» Blog » Wspólne czytanie Biblii
21-09-2015 10:14

Wspólne czytanie Biblii

W działach: fantasy, analiza, biblia | Odsłony: 3334

Wspólne czytanie Biblii

Zainspirowana wieloma rozmowami z ludźmi wierzącymi, oraz falą przybywających do Europy ludzi głęboko religijnych postanowiłam rozpocząć serię opracowań i analiz tekstów religijnych oczami ateisty-fantasty. Nie obiecuję, że nie będę stronnicza, choć postaram się jak mogę. Chętnie przyjmę waszą krytykę i wszelkie uwagi. Podchodzę do przedstawionych tekstów jako do dzieł okołofantastycznych. W żadnym momencie moim celem nie jest urażenie czyichkolwiek uczuć religijnych.

Część pierwsza będzie oparta na Biblii Warszawsko-Praskiej opracowanej w 1997 roku przez ks.bk Kazimierza Romaniuka jako że tylko taką osobiście posiadam. Niestety seria zostanie podzielona na wiele bardzo krótkich tekstów, jako że w domu mam latorośl która nie pozostawia wiele czasu na czytanie, analizy czy cokolwiek innego.

Część pierwsza – Księga Rodzaju. O początkach świata i człowieka.  Stworzenie wszechrzeczy i człowieka 1,1 – 2, 4a

Na początku poznajemy Boga w postaci Ducha unoszącego się w pustce. Jest to jedyny istniejący byt, nie znamy jego wieku, pochodzenia ani celu istnienia.  Możemy jednak śmiało założyć, że jest to istota o nieograniczonych możliwościach kreacji.

Pierwszym jej dziełem jest oddzielenie dnia od nocy.  /”Powiedział tedy Bóg: Niech się stanie światło! I stało się światło. I widział Bóg, że światło było dobre. Wtedy oddzielił Bóg światło od ciemności. I nazwał Bóg światło dniem, a ciemność nocą.”/ Pierwszego dnia więc Bóg tworzy Słońce i ruch wirowy Ziemi.

Drugiego dnia Bóg oddziela błękit wód od błękitu nieba, tworząc jak sądzę atmosferę na Ziemi. Jesteśmy już niemal w domu.

Trzeci dzień był dla Wszechmogącego męczący – nie tylko wydobył suchą przestrzeń spośród wód tworząc nam miejsce do życia i zebrał morza i oceany aby trzymały się kupy i zanadto nie rozlały, ale też wykreował wszelką roślinność która rozrosła się po planecie.  

Co dziwne, dnia czwartego Bóg wraca do oddzielania dnia od nocy i kreowania gwiazd. Wprawdzie już jedna powstała i dzień od nocy oddziela, ale z jakichś przyczyn dla Boga istotne jest, aby rozróżniać nie tylko dzień i noc, ale także by stworzyć kalendarz.
\”I powiedział Bóg: Niech pojawią się na niebie światła, żeby oddzielały dzień od nocy, wyznaczały pory roku, poszczególne dni i lata!”\
Zakładam więc, że dnia czwartego Bóg stworzył inne gwiazdy i planety, jako punkt odniesienia dla samych pór roku bardziej niż pór dnia. Bóg dodaje również ruch obiegowy Ziemi i podkreśla różnice między dniem a nocą.

Piątego dnia stworzył wszelkiej maści potwory morskie, istoty wodne oraz ptactwo. Rozsądnie również nakazał im się rozmnażać.

Szóstego dnia Bóg stworzył w kolejności – bydło, płazy oraz wszelkie dzikie zwierzęta.

Tego samego dnia Stwórcę nawiedza myśl o stworzeniu istoty podobnej Im.
\” Stwórzmy człowieka na wzór i podobieństwo nasze, aby mógł panować nad istotami (..)”\
Po raz pierwszy więc nie czuje się sam, zależy mu też na stworzeniu wersji pośredniej między sobą a swoimi dotychczasowymi tworami.  Tworzy człowieka podobnego sobie, a dokładniej parkę obu płci. Rozsądnie nakazał im się rozmnażać, oddał im też na własność całą planetę ze wszystkimi jej tworami, aby mogli czerpać z niej tak, jak uznają za słuszne.

Siódmego dnia Stwórca odpoczywa po ciężkim tygodniu, ustanawia też pierwszy w historii dzień „O nie, już jutro poniedziałek”.

 

Wstęp wydaje się być mocno uproszczony i zawiera pewne niejasności, jest jednak niezłym wprowadzeniem do solidnego fantasy. Świat przedstawiony w księdze wydaje się mocno zbliżony do znanego nam, choć jego geneza jest dużo prostsza. Przedstawiony stwórca jest Bogiem szalenie kreatywnym, z zupełnej pustki wydobył obraz kosmosu, wszelkich żyjących istnień i stworzeń, ich sposobu rozmnażania się, a nawet zaplanował odmierzanie czasu i pory roku. Na uwagę wydają się zasługiwać potwory morskie, które brzmią jak solidna zapowiedź kłopotów.  Dziwi nieco zawirowanie między dniem pierwszym a czwartym, trudno jednak mieć pretensję do bohatera, po trzech dniach pracy mógł spokojnie chcieć swoje dzieło naprawić. Wiemy, że główny bohater jest osobą nie tylko twórczą, ale i wrażliwą. Po zobaczeniu piękna swojego dzieła czuje potrzebę przekazania komuś swojego dziedzictwa, komuś podobnemu sobie. Można wnioskować, że ten nowy boski twór stanie się głównym bohaterem dalszej części.  Póki co obraz Boga nie pozostawia zbyt wiele miejsca na wątpliwości – jest bezsprzecznie dobry, choć pozostawienie świata we władzy człowieka wydaje się być nierozważne i prawdopodobnie będzie przyczyną tragedii.  Zwolenników praw zwierząt uprzedzamy – zwierzęta nie mają praw. I słusznie.

Komentarze


Adeptus
   
Ocena:
0

Odnośnie monarchii parlamentarnej - to jest jedno z mylących określeń, jakie stosuje się w prawie konstytucyjnym i politologii (podobnie zresztą jak monarchia konstytucyjna, stanowiąca synonim monarchii parlamentarnej). Już lepiej byłoby nazwać monarchią demokratyczną (jakkolwiek jest to oksymoron), ale lepiej pasuje do systemu, o którym piszesz. Monarchia parlamentarna bowiem istniała nawet w państwach absolutnych (Anglia, Francja), ponieważ w sprawach wielkiej wagi niejednokrotnie król musiał zasięgać opinii przedstawicieli społeczeństwa.

