string(15) ""
» Blog » Z pamiętnika młodej prokrastynatorki
15-01-2014 11:18

Z pamiętnika młodej prokrastynatorki

W działach: prokrastynacja | Odsłony: 2091

Z pamiętnika młodej prokrastynatorki

nie rób nic -> czuj się winny -> panikuj na myśl o przyszłości -> czuj się bezsilny -> nie rób nic -> ...

 

Życie emocjonalne prokastynatorów idealnie opisuje cykl przedstawiony na załączonym obrazku.

Prokrastynujemy przy użyciu seriali, gier, książek, czasem wręcz zmywania naczyń czy odkurzania - wszystko, byle nie musieć myśleć o przerażających zbliżających się deadline'ach i zaległych zadaniach. Unikanie i odkładanie na później obowiązków zaczyna powodować koszmarne poczucie winy. Z całych sił udajemy, że nic strasznego się nie dzieje, aż do najostatniejszej chwili, kiedy to w panice rzucamy się do zaległych zadań. W najlepszym przypadku wypełniamy je tylko częściowo i byle jak, lecz zwykle w poczuciu bezsilności poddajemy się od razu, aż do następnego przebiegu pętli. 

Po wszystkim, czyli gdy mija termin wykonania zadania, niezależnie od stopnia jego ukończenia odczuwamy ulgę połączoną z ogromnym zdziwieniem ("dlaczego pozwoliłam na to kolejny raz?") i składamy samym sobie solenne obietnice poprawy. Oczywiście tylko po to, by przy następnym ważnym zadaniu powtórzyć dokładnie ten sam schemat.

Wszystko to następuje w efekcie perfekcjonizmu i podświadomego nastawienia "jeśli nie mogę tego zrobić idealnie, to na wszelki wypadek nie będę nawet próbować". Wielkie projekty są zbyt przerażające, by w ogóle się za nie zabierać, odkładamy je na potem, spirala prokrastynacji się nakręca, aż w końcu nawet zupełnie małe rzeczy urastają do rangi niewykonalnych. Popadamy w pętlę totalnego zniechęcenia i niemocy.

Tkwiłam w takiej pętli przez jakieś kilkanaście miesięcy.

Nie polecam.

 

Na początku jest niby normalnie. Człowiek wyprowadza się z domu, zaczyna studia, próbuje być samodzielny, robić sobie obiady, prać pranie and stuff. Wszystko wydaje się działać prawie zupełnie dobrze. Aż okazuje się, że OJEJ, PRACA JEST TRUDNA. Męcząca, nieprzyjemna i w ogóle. Rozpoczyna się unikanie obowiązków posuwające się coraz bardziej do granic absurdu.

Widząc rosnące stosy niepozmywanych naczyń i nierozwiązanych zadań zaczęłam zwyczajnie od poganiania samej siebie: "pracuj, bitch". Szybko jednak stałą odpowiedzią stało się "lol nope", a nad ogarniętością zwyciężało bezmyślne siedzenie i oglądanie Zagubionych. Zawaliłam masę rzeczy, nie zdałam ważnego egzaminu. Zaczął się drugi semestr, a ja popadłam głęboko w hardkorowe prokrastynowanie.

Próbując racjonalizować swoje zachowanie i porażki upierałam się, że NIE MAM CZASU na pracę. Co z tego, że spędzam wiele godzin dziennie na rzeczach absolutnie pozbawionych znaczenia. NIE MAM CZASU na naukę, NIE MAM CZASU na spanie, NIE MAM CZASU na swoje zainteresowania. Jestem bardzo zajęta - siedzeniem i czekaniem, aż już będzie po deadlinie.

Po iluś przebiegach pętli człowiek uświadamia sobie, że jednak ma problem. Że to chyba jednak nie jest normalne, tak sobie leżeć, grać w jakieś PokeMMO i czuć się totalnym śmieciem, który nie jest w stanie wstać i zrobić sobie kanapki. Taaa. Potrafiłam siedzieć całymi godzinami - ba, dniami - starając zapomnieć o tym, że jestem głodna, ponieważ zdobycie pożywienia wydawało mi się zbyt wymagającym questem.

 

Jako prawdziwy nerd zaczęłam oczywiście szukać pomocy w internetach.

I na bogów, czego to nie próbowałam.

Próbowałam Getting Things Done. Raczej nie działa. Za dużo wysiłku wkładałam w samo organizowanie sobie pracy. W efekcie po przeżonglowaniu wszystkimi tymi zadaniami z różnych list myślałam "uff, skończone! to teraz pójdę grać w Torchlighta, wszak totalnie mi się należy". Jeśli chodzi o wykonywanie rzeczywistych zadań, efekt jest bardzo słaby. Dodatkową wadą GTD jest ustalanie sobie długoterminowych celów. Dla prokrastynatora nie skutkuje to zwiększoną motywacją do działania, a raczej staje się dodatkową przyczyną stresu i strachu przed porażką.

