» Artykuły » Wywiady » Wywiad z Grahamem Mastertonem

Wywiad z Grahamem Mastertonem


wersja do druku

Nie samym horrorem człowiek żyje

Autor: Redakcja: Marcin 'Edgar Allan' Waincetel

Wywiad z Grahamem Mastertonem
Na ten wywiad czekałem, bagatela, dwadzieścia cztery lata. Choć nadal nie przeczytałem wszystkich książek Grahama Mastertona, z pewnością dość dobrze orientuję się w twórczości Brytyjczyka. Dlatego też 30 września w hotelu Bristol zasypałem go gradem pytań. Czemu zaczął pisać horrory? Co nie podoba mu się u Stephena Kinga? Czy fikcyjne postaci mogą wymknąć się spod kontroli? O tym wszystkim, a także o wielu innych sprawach, dowiecie się z poniższego wywiadu.

Patryk Cichy: Ten rok okazał się rekordowy, bo odwiedzasz Polskę już po raz trzeci. Jakie to uczucie bywać w naszym kraju tak często?

Graham Masterton: Uczestniczyłem w aż dwóch konwentach. W marcu byłem na Pyrkonie, a w lipcu na Krakonie. Ale tym razem przyjechałem na ślub mojej przyjaciółki, którą poznałem dwa lata temu. Była wtedy trochę przygnębiona, bo nie miała chłopaka. Korespondowałem z nią i pocieszałem, że niedługo kogoś pozna i będzie szczęśliwa. Tak się stało, a teraz wzięli ślub. A zostaliśmy przyjaciółmi w ten sposób: dwa lata temu, gdy zmarła moja żona, stwierdziłem że jest mi trudniej pisać, ponieważ czytała każdy nowy rozdział, a potem zawsze pytała: "Co dalej?"

Żona była pierwszym krytykiem?

Tak, a przy okazji dawała mi motywację do dalszego pisania, bo ciągle była ciekawa co się wydarzy, dlatego wręcz musiałem napisać następny rozdział. Porozmawiałem więc z Marysią, która pracowała wówczas w wydawnictwie Albatros, i zapytałem czy miałaby coś przeciwko, żebym codziennie wysyłał jej mailem nową partię tekstu, ponieważ tak dobrze się dogadywaliśmy. Zgodziła się. Następną książkę, Śpiączka, pisałem właśnie w ten sposób, posyłając Marysi rozdział po rozdziale. Odpowiadała na przykład, że idzie świetnie, bardzo interesujące, ale… dlaczego stało się to czy tamto? Tak naprawdę to właśnie dzięki niej zacząłem znowu pisać na pełnych obrotach. Dlatego tak bardzo chciałem przyjechać na ten ślub. Było uroczo wreszcie zobaczyć ją szczęśliwą.

Czy możemy na to liczyć również w przyszłym roku?

Och, zdecydowanie możecie na to liczyć! Moja żona, Wiescka, była rzecz jasna Polką, choć nie urodziła się w Polsce. Gdy przyjeżdżaliśmy do Waszego państwa, ona czuła się w nim zupełnie jak w domu. Gdy odwiedzam Wasz kraj, doznaję wielu pozytywnych emocji, podobnie jak u siebie w Anglii. Mam tu mnóstwo przyjaciół, ludzi, których poznałem jeszcze w 1989 roku. Nadal się spotykamy. Jestem w Polsce bardzo szczęśliwy.

Bardzo miło mi to słyszeć. Niedawno miałem okazję przeczytać i zrecenzować jedną z twoich najnowszych powieści, Panikę. Wydała mi się miejscami bardzo osobista i przepełniona nostalgią. Ile z Ciebie samego ma w sobie główny bohater, Jack Wallace?

Na pewno dużo. Kiedy piszesz książkę o kimś innym, tak naprawdę piszesz o sobie. Każda postać ma Twoje cechy, nawet czarne charaktery. Nie wstydzę się przyznać, że Panika jest w dużym stopniu wypełniona osobistymi refleksjami na temat odejścia Wiesławy. Proces pisania był jedną z tych rzeczy, które pomogły mi się uporać z utratą. Nie da się z czymś takim pogodzić, ale można chociaż nauczyć się to akceptować. Oprócz tego bardzo chciałem opowiedzieć w tej książce, głównie zachodnim czytelnikom, o masakrze w Puszczy Kampinoskiej, ponieważ większość z nich nic o tym nie słyszała.

Wielu Polaków również o tym nie wie.

Naprawdę? Przecież to było wyjątkowo potworne! Jeden krytyk narzekał, że w powieści nie było wystarczająco dużo na ten temat, ale ja chciałem tę historyczną masakrę jedynie zasygnalizować. Przecież mógłbym napisać całą książkę niebeletrystyczną wyłącznie na ten temat. A chciałem po prostu sprawić, żeby ludzie zrozumieli jak straszliwa rzecz się wtedy wydarzyła w tamtym lesie.