Akurat określenie jest sensowne, bo "monarchię parlamentarną" nie nalezy rozumieć jako "monarchii, w której istnieje parlament", tylko "monarchii, w której parlament ma bardzo silną pozycję". Zauważ, że tak samo jest z republikami - w każdej współczesnej republice istnieje parlament, ale nie każda jest "republiką parlamentarną".

Do Twojego wyobrażenie pasowałby raczej system rosyjski (półprezydencki), w którym prezydent nie tylko kieruje władzą wykonawczą, ale ma wpływ na parlament, czego w systemie prezydenckim nie ma.

Hmm? A czy system półprezydencki to nie jest raczej to, co mamy w Polsce - czyli dwuwładza prezydenta wybranego w bezpośrednich wyborach i rządu de facto wybranego przez parlament? System prezydencki kojarzy mi się raczej z USA, gdzie jak najbardziej prezydent ma pewien wpływ na działalność parlamentu - choćby veto. To, że nie ma inicjatywy ustawodawczej, nie ma większego znaczenia, bo przecież ma w parlamencie swoich ludzi, którzy wniosą projekt za niego - a gdyby nie miał, to inicjatywa mu by nie pomogła, bo i tak by jego projekty odrzucano.

No i, co równie ważne, musiałby mieć potomków, inaczej z idei monarchicznej byłyby nici, bo powrócilibyśmy znowu do elekcji.

Cóż, monarchia elekcyjna też jest opcją. Sam nie wiem, co byłoby lepsze. Z jednej strony dziedziczna monarchia zapewnia większą stabilność, większą niezależność głowy państwa od różnych frakcyjek, daje większą motywację do dbania o dobro państwa (bo zabezpiecza się dziedzictwo swoich dzieci)... Z drugiej, jest większe ryzyko na to, że tron odziedziczy idiota (ale z trzeciej - empiria pokazuje, że wybory nie stanowią zabezpieczenia przed idiotami u władzy ;) Widziałem też zabawną wypowiedź pewnej brytyjskiej rojalistki - że tak naprawdę, to dziedziczna monarchia jest najlepszym wyrazem wiary w to, że wszyscy ludzie są równi - skoro wszyscy są równi, to nie ma sensu organizować kosztownych wyborów, można się zdać na "loterię genetyczną" ;)

Jeśli chodzi o kwestie ideologiczne i kwestię autorytetu, to trochę na dwoje babka wróżyła. Z jednej strony, dziedziczny monarcha może mieć większy autorytet, bo to jednak dodaje pewnego "nimbu",z drugiej - odrobina demokratycznej legitymacji może zwiększyć poczucie, że to jest "nasz" król (ja jestem nie tyle przeciwko demokracji, co przeciwko parlamentaryzmowi).

 

02-10-2015 11:42
   
Ocena:
0

Wydaje mi się, że bardziej utrafiłeś w sedno pisząc o budowaniu monarchii od zera (nawet jeśli coś innego miałeś na myśli). Monarcha powinien się wyłonić w sposób "naturalny" - jako lider społeczny, który zdobędzie szerokie poparcie narodu, jednocześnie pozostając poza systemem partyjnym... Ewentualnie, jako polityk, któremu uda się takie poparcie zdobyć.

Piszesz o autorytaryzmie.

Swoją drogą. Jeśli będziemy mieli władcę cieszącego się społecznym poparciem, autorytetem, przy tym kompetentnego i troszczącego się o kraj, władcę dożywotniego i absolutnego lub półabsolutnego, to jest potrzeba dawać mu koronę?

02-10-2015 11:46
Adeptus
   
Ocena:
0

Piszesz o autorytaryzmie.

A to jedno wyklucza drugie? Skoro można łączyć monarchię z demokracją, to czemu nie z autorytaryzmem? Mnie uczono, że podział demokracja-autorytaryzm-totalitaryzm, a podział republika-monarchia, to dwie różne rzeczy - dlatego mówienie, że "to autorytaryzm, nie monarchia" ma mniej więcej taki sens, jak "to nie demokracja, tylko republika".

Swoją drogą. Jeśli będziemy mieli władcę cieszącego się społecznym poparciem, autorytetem, przy tym kompetentnego i troszczącego się o kraj, władcę dożywotniego i absolutnego lub półabsolutnego, to jest potrzeba dawać mu koronę?

Czy jest sens dawać mu koronę? A czy jest wybrać go prezydentem - a jeśli tak, to po go zaprzysięgać? Albo nadawać mu jakąkolwiek funkcję? Albo potwierdzać jego kompetencje zapisami prawnymi? Skoro pan Zenek cieszy się autorytetem, to i tak wszyscy będą robili to, co powie pan Zenek. A po co np. dawać bohaterom ordery? Nie wystarczy publicznie powiedzieć "dobrze zrobiłeś"? Ceremonie, tytuły itd. są jednym z elementów budujących więź społeczną, narodową itd - nie powinno się ich lekceważyć. Głównie z tego powodu nawet w wielu lewackich republikach utrzymuje się fasadowe monarchie.

Oczywiście, gdyby w społeczeństwie był opór przed monarchią, to wolałbym, żeby istniał człowiek, który będzie królem we wszystkim, prócz nazwy, niż żeby ciągnięto partiokrację. Na tej samej zasadzie, na jakiej Oktawian August wcale nie był królem Rzymu.

Poza tym, ukoronowanie takiego władcy byłoby uczciwą deklaracją ideową. "My nie jesteśmy fasadową republiką, która udaje, że działa zgodnie z Jedynie Słusznymi Standardami Demokracji Liberalnej Według ONZ i UE, a w rzeczywistości jest dyktaturą - my jesteśmy monarchią. Taką prawdziwą. Nikt nikomu kitu nie wciska".

 

02-10-2015 12:07
earl
   
Ocena:
+1

@ Adeptus

1) Z tym, że nazwa republika parlamentarna w obecnych czasach to jest tautologizm. Z racji samej nazwy każda republika powinna być parlamentarna. Skoro republika to rzecz publiczna, czyli jest synonimem demokracji. A  dzisiejszych czasach nie ma demokracji bez parlamentu jako przedstawicielstwa ogółu.

