» Opowiadania » Z ognia ogień. Część 1

Z ognia ogień. Część 1


wersja do druku

Opowieść z cyklu Dakkartan

Autor: Redakcja: Staszek 'Scobin' Krawczyk

Z ognia ogień. Część 1
Po dłuższej przerwie wracamy do cyklu DAKKARTAN, którego publikowanie rozpoczęliśmy w styczniu 2011 roku. Poniżej przedstawiamy I część opowiadania Z ognia ogień, stanowiącego czwartą odsłonę cyklu. Wkrótce część II, a po niej – piąte już opowiadanie, którego roboczy tytuł to Martwe zasoby. Zapraszamy do lektury!

(W opowiadaniu znajdują się wulgaryzmy).



 

 

    Witaj, droga przyjaciółko!

    Mam nadzieję, że jesteś już zdrowa, czeka nas bowiem zadanie. Skontaktowałam się w porcie Ebor z Gamarielem. Nie mogę ci w tym liście podać szczegółów, sama wiesz czemu. Zapewniam jednak, iż sprawa jest ważna, gdyż zadanie powierzył nam stary znajomy, hrabia Menkar Reman. Czekam na ciebie za pięć dni przed bramą miasta.

    Do zobaczenia, twoja przyjaciółka, Czerwona!

***

    Pierwszy przebudził się słuch, pozostałe zmysły pogrążone były jeszcze w letargu. Przez otwarte na oścież okno wdzierał się raban portowego targowiska, szum fal i śpiew mew. Na ramionach poczuła łagodny powiew wiatru. Głęboki wdech otrzeźwił elfkę, powietrze pachniało morską bryzą.

    Kiedy tylko Dallian uniosła głowę znad poduszki, poczuła znajomy, przenikliwy ból w skroniach. Złapała się za głowę, jednak jak zwykle nic to nie dało. Wnet obok niej pojawiła się czerwonowłosa towarzyszka, która natychmiast przyłożyła jej zimny okład do czoła. Pomogło.

    – Witaj – uśmiechnęła się Kirianel. – I jak?

    – No – rzuciła zmęczona Dallian.

    – Pewnie znowu nic nie pamiętasz?

    – Ni chuchu.

    – Jesteśmy w tawernie Pod Morskim Wężem, wczoraj wieczorem przyjechałaś do portu Ebor.

    – Daj mi coś do picia, te migreny mnie wykończą.

    Ciemnowłosa najemniczka sięgnęła po dzbanek ciepłej wody.

    – Jesteś pewna, że to zwykłe migreny? Masz je coraz częściej.

    – Kiria, nie podniecaj się na sucho. Mów, co to za robota – Dallian zerwała się z łóżka, by rozprostować nogi.

    – Mamy eskortować ważnego gościa hrabiego Remana, ma dotrzeć do Pirii, na dwór hrabiego Teilana Veisa.

    Przed oczyma Dallian stanął na moment słynny wysoki pałac Pirii, zbudowany na szerokiej podstawie, przypominającej wieżę. Obiekt ten, zbudowany przez Pelliara Wielkiego, miał symbolizować potęgę królestwa ludzi, a było to w czasach, kiedy prym w centrum kontynentu wiedli elfowie.

    – Ueee, i to ma być ciekawe zajęcie? – odparła po chwili. – Normalnie ta sama robota co pół roku temu.

    – Ale to właśnie wtedy natknęłyśmy się na purpurowych, a Gamariel twierdzi, że wezmą na cel naszą przesyłkę.

    – No, to już rozumiem. A gdzie kapłan się zaszył?

    – Nie wiem, sam mnie znalazł. Twierdził, że możemy mieć problemy, dał mi więc to – Kirianel wskazała przyjaciółce leżący na stole pakunek. Dallian podeszła do niego, zajrzała i wyciągnęła dziwną żelazną rękawicę. Zagwizdała z podziwu.

    – Wiesz, co to jest? – spytała czerwonowłosa.

    – Założę się o beczkę piwa, że to cangra, tutaj nazywana kuszą. Jak podaje plotka, te rzeczy zmajstrowali krasnoludzcy rzemieślnicy, żeby odeprzeć ataki elfich łuczników. To droga i bardzo rzadka broń. Nigdy nie widziałam jej na oczy, ponoć jest mordercza. – Dallian założyła niecierpliwie jedną z rękawic, przypadkowo naciskając na spust. Bełt strzelił jak z bicza, prosto w odrzwia pokoju.

    Elfki stały przez chwilę zaskoczone. Dali ruszyła ku drzwiom.

    – Ty, przebiło na wylot! – Zaskoczona wojowniczka wytrzeszczyła oczy ze zdziwienia. – O, patrz, pod spodem jest druga! – Ponownie nacisnęła spust.