Ja byłem jednym z takich recenzentów, bo właśnie tak napisałem w mojej recenzji: przydałoby się nieco rozwinąć ten temat.

Jestem pewien, że Polacy tak to właśnie odbierają. Być może kiedyś wrócę do tego zagadnienia, a z pewnością będę o nim dużo mówił w wywiadach. Ale jednocześnie musiałem mieć na uwadze, że to powieść, która po prostu opowiada jakąś historię. W tym przypadku pisałem o panice: uczuciu dopadającym ludzi spacerujących po lesie, gdy słyszą szelesty, trzaski i inne dziwne odgłosy, które ich przerażają. Jest to dobrze udokumentowane zjawisko psychologiczne, a ja tak naprawdę chciałem pisać głównie na ten temat.

To są najlepsze fragmenty powieści: gdy ludzie zaczynają szaleć w lesie ze strachu.

Pewnie poczułeś to kiedyś na własnej skórze, jeśli byłeś zupełnie sam w lesie. Dzieje się wtedy także inna rzecz, o której wielokrotnie wspominał niejeden słynny pisarz. Mianowicie możesz stracić poczucie perspektywy. Przestajesz dostrzegać jakiej naprawdę wielkości są drzewa, a jakiej Ty. Pamiętam, jak w młodości poszedłem do pewnego lasu w Niemczech – nagle poczułem się jak olbrzym, a drzewa wydały mi się malutkie. Całkowita iluzja optyczna. Czyli ogólnie dużo dziwnych rzeczy może się wydarzyć, gdy chodzisz po lesie sam. Właśnie takie zjawiska opisałem w Panice.

Dziedzictwo Manitou, książka dedykowana Tobie, była jedną z najciekawszych antologii grozy ostatnich lat. Czy miałeś okazję przeczytać jakieś opowiadania w niej zawarte? Co sądzisz o całym projekcie i czyj to był pomysł?

Pomysł stworzenia tej antologii wyszedł od Wydawnictwa Replika. Nie mogłem przeczytać wszystkich tekstów, bo nie dostałem kompletu tłumaczeń, ale była to bardzo ciekawa lektura. Z tego co wyczytałem, widzę, że niektóre opowiadania trzymają się kurczowo moich pierwowzorów. Recenzje były bardzo pozytywne. To naprawdę interesujący pomysł. Ukazało się już kiedyś kilka bardzo podobnych antologii, jedna we Francji. Nazywała się Les Enfants de Masterton Dzieci Mastertona. To mi bardzo pochlebia, że ludzie czują się zainspirowani moją twórczością do tego stopnia, że aż zachęca ich do pisania własnych historii. Te opowiadania, które przeczytałem, były wysokiej jakości, bardzo zajmujące teksty.

Ja również miałem przyjemność przeczytać i zrecenzować Dziedzictwo Manitou. Wystawiłem tej antologii bardzo pozytywną notę.

No i słusznie. Dobra robota, dziękuję za wsparcie! (śmiech) Zawsze zachęcam ludzi do pisania absolutnie czegokolwiek, na co tylko przyjdzie im ochota. Mam bardzo dobrą przyjaciółkę, Dawn Harris. Ta młoda kobieta pisze już od dwóch lat swoją pierwszą powieść, a ja jej w tym pomagam. Ma tytuł Diviner, opowiada o dziewczynie, która potrafi odczytywać charakter każdej osoby z rysów twarzy. Ktoś może być bardzo atrakcyjny, ale jeśli ma ohydną i złą duszę, ona dostrzeże to w twarzy tego człowieka. Właśnie o tym wspólnie piszemy. Dlatego ilekroć ktoś chce zacząć tworzyć, ja go dopinguję. Daje to mnóstwo satysfakcji, a potem także rozrywki czytelnikom.

Sam zacząłem pisać opowiadania grozy pod wpływem Twojej twórczości, kiedy miałem jakieś dziesięć lat. Przeczytałem Manitou jeszcze jako dziewięciolatek.

Gratulacje! Choć to raczej nieodpowiednia lektura dla dziewięciolatka. Oczywiście Manitou był pierwszym nowoczesnym horrorem wydanym w Polsce.

Tak, przedtem mieliśmy do wyboru jedynie te powieści grozy, które uchodzą już bardziej za ogólną klasykę literatury niż horror.

Z pewnością były to Frankenstein, Dracula, Dr Jekyll i Mr Hyde

W Twojej bibliografii jest sporo cykli, ale czy myślałeś kiedyś o napisaniu trylogii? Ale nie mam tu na myśli po prostu trzech powieści z tą samą postacią, jak na przykład książki o Sissy Sawyer, tylko jedną długą opowieść, od początku planowaną jako trylogię.