2) U nas trafnie pozycję prezydenta określił Tusk jako "pilnowanie żyrandola". Prezydent Polski (w przeciwieństwie do prezydentów Francji czy Rosji) nie prowadzi bieżącej polityki, tylko ma rolę często reprezentacyjną. Prezydent Rosji natomiast wyznacza kierunki polityki państwa, prowadzi tę politykę, mianuje rząd niezależny od parlamentu, kieruje tym rządem bezpośrednio lub poprzez uzależnionego od siebie premiera, posiada też wielką władzę nad parlamentem: może go rozwiązać kiedy ten nie zaakceptuje rządu, ma inicjatywę ustawodawczą, prawo weta, wydaje rozporządzenia i dekrety. Innymi słowy - ma formalnie władzę większą niż prezydenci USA czy Francji.

3) Odnośnie do tej brytyjskiej rojalistki - jej wypowiedź miałaby sens, gdyby w ogóle nie przeprowadzano wyborów w W. Brytanii. Gdyż co to za oszczędność że nie wybiera się głowy państwa, skoro i tak miliony funtów idą na wybory posłów do Izby Gmin?

4) Odnośnie autorytetu. Myślę, że większości ludzi jest obojętne kto rządzi, byle im było dobrze, byle mieli warunki do rozwoju materialnego i duchowego. Jeśli władza takie warunki spełnia, to w ich oczach jest prawomocna i gotowi są podporządkować się jej nakazom. I nawet jeśli popełnia jakiś błąd, to i tak nie podważają jej praw do rządzenia, bo dzięki uprzednim dobrym decyzjom władz wyrobiła sobie autorytet i uznanie.

5) Demokracja ma swoje wady i zalety. Wśród zalet należy wymienić m.in. to, że w teorii to obywatele decydują, kto ma ich reprezentować, wybierają też tych ludzi, którzy, ich zdaniem, mają najlepsze kompetencje, by stwarzać warunki społeczeństwu do dobrobytu. Wady okazują się w praktyce. Po pierwsze, wielu ludzi nie interesuje się sprawami publicznymi, więc jak przychodzi do wyborów, to albo nie głosują, albo wybierają demagogów, którzy obiecują krótkotrwałe korzyści bez oglądania się na długotrwałe skutki. Po drugie, demokracja nigdy nie oznacza władzy ludu lecz władzę większości nad mniejszością, więc oznacza to narzucanie swojego światopoglądu innym, co jest sprzeczne z zasadą wolności człowieka. (dygresja: Najciekawsze jest to, że kiedy katolicy chcą w ten sposób wprowadzić swój światopogląd do prawa stanowionego (np. w kwestii aborcji czy związków partnerskich) to wówczas ateiści czy laicy grzmią o gwałceniu tej wolności. Ale kiedy to oni próbują narzucić swój światopogląd (np. o prawach dla homoseksualistów czy aborcji) wówczas powołują się na wolę większości.)  Po trzecie, wadą demokracji jest to, że zazwyczaj nie ustala kryteriów (oprócz wieku i obywatelstwa), jakie musi spełniać dana osoba, by móc sprawować wybieralny urząd. Tworzy to paranoję, polegającą na tym, że w parlamencie, ustalającym prawo, mogą znaleźć się idioci bez wykształcenia, podczas kiedy zobowiązanymi do wykonywania tego idiotycznego prawa są ludzie z wykształceniem i doświadczeniem.

6) Oczywiście monarchia dziedziczna też ma swoje plusy i minusy. Do plusów należy zaliczyć: 1) teoretyczną, niezależność monarchy od innych organów państwa., 2) pełnię władzy państwowej -monarcha jako suweren jest jedynym źródłem praw, inni mają je wykonywać, czasem konkretyzować w postaci odpowiednich aktów prawnych, 3) następca tronu, teoretycznie, jest przygotowywany do objęcia władzy po śmierci rodzica-monarchy (jak było w przypadku Wielkiego Delfina, syna Ludwika XIV). Ale wad też jest niemało. Po pierwsze, nieraz jest tak, że po mądrym władcy następuje jego głupi potomek, który niweczy dzieło poprzednika. Po drugie, jedynowładca nie jest nieomylny, więc samodzielnie podejmując decyzję może popełniać błąd za błędem, a jeśli jest zadufany w sobie, to nie będzie widział własnych błędów tylko zrzucał winę na wykonawców. Po trzecie, tak jak w demokracji lud wybierać może demagogów do władzy, tak w monarchii władca może otaczać się pochlebcami i lizusami, którzy będą dbali o to, by nic złego mu nie powiedzieć tylko kadzić, że wszystko jest w porządku. Po czwarte, cele monarchy mogą być rozbieżne z celami jego poddanych, co byłoby przyczyną szkodliwych dla poddanych decyzji (np. dążenia Zygmunta III by odzyskać tron Szwecji wpędziły Polskę w długotrwałe i wyniszczające wojny ze Szwecją, Rosją i Turcją). Nie znaczy to, że w demokracji może być inaczej (przykład rządów III RP), ale, teoretycznie, władza demokratyczna może być usunięta w trakcie wyborów. Monarcha natomiast panuje i rządzi dalej.

 

Gdyby ktoś zapłacił mi fortunę abym stworzył idealny system polityczny, to miałbym ogromnego zgryza. Najłatwiej bowiem rzucić hasło "By żyło się lepiej wszystkim", ale problem w tym, aby to hasło wcielić w życie. Zwłaszcza, że słowo "lepiej" czy "dobrze" dla różnych osób ma różne znaczenie.

02-10-2015 12:53
Adeptus
   
Ocena:
+1

Z tym, że nazwa republika parlamentarna w obecnych czasach to jest tautologizm. Z racji samej nazwy każda republika powinna być parlamentarna. Skoro republika to rzecz publiczna, czyli jest synonimem demokracji. A  dzisiejszych czasach nie ma demokracji bez parlamentu jako przedstawicielstwa ogółu.

Ale jak już pisałem "republika parlamentarna" nie oznacza "republiki, w której jest parlament". Podobnie, jak "republika prezydencka" nie oznacza "republiki, w której jest prezydent". W USA jest parlament, ale USA nie są republiką parlamentarną. We Włoszech jest prezydent, ale Włochy nie są republiką prezydencką. To jest po prostu skrót myślowy - znaczy to tyle, co "republika, w której wiodącą rolę odgrywa parlament" i "republika, w której jest silna pozycja prezydenta".