Próbowałam różnych prostych task-list i kalendarzy. Masz questa, zapisz go sobie w odpowiednim terminie, voila. Faktycznie zaczęłam niemrawo coś tam robić. Niestety jak się okazało po paru tygodniach, głównym efektem istnienia task-listy było to, że szybko uzbierał mi się na niej przytłaczający stos zadań zaległych. Zaczęłam myśleć: "po co mam się starać, jeśli zadania po prostu nigdy się nie kończą? mam się zapracować na śmierć?". Quest pod tytułem "wykonaj wszystkie zadania z listy" stał się zbyt wielki, by w ogóle próbować się za niego zabrać. Stąd już prostą drogą doszłam do nierobienia niczego.

Próbowałam mechanizmów opartych na grywalizacji. Jakiś miesiąc trwała krótka przygoda z DailyChallenge - stroną codziennie wysyłającą użytkownikowi jakiś mały challenge, który ma na celu poprawić jego zdrowie fizyczne i/lub emocjonalne. Rzeczy w stylu "zjedz dziś czerwone warzywo", "kup sobie kwiatek w doniczce", "zrób 15 przysiadów", "opowiedz komuś zabawną historię". Z entuzjazmem zabrałam się za wykonywanie prostych zadań niemających tak naprawdę najmniejszego sensu - tylko po to, by poczuć się choć trochę lepszą i bardziej ogarniętą osobą. "Hej, patrzcie na mnie, zjadłam czerwone warzywo, może jeszcze nie wszystko stracone!". Nie pomogło mi to w nauce. DailyChallenge jest niezły, jeśli chodzi o podrzucanie "pomysłów na lepsze życie", ale nie jeśli chodzi o rozwiązywanie już istniejących problemów.

Przeczytałam dziesiątki artykułów na temat prokrastynacji, automotywowania się, zarządzania kosztami, produktywności. Z każdego z nich starałam się czerpać dobre rady, motywację i siłę, choć większość nie pomogła mi wcale.

Wielokrotnie wypowiadałam prokrastynacji wojnę generalną i wielokrotnie ją przegrywałam. Nie bez powodu moje fejsbukowe zdjęcie profilowe pochodzi z komiksu o dzielnym motylku. Były momenty, kiedy zrobiłabym wszystko, żeby tylko zmotywować się do pracy, nauczyć się, jak być normalnym człowiekiem i przede wszystkim w końcu przestać czuć się jak szmata. Włożyłam w to naprawdę mnóstwo wysiłku.

 

Myśląc o prokrastynacji trzeba zrozumieć, że problemem nie jest w niej słaba silna wola. Chodzi raczej o niewłaściwe ukierunkowanie energii: zamiast wykonywać zadania, człowiek skupia się całkowicie na ich ignorowaniu. Mimo że w ostatecznym rozrachunku jest to nie dość, że oczywiście szkodliwe, to jeszcze o wiele bardziej męczące. 

Unikanie pozmywania naczyń z racjonalnego punktu widzenia nie jest warte wielu dni czucia się jak potwór. Dlatego prokrastynację należy uznać za zaburzenie psychiczne - prowadzi ona wcale nie do radosnego lenistwa, a do ogromnego stresu i niecelowego autowyniszczenia jednostki. I tak jak depresji nie da się przerwać słowami "hej, ale pomyśl, że życie jest piękne i przestań być smutny", tak na prokrastynację nie pomoże nawet najbardziej stanowcze "ogarnij się i po prostu to zrób".

Cytując Hyperbole and a Half:

- If you leave it there, you are a SHAMEFUL, EMBARASSING MENACE.
It usually doesn't work right there.
- Okay. I'm a shameful, embarassing menace.
Sometimes it doesn't work for days.
- Is the shame starting to feel oppresive yet?
-
 Yes.
- ...so why aren't you doing anything?
- ...because I don't want to do anything more than I don't want to hate myself.

 

Wracając do mojej dramatycznej historii. Metaprokrastynacja polegająca na szukaniu magicznego lekarstwa w dłuższej perspektywie niczego nie zmieniła. Mimo że jakimś nieludzkim waleczno-panicznym zrywem udało mi się pozaliczać egzaminy w drugim semestrze, de facto moja ogarniętość i psychika nadal była w rozsypce. W wakacje nie udało mi się załatwić bardzo wielu spraw, którymi chciałam się zająć. Nie miałam czasu.

W trzecim semestrze przeprowadziłam się i zaczęłam kinda nowe lepsze życie. Weekendowe wyjazdy, niespanie po nocach i nieodpowiedzialność skutecznie doprowadziły mnie jednak do tego, co zwykle: przerażonego wpatrywania się w deadline'y niczym w światła zbliżającej się ciężarówki.