    – Dali, uważaj, podziurawisz pokój jak sito!

    – Oho, nie można tak od razu napiąć cięciwy. Blokować też bym nie próbowała. No i ciężkie, fakt. Ale co tam! Jaka frajda!

    – Spokojnie, do wieczora mamy czas, aby wszystko ustalić. Plan jest taki…

***

    Mimo że minęła północ, na dworze wcale się nie ochłodziło. Na południowym wybrzeżu Pelliaru panował ciepły klimat, odpowiadało to Dallian, gdyż tak jak każdy elf nie cierpiała chłodów Północy.

    Ebor, którego nazwa w czasach antycznych brzmiała Eborious, było jednym z najstarszych miast w Pelliarze. Stanowiło kolebkę kultury Pellian i było symbolem odrodzenia. Centrum Ebor stanowił pałac na wzgórzu zwanym aeron. W czasach antycznych stała tam świątynia pierwotnych bogów, zniszczona w wojnie z demonami. Podczas odbudowy jej fundamenty posłużyły do skonstruowania fortecy, siedziby panującego hrabiego.

    Całe Ebor miało warstwową budowę, przypominającą urodzinowy tort. Składało się z czterech pierścieni, z których najszerszy, zewnętrzny, odgradzał całe miasto od dzikich lasów i okolicznych pól. Okręg ten zamieszkiwali zwykli mieszczanie, kupcy, rzemieślnicy oraz pracownicy portu zajmującego południową część Ebor. Drugi pierścień, położony wyżej, zarezerwowany był dla zamożnej społeczności, dla pomniejszej szlachty oraz rodzin oficerów w armii hrabiego. Trzeci pierścień był częścią samego zamku, gdzie stacjonował Legron Etalijski. Ostatnią częścią układanki były zamkowe mury, okalające aeron.

    W portowej przystani nie było tłoczno, jedynie kilkunastu argusów patrolowało teren. Wszyscy inni zaszyli się w tawernach i na targowisku, gdzie o tej porze trwały uczty i zabawy.

    – Wyszukałaś całkiem niezły towar – Dallian pochwaliła przyjaciółkę. – Ta zbroja jest jak znalazł.

    Najemniczka rozciągnęła ramiona, aby sprawdzić, czy zbroja nie ogranicza jej ruchów. Kirianel doskonale wiedziała, że jej towarzyszka nie mogła się nacieszyć z nowego nabytku. Obie nosiły nowiutkie pancerze z utwardzonej skóry, wzmocnione dodatkowo żelaznymi płytkami, chroniące szczególnie klatkę piersiową oraz nogi. Nowością dla elfek były także hełmy, dotąd ich nie używały.

    – Po atrakcjach z ostatnich tygodni pomyślałam, że lepiej zadbać o lepszą ochronę.

    – Racja – zawtórowała jej Dallian. – Co prawda to żelastwo trochę waży, ale już dawno wykorzystałam swoje dziewięć żyć, kiedy obijano mi dupsko. Tak w ogóle skąd wzięłaś na to pieniądze? Hę?

    – Prezent od Hrabiego Remana za akcję w Kerze.

    – A nie mówiłam? – ucieszyła się Dallian. – Trzymajmy się Gamariela, to nieźle na tym wyjedziemy…

    Oparła się o wysoką skrzynię, nie mogąc doczekać się przybycia ważnego gościa. Wspólnie z Kirianel stała bezczynnie już dwie godziny.

    Celem misji było odeskortowanie młodej madrackiej księżniczki, która miała zostać żoną hrabiego Veisa z miasta Piria. Wiele lat temu armia Pelliaru podbiła Chanat Madracki, zwany na Zachodzie Enutem. Chanat przekształcono w zależną prowincję, Enutię, lecz w strukturach władzy nadal zasiadali rodzimi Madratowie. Piria, położona tuż przy granicy, od setek lat była celem ataków wojowników z gorących pustyń Enutu. Nic więc dziwnego, że pelliarska szlachta chciała ugłaskać oponentów o oliwkowej karnacji, zwłaszcza że Enutia dawała ogromne profity w postaci rzadkich surowców, orientalnych przypraw, owoców czy tkanin. Szczególnie zależało na tym hrabiemu Remanowi, który był w bliskiej zażyłości z panującym na północy rodem Veisów.

    Problem polegał na tym, iż nie wszystkim do smaku było małżeństwo Veisa z córką madrackiego szlachcica. Szkodziło ono szczególnie Gildii Chertynów, która rywalizowała z Ligą Naimaską o import towarów ze Wschodu. W grę wchodzili także zwolennicy wojny, z jednego i drugiego królestwa. Zatem ktoś musiał dopilnować, by księżniczce nie spadł włos z głowy.

