» Recenzje » Wyjątkowo wredna ceremonia - Tomasz Bochiński

Wyjątkowo wredna ceremonia - Tomasz Bochiński


wersja do druku

Czyli nadzwyczajna potrzeba wydania książki

Autor:
Wyjątkowo wredna ceremonia - Tomasz Bochiński
Publikacja zbiorów z opowiadaniami jednego autora, przedstawionych dotąd w różnorodnych czasopismach, jest standardową i często spotykaną praktyką wydawniczą. W taki sposób zazwyczaj otrzymujemy antologię ze znanym bohaterem. Wyjątkowo wredna ceremonia Tomasza Bochińskiego zdawać by się mogła sztandarowym tego przykładem. Autora znamy z gazet, zbiorów opowiadań oraz kilku zapomnianych dziś książek. Po próbach z Królową Alimor i Śnie o Złotym Cesarstwie jest to jego kolejna próba zmierzenia się z literaturą fantasty. Powiem wprost – czytając Wyjątkowo wredną ceremonię odniosłem wrażenie, że ta niezbyt zachwycająca książka mogłaby jeszcze poczekać na wydanie. Zanim wyjaśnię, co mnie w niej tak zirytowało, trzeba powiedzieć kilka słów o samej treści i tym, co sugeruje nam wydawca. Czytamy na tylnej stronie okładki, że mamy do czynienia z przygodami Elizabediatha Moncka - dumy Cechu Grabarzy z kolejnej fikcyjnej krainy. Jest on perłą w swej konfraterni, bohaterem czystym i uczciwym do bólu. Opowiadania mają być
pełne magii, mrocznych tajemnic, ale i specyficznego humoru
. Trzeba przyznać, że wydawca dużo nam obiecuje.
Pomysł na bohatera – grabarza, rzeczywiście jest bardzo dobry. Od razu marzy się lektura pełna czarnego humoru, cynicznych żartów i dialogów nawiązujących do szekspirowskich grabarzy. Streszczenie jest rzeczywiście interesujące, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Okładka, stylizowana na portret trumienny, również nie odrzuca. Rzecz by można, że na pierwszy rzut oka jest to porządnie wydana książka, z atrakcyjną zachętą od wydawcy. W środku znalazły się nawet ilustracje Przemysława Surmy, nie w moim ulubionym stylu, ale już samą ich obecność można uznać za zaletę. Fabryka Słów jak zwykle, prezentuje bardzo porządną i schludną szatę graficzną. Po lekturze, niestety, to dobre zdanie znika. Po pierwsze: na sześć opowiadań tylko cztery opisują przygody wspomnianego na okładce bohatera, a dodatkowo jedno z nich (tytułowe zresztą) jest jedynie wstępem do planowanej powieści o Elizabediathiacie. Pozostałe dwa opowiadania są zapewne związane ze światem przedstawionym w książce i jego magią, ale nie mają zbyt wiele wspólnego z losami Szlachetnego Grabarza. No chyba, że są również swoistymi prologami do planowanej powieści. Niestety, tego się z książki nie dowiedziałem. Odniosłem wrażenie, że te dodatkowe opowiadania i wstęp do powieści zawarto, by "zapełnić" dodatkowe arkusze wydawnicze. Mimo tych zabiegów książka nie poraża grubością, a czcionka jest całkiem duża. Nie lubię takiej praktyki. Kolejną rzeczą jest to, że większość z opublikowanych tu tekstów już znam. Wyszły w gazetach, magazynach, pokazały się też w sieci. Liczyłem na kilka nowych opowiadań. Przyzwoitość nakazuje, by choć połowa zawartych historii była nowa. Tu jednak mogę się bezpodstawnie czepiać, gdyż zapewne są osoby, które nie przeczytały żadnego z opowiadań zawartych z książce Bochińskiego. Dla nich wszystko to będzie nowe. Mimo że podszedłem do tej książki otwarcie, moje odczucia, niestety, nie były najlepsze. Przeczytałem ją od deski do deski, zostawiając sobie ocenę dopiero na sam koniec, starając się przedwcześnie nie zniechęcać. Opowiadania, choć nie są tragiczne, napisane są bardzo nierówno. Pierwsze, Kłopoty z nadmiarem, zaczyna się zabawne, ale nie udało się utrzymać tego nastroju do końca. W dalszych opowiadaniach, poza tytułowym, będącym prologiem do powieści, jest podobnie. Prolog jako rozpoczynający wiele wątków, nie ma zakończenia, więc trudno go oceniać. Dla wszystkich tekstów typowe jest jedno: dobry początek, a potem spadek formy. Dopiero w ostatnich dwóch tekstach autor zdecydował się na jesienny nastrój i od razu lepiej się czyta. Opowiadanie Czapka dla miasta i Trzy razy szczęście mają niezłą atmosferę, lecz, jeśli chodzi o poziom, nawet im daleko do doskonałości. Dodatkowo autor stara się czasem archaizować składnię, czasem popisać się słownictwem historycznym. Nie przeszkadza mu to jednak wtrącać anachronizmów z naszego języka potocznego. Co więcej, sama fabuła jest prowadzona w sposób rwany i zadziwiająco zmienny. Czasem mamy kwieciste opisy, gdzie indziej zaś tylko oschłe nakreślenie przedstawionych scen. Są fragmenty, gdzie widać próbę uplastycznienia postaci i świata, a potem znowu mamy powrót do jednobarwnych szkiców. Ma to duży wpływ na sylwetki bohaterów. Główna protagonista, Elizabediath, jest przez swoją szlachetność prawie czarno-biały, a inne postaci, szczególnie kobiece, chwilami "prawie żywe", są przez większość czasu mało wyraziste. Autor ma pomysły, co do tego nie ma wątpliwości, ale często brakuje mu umiejętności, by je wykorzystać i plastycznie opisać. Szczególnie widać to w ostatnich dwóch tekstach spoza cyklu przygód grabarza. W jednym z nich szkatułkowa fabuła ma ciekawą zawartość, ale brakuje jej dopracowania. W drugim rwanie treści na fragmenty gmatwa losy głównego bohatera, czyniąc je mało zrozumiałymi. Książki nie czytało się dobrze. Chciałem czegoś więcej i wciąż czułem, że mogło być lepiej. Magii było dużo, atmosfera była czasem nawet niby jak z horroru, ale wciąż brakowało jakości w samym stylu autora. Szukałem też tego specyficznego humoru, ale niestety nie trafił do mnie. Może chodziło o rozterki uczuciowe bohaterów? Niezbyt też trafiły do mnie wplatane wiersze. Może jednak, jako dyplomowany grabarz, nie rozumiem subtelności, a żart, jak mnie nie "kopnie", to go nie zauważę. Wydawca również dodał swoje trzy grosze do mojej nieprzychylnej oceny. Wystarczyłoby więcej opowiadań o Elizabediathiacie i lepsza korekta stylistyczna, a książka mogłaby być w efekcie dobra. Na obecną chwilę z małym wysiłkiem da się przeczytać, ale nic więcej. Kolejny średniawy zbiór opowiadań fantasy. Dlatego czuję się zawiedziony i uważam, że wydawca powinien dać autorowi i tej książce więcej czasu. Choć, patrząc na notkę o autorze zamieszczoną na stronie Fabryki Słów i znalezione w sieci daty wydania poszczególnych opowiadań, trzeba powiedzieć, że Tomasz Bochiński miał naprawdę dużo czasu na ich doszlifowanie. Podsumowując: są tu ciekawe pomysły fabularne, których wykonanie kuleje, a samą książkę wydano chyba na siłę. Ocenię ją jako średnią za całkiem niezłe opowiadanie Czapka dla miasta – znane mi, bo nominowane w 2000 roku do Srebrnego Globu. Wszędzie bowiem trzeba znaleźć jakieś plusy, nawet na cmentarzu dobrych pomysłów fabularnych. Dajmy jednak szansę autorowi. Może powieść będzie lepsza, a znany już prolog zostanie poprawiony. Dziękujemy wydawnictwu Fabryka Słów za udostępnienie książki do recenzji.
5.0
Ocena recenzenta
3.5
Ocena użytkowników
Średnia z 1 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 1
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Wyjątkowo wredna ceremonia
Autor: Tomasz Bochiński
Wydawca: Fabryka Słów
Miejsce wydania: Lublin
Data wydania: styczeń 2006
Liczba stron: 368
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195 mm
ISBN-10: 83-89011-78-6
Cena: 27,99 zł