Nadchodzi sesja zimowa. Nie zamierzam kolejny raz czekać, aż zostanie ze mnie mokry nieszczęśliwy placek. Moje życie jest w miarę stabilne, otrzymuję wiele wsparcia. Najwyższy czas skorzystać z doświadczeń i ogarnąć się naprawdę. Tak, tak - wypowiadam kolejną wojnę, ale tym razem nie rzucam do rozpaczliwego starcia wszystkich sił naraz. Walczę ze swoją klątwą powoli i metodycznie.

Póki co pomaga mi w tym Habit RPG. Projekt łączy w sobie najlepsze cechy task-list i grywalizacji i mimo że zdecydowanie brakuje mu paru istotnych funkcjonalności, nie sposób odmówić tym istniejącym skuteczności. Po tygodniu korzystania jestem niezwykle zadowolona. Wiele zmian w moim zachowaniu zaszło praktycznie z dnia na dzień. Planuję swoje działania, działam, żyję aktywnie i zaczynam się wręcz zastanawiać - "czy tak czują się normalni ludzie?". Jest dobrze. ; )

Choć po tak krótkim czasie trudno powiedzieć wiele, spróbuję określić, na czym według mnie polega magia. Habit RPG działa jako źródło funu, dobrego samopoczucia i motywacji przede wszystkim ze względu na to, że zlicza każdy codzienny akt zwycięstwa nad samym sobą. Może projekt typu "napisać magisterkę" wydaje się wielki i przerażający, ale działania w stylu "wpisanie czegoś do kalendarza", "odkurzenie pokoju" albo "30 minut nauki" wyglądają zupełnie niewinnie, za to nagromadzone w postaci expa i złota wydawanego na nagrody dają poczucie, że zrobiliśmy jednak coś rzeczywistego. Nic tak nie poprawia nastroju jak poczucie, że powoli, małymi krokami, ale jednak, wyzwalamy się z otchłani totalnej niemocy. 

Jestem obecnie na etapie wielkiego zadowolenia z siebie i jednocześnie zmęczenia zadaniami, które nagle zaczęłam rzeczywiście wykonywać. Staram się przede wszystkim nie popaść z powrotem w złe nawyki, pamiętając jednak przy tym, że nawet jednorazowe danie sobie na luz nie jest jeszcze całkowitym pogrążeniem się. Tak naprawdę najstraszniejszym złym nawykiem jest doprowadzanie się do paniki i rozpaczy nad własną niemocą. Dużo wysiłku jeszcze przede mną, ale jak na razie wygrywam.

 

Na koniec krótki wniosek i garść porad dla nieszczęśników podobnych mi sprzed pół roku. 

Podstawą walki z prokrastynacją nie jest "doing stuff". Najważniejsze, by wydostać się z pętli samozniszczenia, to znaczy: poczuć się dobrze. Przeciętny człowiek na ogół jest w stanie wykonywać swoje obowiązki w rozsądnych terminach. Celem więc nie tyle jest samo wykonywanie obowiązków, co odzyskanie zdrowia psychicznego. Ogarnięte działania są tylko środkiem do tego celu.

  • Spróbuj porzucić perfekcjonizm na rzecz myślenia, że "dostatecznie dobrze" to lepiej niż "wcale". 
  • Wszystko, co możesz zrobić natychmiast - odpowiedź na maila, kontakt z kimś, wyszukanie informacji, przemieszczenie rzeczy z miejsca na miejsce - rób natychmiast. Unikaj gromadzenia się dziesiątek małych zadań, o które potem trzeba będzie się martwić. Walcz z nawykiem odkładania wszystkiego na później.
  • Staraj się odrywać od stałych zajęć, które powodują tylko niepokój i poczucie winy, a żadnych pozytywnych uczuć (u mnie było to wielogodzinne scrollowanie internetów, granie i pozbawione sensu niespanie) na rzecz czegokolwiek, co jest jednocześnie miłe i rozwijające (np. czytanie, pisanie, rozmowa, spacer, sport) albo jakiegokolwiek prostego zadania (np. przygotowanie posiłku, wyjście do sklepu, sprzątanie). Jeśli już musisz unikać realnej pracy, rób to z pozytywnymi myślami, zajmując się dosłownie czymkolwiek, co uważasz za sensowne. Jeśli wykonując jakąś czynność czujesz niepokój - przerwij ją, rozejrzyj się wokół i zajmij czymś bardziej właściwym.
  • Obniżaj koszty pracy, podwyższaj koszty marnowania czasu. Zmieniaj otoczenie na nierozpraszające i sprzyjające produktywności. Jeśli masz taką możliwość - pracuj poza domem. Jeśli pracujesz przy komputerze, stwórz sobie oddzielne konto użytkownika do pracy, a na koncie głównym ustaw długie i skomplikowane hasło.
  • Nie stawiaj sobie wielkich przerażających celów, staraj się myśleć z dnia na dzień. Jeśli masz duży projekt do wykonania w konkretnym terminie, odpowiednio wcześniej ustal, że każdego dnia poświęcisz mu np. pół godziny. W ten sposób zamiast myśleć o całym wielkim zadaniu będziesz mógł się skupić na niewielkim queście "pół godziny dzisiaj".
  • Nie dokładaj sobie stresu i dodatkowych zadań. Staraj się myśleć tylko o sprawach najważniejszych, te mniej ważne spokojnie odkładaj na później albo na nigdy. Mierz siły na zamiary i planuj tylko zadania, które naprawdę zamierzasz wykonać w najbliższych dniach. Po co umieszczać na liście zadań "remont", za który i tak zabierzesz się najwcześniej za pół roku? Nie musisz nagle naprawić całego swojego życia. (Ta i powyższa rada są sprzeczne z filozofią GTD.)
  • Nie dawaj sobie możliwości decydowania, czym się zająć tu-i-teraz. Planuj, co będziesz robić w jakich godzinach następnego dnia - może to być nawet ogólny zapis "11-12 produktywność, 12-13 odpoczynek". Kontroluj czas poświęcany w ciągu dnia na poszczególne czynności. Spróbuj użyć rozszerzeń do przeglądarki kontrolujących czas spędzany na stronach typu FB czy reddit.
  • Nie karaj się za złe zachowanie (nie popadaj w poczucie winy), ale nagradzaj za dobre. Staraj się zauważać każde podjęte przez siebie pozytywne działanie - notuj je, gratuluj sobie w myślach albo jedz czekoladę w nagrodę.