    – Czy oni sobie jaja robią? – wtrąciła zniecierpliwiona Dallian, tupiąc ze wściekłości ciężkimi, okutymi butami.

    – Spokojnie – zapewniała Kirianel, niewinnie uśmiechając się do przyjaciółki – przecież mówiłam, że wszystko utrzymane jest w ścisłej tajemnicy.

    – Dobra, dobra, gdyby nasz przybysz tak bał się o swój tyłek, to powinien wpaść wcześniej, niż zapowiadał. No nareszcie!

    Po czarnej tafli morza wpływała powoli niewielka łódź. Elfki dostrzegły sylwetki tylko dwóch pasażerów. Kiedy łódź przybiła do przystani, jako pierwsza na powitanie wyszła Dallian.

    – Co wy, z samej wyspy Halgerot płynęliście czy jak?

    – Nasz okręt zacumował niedaleko brzegu, nie chcieliśmy wpływać do portu – wyjaśnił wioślarz. Widać było, iż nie jest zwyczajnym marynarzem, nosił na sobie obszerną szatę przypominającą mnisi habit. Pod lewym okiem miał tatuaż przedstawiający wijącego się węża.

    – Przysłał cię Gamariel? – spytała Dallian, podając dłoń nieznajomemu, aby pomóc mu wejść na molo.

    – Jestem Doav'Rahir, opiekuję się księżniczką. Lepiej się pospieszcie, nie można zwlekać.

    Po chwili wstał pasażer łodzi i odsłonił ciemny kaptur, ukazując zadbaną, oliwkową twarz oraz kruczoczarne włosy.

    – Księżniczka Shahrenzān – przedstawiła się córka bejlerbeja prowincji Abet.

    Szlachcianka pokłoniła się z wdziękiem. Dopiero teraz elfki zauważyły złote łańcuchy i świecidełka, okalające drobną, opaloną szyję księżniczki.

    Konwenanse nie trwały jednak długo.

    – Padnij! – wykrzyknęła nagle Dallian.

    Wszyscy padli na ziemię, świszczące wokoło strzały chybiły celu.

    Dallian odwróciła się, biegło ku nim sześciu zbirów z kijami i maczugami, drących paskudne mordy na podobieństwo heroldów wieszczących dobrą (lub złą, jak kto woli) nowinę. Dali wspólnie z czerwonowłosą towarzyszką ruszyła naprzeciw oprychom. Szybka wymiana ciosów i zwinne uniki prędko przesunęły szalę zwycięstwa na stronę elfek. Już po kilku sekundach pierwszy ze zbirów trafił do wody.

    – Mówiłem, że ci głupcy na nic się nie przydadzą – wycedził łuskowaty czarownik, obserwując potyczkę z dachu wysokiej tawerny. Nerwowo stukał długimi pazurami o ciemnobrązowe dachówki.

    – Patrz tylko, co oni wyprawiają? Trzeba było wynająć zbrojnych lub doświadczonych najemników, ci tutaj nadają się do zwyczajnego mordobicia.

    Siedzący obok kotopodobny stwór pogładził się po wąsach i mruknął:

    – Hmmm… Chciałem ci coś pokazać – zamyślił się przez chwilę kihairski łowca – ale to chyba tak nie działa.

    Pół człowiek, pół kot nadstawił spiczaste uszy, aby lepiej przysłuchać się odgłosom walki. Nosił na głowie przepaskę plecioną z lokalnych kwiatów i liści trzcin. Reszta ekwipunku raczej nie wprawiłaby przeciętnego żołdaka w osłupienie – drewniana włócznia sterczała stworowi zza pleców, jedynym odzieniem była postrzępiona, skórzana spódniczka zakrywająca biodra. Cała reszta składała się z mniej lub bardziej ekstrawaganckich błyskotek. To wiszący u szyi naszyjnik z kłów dzikich zwierząt, to brązowa bransoleta na nadgarstku czy kolczyk w uchu.

    – Niby co takiego? – Zdenerwowany Saurianin odgarnął purpurowy kaptur z głowy.

    – Może tam pójdziesz i załatwisz sprawę? Pamiętaj, ciemnowłosa elfka ma przeżyć.

    Szarołuski jaszczur popatrzył przez chwilę na swojego futrzanego partnera, prychnął, poderwał się na równe nogi i rozchylił szeroko skrzydła. Zatrzepotał gwałtownie, po czym sfrunął w stronę walczących.

    Dallian wrzuciła do wody kolejnego bandziora, chwyciła drewnianą pałkę i cisnęła nią wprost w łucznika kryjącego się za stertą skrzynek. Oberwał w nos, zatoczył nieduże koło i padł nieprzytomny. Najemniczka już miała odwrócić się i wspomóc Kirianel w walce z pozostałą bandą, kiedy usłyszała potężny huk.

