobą, ale to sprawa polityki. Czarodzieje z zasady nie kierują swojej magii bezpośrednio przeciw innemu czarodziejowi.
Manifestujemy swoje talenty w bardziej uprzejmy sposób. Murphy i ja jesteśmy dwoma spośród trzech żyjących obecnie czarodziejów. Trzeciego nie interesuje polityka, tak więc
tylko my dwaj rywalizujemy o władzę w Xancie. Próbujemy swoich sił w następujący sposób: jeśli uda mi się dokończyć budowę zamku przed upływem roku, Murphy uzna moje
prawo do tronu. Jeśli nie, abdykuję, a ponieważ nie ma innego czarodzieja nadającego się na władcę, z anarchii, jaka zapewne zapanuje, wyłoni się postać Murphy’ego. Póki co łączy nas czarodziejskie koleżeństwo. Honorowy układ.
– Ale – bąknął zdumiony Dor. – Zachowujesz się tak, jakby to była gra!
Król pokręcił głową z poważną miną.
– To nie gra, czarodzieju Dorze. Jesteśmy jak najbardziej poważni. Ale kierujemy się też honorem. Jeśli któryś z nas zdobędzie przewagę w walce, zachowa się godnie, po ludzku.
W tej wojnie bierze udział cywilizowany rodzaj.
– Ale zbliża się wojna rodzaju niecywilizowanego – wtrącił Skakun. – Harpie i gobliny gromadzą swoje siły, by ostatecznie zniszczyć przeciwnika.
Na usta Murphy’ego wypełzł uśmiech.
– Ach, pająku, zdradziłeś mój sekret!
– Jeśli coś może pójść nie tak, to tak właśnie się stanie – rzekł sentencjonalnie Dor. – Chcesz powiedzieć, że ta wojna to twoja robota?
– Konflikt potworów rozpoczął się wiele lat temu, jeszcze przed naszymi czasami, i z pewnością nie zostanie on rozwiązany za naszego życia. Dzięki mojemu talentowi dojdzie jedynie do pewnego incydentu w najmniej dogodnym dla Roogny czasie – rzucił zagadkowo Murphy.
– Trudno się nie domyślić, gdzie spotkają się obie armie – zawołał król i spojrzał w kierunku niedokończonego zamku.
– To miała być niespodzianka – wyznał ponuro Murphy.
– Zaskoczenie uniemożliwiłoby ci ściągnięcie z powrotem wojska do obrony zamku. I pewnie nie dowiedziałbyś się o niczym, gdyby nie interwencja przybyszów.
– A więc tym razem twój talent nabruździł tobie! – powiedziała Millie.
– Może to jakiś prąd wirowy – zaszczebiotał Skakun.
– Mój talent nie jest odporny na wpływy innego czarodzieja – odrzekł Murphy. – Gdyby ktoś, dysponujący dużą mocą, spróbował mi się przeciwstawić, mój talent odczułby siłę jego magii. Wydaje się, że jeszcze jeden czarodziej pojawił się na scenie. Czas pokaże, jak istotną rolę odgrywa ten nowy element.



Czytaj również

Zamek Roogna - Piers Anthony
Podróż do przeszłości
- recenzja
Smok na piedestale
Mało pieprznie, mało ekscytująco
- recenzja
Nocna mara
Świństwa i świństewska, odsłona szósta
- recenzja
Zaklęcie dla Cameleon - Piers Anthony
Zastrzyk magii
- recenzja
Źródło magii - Piers Anthony
Powrót do Xanth
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.