Nie, wydaje mi się, że nigdy czegoś takiego nie rozważałem. Rozpoczynając pisanie, zazwyczaj niewiele planuję, mam tylko jakiś ogólny szkic tego, o czym chcę opowiedzieć. Bo to zawsze postacie ciągną historię gdzie chcą. Czasami to, co bohaterowie sobie zaplanują, nie jest tym, czego ja bym chciał. Stwarza to spore problemy, jeśli wymyśliłem już dla nich coś innego.

Nie da się ich jakoś poskromić?

Próbuję! (śmiech) Moje książki mimo wszystko opierają się na tych postaciach. Nigdy jednak nie zamierzałem napisać trylogii. Piszę krótką lub długą powieść, w zależności od tego ile mam pomysłów, ale jeśli dana postać zetknie się z ciepłym przyjęciem ze strony czytelników, oczywiście zastanowię się nad napisaniem kolejnej książki z nią w roli głównej. Choćby Wojownicy Nocy – sądziłem, że napiszę tylko jedną. Ale ludzie byli zainteresowani, więc dopisałem jeszcze… sam nie pamiętam ile. Cztery kontynuacje? Nawet nie wiem czy ostatnia już się ukazała w Polsce.

Tak, i to już dwa lata temu.

Przepraszam, ale czasem sam się w tym gubię. Przez ostatnie dwa lata napisałem osiem książek! Coraz trudniej wszystkie spamiętać.

Powiedziałbym jednak, że na swój sposób napisałeś kilka nieformalnych trylogii. Ikon, Kondor i Ofiara zdają się tworzyć nieoficjalny tryptyk politycznych dreszczowców szpiegowskich. Czy sądzisz, że Twoja zbliżająca się książka o suszy może zamknąć podobną trójkę ekologicznych powieści katastroficznych, po Pladze i Głodzie?

Tak, zawsze chciałem napisać kolejną książkę katastroficzną. Pomysł na Suszę miałem już piętnaście lat temu. Poszedłem z nim do wydawcy. Był bardzo zainteresowany, ale niedługo potem wydawnictwo zakończyło działalność. Odłożyłem więc tę historię na półkę. W tamtych czasach nigdzie nie było zbytniej suszy, ale gdy niedawno wróciłem do pisania, w USA jednak miała znienacka miejsce autentyczna susza, w zeszłym roku. Miałem dzięki temu więcej materiału, na którym mogłem się oprzeć, opisując skutki takiego nieurodzaju. Sęk w tym, że prawdziwa susza okazała się o wiele poważniejsza niż ta, którą ja opisywałem. Musiałem więc uczynić moją wersję znacznie gorszą, żeby nadal robiła wrażenie. Czyli właściwie tak: sądzę, że można uznać tę książkę za trzecią część takiej tematycznej trylogii. Co nie znaczy, że w przyszłości nie napiszę kolejnej powieści o jakiejś ekologicznej katastrofie. One zawsze były bardzo popularne.

Plaga bardzo mi się podobała, ale Głód był zawsze jedną z moich ulubionych powieści wszech czasów. Pierwszy raz w Polsce wydano ją jako horror, co było trochę niewłaściwym posunięciem.

To jeden z tych problemów, które od zawsze mnie prześladowały. Jestem postrzegany jako pisarz horrorów, a przecież uprawiałem również inne gatunki. Być może odniósłbym o wiele większy sukces, gdybym trzymał się jednej rzeczy, ale po prostu mam za dużo pomysłów z wielu dziedzin. Jeśli czas pozwoli, chciałbym na przykład napisać kolejną powieść historyczną. Weźmy takiego Stephena Kinga: Miasteczko Salem zdobyło ogromną popularność, zresztą mój Manitou ukazał się w mniej więcej tym samym czasie. Ale King dalej trzymał się horroru, podczas gdy ja na krótko przestałem się nim zajmować. Napisałem może ze trzy z rzędu, a potem zająłem się pracą nad książkami historycznymi.

Czytałem około pół setki książek Kinga i choć muszę przyznać, że istotnie wydał mnóstwo horrorów, pisał również dreszczowce, science fiction, książki psychologiczne… Albo też Bastion, który można by określić jako katastroficzno-postapokaliptyczno-teologiczny horror fantasy. Dlatego Ty i King zawsze znajdowaliście się pośród moich ulubionych pisarzy, ponieważ tworzycie dzieła bardzo różnorodne.

No cóż, nigdy nie czytałem żadnej jego powieści.

Ty doprowadziłeś mnie do Kinga, bo zacząłem czytać go dwa lata po Twoich książkach.