    Kątem oka zauważyła gadzie stopy, zakończone długimi pazurami. Obróciła się. Stał przed nią wysoki, sauriański skrytobójca, gotowy w każdej chwili użyć ostrych szponów. Ślepia miał nieruchome, zdawały się martwe i bez cienia emocji. Lecz nie to skupiło uwagę Dallian. Elfka z radością podziwiała unoszącą się na wietrze purpurową pelerynę.

    – Cześć – uśmiechnęła się szeroko, by w następnej chwili zamierzyć się krótkim mieczem na jaszczura. Saurianin zwinnie wymijał ostrze, obracając się na różne strony, uchylając i odskakując na boki. Walcząca z nim elfka zaczęła już kipieć ze złości, właśnie wtedy uderzył. Zablokował ramieniem jej cios, po czym pchnął ją własnym ciałem. Po chwili stał już nad przewróconą dziewczyną, łypiąc na nią złowieszczo.

    Nagle poczuł silne uderzenie w kark. Odwrócił się na pięcie i ujrzał czerwonowłosą elfkę, której nie dostrzegł wcześniej.

    –Ty, gadzia morda! – usłyszał za plecami.

    W chwili gdy stwór się odwracał, Dallian wyciągnęła cangrę i wystrzeliła w jego stronę. Niczego nie spodziewający się zabójca oberwał w skrzydło, zaskowyczał wściekle i już miał rzucić się jak lew na antylopę, kiedy na przystań wtargnęli strażnicy miejscy. Nie czekając na rozwój sytuacji, uleciał w górę.

    – Niech to szlag! – wrzeszczała elfka.

    Kirianel podbiegła do towarzyszki z obawą, iż coś jej się stało.

    – Pokaż, jesteś ranna? – spytała troskliwie.

    – Patrz jaka franca – Dallian uniosła w górę prawe ramię. Zawieszona na rękawicy miniaturowa kusza była roztrzaskana. – Połamał mi cangrę.

    Elfka popatrzyła na uszkodzony mechanizm, który rozbił się na drobne części podczas wystrzału.

    – Takich wrażeń oczekiwałaś? – Uśmiechnęła się Kiria, zauważywszy, że przyjaciółka jest cała i zdrowa. Co najwyżej lekko potłuczona.

    – Na coś trzeba umrzeć, prawda? – roześmiała się najemniczka, obserwując, jak straże wyławiają z morza pokonanych bandytów.

***

    Wynajęci do brudnej roboty najemnicy rozpierzchli się w różnych kierunkach, wbiegając w wąskie i ciemne uliczki portu. W oddali słychać było krzyki i dźwięki trąb miejscowej straży, pościg zaczynał się w najlepsze.

    Jeden z ocalałych, osamotniony przez wspólników, co i rusz oglądał się za siebie, czując na karku zimny dreszcz. Powietrze przeszył głośny świst. Nim bandyta cokolwiek poczuł, już leżał na ziemi, a jego gardło ściskała zimna stal zakrzywionego sztyletu.

    – Kto cię wynajął? – zagrzmiał głos.

    Bandyta czuł w trzewiach, że nie ma do czynienia z typowym strażnikiem. Kłamstwo mogło go kosztować upuszczenie krwi. Nie widział twarzy oprawcy, jedynie wściekłego węża na jego policzku, który groźnie szczerzył jadowite kły.

    – Nie znam go, naprawdę! To ktoś obcy!

    – Jak wyglądał?!

    – Jak jakiś mieszaniec, bestianid, przypominał dzikiego kota, ale chodził i mówił jak człowiek! To wszystko, co…

    Nie zdążył jednak dokończyć zdania, krew z jego tętnic rozbryzgała się po ścianach portowego magazynu. Morderca natychmiast zniknął w cieniu, śmiejąc się z cicha pod nosem – wszystko szło zgodnie z planem.

***

    Sauriański agent przycupnął na gzymsie, tuż obok pogrążonego w myślach Kihaira. Rozwinął szeroko zranione skrzydło. Pocisk przeszedł na wylot, jednakże jaszczur nie mógł dosięgnąć łapami do rany. Bez słowa obrócił się plecami do kocura.

    Zwiadowca okrył dziurę futrzanymi łapami i skupił się na zaklęciu. Fala energii przebijająca się przez jego dłonie przez chwilę sprawiła ból skrytobójcy. Ten skrzywił się, syknął, by w końcu odetchnąć głęboko – skrzydło zostało uleczone.

    – Po tym przedstawieniu z durnymi rzezimieszkami wparuje tam cały regiment straży. Mówiłem, żeby nie bawić się w żadne gierki – poskarżył się partnerowi.