Powodzenia.

 

PS Następna notka w całości dotyczyć będzie Habit RPG - kiedy się już z tą stroną lepiej zapoznam, postaram się przeanalizować jej działanie. Stay tuned.

Komentarze

Autor tego bloga samodzielnie moderuje komentarze i administracja serwisu nie ingeruje w ich treść.

Senthe
   
Ocena:
+2

@Kret69

Nie jest trudno zauważyć, że Scath w swoich wypowiedziach obraża inne osoby oraz dąży do wywoływania sporów i kontrowersji. Nie chodzi o odmienne poglądy, chodzi o niesympatyczną osobę, z którą nie mam zamiaru rozmawiać i nie życzę sobie jej towarzystwa.

Jeśli chodzi o to, "czy prokrastynacja jest chorobą", oddtail próbował omówić ten temat, mnie on naprawdę nie interesuje na tyle, by się w to zagłębiać, do tej pory nie wypowiedział się również nikt kompetentny ani nie mamy dobrych źródeł. Nie widzę więc żadnego sensu w jego kontynuowaniu (ale jeśli masz na to ochotę bez trollowania i obrażania innych osób, to have fun).

16-01-2014 09:47
31137

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+2

Nie chodzi o dyskusje, co jest chorobą. Chodzi o podejście do życia, które większość tych - wyimaginowanych, nazwę to wprost - "chorób psychicznych" pielęgnuje. To podejście do życia dzieci, które nigdy nie dorosły.

Pierwszy z brzegu przykład - poruszany regularnie przez wielu tutaj problem "poczucia winy". Czemu to w ogóle jest problem? Winę w społeczeństwie orzeka sąd, a poczucie winy to efekt wychowania w którym bicie fizyczne* zostaje zamienione na znęcanie się psychiczne ("popatrz, co zrobiłaś? Mamusi przykrość zrobiłaś..."). Do tej pory większość ludzi miesza pojęcie "winy" z pojęciem "odpowiedzialności" a pojęcie "kary" i "nagrody" z pojęciem "konsekwencji". Te pierwsze występują w procesie wychowawczym, te drugie w życiu. 

A w ogóle to mylenie prokrastynacji z lenistwem jest nieporozumieniem. Lenistwo jest potężną siłą twórczą, która popycha rozwój technologiczny do przodu. Prokrastynację jeszcze 10 lat temu określano mianem bumelki lub bumelanctwa.

 

* całkiem sensowne w pewnych przypadkach moim zdaniem - prąd 230V płynący przez ciało nie stosuje taryfy ulgowej więc czemu rodzic ma, skoro jego zadaniem jest przygotować do życia? Jak walnę w łapkę która sięga po kontakt to będzie płacz i zranione uczucia, ale efekty uderzenia w łapkę nie przeniosą się np. na układ krążenia i nie spowodują np. zaburzeń pracy serca. Jak ktoś reanimował kiedyś dziecko to wie, że zranione uczucia są lepszą opcją.

16-01-2014 10:08
~

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Nie wytrzymałem! Senthe, leniu, do roboty, dość wymówek!
16-01-2014 10:09
Senthe
   
Ocena:
0

@Kret69

Cieszę się, że ani Tobie, ani nikomu z Twojego otoczenia nie zdarzyło się mieć problemów z psychiką.