Czytaj również

Opowieści praskie - Tomasz Bochiński
Rzuć bracie blagę i chodź na Pragę
- recenzja
Pufcio - Tomasz Bochiński
Polski Connolly w niezłym wydaniu
- recenzja

Komentarze


~Carotten

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Cóż, tej recenzji też przydałaby się lepsza korekta...
21-03-2006 20:31
teaver
   
Ocena:
0
Co ci się na przykład nie podoba, Carotten? Chętnie sie dowiem co przeoczyłam.
29-03-2006 11:54
~Carotten

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Wymienię kilka najbardziej rażących lędów:
"Publikacja zbiorów z opowiadaniami jednego autora, przedstawionych" - błąd gramatyczny, bo wątpię, żeby zbiory były "przedstawione dotąd w czasopismach"
"Po próbach z Królową Alimor i Śnie o Złotym Cesarstwie jest to jego kolejna próba" - błąd stylistyczny (powtórzenie)
"Opowiadanie Czapka dla miasta i Trzy razy szczęście mają niezłą atmosferę, lecz, jeśli chodzi o poziom, nawet im daleko do doskonałości." - znowu błąd gramatyczny
"Dodatkowo autor stara się czasem archaizować składnię, czasem popisać się słownictwem historycznym. Nie przeszkadza mu to jednak wtrącać anachronizmów z naszego języka potocznego." - co to, u licha, są anachronizmy z języka potocznego?
"Główna protagonista, Elizabediath, jest przez swoją szlachetność prawie czarno-biały, a inne postaci, szczególnie kobiece, chwilami "prawie żywe", są przez większość czasu mało wyraziste. " - czy to wymaga komentarza? Błąd logiczny, powtórzenie...
"Wydawca również dodał swoje trzy grosze do mojej nieprzychylnej oceny" - proponuję zaznajomienie się z związkiem frazeologicznym "dorzucić swoje trzy grosze" i jego znaczeniem

02-04-2006 21:27

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.