» Fragmenty książek » Ymar

Ymar

Ymar
Godzinę później policjant wszedł do swojego biura. Dopiero po chwili Michał zareagował na obecność przełożonego, przerwał rozmowę z gościem. Technik i nieznajomy mężczyzna podeszli do inspektora.
– To ojciec Kliwen – młodzieniec mówił cicho. – Zna treść książki.
– Witam księdza – Wojciechowski wyciągnął rękę na powitanie. Uścisnął dłoń starca i…
Pomieszczenie zawirowało. Zniknęły meble, zniknął Michał, okno i ściany. Nie było żadnych kształtów ani kolorów. Tylko twarz białowłosego człowieka. Wyraźna i jakby o wiele młodsza. A jego błyszczące oczy…
Policjant jęknął i puścił dłoń gościa. Przywidzenie momentalnie ustało.
– Wszystko w porządku? – spytał ksiądz.
– Tak – odparł Wojciechowski słabo. – Miałem przez moment takie dziwne… znaczy coś mi się wydawało.
– Raczej wyglądał pan, jakby miał zemdleć.
– Nie, nie – skłamał inspektor. – Czy my się już kiedyś nie spotkaliśmy? Ojca twarz… wydaje mi się znajoma.
– Wiele osób mi to mówi. Może jestem do kogoś podobny? – ksiądz mówił wolno, cały czas patrząc na swojego rozmówcę. Policjant słuchał uważnie, ale słowa gościa nie brzmiały przekonująco. Co więcej, nie pasowały do tego, co zdawały się mówić oczy… I jakoś nie pasowały do tego, co przed chwilą przywidziało się Wojciechowskiemu.
– Wszystko wydaje mi się znajome – inspektor marszczył czoło pod natłokiem myśli. – Przyznam, że nawet ta sytuacja.
– Déjà vu.
– Déjà vu – funkcjonariusz powtórzył za nim. – Mam nieodparte wrażenie, że księdza już kiedyś widziałem. Co ciekawsze, że już kiedyś rozmawialiśmy. Tu, w tym miejscu…
Ojciec Kliwen nie odpowiedział. Policjant coraz bardziej marszczył czoło, gorączkowo chcąc wyłowić z pamięci coś więcej niż tylko echo dziwnego uczucia towarzyszącego spotkaniu.
– Nie zapominam twarzy – dodał półgłosem. – Nigdy.
– Muszę się wtrącić – zaczął Michał.
– Tak, tak – inspektor kiwnął głową, ręką wskazał starcowi krzesło, sam usiadł za biurkiem. – Chciałem z księdzem porozmawiać o czymś zupełnie innym.
– Wiem wszystko od pana młodego współpracownika – twarz gościa momentalnie spoważniała. Ze swojej podróżnej torby stojącej przy biurku wyjął jakąś książkę i położył na blacie. Był to opasły tom oprawiony w skórę, zamykany na szerokie, metalowe klamry.
– A skąd ojciec ma tego białego kruka? Piękna rzecz… Demon człowieczy – przeczytał policjant. Litery były wyczuwalnie wypukłe. – Dziwne.
– Mam książkę tak trochę nielegalnie… – Kliwen uśmiechnął się tajemniczo, z widoczną czułością przesuwając dłonią po okładce. – Nie jestem ortodoksyjnym bibliofilem, jak to pan pięknie określił.
– Czyli w obiegu nieoficjalnym są pirackie wersje księgi – Wojciechowski uniósł brwi, przypominając sobie swoje własne słowa i to, że nawet kazał Michałowi w poszukiwaniu książki zejść do podziemia. – Dlatego treść można znaleźć w internecie. To wiele wyjaśnia.


Piąty dzień obfitych opadów. Dołek naokoło pnia zmienił się w rów, do którego woda spływała zarówno z pola, jak i z nieba. Co jakiś czas namoczona pecyna ziemi odpadała, pozostawiając dziurę na krawędzi wyrwy. Pierwsze linie korzeni olbrzymiego drzewa zaczynały być widoczne…


– Powiem szczerze, proszę księdza, pokładam dużą nadzieję w tym, że naprowadzi nas ojciec na pewien trop. Jak na razie sprawa, którą prowadzę, kupy się nie trzyma.
Starzec siedział naprzeciwko policjanta. Michał obok.
– Szkoda, że nie mogę zobaczyć ofiary, zanim przystąpimy do szukania wskazówek zawartych w tekście.
– Może ojciec, dziewczyna jest na posterunku… Ściślej w pokoju przesłuchań.
Po słowach inspektora Kliwen bardzo delikatnie uniósł kącik ust. Jakby w szyderczym uśmiechu. Ani Michał, ani policjant tego nie zauważyli.
– Jeżeli to ma w czymś faktycznie pomóc, proszę – Wojciechowski wstał. – Pójdziemy do niej.
– Pomoże – szepnął tamten pod nosem, w sposób niesłyszalny dla pozostałych obecnych w pomieszczeniu. – Jak za każdym razem… czyli wcale.
Michał został w biurze.