16-01-2014 10:36
oddtail
   
Ocena:
+3

@Senthe: źródła akurat dobre są. Standardy w psychiatrii są w dużej mierze wyznaczane przez narodowe czy międzynarodowe organizacje, które m.in. publikują listę chorób i zaburzeń psychicznych. Do takich list należy między innymi publikowane przez Światową Organizację Zdrowia ICD, gdzie prokrastynacji nie znajdziemy. To jest dobry początek bez wdawania się w zawiłe rozważania - sprawdzić, czy istnieją organizacje uznające coś za chorobę.

Kret69 ujmuje to w sposób, który mi się chwilami mocno nie podoba, ale z częścią tego co pisze się zgadzam. Autodiagnoza choroby psychicznej, jakkolwiek niefortunne jest to określenie, JEST pielęgnowaniem wyimaginowanej choroby psychicznej, jak to określił. Do zdiagnozowania czegoś takiego potrzebny jest ekspert, a nie własne głębokie przekonanie. Zrób prosty eksperyment - wejdź na stronę w Internecie wylistowującą objawy chorób i poszukaj tych objawów u siebie. Nagle okaże się, że cierpisz na jakieś piętnaście poważnych schorzeń, od niedoczynności tarczycy przez szereg nowotworów po nie wiem, padaczkę. Nie różni się to istotnie od zdiagnozowania u siebie choroby psychicznej, nieważne czy jest to coś, co formalnie jest uznane za chorobę, czy nie (widziałem już dość osób, które same u siebie wykryły zespół Aspergera, by być sceptycznym wobec takich deklaracji, choć istnienia zespołu Aspergera jako takiego nie neguję).

16-01-2014 10:43
31137

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0

A skąd taki pomysł? W końcu jestem nerdem, z jakichś powodów używam tak jak Ty tej mentalnej morfiny...  I co ma moja osobista sytuacja do teorii, które przytaczasz w publikacji? Teorii też nie można komentować, bo urazi to uczucia tych, którzy wierzą, że te teorie są prawdziwe? Tak było w przypadku, gdy twórca choroby "dysleksja" otwarcie przyznał, że to wymyślił - ludzie wierzący w tę chorobę nadal mu nie wierzą...

Oddtail ujął to lepiej niż ja. Co więcej, choroby fizycznej też w takim mechanizmie w końcu można się nabawić. Relacja między psychiką a ciałem jest zbyt mało zbadana.

I przepraszam, jeśli w którymś momencie byłem zbyt agresywny - zdaję sobie sprawę, że to zapalny temat dla Ciebie.

16-01-2014 10:44
~zuo wcielone

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Dobry wpis. Może powinienem się zarejestrować, żeby móc dać lajka. ;-)
Bardzo profesjonalny. Znaczy jest konsekwencja wywodu, opis zagadnienia, actual play, zalecenia ogólne. Tekst można pokazywać redaktorom działów jako przykład jak pisać almnachy. ;-)

Z przemyśleń: jeśli widzisz cel i drogę, i masz swój sposób na realizację to super, tak trzymać. Jak uczył Machiavelli każdy sposób na osiągnięcie celu jest dobry, nawet Habit RPG. Trzeba być lisem i lwem. ;-)

Do listy dobrych nawyków ja bym dodał:
- selekcje osób z którymi się zadajesz, i którymi się przejmujesz. Pozytywną i negatywną. Bo niektórzy to jeszcze wiele muszą  zrozumieć, a inni mają nadmiar pozytywnej energii i można sobie trochę zebrać, nie obrażą się. (choć to trochę podpada pod stres i złe nawyki)
- dokładaj do pieca. Znaczy zapieprzać się cały czas nie da, więc jakieś rozrywki trzeba mieć, tylko niektóre rozrywki są lepsze, zaplanowane, wyważone i nie dominujące grafiku.

Z tymi definicjami to rzeczywiście może być różnie. Bo jak ktoś wie że jest nie tak, rozumie dlaczego i co z tym zrobić, to nie jest tak źle. Gorzej jak nie można nawet zdefiniować problemu, albo definicja jest błędna, odbiór sygnałów w ogóle się nie zgadza z rzeczywistością i bodźce wywołują losowe reakcje. (albo za silne, albo wcale, albo w inną mańkę).

Tak mi się przypomniało:
Przed wyruszeniem w drogę zbierz drużynę. ;-)
 
16-01-2014 10:47
31137

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0

Nie różni się to istotnie od zdiagnozowania u siebie choroby psychicznej, nieważne czy jest to coś, co formalnie jest uznane za chorobę, czy nie (widziałem już dość osób, które same u siebie wykryły zespół Aspergera, by być sceptycznym wobec takich deklaracji, choć istnienia zespołu Aspergera jako takiego nie neguję).

Co więcej, jeśli widziałeś ich dość (zgaduję, że przynajmniej w części wykryli też ich rodzice i im wmówili - "żeby miało łatwiej w życiu") to przyznasz też zapewne, że różnią się zachowaniem od ludzi, którzy rzeczywiście na Aspergera cierpią a codziennie nad sobą pracują.