U nas trafnie pozycję prezydenta określił Tusk jako "pilnowanie żyrandola". Prezydent Polski (w przeciwieństwie do prezydentów Francji czy Rosji) nie prowadzi bieżącej polityki, tylko ma rolę często reprezentacyjną

Nie powiedziałbym. Moim zdaniem, ze strony Tuska to była próba marginalizacji niewygodnego prezydenta, przez swoistą "brytanizację" - czyli doprowadzenie do stanu, w którym głowa państwa ma określone kompetencje, ale udało się wszystkim wmówić, że nie powinna z nich korzystać. Choćby veto czy możliwość oddania ustawy pod osąd TK to są bardzo silne kompetencje (i wprawny prezydent może je wykorzystać do wpływania na bieżącą politykę - choćby stawiając rządowi ultimatum "jak wniesiecie ustawe w takim kształcie, to ja jej nie podpiszę. Zalezy Wam na tym, to musimy pójść na kompromis). Oczywiście, uważam, że prezydent powinien mieć większe kompetencje, ale nie powinno się marginalizować tych, które już ma.

Odnośnie do tej brytyjskiej rojalistki - jej wypowiedź miałaby sens, gdyby w ogóle nie przeprowadzano wyborów w W. Brytanii. Gdyż co to za oszczędność że nie wybiera się głowy państwa, skoro i tak miliony funtów idą na wybory posłów do Izby Gmin?

Wydaje mi się, że ta wypowiedź miała charakter raczej żartobliwy ;) Notabene, takie podejście - na poważnie - przejawiali starożytni Ateńczycy w czasach demokracji, u nich większośc urzędów była obsadzana w drodze losowania. Inna sprawa, że kompetencje tych urzędników były ograniczone w stosunku do Zgromadzenia Ludowego, bo dla nich demokracja była z założenia tylko bezpośrednia. Bodajże Polibiusz, jak opisywał ustrój republiki rzymskiej, to stwierdzał, że łączy ona cechy monarchii (konsule), arystokracji (senat i urzędnicy) oraz demokracji (zgromadzenia ludowe) - do głowy by mu nie przyszło, że silna władza wybieranych urzędników ma coś wspólnego z demokracją. Gdyby starożytny Ateńczyk usłyszał, jak ktoś mówi, że referendum to instytucja po którą powinno się rzadko sięgać, bo w dojrzałej demokracji władzę sprawuje parlament, to nie wiedziałby, czy rozmawia z dowcipnisiem, czy wariatem.

Odnośnie autorytetu. Myślę, że większości ludzi jest obojętne kto rządzi, byle im było dobrze, byle mieli warunki do rozwoju materialnego i duchowego. Jeśli władza takie warunki spełnia, to w ich oczach jest prawomocna i gotowi są podporządkować się jej nakazom. I nawet jeśli popełnia jakiś błąd, to i tak nie podważają jej praw do rządzenia, bo dzięki uprzednim dobrym decyzjom władz wyrobiła sobie autorytet i uznanie.

Oj, róznie to bywa. Z jednej strony - ilu Sowietów szczerze kochało i podziwiało Stalina? Ilu do tej pory wspomina go z łezką w oku? Z drugiej strony, nierzadko przywódca wprowadzający ważne i potrzebne reformy jest zmieszany z błotem i w efekcie pogardzany i znienawidzony przez lud. Dlatego kwestie "propagandowe" też są ważne.

(dygresja: Najciekawsze jest to, że kiedy katolicy chcą w ten sposób wprowadzić swój światopogląd do prawa stanowionego (np. w kwestii aborcji czy związków partnerskich) to wówczas ateiści czy laicy grzmią o gwałceniu tej wolności. Ale kiedy to oni próbują narzucić swój światopogląd (np. o prawach dla homoseksualistów czy aborcji) wówczas powołują się na wolę większości.)

Ależ "ateiści czy laicy" nigdy nie "narzucają swojego światopoglądu". Oni po prostu pilnują "neutralności swiatopoglądowej". Co w sumie wynika z dosyć naturalnego założenia, że typowy człowiek zakłada, że normalne, wyważone, bezstronne poglądy to są dokładnie takie, jakie wyznaje on.

Po czwarte, cele monarchy mogą być rozbieżne z celami jego poddanych, co byłoby przyczyną szkodliwych dla poddanych decyzji (np. dążenia Zygmunta III by odzyskać tron Szwecji wpędziły Polskę w długotrwałe i wyniszczające wojny ze Szwecją, Rosją i Turcją).

A czy tak nie jest w demokracji? Mieliśmy przykłady przywódców, którzy służbę państwową traktowali jako etap na drodze do ciepłej posadce w UE, albo w jakimś koncernie.  Poza tym, zauważ, że zachowanie Zygmunta III akurat można rozpatrywać jako argument za monarchią dziedziczną - król bardziej sobie cenił tron dziedziczny w Szwecji, niż elekcyjny w Polsce, dlatego bardziej mu zależało na Szwecji ;)

Nie znaczy to, że w demokracji może być inaczej (przykład rządów III RP), ale, teoretycznie, władza demokratyczna może być usunięta w trakcie wyborów. Monarcha natomiast panuje i rządzi dalej.

Zawsze można wprowadzić możliwość zwołania referendum o zniesieniu monarchii. Powinno być ono obwarowane dosyć restrykcyjnymi warunkami (np. najpierw musi o nim postanowić większośc kwalifikowana w parlamencie a wniosek o podjęcie uchwały o referendum wolno wnosić nie częściej niż raz na 10 lat), tak aby nie zniweczyć zalety stabilności rządów.

Po drugie, jedynowładca nie jest nieomylny, więc samodzielnie podejmując decyzję może popełniać błąd za błędem, a jeśli jest zadufany w sobie, to nie będzie widział własnych błędów tylko zrzucał winę na wykonawców.

To akurat dotyczy na równi jedynowładcy i przywódcy demokratycznego.

Po trzecie, tak jak w demokracji lud wybierać może demagogów do władzy, tak w monarchii władca może otaczać się pochlebcami i lizusami, którzy będą dbali o to, by nic złego mu nie powiedzieć tylko kadzić, że wszystko jest w porządku.

Znowu - tak samo demokrata może się nimi otaczać. To nie jest argument przeciwko monarchii, tylko raczej wskazanie na patologię, która może wystąpić w każdym ustroju.

Gdyby ktoś zapłacił mi fortunę abym stworzył idealny system polityczny, to miałbym ogromnego zgryza.

Idealnych systemów z założenia nie ma ;)

 

 

02-10-2015 13:25
   
Ocena:
0

dlatego mówienie, że "to autorytaryzm, nie monarchia" ma mniej więcej taki sens, jak "to nie demokracja, tylko republika".

