» Fragmenty książek » Zabawki diabła

Zabawki diabła


wersja do druku

Strażnik nocy

Autor:
Zabawki diabła
Stali nad prostą, usypaną z ziemi mogiłą. Napis na drewnianym krzyżu głosił:
Rafael Sanié,
zmarł, mając 22 lata.
Niechaj Bóg zaopiekuje się jego duszą.

Na grobie ktoś położył wieniec suszonych kwiatów i zapalił woskową świecę. Płomień dogasał właśnie.
Gdy Vianne cicho odmawiała modlitwę, błękitny języczek ognia skurczył się, zmienił w maleńką iskierkę i znikł. Wstążka dymu, która wzbiła się w powietrze, pachniała lekko miodem.
A więc wszystko na próżno, pomyślał Jordan. Mogłem się tego spodziewać. Wiedziałem przecież, że Rafael będzie chciał znów mieć sprawną rękę, wiedziałem też, że Strażnik Nocy lubi zabijać – sam lub za czyimś pośrednictwem, choćby i psów, które niewątpliwie pomógł wytresować.
Powinienem wrócić do Alestry i zapomnieć o wszystkim.
Jednak zbyt daleką drogę przebył, by teraz się wycofać. Wcześniej wmawiał sobie, że przyjechał tutaj tylko i wyłącznie po to, by dopaść Rafaela Sanié, który na początku grudnia w Alestrze zabił pewną kobietę. Teraz zrozumiał, że tak naprawdę wrócił do Mandracourt, bo chciał się znów zobaczyć z bratem.