16-01-2014 10:54
oddtail
   
Ocena:
+2

@Kret69: absolutnie. I uważam, że autodiagnoza jest brakiem szacunku wobec osób, które zdecydowanie i na pewno na coś cierpią.

I mały, jeśli wolno, osobisty komentarz: w różnych momentach życia podejrzewałem u siebie (czasem dalej podejrzewam) i kliniczną depresję, i Aspergera, i nerwicę natręctw, i okazjonalnie inne rzeczy. Może nawet na coś cierpię w łagodnej postaci. Ale ponieważ nigdy nie zweryfikowałem tego, mam obowiązek założyć, że jestem zdrowy psychicznie i jedynie w ramach tej zdrowotnej normy popieprzony. Kiedy uznam, że moje problemy w codziennym życiu mogą rzeczywiście mieć podłoże medyczne, pójdę do psychiatry (albo lepiej dwóch niezależnie) i oni mi to potwierdzą. Albo odeślą do domu.

16-01-2014 11:00
31137

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0

Z tego samego założenia wychodzę. Dodatkowo mi dochodzi jeszcze paranoja ;) która każe mi trzy razy się zastanowić kiedy specjalista wypisuje jakiś lek lub terapię zanim skończy diagnozę (a czasem w ogóle z pacjentem nie rozmawiając) - i to dowolny specjalista. Potęgę wpływu firm farmaceutycznych i oferujących różne terapie zdążyłem już poznać.

A brak umiejętności realizacji zadań czy radzenia sobie z natłokiem spraw jest normalną ludzką rzeczą. Czasami wynika z tego, że mamy po prostu za dużo spraw na głowie, albo za długo siedzimy przed kompem (uzależnienie od gier? Stąd moje pierwotne wątpliwości, czy grą można leczyć takie uzależnienie). Ja ten problem miałem w jednym z moich miejsc pracy, gdzie na skutek zerowej komunikacji, niejasnej struktury (modna zadaniowa) i braku zarządzania sprawy narastały a nie bardzo było wiadomo jak i za którą się wziąć. Miałem niemal identyczne problemy i na pewno nie były powodem problemów psychicznych. Jest to zwyczajny brak umiejętności, który można zlikwidować ucząc się zarządzania czasem.

16-01-2014 11:10
Senthe
   
Ocena:
+3

Ok. Powiem tak. Zupełnie nie zależy mi na stwierdzeniu, że jestem chora i biedna, laboga laboga. Nikt nie chce być chory; JA nie chcę być chora. Chętnie przyjmę, że prokrastynacja chorobą nie jest. Dla mnie prokrastynacja to zespół autodestrukcyjnych zachowań i negatywnych emocji. Jakoś udało mi się z nich wyplątać bez pomocy psychologa, ale nie wszyscy dają sobie z tym radę sami. IMHO jeśli jakieś zachowania i psychiczne blokady rujnują jakiejś osobie życie i ona mimo najlepszych chęci nie jest w stanie się temu przeciwstawić, mamy do czynienia z zaburzeniem psychicznym. Takim jak np. uzależnienie, za które co prawda sami odpowiadamy, ale na pewnym etapie niezależnie od naszej woli dosłownie tracimy kontrolę nad sobą.

Moim celem nie była autodiagnoza i użalanie się nad sobą, a zwrócenie uwagi na fakt, że tak jak "nimfomania" różni się od "lubienia seksu", a "depresja" od "bycia smutnym", tak słowo "prokrastynacja" ma zupełnie inne znaczenie niż "lenistwo" albo "niepracowanie" i wiąże się z nim mnóstwo cierpienia i nieszczęścia.

 

EDIT:

Polska Wiki (tak, lamerska polska Wiki, ale to i tak jest wiedza ogólna): "Walka z uzależnieniem psychicznym zależy w głównej mierze od woli osoby uzależnionej. Jako że wola uzależnionego jest naruszona, osłabiona, pojawia się problem „błędnego koła”. Dlatego niezmiernie rzadko zdarzają się „samowyleczenia” w przypadku zaawansowanych faz uzależnienia. Charakterystyczne jest podejmowanie przez uzależnionego decyzji (np. o rezygnacji z zażywania) i niemożność realizacji tej decyzji. Towarzyszy temu rozrastający się system psychologicznych mechanizmów obronnych."

Nie wiem, czym to się tak bardzo różni od prokrastynacji.

16-01-2014 11:19
oddtail
   
Ocena:
+2

@Senthe: ja w żadnym wypadku nie próbuję umniejszać skali problemu czy sprowadzać go do lenistwa. Prokrastynacja może wynikać z kupy rzeczy. Może z lenistwa (a jakże), ze zmęczenia, ze złej organizacji pracy, ze złych nawyków, z braku umiejętności pracy, z osobowości i jeszcze paru innych rzeczy.