Ach, więc to moja wina? (śmiech)

Co uważasz za swoją specjalność? To znaczy w czym jesteś najlepszy jako pisarz, niezależnie od gatunku?

Myślę, że najlepiej udaje mi się tworzenie wiarygodnego tła i postaci o przekonywających emocjach. Jeśli jakaś moja opowieść przyprawi czytelnika o łzy, uważam to za sukces. Chcę, żeby problemy, z którymi zmagają się moi bohaterowie, były tak realne, jak to tylko możliwe.

Ciekawe, bo ja bym powiedział mniej więcej to samo, ale krócej: czynienie niewiarygodnego wiarygodnym.

Dlatego staram się wymyślać postaci, które są zwykłymi ludźmi, wykonującymi normalne zawody, jak na przykład hydraulik. Nie wiem czy czytałeś Ducha ognia, książkę o kobiecie, która jest inspektorem pożarowym. Ma dość nudną pracę, w dodatku jej mąż boryka się z poważnymi kłopotami finansowymi – rodzina, jak wiele innych. A gdy wreszcie pojawia się zły duch, jest to bardziej realne, a zarazem straszniejsze, bo tło i postaci na nim odmalowane są przekonywająco. Możesz w większym stopniu przejąć się losem postaci – dzięki temu opowieść staje się straszniejsza.

Co uważasz za swoje najoryginalniejsze dzieło? Coś na co spojrzałeś i powiedziałeś: "Nie mogę uwierzyć, że Graham Masterton to napisał".

Jest to trochę dziwne pytanie… Tak się składa, że mam cały garaż wyładowany moimi książkami, bo wydawcy przysyłają mi po dwanaście egzemplarzy każdego tytułu. Czasami wchodzę tam, żeby z jakiegoś powodu znaleźć konkretną pozycję, powiedzmy coś, co napisałem w 1983 roku. Stoję tam, przeglądam te książki z pół godziny… i nie mogę sobie przypomnieć, że napisałem którąkolwiek z nich! Wszystkie szczegóły wyleciały mi już z głowy. Ale tą, z której jestem najbardziej dumny, okazała się chyba Trauma, którą zresztą zamierzałem wydać pod kobiecym pseudonimem, jako "debiut młodej pisarki". Jest bardzo krótka, w pliku zajmowała raptem 90 stron – starałem się, aby ani jedno słowo nie poszło na marne. Posłałem ją do mojego amerykańskiego agenta. Oddzwonił po dwóch dniach i powiedział, że Penguin Books kupili ją za 100 000 dolarów. Niecałe 100 stron. I dodał: "Jeśli chcą zapłacić tysiąc za jedną stronę, może powinieneś dopisać więcej!". Tak czy owak, Publisher’s Weekly uznali ją za jedną ze stu najlepszych książek roku. Sądzę, że w taki sposób napisałem powieść, która bardzo silnie oddziałuje emocjonalnie, a zarazem nie padają w niej żadne zbędne słowa. Bardziej smuci, niż straszy. I właściwie nie ma w niej niczego nadprzyrodzonego, wszystkie fantastyczne elementy są jedynie w umyśle bohaterki.

No to zepsułeś mi zakończenie! Sądziłem, że to wcale nie miało być jednoznaczne, czy zjawiska nadprzyrodzone występują w książce, czy nie. I właśnie tak zrozumiałem finał.

Oj, przykro mi. Ale jak chcesz, to nadal możesz tak myśleć!

Mam przyjaciółkę, która czytała tylko dwie Twoje powieści. Drugą z nich była Kostnica. Przeraziła ją tak bardzo, że postanowiła już nigdy nie przeczytać żadnej książki Grahama Mastertona. Jako osoba, która straszeniem ludzi zarabia na życie, uznałbyś to za sukces czy porażkę?

Trochę szkoda. (śmiech) Ale ogólnie to sukces! To jak kiedy ludzie idą do kina na horror: chcą, żeby ich wystraszono. Tak samo jest z powieściami grozy. Jeśli więc kogoś przeraziłem aż tak bardzo, to znaczy, że zrobiłem co do mnie należy. Ponadto uważam, iż książki w ogóle są straszniejsze od filmów, ponieważ czytasz je zazwyczaj w samotności. A jeśli dana powieść jest tak dobrze napisana, że naprawdę Cię angażuje, może stać się ekstremalnie szokująca. Jak pewnie wiesz, napisałem kilka kryminałów rozgrywających się w Irlandii. Kilka dni temu odezwała się do mnie pewna kobieta, która przyznała, że w trakcie czytania jednego z nich musiała co jakiś czas oglądać się przez ramię, żeby upewnić się, iż nadal jest w domu, a nie w Irlandii, bo aż tak ją wciągnął. Technicznie rzecz biorąc właśnie to oznacza dla mnie ogromny sukces. Ale przykro mi, że Twoja przyjaciółka postanowiła więcej nie sięgać po moje powieści, przecież nie wszystkie były aż tak straszne.