No, ma o wiele mniej sensu, bo demokracja i republika dla starożytnych były znacząco różnymi terminami. Ale ja nie to mówię. Władza oparta na autorytecie przywódcy nie jest cechą monarchii(w ogólności; istnieją oczywiście formy monarchii oparte na autorytecie), tylko autorytaryzmu. Stąd pojawia się pytanie, czy jest sens wprowadzać monarchię z jej znacząco inną symboliką, kiedy można wprowadzić zbliżony w działaniu, kompatybilny z symboliką demokratyczną zamordyzm.

Ceremonie, tytuły itd. są jednym z elementów budujących więź społeczną, narodową itd - nie powinno się ich lekceważyć. Głównie z tego powodu nawet w wielu lewackich republikach utrzymuje się fasadowe monarchie.

Oczywiście. Ale w tych fasadowych monarchiach istnieją i mają się dobrze tradycje monarchistyczne. U nas takich tradycji niet, trzeba by je odtwarzać, najlepiej jeszcze z tradycji jagiellońskiej(bo jak odtworzymy z tradycji elekcyjnej, to nie dość, że wprowadzimy fasadową monarchię, to nam jeszcze społeczeństwo zwarcholeje).

dygresja: Najciekawsze jest to, że kiedy katolicy chcą w ten sposób wprowadzić swój światopogląd do prawa stanowionego (np. w kwestii aborcji czy związków partnerskich) to wówczas ateiści czy laicy grzmią o gwałceniu tej wolności. Ale kiedy to oni próbują narzucić swój światopogląd (np. o prawach dla homoseksualistów czy aborcji) wówczas powołują się na wolę większości.

No nie całkiem. Tak jak prawica nie może się zdecydować, czy lud jest solą tej ziemi, czy bandą lemingów, tak i lewica nie widzi problemu przy powoływaniu się na demokrację, przy równoczesnym pogardzaniu większością. Taki mamy klimat po prostu.

To akurat dotyczy na równi jedynowładcy i przywódcy demokratycznego.

Pewną teoretyczną przewagą systemów demokratycznych jest istnienie grup równoważących władzę przywódcy. Teoretycznie w systemie demokratycznym nawet jeśli władca jest idiotą niezdolnym do zobaczenia własnych błędów, to może zostać zdjęty ze stanowiska przez większość parlamentarną, w której teoretycznie zasiadają nie tylko pochlebcy jaśnie oświeconego przywódcy.

Tylko że demokracja w modelu zachodnioeuropejskim jest jak państwowość w modelu polskim. Teoretyczna.

02-10-2015 15:21
Adeptus
   
Ocena:
+1

Władza oparta na autorytecie przywódcy nie jest cechą monarchii(w ogólności; istnieją oczywiście formy monarchii oparte na autorytecie), tylko autorytaryzmu.

Może monarchia "dojrzała" nie opiera się na autorytecie (ale dlaczego nie miałaby? Co to, jest jakaś skończona ilość systemów i aż do skończenia świata wolno się wpasowywac tylko w ramki?), ale jako taka powstaje na bazie autorytetu - dynastia rodziła się, kiedy jakiś plemienny wódz czy książę dzielnicowy wykazał się szczególnymi umiejętnościami i jednoczył ludzi wokół siebie. Poza tym, monarchia, dajmy na to, średniowieczna, nie mogła z założenia opierać się na osobistym autorytecie monarchy - bo olbrzymia większość poddanych nie miała żadnego z owym monarchą kontaktu, znaczna część pewnie nawet nie wiedziała, jak się nazywa, już nie mówiąc o tym, że owa większość była politycznie bierna i jej opinia nt króla tak naprawdę nie miała większego znaczenia.

No, ma o wiele mniej sensu, bo demokracja i republika dla starożytnych były znacząco różnymi terminami.

Oczywiście, że tak. Ale dla starożytnych np. żadne współczesne państwo europejskie nie byłoby demokratyczne... no MOŻE ewentualnie Szwajcaria. Znaczenie terminów się zmienia.

Władza oparta na autorytecie przywódcy nie jest cechą monarchii(w ogólności; istnieją oczywiście formy monarchii oparte na autorytecie), tylko autorytaryzmu.

No więc ja proponuję właśnie jedną taką formę, o której piszesz w nawiasie. Poza tym - skoro sam przyznajesz, że może istnieć monarchia oparta na autorytecie, choć jest to cecha raczej autorytaryzmu, to pośrednio sam wskazujesz, że stwierdzenie, ze coś nie jest monarchią, tylko autorytaryzmem, bo się opiera na autorytecie, jest nielogiczne.

Stąd pojawia się pytanie, czy jest sens wprowadzać monarchię z jej znacząco inną symboliką, kiedy można wprowadzić zbliżony w działaniu, kompatybilny z symboliką demokratyczną zamordyzm.

Widzisz, tyle, że mi bardziej pasuje właśnie symbolika monarchiczna (i nie tylko symbolika, także cały etos - ze świadomością, że historycznie ten etos niekoniecznie był realizowany), niż demokratyczna, więc piszę pod siebie. Jak już wspomniałem - jeśli ludzie byliby w stanie przełknąć taki system tylko gdyby zachował demokratyczną symbolikę, to trudno - ale wolałbym monarchię w formie i treści. Poza tym, kto pisze o zamordyzmie? Założenie, że tylko brak demokracji (w lewicowo-zachodnim rozumieniu) oznacza zamordyzm, to czysta propaganda. Współczesne demokracje bardzo drobiazgowo regulują życie obywateli i bardzo ściśle trzymają ich za tę przysłowiową mordę. W dodatku próbuję trzymanym wmawiać, że żadnego trzymania nie ma - to jest UMOWA SPOŁECZNA, można powiedzieć, ze to Ty sam obywatelu nałożyłeś na siebie grzywnę za ścięcie uschniętego drzewa na własnym podwórku!

Notabene, uważam, że monarchistyczna symbolika oddziałuje nie tylko na mnie - jej zasięg jest bardzo szeroki i dotyka nawet podświadomości tych osób, którym politycznie jest od idei monarchistycznych daleko. Z kim się kojarzy dyktator? Z facetem, który morduje ludzi w obozach koncentracyjnych, ewentualnie operetkowym megalomanem stawiającym sobie tysięczny pomnik i skrycie odkładającym lewą kasę na koncie w Szwajcarii, na wypadek, jakby coś nie wypaliło. Z kim się kojarzy król? Z siwobrodym mędrcem, zatroskanym losem swoich poddanych, z rycerzem w lśniącej zbroi osobiście prowadzącym swych wojowników do walki, ewentualnie z poczciwym staruszkiem czy dystyngowanym dżentelmenem. Zobacz, ile w sztuce (filmie, literaturze, grach) mamy przykładów pozytywnych monarchii. Nawet Amerykanie, którzy z definicji nie mają tradycji monarchistycznych, a wręcz przeciwnie - jednym z ich mitów założycielskich jest walka ze złym królem - ulegają tej, jak ktoś to ujął, "arturiańskiej magii". Uważam, że to jest pole do zagospodarowania i polityka symboliczna powinna się odwoływać do tych głęboko zakorzenionych archetypów.