Ale wydaje mi się, że warto precyzyjnie definiować i opisywać problem, bo i osobie definiującej, i innym dookoła to bardziej pomoże. Chociażby łatwiej jest znaleźć rozwiązanie. I taki cel miało moje przyczepienie się do terminu "prokrastynacja". Nie zanegowanie tego, co piszesz czy bagatelizowanie Twoich doświadczeń.

Problemy z prokrastynacją miewałem i dalej miewam, czasem trudne do przezwyciężenia. Ale np. nigdy nie miałem reakcji, którą opisujesz, przy której czułbym się mniej wartościowy czy zrozpaczony. W moim przypadku była to raczej kwestia wkurzenia na samego siebie i ogólnej irytacji.

Ktoś wspomniał w komentarzu, że może większym problemem niż przezwyciężenie prokrastynacji jest kwestia samooceny, o której piszesz. I nie wiem, czy nie ma w tym trochę sensu. Przyklejasz do problemu etykietkę "prokrastynacja". Ale czy to jest jedyny problem? Albo nawet główny? Bo jeśli nie, to nawet jak z prokrastynacją sobie poradzisz (np. dzięki Habit RPG, czemu nie), to przyczyna nie zniknie, i będzie się tylko kiedyśtam inaczej objawiać.

Przez prokrastynowanie zmarnowałem w życiu wiele czasu i wiele okazji. Ale marnując ten czas czułem się dobrze, poczucie winy owszem, miałem, ale umiarkowane.

Nie podzielam sceptycyzmu Kreta69 na temat Habit RPG, za to myślę, że czasem warto zastanowić się nad przyczyną, a nie objawami. Prokrastynacja przeszkadza osiągać cele i się realizować. Ale to nie ona jest przyczyną niskiej samooceny, frustracji, strachu czy rozpaczy. Jest tylko efektem nieradzenia sobie z tą inną, gdzie indziej ukrytą pryczyną. I nauka lepszego ogarniania tego, co się robi może, ale wcale nie MUSI być najlepszym rozwiązaniem.

Ja nauczyłem się podejścia "I'm a slacker, I'm happy, I don't NEED to learn how to be productive". Na prokrastynację mało to pomogło, i dalej nie radzę sobie z wieloma zadaniami czy obowiązkami. Ale nieszczególnie się tym przejmuję. Co zresztą paradoksalnie powoduje, że prokrastynuję jednak nieco mniej.

16-01-2014 11:52
Senthe
   
Ocena:
+3

@oddtail

"Ktoś wspomniał w komentarzu, że może większym problemem niż przezwyciężenie prokrastynacji jest kwestia samooceny, o której piszesz. I nie wiem, czy nie ma w tym trochę sensu. Przyklejasz do problemu etykietkę "prokrastynacja". Ale czy to jest jedyny problem? Albo nawet główny?

(...) myślę, że czasem warto zastanowić się nad przyczyną, a nie objawami. Prokrastynacja przeszkadza osiągać cele i się realizować. Ale to nie ona jest przyczyną niskiej samooceny, frustracji, strachu czy rozpaczy. Jest tylko efektem nieradzenia sobie z tą inną, gdzie indziej ukrytą pryczyną. I nauka lepszego ogarniania tego, co się robi może, ale wcale nie MUSI być najlepszym rozwiązaniem."

Bardzo ciekawa uwaga. Spróbuję to przemyśleć i ewentualnie odpowiedzieć później.

Jedna uwaga: nie uważam, by Polteru był właściwym miejscem do głębokich rozmów o tajnikach osobowości ; ). Sporo kwestii w swojej notce przemilczałam, ponieważ uznałam je za niezwiązane z głównym tematem. Nie napisałam jej też po to, by uzyskać nowe dobre rady bądź przeprowadzić terapię grupową, lecz chyba raczej w celu czysto informacyjnym. Jestem więc wdzięczna za próby pomocy, lecz dla mnie są one tak jakby mało pomocne ; )

16-01-2014 12:25
oddtail
   
Ocena:
+2

@Senthe: wspominałaś już, o tym, prawda. Ale notka jest widoczna publicznie, i może dyskusja na jej temat zainteresuje (albo się przyda) komuś innemu ;)

16-01-2014 12:32
31137

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+1

Jedna uwaga: nie uważam, by Polteru był właściwym miejscem do głębokich rozmów o tajnikach osobowości 

Moje niezbyt wprawione psychologicznie oko po przeczytaniu Twojej notatki - publikacji zobaczyło przynajmniej kilka takich tajników, którymi się dzielisz. Oko wprawione bardziej znajdzie sporo problemów u autora każdego z komentarzy, włącznie z moimi.

16-01-2014 13:40
Kumo
   
Ocena:
+1

Ktoś już zwrócił uwagę na to, że w tym wypadku rozróżnienie choroba/zaburzenie itd to głównie kwestia semantyki. Cała różnica polega na tym, że dany problem zostanie oficjalnie uznany za chorobę... i w gruncie rzeczy tyle. nie zmieni to ani jego genezy, ani objawów, jedynie sposób zapisu w dokumentacji (ew. podejście terapeutów). Tak czy inaczej - jest to po prostu problem.