Znaleźli koślawą ławkę. Vianne usiadła, Jordan stanął obok. Nie chciał ryzykować ubrudzenia eleganckiego płaszcza. Tutaj, na cmentarzu, w chłodnej ciszy przerywanej tylko krakaniem wron, mogli spokojnie porozmawiać.
– Proszę o jedno – powiedziała kobieta. – Chcę, aby zapytał pan brata, co zrobił z Veronicą. Jeśli puścił ją wolno, chciałabym wiedzieć, dokąd poszła. Jeśli rozszarpały ją psy, chcę wiedzieć, gdzie jest ciało. Tylko tyle. – Uniosła głowę, zaciskając usta, jakby spodziewała się, że Jordan o coś ją oskarży.
Spokojnie wytrzymał jej wzrok.
– Przyjechałem do Mandracourt dzisiejszego ranka i nie mam pojęcia, co tu się dzieje – przypomniał. – Veronicę d’Amat trochę pamiętam. Gdy wyjeżdżałem z miasta, miała jakieś osiem lat, więc teraz powinna mieć około dwudziestu dwóch. Jej ojciec nadal żyje? Jeśli tak, to czy nie on powinien pytać o córkę?
– Veronica została sierotą w dziewiętnastym roku życia – wyjaśniła. – Teoretycznie jej prawnym opiekunem i zarządcą majątku aż do zamążpójścia jest Rogier de Barratin, ale tak naprawdę dziewczyna robi, co jej się podoba. Kocham Veronicę, wychowałam ją i myślę, że pod wieloma względami udało mi się zastąpić jej matkę. Ale ona... Don Domenic, nie podoba mi się to, jak ona żyje. Z tego nie mogło wyniknąć nic dobrego. Na przemian mówiła niepewnie, wstydząc się za wychowanicę, to znów niespodziewanie w jej głosie pojawiały się twarde nuty, a kobieta spoglądała na Jordana wyzywająco, dając do zrozumienia, że nie pozwoli, by ktokolwiek powiedział o Veronice złe słowo.
Słuchał uważnie. Opowieść nie zrobiła na nim większego wrażenia. Znał sporo dziewcząt w typie panny d’Amat.
Veronica bez skrupułów korzystała z faktu, że prawny opiekun niewiele się interesował jej losem. Była młoda, ładna i lubiła się bawić. Nie zgrzeszyła niczym poważniejszym niż to, że sprowadzała sobie ubrania ze stolicy, spacerowała samotnie po zmroku, a raz podczas balu maskowego miała na sobie suknię stylizowaną na skąpą szatę tesalijskiej pasterki. Lecz w tak małej miejscowości jak Mandracourt tyle było aż nadto. Ludzie wzięli ją na języki, szepcząc za plecami, że pozbawiona opieki panna schodzi na złą drogę. Mówiono, że najwyższy czas, by wyszła za mąż, ale ona nie kwapiła się rezygnować z wolności. Z opowieści ciotki Vianne wyłaniał się obraz typowej małomiasteczkowej kokietki, dziewczyny podziwianej przez młodzież i potępianej przez starszych, uroczej i kapryśnej.
Ta właśnie panna wczorajszego wieczoru oznajmiła pokojówce, a następnie swemu prawnemu opiekunowi, że idzie do zamku. Oboje uznali to za żart. Nie sposób było uwierzyć, że Veronica d’Amat postanowiła oddać uszy albo małe palce w zamian za siłę, niezwykłą szybkość czy umiejętność władania szpadą – a takie właśnie zdolności, przydatne zwłaszcza zabójcom, dawał Strażnik Nocy. Najwyraźniej jednak tak zrobiła. Rankiem plotki o zniknięciu dziewczyny rozeszły się błyskawicznie.
A że nocą słyszano ujadanie psów z Mandracourt, nasuwał się oczywisty wniosek.
Jordan powoli pokręcił głową. Takie zachowanie nie zgadzało się z wizerunkiem panny d’Amat, który stworzył sobie na podstawie słów Vianne. Odłożył kwestię niezgodności na później. Miał jeszcze kilka pytań.
– Kto teraz mieszka w zamku? Prócz mojego brata, jego żony i służby?
– W Mandracourt od paru lat nie ma służby. Mieszkają tam natomiast... sama nie wiem, jak ich nazwać... przyjaciele naszego pana? Jego towarzysze? Żyją tam wszyscy razem niczym marynarze na statku: sami sprzątają i gotują, a nikt poza dostawcami nie ma wstępu do zamku. Niby nic w tym złego, tylko że... – zawahała się.
Czekał cierpliwie. Nad ich głowami wrona z głośnym krakaniem zatoczyła krąg, po chwili dołączyły do niej inne, dotąd siedzące na drzewie. Niebo poczerniało od skrzydeł, słowa kobiety utonęły w łopocie. – ...wszyscy sądzili, że aby uzyskać coś od świętego, trzeba albo być Jordanem, albo oddać mu w zamian część własnego ciała. Jakiś czas temu jednak rozeszły się plotki, że wystarczy mieszkać przez dłuższy czas w zamku, a święty sam obdarzy człowieka odpowiednimi zdolnościami. Dlatego właśnie tamci przyjechali do Mandracourt, a don Linus pozwolił niektórym zostać.
Ludzie nazywają ich Strażnikami Nocy. Od przydomku naszego świętego, oczywiście. Hodują psy, których zadaniem jest ścigać tych, którzy przychodzą do zamku. Psy są wytresowane tak, by osaczyć ofiarę, nie robiąc jej przy tym krzywdy. Potem don Linus decyduje o losie takiego człowieka. Czasem puszcza go wolno...
– A czasem pozwala psom rozszarpać ciało.
– Owszem, jeśli uzna, że ktoś na to zasłużył – przyznała.
– Nikt nie buntuje się przeciw sprawiedliwości mojego brata? – spytał Jordan cierpko.
Wzruszyła ramionami. Tanabria była krajem ludzi ciężko pracujących, uczciwych i niezbyt wrażliwych.
Jeśli ktoś szedł do zamku po to, by za cenę utraty ucha wybłagać u świętego coś tak mało rozsądnego jak umiejętność rzucania nożem, to w opinii mieszkańców Mandracourt sam prosił się o kłopoty.
Jednak z pewnością inaczej spoglądano tu na śmierć awanturnika takiego jak Rafael Sanié, a inaczej na śmierć najbogatszej i najładniejszej panny w miasteczku.
Może to właśnie było wyjaśnienie tajemnicy. Veronica ubzdurała sobie, że święty da jej miłość przystojnego mężczyzny albo sprawi, że znikną piegi na jej nosie.
Coś równie głupiego i niewinnego. Potem dziewczynę dopadły psy i raz jeden tresura zawiodła – sfora rozszarpała ją, a Linus, bojąc się konsekwencji, ukrył ciało.
Być może tak właśnie było.
Ale tylko być może.



Czytaj również

Zabawki diabła
Wczesna Kańtoch, dobra Kańtoch
- recenzja
Zabawki diabła – Anna Kańtoch
Udana kontynuacja
- recenzja
Prawdziwa rehabilitacja
- recenzja
Diabeł w maszynie
Niepewności Domenica Jordana
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.