Oczywiście. Ale w tych fasadowych monarchiach istnieją i mają się dobrze tradycje monarchistyczne. U nas takich tradycji niet, trzeba by je odtwarzać, najlepiej jeszcze z tradycji jagiellońskiej(bo jak odtworzymy z tradycji elekcyjnej, to nie dość, że wprowadzimy fasadową monarchię, to nam jeszcze społeczeństwo zwarcholeje).

A z drugiej strony - czy widzisz w naszym społeczeństwie jakieś szczególne przywiązanie do wartości republikańskich? W Polsce w dobrym tonie jest twierdzenie "Ja się w ogóle nie interesuję polityką, a wszyscy posłowie to z definicji (wstaw wulgaryzm", idioci i złodzieje".

No nie całkiem. Tak jak prawica nie może się zdecydować, czy lud jest solą tej ziemi, czy bandą lemingów,

A dlaczego jedno ma wykluczać drugie? Lud w kwestiach polityki państwowej jest bandą lemingów i inaczej być nie może. Nie dlatego, że jego członkowie to jakieś godne pogardy niedorozwoje - po prostu zwykły człowiek ma inne sprawy na głowie i nie jest w stanie opanować na sensownym poziomie znajomości ekonomii, prawa konstytucyjnego, stosunków międzynarodowych i kilkunastu innych dziedzin, a potem na bieżąco gromadzić dane, które pozwolą mu na pełen ogląd sytuacji i podjęcie uzasadnionej decyzji. Z drugiej strony, lud jest solą ziemi, bo bez ludu nie ma narodu. I jest wiele "przyziemnych" kwestii, w których to lud powinien decydować (a niekoniecznie nawet sam sam lud, także pojedynczy ludzie), właśnie dlatego, że jako ta przysłowiowa sól ziemi, są blisko tych przyziemnych spraw... a te sprawy - ich. Dlatego piszę, że jestem przeciwko parlamentaryzmowi, nie przeciwko demokracji. Jak najbardziej popieram demokrację lokalną. Demokracja lokalna ma sens - zresztą, generalnie demokracja tym większy ma sens, im bardziej może być bezpośrednie, czy chociaż uczestnicząca. Fachowy monarcha-urzędnik lepiej od ludu będzie wiedział jak modernizować armię, prowadzić politykę międzynarodową itd. z drugiej stron lud będzie wiedział lepiej od monarchy, czy chce w swojej wiosce wybrukować najpierw ulicę Kapuścianą, czy Ogórkową. Jak najwięcej kompetencji powinno być przekazanych na jak najniższy poziom (w tym także na poziom jednostki - generalnie chodzi o zasadę pomocniczości/subsydiarności, zachęcam do bliższego zapoznania się z nią) - ale te, które pozostaną na poziomie najwyższym nie powinni być wykonywane w sposób demokratyczny, bo to nie ma sensu.

Pewną teoretyczną przewagą systemów demokratycznych jest istnienie grup równoważących władzę przywódcy.

Żaden monarcha tak naprawdę nie jest absolutny, bo żaden monarcha nie potrafi władać państwem bez pomocy innych. Czyste jedynowładztwo jest możliwe tylko w bardzo małej społeczności - w takiej, w której władca może sam patrzeć na ręce wszystkim poddanym, a w razie niesubordynacji zdzielić ich przez łeb (podobnie jak czysta demokracja jest możliwa tylko w małej społeczności, w której sprawy są na tyle lokalne i "codzienne", że każdy członek jest w stanie je ogarnąć, a urzędnicy na tyle blisko ludu, że lud może im patrzeć na ręce - dlatego popieram monarchię jako władzę centralną o silnych, choć ograniczonych zakresowo kompetencjach połączoną z jak najszerszą zdecentralizowaną demokracją lokalną). W każdym systemie mamy do czynienia z walką frakcji i frakcyjek o "czerwone sukno". Zaletą monarchii jest właśnie to, że w jakimś stopniu zwiększa szansę na tej walki ograniczenie.

 

 

 

02-10-2015 22:51
earl
   
Ocena:
+1

@ Adeptus

Jeszcze parę słów odnośnie roli prezydenta w Polsce.

1) Napisałeś o wecie jako instrumencie wpływania na politykę rządu. Faktycznie, tę metodę stosowali i Aleksander Kwaśniewski wobec koalicji AWS-UW, i Lech Kaczyński wobec koalicji PO-PSL. Tyle, że skuteczność tej metody uzależniona jest od układu sił w Sejmie. Kwaśniewskiemu udawało się to doskonale, gdyż w samej koalicji były tarcia i wielu posłów było ze sobą skonfliktowanych (np. posłowie AWS - związkowcy kontra partyjni). Mając ponadto za sobą ponad 1/3 Sejmu obsadzoną przez SLD mógł wetować i stosować groźbę weta, wiedząc, że koalicja nie odrzuci jego sprzeciwu (matematycznie brakowało jej 15 głosów, faktycznie często i więcej). Pozycja prezydenta więc mogła być mocna i w ten sposób mógł on wpływać według swojej woli na politykę bieżącą. W przypadku Kaczyńskiego było inaczej. Koalicja PO-PSL oficjalnie stanowiła monolit i nikt nie walczył ze sobą z otwartą przyłbicą. Było więc wiadome, że każde weto prezydenta spotka się z głosami sprzeciwu koalicjantów. Fakt, rząd miał za sobą mniej posłów niż koalicja Buzka, ale miał większe pole manewru z dwóch powodów: a) wspomnianą monolityczność i brak otwartego konfliktu, który można byłoby wykorzystać, b) możliwość związania się z LiD, które również z definicji były antykaczyńskie. Koalicja PO-PSL plus LiD była wystarczająca, aby odrzucić każde weto (co kilka razy im się udało). Oczywiście, za współpracę trzeba było zapłacić, ale jednak płacono nie kompromisem z prezydentem ale z inną, antyprezydencką partią parlamentarną, powodując osłabienie pozycji głowy państwa. Weto więc może wpływać na politykę bieżącą państwa, ale przy obecnym układzie sił politycznych może to być wpływ destrukcyjny (działania Kwaśniewskiego) lub osłabiający głowę państwa bez pozytywnych skutków (działalność Kaczyńskiego).

