» Artykuły » Wywiady » Wywiad z Douglasem Hulickiem

Wywiad z Douglasem Hulickiem


wersja do druku

Definicje zmieniają się w zależności od tego, z kim rozmawiasz

Autor: Redakcja: Staszek 'Scobin' Krawczyk

Wywiad z Douglasem Hulickiem
Honor złodzieja, debiut Douglasa Hulicka, ukazał się na polskim rynku nakładem Wydawnictwa Literackiego. Zapraszamy do lektury rozmowy z pisarzem, który swoją pierwszą powieść tworzył ponad dziesięć lat.

Bartłomiej 'baczko' Łopatka: Słyszałem, że pisałeś swoją pierwszą powieść, Honor złodzieja, około dziesięciu lat. Dlaczego zajęło Ci to aż tyle czasu?

Douglas Hulick:
Sądzę, że zajęło mi to tyle czasu, bo właśnie tyle czasu mi to zajęło.

Dobra, to brzmi nonszalancko, ale wyraża to, o co chodzi. Podczas pisania pierwszej powieści zmieniłem pracę, dwukrotnie się przeprowadziłem i urodziło mi się dwoje dzieci. Jestem także w naszej rodzinie tym rodzicem, który zostaje w domu, co znaczy, że miałem (i nadal mam) sporą liczbę nieplanowanych przerw spowodowanych życiem codziennym. W dodatku nie jestem zbyt szybkim pisarzem.

I wiesz co? Nie było pośpiechu. Nie miałem kontraktu wydawniczego, terminu ani naglącej potrzeby skończenia książki Właśnie Teraz. Dopieszczałem, polerowałem i przepisywałem książkę wiele razy. Uczyłem się w trakcie, a to może zająć sporo czasu.

Czy zdarzały się okresy, w których po prostu nie pisałem? Tak. W pewnym momencie przerwałem na półtora roku, żeby wywiązać się z innych zobowiązań. Podobnie kiedy rodzili się nam synowie, przez dobre trzy miesiące niewiele robiłem, bo halo! – nowe dziecko. Więc kiedy mówię, że pisałem książkę dziesięć lat, to należy to rozumieć nie jako dziesięć lat dzień w dzień, ze mną przy klawiaturze po dwie, cztery czy ile tam godzin każdego dnia. To było dziesięć lat od momentu, kiedy napisałem pierwszą scenę, do chwili, kiedy uznałem, że książka jest skończona i gotowa do wysłania. Było wiele początków i przystanków po drodze, które bez wątpienia niepotrzebnie wydłużyły ten czas.

A jak tak długi czas kreacji wpłynął na pierwotny pomysł? Zmieniłeś coś ważnego w założeniach, jakie miałeś na samym początku?

Kiedy spędzasz tyle czasu z książką, to zmienia się ona, w miarę jak zmienia się pisarz. W momencie skończenia powieści nie byłem takim samym człowiekiem, jak kiedy ją zacząłem, i to samo dotyczy samej opowieści.

Prawdę mówiąc, nie umiem po prostu usiąść i wymienić wszystkich zmian. Tyle czasu minęło pomiędzy początkiem a końcem, że większości z nich sobie nie przypominam. Wiele się wydarzyło. Nie mogę nawet zerknąć na swoje oryginalne notatki, ponieważ zostały zarchiwizowane przez Northern Illinois University w jego kolekcji Science Fiction and Fantasy Writers of America.

Więc co mogę powiedzieć?

Początek książki nigdy się nie zmienił – to, co dostajecie w scenie otwierającej, jest w większości tym, co napisałem [pierwotnie]. Podobnie wiele z innych kluczowych scen, które były redagowane i sprawdzane, nie zmieniło się pod względem tonu czy akcji. Chociaż zmieniłem zakończenie: wyciąłem i przepisałem trzy ostatnie fragmenty na miesiąc przed wysłaniem powieści agentom literackim.

W ciągu tych lat nie zdarzało Ci się myśleć, że decyzja o zostaniu pisarzem była błędem?

Nigdy. Chciałem być pisarzem od dwunastego roku życia. Nie liczyło, się jak długo mi to zajmie: to była po prostu kwestia robienia tego, co zawsze chciałem robić, i trwania w tym.