    – Ty masz swoje rozkazy, ja swoje. Księżniczkę dorwiemy w drodze do Pirii.

    Kihair pochylił się w przód i cicho zamruczał. Ze spokojem przyglądał się sytuacji na pomoście.

    – Kim w ogóle jest ta czerwonowłosa?

    – Ciekawa sprawa, nieprawdaż? Moje obserwacje trwają już dwa tygodnie, a mimo to nadal borykam się z tym problemem. Miałem nadzieję, że ze swoimi zdolnościami postrzegania pomożesz mi rozwiązać sprawę.

    – Musiałbym dotknąć najemniczki.

    – Ma na imię Dallian, ta druga to Kirianel.

    – Jakie to ma znaczenie?

    – Może cię zaciekawi, że Kirianel sama pojawiła się w Kerze i w dodatku pomogła Sawce w tej sprawie z driadami.

    Jaszczur popatrzył jeszcze raz na Dallian, po wyrazie jego twarzy kotopodobny zwiadowca poznał, iż niedowierza.

    – Nic już nie rozumiem, jakim cudem mogła tego dokonać?

    – To właśnie muszę ustalić. – Kihair zamruczał przeciągle, jakby zadowolony z pomysłu, na jaki właśnie wpadł.

***

    W gospodzie było tłoczno i głośno, Kirianel z trudem wytrzymywała hałas. Na scenie grali wędrowni trubadurzy, przy stolikach dysputowali podróżnicy i kupcy, za to największy harmider panował przy stoliku Dallian.

    Elfka okrzykiem świętowała kolejną wygraną w karty. Ogrywała właśnie miejscowych najemników i kupców, jednym z nich był członek Kompanii Fladandzkiej, do której Dali przynależała. Kirianel przyglądała mu się uważnie, gdyż jako jedyny z graczy nie przejmował się przegraną. Wyglądało na to, iż elfia koleżanka wpadła mu w oko.

    W pewnym momencie Dallian ograła oponentów ze wszystkich oszczędności. Rumieniła się na twarzy, co oznaczało, że za dużo wypiła.

    – Przykro mi, ale dziś już się nie napijecie… za to ja tak! – zarechotała najemniczka, zgarniając ze stołu brązowe, srebrne i złote monety. Próbowała wsadzić wszystko do sakiewki, była przy tym tak niezdarna, że kilka brzęczących miedziaków posypało się na podłogę.

    Najemnik z Kompanii przychylił się, aby pomóc, po czym z szerokim uśmiechem i błyskiem w oku oddał pieniądze zwyciężczyni. Ta, rozumiejąc, co znaczy to przenikliwe spojrzenie, oznajmiła dość bełkotliwie:

    – Wpadnij do mnie później, dobra? Teraz muszę się przewietrzyć. Z drogi, ludzie!

    Chwiejnym krokiem wyszła z gospody.

    Tymczasem drzwi w pokoju elfek otworzyły się, skrzypiąc niemiłosiernie. Przerażona madracka księżniczka chwyciła to, co miała na podorędziu, i czekała, aż intruz przekroczy próg.

    Z całej siły uderzyła.

    – Auć! Spokojnie, to tylko ja, Kirianel! – krzyknęła elfka, łapiąc się za obolały bark.

    Księżniczka, jakby nie poznała swojej strażniczki, upuściła gwałtownie miotłę na ziemię i schowała się w kącie. A może po prostu było jej wstyd takiej pomyłki.

    – Już dobrze, nic się nie stało – uspokajała ją czerwonowłosa wojowniczka. – Zaraz wróci Dallian. Jesteś może głodna?

    Szlachcianka pokiwała lekko głową.

    – Zaraz ci coś przyniosę – Kiria uśmiechnęła się, by pocieszyć dziewczynkę. Od kiedy przybyła do Ebor, nie odezwała się ani słowem. Elfka nie wiedziała, czy to z braku zaufania, czy ze strachu o własne życie. Nim wojowniczka opuściła pomieszczenie, rozejrzała się za tajemniczym opiekunem Madratki. Zniknął jak kamfora, a wydawał się człowiekiem nadgorliwym, wręcz upartym jak osioł. Możliwe, że udał się za nagłą potrzebą.

    Kiedy Dallian zbudziła się z letargu, poczuła nieprzyjemny ścisk w żołądku. Pobiegła w ciemny kąt za gospodą i zwymiotowała. Czuła, jak powraca migrena, wypiła jednak tyle piwa, że była wystarczająco znieczulona.

    Przysiadła na niedużej ławeczce i spuściła głowę.

    – Może wody? – usłyszała od najemnika z Kompanii.