2) Z ciekawości sprawdziłem szczegółowo kompetencje prezydenta z lat 1992 i 1997 i wyszło mi, że o ile wcześniej można było mówić o systemie półprezydenckim, o tyle obecnie jest to system parlamentarno-gabinetowy. Konstytucja z 1997 roku ograniczyła znacząco pozycję głowy państwa:

a) zlikwidowała kompetencje prezydenta w dziedzinie ogólnego kierowania polityką zagraniczną oraz w dziedzinie ogólnego kierowania zewnętrznym i wewnętrznym bezpieczeństwem państwa

b) pozbawiła kompetencji zwoływania i przewodniczenia Radzie Ministrów

c) zmniejszyła siłę weta (z 2/3 na 3/5, czyli z 306 na 276 posłów)

d) pozbawiła prezydenta elastyczności w stosunku do ustaw parlamentu - kiedyś mógł zawetować ustawę a po odrzuceniu weta skierować ją do TK, obecnie może wybrać albo to, albo to

e) pozbawiła prezydenta wpływu na nominację szefów MSZ, MON i MSW

f) pozbawiła prezydenta elastyczności w stosunku do patu politycznego w związku z niemożnością wyboru premiera i rządu: kiedyś prezydent, po 3 nieudanych próbach, mógł albo rozwiązać parlament, albo na okres do pół roku powołać pozaparlamentarny rząd, obecnie jest zobowiązany do skrócenia kadencji parlamentu.

 

Prezydent z 1992 roku faktycznie miał silną pozycję i mógł kształtować bieżącą politykę państwa ze względu na wpływ na kształt i działanie rządu a także na działalność parlamentu. Obecnie ani nie ma wpływu na egzekutywę (musi w zasadzie przystać na taki rząd, jaki wynika z układu sił parlamentarnych), a i jego oddziaływanie na parlament zmniejszyło się drastycznie.

3) Można powiedzieć, że faktycznym monarchą, choć niekoronowanym, w państwach europejskich jest Władimir Putin, gdyż zarówno jego uprawnienia jak i osobowość stawiają go jako jedynego suwerena w państwie. Nie naród, nie obywatele, ale właśnie on jest źródłem prawa, kontrolerem jego wykonywania a nieraz i kierownikiem egzekwowania prawa. W przeciwieństwie do niego królowie Szwecji, W. Brytanii czy Belgii to jedynie dożywotni koronowani prezydenci o funkcjach typowo reprezentacyjnych.

03-10-2015 12:45
Adeptus
   
Ocena:
+1

@ Earl

Napisałeś o wecie jako instrumencie wpływania na politykę rządu. Faktycznie, tę metodę stosowali i Aleksander Kwaśniewski wobec koalicji AWS-UW, i Lech Kaczyński wobec koalicji PO-PSL. Tyle, że skuteczność tej metody uzależniona jest od układu sił w Sejmie.

Oczywiście, masz rację. Generalnie konstytucja nasza jest skonstruowana w taki sposób, że prezydent zyskuje sporą władzę w sytuacji rozdrobnienia w parlamencie (pod warunkiem, że jest łebski ;). Jeden przykład to weto. Drugie, to możliwość mianowania premiera. Teoretycznie, prezydent może desygnować kogo chce na premiera - w praktyce nie ma sensu desygnowania kogoś innego, niż kandydata partii posiadającej większość w parlamencie, bo premier i tak musi uzyskać wotum zaufania... ale przy rozdrobnionym parlamencie nie jest to takie oczywiste i sprawny prezydent może zamiast desygnować szefa zwycięskiej partii, zmontować koalicję mniejszych frakcji (która może mieć większość - np. w układzie, w którym partie mają po 35%, 30%, 20%, 15%, wcale nie ma musu, żeby największa partia miała premiera... czy w ogóle weszła do kolacji rządzącej ;), na zasadzie "Wy poprzecie mojego premiera, a on natychmiast do mnie zawnioskuje, żeby część resortów obsadzić Waszymi ludźmi. Jak wolicie, to desygnuję szefa zwycięzców, ale wtedy dostaniecie figę z makiem". Inna sprawa, że w takiej sytuacji zwycięska partia podniosłaby krzyk, że co co tam przepisy konstytucji, przecież jest ZWYCZAJ, że desygnuje się kandydata zwycięzców. A gdyby, nie daj Boże, ta zwycięska partia była popierana przez TVN i GW, to natychmiast rozpętałaby się nagonka. Jak rozpętywała się nagonka na Kaczyńskiego, kiedy korzystał ze swojego weta czy innych kompetencji. Nawet jakiś publicysta Gazety Wyborczej - bodajże Michał Ogórek - napisał, że gdyby była wojna, to trzebaby prezydenta internować, bo pewnie bezczelnie by próbował korzystać ze swoich uprawnień w zakresie kontroli nad wojskiem, tylko dlatego, że prawo mu je przyznaje. Innymi słowym, GW wyraźnie przyznała, że nie ma zgody na to, żeby "nie nasz" prezydent korzystał ze swoich konstytucyjnych kompetencji, a jak będzie się przy tym upierał, to jedynym wyjściem jest zamach stanu. Co oczywiście nie zmienia faktu, że to PiS jest zagrożeniem dla demokracji, a GW jej obrońcą. Nie ma w tym sensu, ale co tam.

Co ciekawe, niektóre sondaże wskazują, że w przyszłej kadencji możemy mieć do czynienia właśnie z takim parlamentem - aczkolwiek, jeśli wynik wyborów będzie taki, jaki w tych sondażach, to mało prawdopodobne, żeby Duda bawił się jak wyżej.

Aczkolwiek nie zgodzę się, że korzystanie przez Kaczyńskiego z weta było działaniem osłabiającym prezydenturę. Prezydent powinien korzystać ze swoich kompetencji. Jeśli nie zgadza się z ustawą, to powinien ją zawetować, nawet jeśli nie ma szans na utrzymanie weta, żeby wyrazić swój moralny sprzeciw. poza tym, długotrwałe niekorzystanie z kompetencji może stworzyć zły precedens, tzw. zwyczaj konstytucyjny. Jak w Wielkiej Brytanii - królem został Niemiec, nie znał angielskiego, nie uczestniczył bezpośrednio w posiedzeniach rządu... Więc stwierdzono, że oczywiście, król dalej ma prawo brać udział w posiedzeniach, ale powstał dobry zwyczaj, że z tego prawa nie korzysta, a przecież król z pewnością nie chce łamać zwyczaju. Tak samo byłoby z prezydenckim wetem. Zresztą, PO oraz media wspierające usiłowały właśnie do tego doprowadzić - za każdym razem, jak Kaczyński skorzystał ze swoich kompetencji (nie tylko weta) podnosił się krzyk (o czym piszę powyżej).