Poza tym nie zarobisz już na niej ani grosza.

Nie – i tego najbardziej żałuję! (śmiech)

Ale za to dałem jej w prezencie Dziedzictwo Manitou kilka miesięcy temu. Bardzo jej się podobało.

Czyli jednak ją przeczytała? Widocznie tym razem już się tak nie bała.

A skoro już o tym mowa: jaka była najbardziej szalona reakcja na Twoją twórczość, z jaką się kiedykolwiek zetknąłeś ze strony czytelnika?

Są ludzie, którzy nie lubią rzeczy zbyt ekstremalnych. Jak zapewne wiesz, mam zwyczaj sporadycznie pisać opowiadania przekraczające nie tylko granice horroru, ale także dobrego smaku. Choćby Eryk Pasztet. Napisałem go z premedytacją, dokładnie w tym celu – żeby zgrzytał czytelnikowi po kościach tak mocno, jak to tylko możliwe. Tak samo z Posocznicą, o parze kochanków, którzy zjadają truchło ich ulubionego kotka. Niedawno ukazało się opowiadanie Obserwator, opierające się na tym, że ludzie są bardzo przewrażliwieni na punkcie swoich oczu. Mówi ono o… no, może nie powinienem zdradzać takich szczegółów. Powiedzmy, że jego lektura sprawi, że zaczniesz martwić się nieco o swoje gałki oczne. (śmiech) Robiłem to celowo i rzeczywiście zdarzały się naprawdę skrajne reakcje czytelników. Niektórym ludziom to się po prostu nie podoba. Na przykład w tych moich irlandzkich kryminałach było trochę potwornych momentów. W jednej z recenzji na Amazon ktoś napisał: "Daję tylko jedną gwiazdkę, bo książka była ohydna. Od czytania aż zrobiło mi się niedobrze”. Czyli – udało się! (śmiech) Zawsze znajdą się jednak tacy, którym to nie przypadnie do gustu.

Nie dlatego, że książki są źle napisane, ale wręcz – zbyt dobrze.

W tym sedno: jeśli mają trzymać jak w imadle, muszą być niezwykle precyzyjnie napisane. Inaczej wychodzą z nich śmieci, takie kiczowate horrorki. Jednym z powodów, dla których piszę, jest właśnie to, żeby sprawdzić jak daleko mogę się posunąć w kwestii dobrego smaku, jednocześnie pisząc na tyle dobrze, żeby ludzie wciąż mogli to zaakceptować jako literaturę. To sprawdzian zarówno dla mnie, jak i dla czytelnika.

Kolejne pytanie może się wydać trochę skomplikowane… Skąd bierzesz pomysły na kolejne wytłumaczenia tego, skąd bierzesz pomysły na swoje książki? Zawsze podajesz inne wyjaśnienie, a właściwie każde z nich jest fajne.

O to chodzi. Tak naprawdę nikt nie wie skąd się biorą pomysły. Ale podchodząc do tego tak całkowicie praktycznie: szkolono mnie na reportera gazety i pracowałem w tym zawodzie całymi latami. Powiedzmy, że ma miejsce jakiś wypadek. Większość osób powie tylko: "Ojej, to straszne!”. Reporter zawsze zapyta: "Ale dlaczego? Jak to się stało?”. I zacznie takie małe śledztwo, aż w końcu połączy to wydarzenie z innym. Ja robię w gruncie rzeczy to samo – ale opisując fikcję. Zobaczę artykuł o suszy i pomyślę: "A co jeśli ta susza zaistniała nie bez przyczyny? A co jeśli ktoś na niej skorzystał, w sensie politycznym albo dla zysku?”. Bierze się coś, czemu ludzie przyglądają się bardzo pobieżnie i zadaje pytania typu: "Dlaczego to się stało? Jak to się stało? A co gdyby…”. Tak naprawdę to stąd biorą się pomysły. Ale, oczywiście, ludzie nie chcą takiej nudnej odpowiedzi, wolą usłyszeć coś bardziej rozrywkowego, co ich rozbawi. Dlatego tyle wymyślam tych wytłumaczeń.

Można by sklecić z nich mały tomik.

Tak, najsłynniejsza jest chyba ta o kocie! (śmiech)

Jedna z moich ulubionych to ta, gdzie zepsuł Ci się samochód i musiałeś spędzić noc w pobliskim klasztorze, zamieszkałym przez mnichów, którzy złożyli śluby mówienia. Gadali na okrągło, a Ty nie miałeś innego wyjścia, tylko zacząć spisywać ich opowieści.