    – Tak, dzięki…

    Nagle na jej głowę wylano cały kubeł lodowatej wody. Elfka poderwała się jak oparzona, nieprzerwanie krzycząc i klnąc.

    – Nie ma za co – odparł rozbawionym głosem mężczyzna, trzymając w dłoniach opróżniony dzban.

    Dallian popatrzyła na niego wściekłymi oczyma.

    – Teraz się doigrałeś! – chwyciła go za koszulę i zaczęła agresywnie całować.

***

    Na tyłach portowej karczmy lokalni pijaczkowie bez skrępowania wypróżniali się wprost na ulicę. Ci bardziej struci pijacką zabawą z kolei wymiotowali. Wszystkiemu z odrazą przyglądał się Doav'Rahir, odurzony smrodem szczyn, gówna i wymiocin. Z wielkim wysiłkiem walczył z żądzą wymordowania tych ścierw. Szczęśliwie nie musiał długo znosić tego towarzystwa.

    – Ustaliłeś coś? – zagrzmiał groźnie czyjś głos. Wydobył się zza pleców Doav'Rahira. Młody mężczyzna aż odskoczył, niełatwo było go podejść. Ta sztuczka mogła udać się tylko jego nauczycielowi. Był to Gamariel.

    Doav'Rahir szybko się opanował:

    – Jak na razie wiem o dwóch Szponach, jednym jest zwiadowca Vaerghanz. Drugi, nieznany mi, to Saurianin.

    – Za to ja go znam – ucieszył się Gamariel. – Tak, to zdolny czarodziej. Jego obecność potwierdza, że Szpony wiedzą już o naszym uśpionym sojuszniku. Teraz musisz tylko wyprowadzić ich jak najdalej od Ebor.

    – A co, jeśli dotrą do księżniczki, nim my dotrzemy do Pirii? – wtrącił się wytatuowany agent.

    – Nic złego z tego nie wyniknie… O ile zyskasz dla mnie trochę czasu.

***

    Głodna księżniczka Shahrenzān nie mogła tej nocy zmrużyć oka. Nie kiedy w drugim pokoju, tuż za ścianą, słychać było dziwne głosy i krzyki. Była to sypialnia ciemnowłosej elfki. Nie pomagało nic, ani obecność Doav'Rahira, który niespecjalnie przejmował się bezsennością szlachcianki, ani schowanie głowy pod obszerną poduchę. Dopiero po dwóch godzinach hałas ustał i dziewczynka mogła spokojnie pogrążyć się we śnie.

    Tuż przed świtem ponownie zaskrzypiały drzwi jej pokoju. Choć miała lekki sen, dalej leżała w łóżku, wszak czerwono włosa Kirianel zapewniała ją, że tutaj jest bezpieczna. Z drugiej strony elfka miała też przynieść coś do jedzenia, czego jednak nie zrobiła.

    Wtem usłyszała głośny trzask, a potem krzyk:

    – Aj!

    Doav'Rahir jednym susem dopadł intruza, który właśnie wpadł do pomieszczenia. Kopniakiem w brzuch powalił go na podłogę. – To nie twoje miejsce, człowieku z Zachodu! – warknął.

    – Czego tutaj szukasz?! – wydarła się Dallian, pojawiając się w progu. Trzymała w rękach miotłę, gotową w każdej chwili do ataku. Elfka nie zdążyła się nawet ubrać, była zupełnie naga.

    Księżniczka natychmiast obróciła się na drugi bok, lecz gdy zobaczyła leżącego na podłodze gołego mężczyznę, schowała się pod kołdrą.

    – Co tu się dzieje? – do pokoju wparowała Kirianel.

    – To ja się ciebie pytam, co tu się dzieje! Gdzie byłaś?!

    Zdezorientowany Doav'Rahir odszedł na bok i przysiadł na rogu łóżka, świdrując wzrokiem nagiego najemnika z Kompanii Fladandzkiej.

    – Ja? – denerwowała się Kiria. – A ty co robiłaś całą noc? To miało być nasze wspólne zadanie! Zamiast pilnować księżniczki, baraszkowałaś z…

    – Dobra, dobra…weź nie truj – Dallian ostentacyjnym gestem nakazała przyjaciółce się uciszyć.

    – Masz nam coś do powiedzenia? – zwróciła się do nagiego kochanka.

    – Spałaś jak zabita, słyszałem, że nie mieszkasz tu sama, pomyślałem więc… że może… zabawiłbym się z twoim gościem – mężczyzna szczerzył się durnowato.

    – Świnia – wycedziła Dallian, nim zaczęła go okładać miotłą.

    Poobijany najemnik wybiegł z tawerny, świecąc na ulicy gołym tyłkiem.