To nie tak, że nie jesteś pisarzem, a gdy wydadzą twoją książkę, to nagle nim zostajesz. Nikt nie pojawia się i nie wręcza ci certyfikatu z napisem "Od teraz jesteś pisarzem". Pisanie i bycie pisarzem to proces. Każdego dnia, kiedy siadałem do Honoru złodzieja, byłem pisarzem. Każdego dnia, kiedy sprawdzałem, wykreślałem lub po prostu wpatrywałem się w przestrzeń, próbując wymyślić zwrot fabularny lub kawałek dialogu, byłem pisarzem. Każdego dnia, kiedy pisałem, poprawiałem swoje rzemiosło, umiejętności i instynkt. Stawałem się lepszym pisarzem. Jeżeli spojrzysz na to pod tym kątem, to czas, jaki spędziłem, pracując nad książką, był inwestycją w siebie samego. Po prostu niektóre inwestycje dłużej dojrzewają i później się odpłacają.

Tak naprawdę możesz być pisarzem bez sprzedawania czegokolwiek. Pisanie robi z ciebie pisarza. Sprzedawanie twoich prac niewiele zmienia – robi z ciebie pisarza, którego publikują. Jeżeli moim jedynym celem byłoby, aby ktoś wydał moją powieść jak najszybciej, to miałbym pewne wątpliwości. Ale wiedziałem, że byłem w środku długiej drogi. Chciałem nie tylko napisać książkę, którą mógłbym sprzedać, ale także napisać książkę, która podobałaby się ludziom i z której mógłbym być dumny. Po prostu zrobienie tego zajęło mi więcej czasu niż innym ludziom. Nie ma w tym pomyłki.

Dlaczego wybrałeś złodziei i ich interesy jako główne tło swojego cyklu?

Zawsze lubiłem ciemniejszą stronę fantasy, bohaterów, którzy żyli w cieniu. Uważam za bardziej interesujące, tak dla pisarza, jak i czytelnika, spędzanie czasu z kimś, kto tańczy na krawędzi ciemności, w przenośni oraz moralnie. W tych postaciach i ich historiach istnieje wrodzona sprzeczność, złożoność, która czyni ich znacznie bardziej fascynującymi. Tworzenie kogoś, kto w innej historii mógłby być złoczyńcą, jest wspaniałym wyzwaniem. Jak mam sprawić, że ktoś przejmie się losem bohatera? Jak przeciągnąć czytelnika na jego stronę, skoro w rzeczywistości nie chcielibyście spotkać Drothe'a w ciemnej uliczce? Jak usprawiedliwia on działania, które, jeżeli wziąć pod uwagę ich logiczne konsekwencje, powinny w najlepszym razie zawieść go do więzienia?

Co do samego półświatka, cóż, to wspaniałe miejsce, żeby wykazać się jako autor, prawda? Dostajesz wszystkie typowe konflikty – przyjaźń, zdradę, politykę, poświęcenie, miłość, nienawiść i tak dalej – z tą dodatkową odrobiną bycia na krawędzi. Pomiędzy zabójcami i złodziejami, gdzie życie jest tanie, zawsze istnieje ryzyko, że ktoś postanowi po prostu rozwiązać problem za pomocą noża w ciemności. Stawki są zawsze nieco wyższe. Co więcej, ta kultura jest tak bogata, i w niektórych kwestiach tak bardzo obca, że trudno się oprzeć.

Ale jednocześnie stworzyłeś historię, która przywodzi na myśl angielskie słowo epic; opowieść o wielkiej magii i potężnym artefakcie, z dodatkiem kwestii politycznych. Uważam, że te wątki w następnych powieściach będą znacznie ważniejsze.

Epic? Nie wiem, może i tak. Nie jestem nawet pewien, co definiuje epic, sword and sorcery czy inne gatunkowe etykiety. Definicje zmieniają się w zależności od tego, z kim rozmawiasz.