O to zawsze wszyscy pytają… "Skąd bierzesz pomysły?”. Staram się za każdym razem odpowiadać inaczej, żeby było ciekawiej.

Tak przy okazji, sam pracuję teraz na opowiadaniem, w którym się pojawiasz. Ono będzie zawierać moje własne, nadprzyrodzone wytłumaczenie.

Jak już skończysz, musisz mi je koniecznie przesłać.

Nie licząc kilku pojedynczych wątków, choćby w powieści Geniusz, czy myślałeś kiedyś o tym, by spróbować napisać coś w gatunku klasycznej science fiction?

Kiedyś coś takiego pisałem, kiedy byłem o wiele młodszy. Spory wpływ mieli na mnie Herbert George Wells i Juliusz Verne. Ale tak szczerze mówiąc: science fiction to nie moja specjalność. Kiedyś dużo jej czytałem, ale teraz zupełnie nie. Sądzę, że nie wyszłoby mi to najlepiej. Dzisiaj wymaga to tak dużej wiedzy specjalistycznej, że chyba bym się nie kwalifikował. Nie mogę sobie pozwolić na to, żeby być na bieżąco z najnowszymi trendami w SF, bo i tak mam mnóstwo pracy. Bardzo staram się nie pisać ciągle w jednym gatunku, bo chcę poszerzyć publiczność. To jeden z powodów, dla których piszę kryminały, bo w ten sposób właściwie błyskawicznie można zwiększyć sobie grono odbiorców. Katie Maguire w ciągu miesiąca sprzedała się w nakładzie 130 000 kopii na Kindle’u. A druga część, Upadłe anioły, w kilka dni osiągnęła wynik ponad 6 500. Obie radzą sobie świetnie, a ja dotarłem do znacznie większej grupy ludzi, nie rozczarowując zarazem fanów horroru, bo i tak w obu powieściach jest mnóstwo makabry. W dodatku zlecono mi napisanie dwóch kolejnych tomów, pierwszy z nich będzie nosić tytuł Czerwone światło i ukaże się w przyszłym roku.

Podobne pytanie: nie licząc serii Wojownicy Nocy, czy dałbyś radę napisać kiedyś powieść fantasy?

Cóż, znam dość dobrze Raymonda Feista, jemu się świetnie powodzi na tym polu. Nie sądzę, żebym mógł napisać powieść zawierającą takie elementy jak walki na miecze czy czarodzieje, i to jeszcze na tle takiej niby-średniowiecznej scenerii. Moja fantasy byłaby raczej bardziej nowoczesna niż rzeczy typu Gra o Tron.

Współczesne powieści fantasy bywają naprawdę brutalne.

Oczywiście, ale też nadal są niezwykle baśniowe, pojawiają się w nich wróżki, elfy, gobliny… Raczej nie zajmuję się czymś takim. (śmiech)

To zbyt bajkowe. No, chyba że dodałbyś coś w swoim stylu, coś mrocznego, nieprzyjemnego…

Może jak wrócę kiedyś do tego klasztoru i porozmawiam z mnichami, oni podsuną mi jakiś pomysł na powieść fantasy. W każdym razie, teraz nie mam nic takiego na podorędziu. Ale nigdy nie wiadomo! Któregoś ranka mogę sobie znienacka pomyśleć: "Hej, to całkiem dobry pomysł!”. Na przykład wspomniana tutaj Panika: napisałem ją tylko dlatego, że będąc dwa lata temu w Polsce przejrzałem informator w hotelu i z niego dowiedziałem się o masakrze w Puszczy Kampinoskiej. Cały pomysł wziął się ze zwykłego przewodnika w hotelu międzynarodowym.

Ty po prostu wszędzie znajdujesz inspirację.

Tak, każdy człowiek ma do opowiedzenia jakąś historię.

Napisałeś kilka powieści katastroficzno-apokaliptycznych. A czy myślałeś o napisaniu książki poruszającej temat apokalipsy zombie? Żywe trupy nieczęsto pojawiają się w Twojej twórczości.

Faktycznie nie. Staram się unikać takich popularnych tematów, jak wampiry, zombie czy wilkołaki. To są zbyt wytarte schematy. Choć z drugiej strony, kolejna książka, z której jestem wyjątkowo zadowolony, to Pogromca wampirów. Niby traktuje o wampirach, ale nie znajdziesz tam takich wampirów, jak w Zmierzchu. No i w Czerwonym hotelu, trzeciej książce o Sissy Sawyer, pojawiło się paru zombich. Przeczytaj ją, powinna Ci się spodobać. W ostatniej książce o Jimie Rooku, Ogrodzie zła, ludzie powstają z martwych, choć nie są takimi typowymi żywymi trupami. Jedynie z rzadka wykorzystuję podobne wątki. Jest w końcu tak wiele fantastycznych demonów i zjaw w mitologiach całego świata! A to japońskiej, a to greckiej…

Do wyboru, do koloru.