Piątą noc deszcz padał równie mocno. Nie przestał szóstego dnia ani szóstej nocy.


Policjant wkroczył pierwszy do pokoju. Zamknął drzwi za Kliwenem.
– To był mój pomysł, żeby ją przywieźć – szepnął, stając obok starca. – Jeżeli ksiądz będzie chciał zobaczyć dziewczynę z bliska, wejdziemy tam – wskazał brodą mocno oświetloną, małą salę za ścianą z weneckiego lustra.
– Widzę dokładnie.
Ewa była w pomieszczeniu obok. Nadal ubrana w białą, szpitalną koszulę siedziała po turecku. Tym razem na wąskim tapczanie. Lekarka nachyliła się nad pacjentką, okryła ją kolorowym kocem, pogłaskała po głowie i szybko wyszła z pokoju przesłuchań. Inspektor powiódł za nią wzrokiem. Wbrew oczekiwaniom nie pojawiła się w zaciemnionym pomieszczeniu.
Ksiądz stał dwa kroki od szklanej ściany, obserwując dziewczynę. Przyłożył zaciśniętą dłoń do piersi i westchnął ciężko. Ewa cały czas wbijała nieruchome oczy w przeciwległą ścianę, którą niemal w całości zajmowały ogromne ramy.
– Strasznie dziwny, pusty obraz… – Wojciechowski spojrzał w tamtym kierunku. – Na pewno ojciec nie chce do niej pójść?
Starzec pokręcił głową. Cofnął się kilka kroków, aż w końcu oparł plecy o ścianę. Policjant zaczął coś mówić, zapalił papierosa. Patrzył cały czas przed siebie, na siedzącą nieruchomo dziewczynę. Sytuacja w pokoju przesłuchań nagle zaczęła się zmieniać. Ale tylko dla oczu ojca Kliwena. Ewa odwróciła głowę do lustra. Światła przygasły. Wystarczyło kilka chwil i mocne żarówki rzucały już tylko drgające, brudnożółte plamy. Zanurzona w półmroku postać zsunęła nogi z łóżka…
Inspektor cały czas mówił. Ponownie spytał, czy ksiądz nie zechce obejrzeć dziewczyny z bliska. Zaczął gestykulować. Dla starca żarówki w pokoju przesłuchań już zgasły, okrywając wszystko szybko gęstniejącą ciemnością. Nie widział funkcjonariusza. Słyszał tylko jego głos. Dziwny, niższy o kilka tonów. Brzmiał zupełnie tak samo, jak nagranie odtwarzane na bardzo wolnych obrotach. Starzec z trudem rozróżniał poszczególne słowa.
Nagle inspektor Wojciechowski zamilkł.
Kliwen wiedział, że mężczyzna nadal jest z nim w pomieszczeniu, nadal mówi, pali papierosa, gestykuluje i wciąż widzi rozświetloną salę oraz dziewczynę siedzącą po turecku na tapczanie. On sam nic nie mógł dostrzec. Otaczała go ciemność i cisza.
– Jestem, jak widzisz – powiedział głośno.
Żadnej odpowiedzi.
Wodził wzrokiem po czerni, próbując wyłowić kształt, zarys, cokolwiek.
– Jestem – przekręcił głowę, nasłuchując. – Synu.
– Nie nazywaj mnie tak! Nie masz prawa! – potężny głos zatrząsł powietrzem. Smuga jaskrawego światła rozcięła ciemność, wyławiając z czerni sylwetkę w białej, szpitalnej koszuli. Ksiądz odruchowo zamknął oczy. Kiedy je otworzył, od razu zobaczył dziewczynę. Stała otoczona światłem po drugiej stronie weneckiego lustra. Wbijała spojrzenie w jego twarz. Już się nie uśmiechała. Usta wykrzywiał złowieszczy, nienawistny grymas. Zrobiła duży krok, wnikając w błyszczącą ścianę. Przeszła do pokoju obok, zupełnie jakby nic nie stało jej na przeszkodzie. Jakby między nią a człowiekiem nie było grubego szkła, tylko powietrze. Światło przesuwało się wraz z nią. Zbliżyła się tak bardzo, że starzec poczuł ciepło bijące od młodego ciała. Prężąc się, zrzuciła koszulę. Pośliniła palec, potarła nim swoją lewą pierś i sutek, przymknęła oczy.



Czytaj również

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.