Początkowo chciałem napisać przygodę fantasy, toczącą się w szybkim tempie. Elementy, o których wspomniałeś – potężna magia, artefakty, polityka – pomogły podbić stawkę i umieścić historię w kontekście większego, bardziej złożonego świata. Nic nie dzieje się w próżni; zawsze lubiłem myśleć o tym, że rzeczy przenikają się w najmniej spodziewane sposoby. Jeżeli spędzasz czas, zagłębiając się w historię, znajdziesz to raz za razem: połączenia, których nie oczekiwałeś, konsekwencje, których byś się nie spodziewał, działania małych i wielkich wpływające na innych w niewyobrażalny sposób. To jedna z rzeczy, jaką uwielbiam w historii, jeden z powodów, dla którego ją studiowałem. Myślę, że odwzorowanie tych zainteresowań w książce nie jest niczym zaskakującym.

Ale wracając do Twojego pytania: czy te rzeczy oddziałują na to, co się stanie? Tak, ale nie od razu. Jeżeli oczekujesz od cyklu, że skoncentruje się na nich w następnej książce, to będziesz rozczarowany. W tym sensie wszystko to rozwija się powoli.

Opisujesz złodziejskie nawyki bardzo dokładnie, gdzie zebrałeś taką wiedzę?

Cóż, widzisz, ja, Vinnie i Guido mieliśmy gang w… yyy, to jest, zmyśliłem to. Tak, zmyśliłem.

Twój główny bohater jest postacią dość kruchą, ale jednocześnie z niesamowitym szczęściem. To konsekwencja wyboru gatunku czy czegoś innego?

Świadomie stworzyłem Drothe'a jako bohatera bardziej rzeczywistego niż w dużej części tradycyjnego fantasy. Nie jest osobą, która wytnie sobie drogę przez zastępy wrogów, zniszczy swoją nemezis nadnaturalną mocą lub błyskawicznie przechytrzy każdego i przewidzi jego ruchy. Chciałem bohatera z ulicy: kogoś, kto będzie dobry w tym, co robi, ale nie najlepszy we wszystkim (albo w większości rzeczy). Nawet jego jedyna moc magiczna – nocny wzrok – jest na równi przeszkodą i pomocą. Jak jeden z recenzentów zauważył, Drothe nie jest zawsze najmądrzejszym, najtwardszym ani najbardziej niebezpiecznym człowiekiem w pomieszczeniu, ale jest gotowy załatwić tych pozostałych, jeżeli musi.

Jedyną rzeczą, którą Drothe ma w nadmiarze, jest determinacja. Czasami porównuję go do buldoga albo teriera, w takim sensie, że jak się w coś wgryzie, to już nie puści. Tam, gdzie inni ludzie mogliby się poddać, wycofać lub próbować znaleźć łatwiejsze rozwiązanie, Drothe pochyla głowę i idzie dalej. Czasami nie będzie to najmądrzejszy wybór, ale to leży w jego naturze: rozwiązuje problemy i jest uparty.

Oczywiście, szczęście mu nie przeszkadza, ale nawet to dzieje się częściowo za jego sprawą. To nie przypadek, że Drothe przyjaźni się ze świetnym szermierzem albo że ma dobre układy z magiem, który jest gotowy używać po cichu nielegalnej magii (choć, przyznaję, to zawsze ma swoją cenę). To oczywiście nie rozwiązuje wszystkich jego problemów, ale znajomość odpowiednich ludzi jest dobrym początkiem w wielu kwestiach, co Drothe wielokrotnie pokazał.

W Honorze złodzieja zacząłeś opisywać genezę przedstawionego świata, rzeczy poza miastem, w którym ma miejsce akcja. Zamierzasz jeszcze dokładniej opisać uniwersum i zabrać bohaterów z Ildrekki?

Tak i nie. W drugiej książce, Sworn in Steel, Drothe zmierza do innego kraju, Djan, odwiecznego przeciwnika imperium, które nazywa domem. Chodzi o Cesarstwo Dormikan, które jest przybliżoną fuzją Cesarstwa Bizantyjskiego oraz renesansowych Włoch, coś w rodzaju: "jak to mogłoby wyglądać, gdyby Konstantynopol nie upadł w XV wieku", ze sporą liczbą znaczących zmian i przeróbek mojego pomysłu. Djan (lub, bardziej poprawnie: Despotat Djan), dla porównania, jest oparty na modelu bliskowschodnim. Inaczej wygląda religia, wartości kulturalne, struktury władzy oraz polityczne, magia i tak dalej. Drothe musi się uczyć i przystosowywać w biegu, próbując przetrwać i jednocześnie wypełnić zadanie, jakie sobie postawił.