Właśnie tak – można opowiedzieć tak niesamowicie wiele przeróżnych historii, że komu by się chciało pisać wciąż o tym samym?

Ile najkrócej zajęło Ci napisanie książki?

Najkrócej, rzecz jasna, pisałem Manitou, w 1975 roku. Zajęło to zaledwie pięć dni. Wtedy utrzymywałem się z poradników seksuologicznych, ale akurat miałem przerwę pomiędzy kolejnym zleceniami. Musiałem jakoś zapełnić ten czas. Wiescka była w ciąży, a mnie nagle przyszedł do głowy pomysł, częściowo też pod wpływem pewnej książki o kowbojach. O, proszę – na przykład tak można wpaść na pomysł książki! I tak narodził się Manitou.

Tak narodziła się legenda!

Jak tak dzisiaj o tym myślę, to cała ta historia jest mocno szalona. (śmiech) Mój nowojorski wydawca skontaktował się ze mną i powiedział: "Jest teraz tak wiele poradników seksuologicznych na rynku, że więcej nie chcemy”. A ja na to: "Przecież jesteście zobowiązani kontraktem do wydania jeszcze czegoś mojego. Tak się składa, że akurat mam pod ręką gotowy horror, Manitou”. Namówiłem ich, choć kazali mi zmienić nieco zakończenie. Ale i tak w sześć tygodni od premiery sprzedało się pół miliona egzemplarzy.

A ile powstanie powieści trwało najdłużej?

Prawdopodobnie Władczyni, oparta na życiorysie żony cesarza Indii. Napisanie jej zajęło mi jakieś dwa i pół roku. Fakt, w tym samym czasie pisałem jeszcze inne książki, ale dokończenie jej potrwało tak długo. Oddałem ją do wydawcy z rocznym poślizgiem. Wymagała o wiele więcej researchu, niż się spodziewałem. Tak się czasem zdarza: przerywasz pisanie, bo dowiadujesz się o czymś tak ciekawym, że aż chcesz to wszystko umieścić w fabule. Na przykład teraz piszę kolejną książkę. Pewien pies zostaje w niej ciężko ranny. Główny bohater musi znaleźć sposób, żeby nie wykrwawił się na śmierć. Przy tej okazji odkryłem, że istnieje takie coś jak… banki krwi dla psów! Kto by się czegoś takiego spodziewał? Banki krwi dla psów i kotów, gdzie udziela się zwierzętom transfuzji. I tak kolejny dzień musiałem spędzić na ustalaniu takich właśnie szczegółów. W ten sposób pisanie może się przedłużyć w sposób zupełnie nieprzewidywalny.

Nie wydałeś historycznej powieści od 1990 roku. Czy planujesz napisać coś nowego w tym gatunku?

Bardzo bym chciał, ale to zajmuje strasznie dużo czasu. A czas jest tu rzeczą kluczową: mam znacznie więcej pomysłów niż zdołam zapisać w całym życiu. Potrzeba też na to pieniędzy. Bo przecież pisząc taką książkę dwa, trzy lata, musisz mieć w tym czasie za co żyć, prawda? Jestem właściwie na okrągło potwornie zajęty.

Jeśli ktoś w prawdziwym życiu nadepnie Ci na odcisk, czy masz czasem ochotę uczynić go postacią w swojej książce, żeby się w ten sposób zemścić?

Raczej nie! (śmiech) Mam taki paskudny zwyczaj, że zawsze kładę kawę na ławę. Jeśli ktoś mnie wkurzy, od razu się o tym dowie. Mieliśmy taki mały incydent na Krakonie, kiedy doszło do nieporozumienia z organizatorami. Ale powiedziałem im to prosto w twarz. Najlepiej jest od razu wszystko powiedzieć, a potem zapomnieć. Nie trzymam długo urazy. To już prędzej umieszczę w powieści kogoś, kogo lubię, albo chociaż wykorzystam nazwisko. Jest taka dziewczyna z Polski, którą darzę sympatią i właśnie ona pojawia się w aktualnie pisanej przeze mnie książce.

Już się zaniepokoiłem, że może Robert Cichowlas i Piotr Pocztarek zrobili coś, za co musiałeś ich ukarać.

Ależ nie! (śmiech) Piotrek pojawia się w Panice jako komisarz policji, bo chciał, żeby jego nazwisko padło w książce. Natomiast Robert zażyczył sobie zostać w mojej książce uśmiercony! Nawet nie pamiętam czy w końcu go ukatrupiłem.