    – To by było na tyle. A ty czego tak się chowasz? – ciemnowłosa elfka zwróciła się do ukrytej pod grubą kołdrą Madratki. Doav'Rahir okrył dziewczynkę przyjacielskim ramieniem i wyszeptał coś do ucha.

    – Zostaw – zaczęła Kirianel – przecież czuje się zażenowania, ja zresztą też. Możemy już jechać, całe miasto niebawem się dowie, że latasz po porcie zupełnie naga!

    – W porządku – odpowiedziała Dallian znudzonym tonem. – Pomóż mi tylko znaleźć moje ciuchy, bo je pogubiłam.

    – Zawsze to samo…

***

    Przez pierwsze dni wędrówki Dallian i Kirianel nie odzywały się do siebie. Nawet na siebie nie spojrzały, każda patrzyła w przeciwną stronę, jakby było tam coś interesującego.

    Dookoła rozpościerały się nieskończone łąki i pola. Wyglądało to tak, jakby stanęły nad brzegiem zielonego morza, które odbija promienie słońca. Tylko w oddali rosły niewysokie drzewka owocowe, drobne, młode, o białych płatkach kwiatów. Wiśnie, pomyślała Dallian.

    Kwiatowy krajobraz najmocniej zainteresował księżniczkę, która wychowywała się na pustynnym wschodzie kontynentu. Jechała tuż za Doav'Rahirem, wlepiając oczy w wielobarwną przyrodę.

    Podróżowali wzdłuż Toiren, największej rzeki w Pelliarze. Z dnia na dzień teren się podwyższał, a brzeg stawał się coraz bardziej stromy. W końcu podczas postoju na skraju drogi, gdzie szumiały bystre wody Toiren, Kirianel postanowiła przerwać milczenie.

    – Dlaczego w ogóle jedziemy konno, skoro po rzece płyną promy? Na lądzie jest sporo dzikiej zwierzyny.

    – Bo tak mi się podoba – odparła Dallian, wbijając zaostrzony kijek w piekącego się nad ogniskiem zająca.

    Doav'Rahir przysiadł się bliżej szlachcianki. Była niespokojna, wyczuła nutkę agresji w głosie najemniczki.

    – Boczysz się za to, co się stało w porcie?– drążyła dalej Kirianel.

    – Nie chcę o tym gadać.

    – A ja chcę wreszcie usłyszeć od ciebie "przepraszam". – Czerwonowłosa spojrzała Dallian prosto w oczy. Była zdecydowana na konfrontację. – Pracowałam za nas obie, aby rozwikłać tę sprawę z purpurowymi. A kiedy już natrafiłyśmy na jakiś ślad, to ty nie możesz trzymać gaci na tyłku!

    Najemniczka, lekceważąc uwagi Kirianel, spytała aroganckim tonem:

    – Zrób coś pożytecznego i poszukaj drewna na opał, co?

    – Nie myślałam, że może być z ciebie taka kretynka. – Kiria zerwała się z miejsca i ruszyła w głąb lasu.

    Tymczasem księżniczka Shahrenzān spytała o coś Doav'Rahira, jednak przemówiła w swoim ojczystym języku, jiimanie, toteż Dallian nie zrozumiała, o co jej chodzi. Opiekun szlachcianki pochylił się nad nią i dał jej odpowiedź, ukradkiem spoglądając na poczynania wojowniczej elfki.

    – Księżniczka musi iść na stronę – oznajmił mężczyzna.

    – Ech, no dobra – odparła Dallian, powstając z siedziska.

    – Ależ nie – zaprotestował Doav'Rahir – ja przypilnuję Shahrenzān.

    Elfka wzruszyła tylko ramionami i dalej jadła pieczone mięso. Przeczekała dłuższą chwilę, klnąc pod nosem jak szewc. Nigdy nikogo nie przepraszała za swoje zachowanie. Nie chciała się zmieniać, jej natura była dzika i nieokiełznana. To sprawiało, że elfka była samotna.

    – A co mi tam… – odrzuciła na bok nieogryziony do końca kawał mięsa i udała się poszukać Kirianel.

    Zamiast niej jednak znalazła młodą Madratkę oraz jej opiekuna. Nie zauważyli jej, więc elfka ukradkiem zbliżyła się w ich stronę, aby wybadać sytuację. Doav'Rahir stał tuż za księżniczką, podczas gdy ona wymiotowała. Tak się przynamniej zdawało Dallian.

    Shahrenzān leżała na klęczkach, nisko pochylona tuż nad ziemią. Charczała przy tym jak dzikie zwierzę, co zaniepokoiło kryjącą się za drzewami najemniczkę. A gdy ta wytężyła wzrok, zauważyła przebarwienia na plecach i szyi księżniczki. Blizny te, barwy krwistoczerwonej, zaczęły przybierać kształt wypustek i czegoś na wzór łuski.