Jednak to nie znaczy, że to dziennik podróżniczy. Nawet w Djan Drothe jest ciągle miejskim rodzajem przestępcy, a to przygoda ulokowana w mieście. Ten człowiek wie, jak wszystko działa na ulicy w rodzinnych stronach, jednak chociaż niektóre rzeczy są w Djan podobne, niektóre okazują się bardzo różne. Drothe jest i jednocześnie nie jest w swoim żywiole, co pozwala na ciekawe zestawienie i, mam nadzieję, historię dającą sporo rozrywki czytelnikom.

Czy chcę zbadać więcej świata Drothe'a? Tak, oczywiście. Ale jeszcze nie zdecydowałem, czy stanie się to wyłącznie za pośrednictwem jego oczu czy poprzez kogoś innego. Jak wspomniałem, Drothe sprawdza się najlepiej w miejskich sceneriach, szczególnie metropoliach. Jeżeli zdecyduję się wyjść poza to, to mogę w końcu pozostawić Drothe'a na jego dachach i alejkach i przez pewien czas podróżować z kimś innym. Czasami odmienna perspektywa jest dobrym wyborem dla nowej historii lub kawałka świata. Czy zapewniam, że tak się stanie? Nie, ale to całkiem możliwe.

Czyli nie zaplanowałeś jeszcze całej sagi?

Poza ogólnymi założeniami opowieści? Nie.

A co z historią świata, rzeczami powiązanymi z Imperatorem? Powiedziałeś, że Drothe wyruszy do innego kraju, co zmniejsza szanse na dalsze informacje o tym potężnym władcy.

Historia Imperatora oraz imperium jest pomyślana jako dłuższy wątek, rozciągający się na kilka książek. Na tym tle rozgrywają się fabuły pojedynczych powieści. Każda książka ma być mniej więcej samodzielna, z własną fabułą i opowieścią. Historia Imperatora będzie na nie oddziaływać, ale przez jakiś czas nie stanie się głównym wątkiem cyklu.

Krótko mówiąc, nie planowałem tego jako typowej trylogii fantasy typu 1-2-3.

Jasne jest, że Drothe to Twój główny i ulubiony bohater. Czy jednak nie skupiasz się na nim za bardzo, zapominając o innych postaciach?

Ale taka jest przecież natura pierwszoosobowego narratora, prawda? Jesteś w jego głowie, słyszysz jego myśli – jest bardzo małą soczewką, przez którą doświadczasz opowieści.

Czy mogłem stworzyć szerszą, trzecioosobową narrację? Jasne. Ale to nie byłyby historia albo głos, jakich chciałem dla tej książki. To samo tyczy się możliwości zmiany narratorów w trakcie utworu. W takim przypadku to byłaby całkiem inna powieść: inny nastrój, inny ton, inne napięcie i akcja, a może nawet fabuła. To nie była książka, jaką pisałem.

Zawsze kochałem pulpowe opowieści noir i detektywistyczne i świadomie wybrałem ten styl narracji dla swojej książki. To także mój naturalny głos pisarski. To nie znaczy, że niczego później nie zmienię, ale ta książka była opowieścią Drothe'a. Wydawało się po prostu właściwe, żeby to on ją opowiedział.

Douglas Hulickurodził się w 1965 r. w Fargo (Północna Dakota). Studiował na różnych kierunkach (psychologia, biznes, sztuki wyzwolone, prawo), uzyskując ostatecznie stopień licencjata z historii i angielskiego oraz tytuł magistra z historii średniowiecznej; potem imał się rozmaitych zajęć (był kelnerem, barmanem, księgarzem, dostawcą pizzy i twórcą RPG). Mając na koncie kilka opublikowanych opowiadań fantasy, wpadł na pomysł powieści – po dziesięciu latach światło dzienne ujrzał Honor złodzieja. Douglas ma żonę i dwóch synów, z którymi mieszka w Minnesocie. W wolnych chwilach ćwiczy i naucza szermierki rapierem, lubi też gotować, czytać i przesiadywać w kawiarniach.



Czytaj również

Honor złodzieja - Douglas Hulick
Żywot złodzieja poczciwego
- recenzja
Honor złodzieja
Rozdział drugi
Przysięga stali
My jesteśmy drogie dranie...
- recenzja
Przysięga stali
- fragment

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.