A jak tam The Process Briona Gysina? Udało Ci się może już ją przeczytać? (Jest to powieść, którą Graham Masterton czyta ponoć od czterdziestu lat!)

Nie całkiem… Wątpię czy to się kiedykolwiek stanie, szczerze mówiąc. Mimo, iż to moja ulubiona książka. Smutna prawda jest taka, że nie mogę już czytać beletrystyki. Po pisaniu przez cały dzień, ostatnie na co mam ochotę, to usiąść i czytać cudze dzieła. Jest kilka powodów. Przede wszystkim jestem strasznie krytyczny nie tylko wobec siebie, ale także w stosunku do innych pisarzy. Na przykład, przeczytałem kilka pierwszych stron książki Doktor Sen Stephena Kinga. Co prawda, nie uśpiła mnie, jednak miałem jej sporo do zarzucenia. Nie śmiałbym krytykować Kinga, w końcu masa ludzi go uwielbia. Ale tę książkę czyta się tak, jak by opowiadał Ci ją człowiek siedzący w środku. Przecież to jest dokładnie to, czego całe życie starałem się unikać. Ja zawsze chcę, żeby to czytelnik miał wrażenie, że jest postacią żyjącą wewnątrz powieści. Opisuje Ci jak to "chłopiec wszedł do łazienki, a na sedesie siedziały zwłoki kobiety…”. I tak dalej. A gdybym to ja pisał, czułbyś, że to Ty jesteś na miejscu. To niełatwe, ale staram się udoskonalać.

Kiedyś słyszałem porównanie, że King pisze tak, jak by snuł opowieści przy ognisku.

Właśnie tak, choć nie uważam, żeby to było niewłaściwe podejście. Po prostu ja bym tak nie chciał pisać. King ma taką tendencję, że lubi się długo rozwodzić nad pewnymi ulubionymi tematami, trochę jakby wygłaszał wykład, zamiast zaangażować czytelnika w akcję. Ale cóż mogę powiedzieć, to świetny pisarz, tylko że robi wszystko inaczej.

Czy brakuje Ci czasem czytania powieści na co dzień?

Jasne, że tak. Ale to jak bycie kucharzem: jeśli od rana do wieczora gotujesz, wieczorem już nie masz ochoty na przyrządzanie posiłku.

To co ja mam powiedzieć? Jestem z zawodu księgarzem, praca z książkami to moje życie, a oprócz tego uwielbiam je czytać, więc muszę też dużo kupować.

W porządku, przecież to Twoje życie! (śmiech)

Ostatnie pytanie. Czy mógłbyś zaimprowizować, tutaj i teraz, krótkie opowiadanie grozy… o mnie? Może być tak makabryczne, jak tylko chcesz.

Nie ma sprawy. Ile masz lat? Jesteś żonaty?

Jestem kawalerem i mam 33 lata.

33 to "wiek chrystusowy”... A także liczba guzików w księżowskiej sutannie... Ale nieważne, zaczynamy. Są Twoje 34 urodziny, budzisz się rano. I słyszysz wodę płynącą w łazience. Zrywasz się z łóżka, myśląc: "Kto to może być?”. Wchodzisz do toalety, a tam przed lustrem stoi jakiś facet z długimi ciemnymi włosami, takimi jak Twoje. Podnosi głowę… ale w niezaparowanej części tafli przed nim widać Twoje odbicie. Pytasz go: "Kim jesteś? Wyglądasz jak ja!”. A on mówi: "Podejdź tutaj, bliżej umywalki…”. Nagle wyciera resztę lustra gwałtownym ruchem. Ale w odbiciu widać już tylko jego – Ty zniknąłeś. Wtedy mówi: "Musisz coś zrozumieć. Gdy jakiś plemnik zapładnia jajeczko, wszystkie pozostałe plemniki przepadają, czyż nie? Tak samo jest z ludzkimi duszami. Każda zasługuje na swoją szansę na życie, a Ty już swoją dostałeś. Teraz kolej na mnie. Masz o rok więcej niż Chrystus na krzyżu, a więc już pora, żebyś się stąd zabierał. Do południa zapomnę o Twoim istnieniu i stanę się Tobą”. Wychodzi z łazienki, zostawiając Cię samego. Spoglądasz w lustro… ale ono już Cię nie odbija. Nie możesz nawet zobaczyć własnych łez.

Specjalne podziękowania dla Piotra Pocztarka za możliwość przeprowadzenia wywiadu.




Czytaj również

Niemy strach
Cień nadziei
- recenzja
Rytuał
Średnio to widzę
- recenzja
Czerwone światło hańby
Haniebna sprawa
- recenzja
Tengu
Masterton (nieco) inaczej
- recenzja
Infekcja
Niech cię zaraza!
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.