    Nagle Shahrenzān odwróciła wzrok, spoglądając wprost na elfkę. Miała przekrwione oczy, a na jej twarzy jawiło się przerażenie zmieszane z żądzą krwi. Doav'Rahir obrócił się jak zaklęty, wydobywając spod szaty zakrzywiony sztylet. Nim Dali zdążyła dobyć miecza, mnich doskoczył do niej i zamachnął się.

    Broń przecięła powietrze, świszcząc. Najemniczce udało się uniknąć ciosu, obróciła się w stosownej chwili. Jej przeciwnik jednak równie szybko zareagował i uderzył ją łokciem – prosto w żebra. Żelazna płyta wszyta w kurtę elfki zadziałała amortyzująco, Dallian skuliła się i przekoziołkowała w tył. Zatrzymując się, chwyciła za rękojeść miecza.

    W samą porę.

    Ptaki poderwały się do lotu, spłoszone przeraźliwym krzykiem. Zakrwawiony sztylet spoczął na ziemi, tuż obok obciętej dłoni Doav'Rahira. Jej właściciel nie tylko sprawnie władał orężem, w biegu też mało kto by mu dorównał.

    Doav'Rahir zniknął w gęstwinie lasu, kierując się prosto do obozu elfek. Dallian już miała ruszyć za nim w pościg, przypomniała sobie jednak o księżniczce, znikającej właśnie za drzewami. Elfka nie wiedziała, co się dzieje z dziewczynką, nie mogła jednak pozwolić sobie na porażkę podczas misji, zwłaszcza zleconej od Gamariela. Rżenie koni, do których dorwał się Doav'Rahir, nie powstrzymało elfki w pościgu za Madratką.

    Wtem usłyszała nad głową szelest liści, wysoko w koronach drzew. Kiedy spojrzała w górę, między zielenią przemknęła purpurowa peleryna. Wzrok elfki powędrował w dal, kierując się na częściowo osłonięte wzgórze, gdzie dojrzała przyjaciółkę.

    – O kurwa mać! – zaklęła. – Kirianel!

    Biegła ile sił, tracąc co chwilę z pola widzenia zarówno Kirię, jak i Shahrenzān. Czerwona Elfka przeczuła co się święci i także ruszyła w pościg. Niebawem zagrzmiało, jakby zbliżała się burza. Dallian czuła jednak, że to nie pogoda jest źródłem tych dźwięków. Droga wiła się tuż przy zboczu rzecznego wąwozu, nad którym unosiły się odgłosy bitwy.

    Elfka słyszała je coraz wyraźniej, zebrała się w sobie, by pognać jak wiatr, aż w oddali na krawędzi zobaczyła Kirianel. Czerwonowłosa dobyła miecza, kiedy w ziemię pod jej nogami uderzył magiczny pocisk, rozrywając podłoże na kawałki.

    Najemniczka wydarła się ze wszystkich sił, wywrzaskując imię przyjaciółki, kiedy ta z przeraźliwym krzykiem spadała wprost do rwących nurtów rzeki Toiren.

    To było pewne – Kirianel nie żyła.

    Na rozłupanej krawędzi pojawił się kihairski wojownik i jego gadzi kompan. Dallian ruszyła dalej, tym razem aby ratować Shahrenzān. Kiedy dotarła do celu, purpurowi magowie poderwali się do ucieczki. Dallian krzyczała za nimi jak oszalała, nie mogąc znieść, że nie dane jej będzie pomścić przyjaciółki. Gdy tylko się odwróciła, czekał ją kolejny szok.

    Shahrenzān była roztrzęsiona jak podczas delirium, jej szaty były podarte i nadpalone. Broniła się, pomyślała elfka. Co było bardziej niepokojące – usta dziewczynki ociekały krwią, oczy wprost płonęły gniewem. Nie przypominała już księżniczki. Ani człowieka w ogóle. Kiedy tylko Dali wypowiedziała jej imię, Madratka padła na ziemię jak kłoda. Elfka dość niepewnie wzięła nieprzytomną szlachciankę na ręce.

     Co teraz, kurwa, mam robić? Potrzebuję uzdrowiciela lub zielarza, albo innego takiego starego pierdziela. Tam! Widzę budynki!

    Pobiegła więc ku ludzkiej osadzie, mając nadzieję, że znajdzie się ktoś odpowiedni, kto uzdrowi szlachciankę.




Czytaj również

Z ognia ogień. Część 2
Opowieść z cyklu Dakkartan
Martwe zasoby. Część 2
Opowieść z cyklu Dakkartan
Martwe zasoby. Część 1
Opowieść z cyklu Dakkartan

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.