Dla niektórych zaklasyfikowanie tego jako choroby będzie motywacją do działania (jestem CHORY - chcę wyzdrowieć, nie chcę patrzeć w lustro i widzieć "wariata"), dla innych przeciwnie (łee, jestem chooory, zaaajmijcie się mnąąą, taakie biedactwo ze mnieeee...)

Co do ADHD - w tym wypadku ciężko jest coś sensownie określić. Wygląda na to, że taka choroba jak najbardziej istnieje (i jest czymś, co potrafi praktycznie uniemożliwić normalne funkcjonowanie!)... ale występuje o wiele rzadziej, niż wynikałoby z rejestrów. Patrząc na praktykę, jest to (niestety, "modna") szufladka do której wrzuca się wszystkich wykazujących określone objawy - czyli również osoby z zaburzeniami psychiki innymi niż samo ADHD, jak i takie, u których przyczyna leży gdzie indziej (podobne efekty mogą być wywołane np. niedoborami magnezu, NNKT, witamin z grupy B, a także przez kilka powszechnie występujących gatunków pasożytów - dzieci są na wszystko powyższe bardziej wrażliwe, więc częściej pojawiają się u nich objawy), no i oczywiście zwykłe rozpieszczone/zaniedbane pod względem wychowawczym dzieciaki, których rodzice wolą powiedzieć "och, mam chore dziecko, NIC NA TO NIE PORADZĘ, niech dadzą mu w szkole taryfę ulgową", identycznie jak z dysleksją czy dysgrafią. Innymi słowy: uważam, że ADHD istnieje, ale najprawdopodobniej w ogromnej większości zdiagnozowanych przypadków przyczyna leży zupełnie gdzie indziej. Efekt - dla jednych mamy "wielką epidemię ADHD", a dla drugich choroba jest w ogóle zmyślona, bo większość "chorych" ewidentnie ma inny problem do rozwiązania.

16-01-2014 13:54
31137

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0

Kumo, uznanie czegoś za chorobę może mieć poważniejsze konsekwencje niż semantyczne. Wówczas zaczyna zajmować się tym cały aparat medyczny i oprócz terapii wchodzą leki i programy finansowania leczeniu i zapobieganiu chorobie finansowane przeważnie ze wspólnych środków. 

Gdybyś miał do wyboru kupić jeden defibrylator więcej albo wydać broszurę o ADHD czy dysleksji to sprawa tylko pozornie jest oczywista. W praktyce takie wyimaginowane choroby wyciągają kasę z systemu na potęgę - tym więcej im modniejsze. A szczytem sukcesu jest dorwanie się do kasy NFZ lub jego odpowiednika w innym kraju. 

Nie ma bardziej dochodowego interesu niż wymyślić chorobę i terapię/lekarstwo na nią. 

16-01-2014 14:19
Kumo
   
Ocena:
+1

@Kret69:

Oczywiście masz rację, ale na poziomie niniejszej dyskusji kwestie naukowej ściemy, zmowy interesów itd. nie maja aż takiego znaczenia - mówimy o problemach konkretnych osób. Zresztą podciągnięcie pod daną jednostkę chorobową dodatkowych kilkuset procent przynosi co najmniej taki sam dochód, jak wymyślenie nowej - ale jest przy tym o wiele bardziej wiarygodne. Ale w żadnym wypadku nie oznacza, że nie ma ludzi faktycznie cierpiących na dana chorobę - nawet, jeśli w rzeczywistości występuje ona tylko u kilku osób na parę tysięcy zdiagnozowanych przypadków!

Zresztą twierdzenie, że "ta choroba jest zmyślona" może działać w drugą stronę - jeśli ktoś pokaże, że jednak choroba istnieje, to wiarygodność ludzi zarabiających na lekach bardzo mocno rośnie.

16-01-2014 16:13
TO~
    przerażające
Ocena:
0

Za moich czasów (rocznik '81) nie było dyslektyków, dysgrafików, nie było słowa o dyskalkulii. Były dzieciaki mające problem z danym przedmiotem. Owe dzieciaki zazwyczaj pracowały ciężko i chodziły na zajęcia wyrównawcze. Nikt też nie przedstawiał zaświadczenia o prokrastynacji, jeśli się nie nauczył na klasówkę. Rodzice rozrabiającego dzieciaka nie zasłaniali się adyhady.

Z drugiej strony, nikt też nie mówił dawniej głośno o depresji, czy nerwicy natręctw.

Dzięki za notkę, dałaś mi do myślenia. Piszę serio, dzięki.

W.

 

 

16-01-2014 19:37
Senthe
   
Ocena:
+1

@Scath

Zgodnie z zapowiedzią, komentarze skasowałam bez czytania, a screeny zostały przesłane administracji.

16-01-2014 20:08

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.