Z ciekawości sprawdziłem szczegółowo kompetencje prezydenta z lat 1992 i 1997 i wyszło mi, że o ile wcześniej można było mówić o systemie półprezydenckim, o tyle obecnie jest to system parlamentarno-gabinetowy.

Powiedziałbym, że coś pośredniego, bo jednak w systemie parlamentarno-gabinetowym głowa państwa z reguły zredukowana jest do roli mistrza ceremonii i głównego ambasadora. Jednak nie można porównywać naszego prezydenta z np. niemieckim.

Konstytucja z 1997 roku ograniczyła znacząco pozycję głowy państwa:

Taaa, bo światli i postępowi twórcy konstytucji bali się, że prezydentem będzie Wałęsa (wtedy jeszcze Wałęsa był be, był ukazywany jako przaśny chłopek-roztropek - potem zaczął krytykować Kaczorów, co w oczach Salonu oznacza natychmiastową rehabilitację, a wręcz nobilitację i nagle stał się autorytetem i bohaterem narodowym)

Obecnie ani nie ma wpływu na egzekutywę (musi w zasadzie przystać na taki rząd, jaki wynika z układu sił parlamentarnych), a i jego oddziaływanie na parlament zmniejszyło się drastycznie.

Jak już wspomniałem, nie w każdej sytuacji :D

Można powiedzieć, że faktycznym monarchą, choć niekoronowanym, w państwach europejskich jest Władimir Putin, gdyż zarówno jego uprawnienia jak i osobowość stawiają go jako jedynego suwerena w państwie. Nie naród, nie obywatele, ale właśnie on jest źródłem prawa, kontrolerem jego wykonywania a nieraz i kierownikiem egzekwowania prawa. W przeciwieństwie do niego królowie Szwecji, W. Brytanii czy Belgii to jedynie dożywotni koronowani prezydenci o funkcjach typowo reprezentacyjnych.

No właśnie. Czemu nie mógłby się koronować? Po co te cyrki z "raz prezydent, raz premier"? Wydaje mi się, że lud Rosji, który nie przesiąkł republikańskimi przesądami by to zaakceptował, a jeśli chodzi o opinię międzynarodową, to Putin i tak ma ją gdzieś.

03-10-2015 13:37
earl
   
Ocena:
0

@ Adeptus

Aczkolwiek nie zgodzę się, że korzystanie przez Kaczyńskiego z weta było działaniem osłabiającym prezydenturę.

Nieprecyzyjnie się wyraziłem. Wcześniej bowiem pisałeś, że poprzez weto prezydent może wpływać na kształt polityki bieżącej rządu poprzez zmuszanie rządu do kompromisu. Chodziło mi o to, że nie zawsze ten kompromis może być po myśli prezydenta, zwłaszcza jeśli koalicja zignoruje zastrzeżenia głowy państwa odnośnie danej ustawy i dalej będzie ją chciała przeforsować, zawierając wprawdzie kompromis, ale z innymi ugrupowaniami, niechętnymi prezydentowi. Wówczas prezydent nic nie uzyska a im większa będzie częstotliwość odrzucanych wet, tym w oczach znacznej części społeczeństwa okaże się słaby.

 

ale przy rozdrobnionym parlamencie nie jest to takie oczywiste i sprawny prezydent może zamiast desygnować szefa zwycięskiej partii, zmontować koalicję mniejszych frakcji

Obecny system wyborczy ogranicza możliwość rozdrobnienia Sejmu, premiując partie najbardziej wpływowe, które zgarniają tę pulę głosów, które padły na ugrupowanie niezakwalifikowane do Sejmu. W efekcie ciężko byłoby stworzyć koalicję z partii niezwycięskich, zwłaszcza, że istnieją ugrupowania, które nie chcą czy też nie chciały ze sobą współpracować nawet na poziomie parlamentarnym, nie mówiąc o założeniu koalicji.


Dla przykładu można wziąć wyniki kolejnych wyborów:

1993: pomijając SLD powstać musiałaby koalicja 3-podmiotowa (PSL, UD, UP), łącznie 247 głosów, i byłaby to najbardziej realna koalicja, jaka mogłaby powstać bez uwzględnienia zwycięzców w dotychczasowej historii (PSL zwiąże się z niemal każdym, UD i UP miały jeszcze zbliżonych do siebie postsolidarnościowych liderów: Mazowiecki i Bugaj)

1997: pomijając AWS powstać musiałaby koalicja 3-podmiotowa (SLD, UW, PSL), łącznie 251 mandatów, był to jednak jeszcze okres, kiedy UW za nic nie pomyślałaby o związku z SLD, dopiero potem to się zmieniło w momencie powstania Partii Demokratycznej

2001: tutaj musiałaby powstać koalicja 5-podmiotowa (PO, SRP, PiS, PSL, LPR), łącznie zaledwie 242 mandaty, ale nie wyobrażam sobie w ówczesnym czasie koalicji PO czy PiS z Samoobroną, także PSL, mimo, że jest partią obrotową, niechętnie odnosiła się do konkurencji na wsi

2005: tutaj matematycznie mogłaby powstać koalicja 3-podmiotowa (PO, SRP, SLD), łącznie 244 mandaty, ale PO wykluczała całkowicie koalicję z Samoobroną, 

2007: tutaj możliwą koalicją byłaby koalicja 3-podmiotowa (PiS, LiD, PSL), łącznie 250 mandatów, ale na sojusz PiS-LiD nie poszłaby żadna z partii

2011: tutaj jedyną możliwością byłaby koalicja 4-podmiotowa (PiS, RP, PSL, SLD), łącznie 252 mandaty, ale ani PiS z SLD i RP, ani obie te partie z PiS nie zawiązałyby koalicji

Innymi słowy - prezydent nie ma większej możliwości wyboru przy decydowaniu o rządzie. Chyba, że jest związany z partią, która zwyciężyła wybory, wówczas może (ale nieoficjalnie) wpływać na kandydaturę premiera i ministrów.

Czemu nie mógłby się koronować?

Nie wiem. Tak samo mógłbyś postawić pytanie, czemu dyktatorzy Portugalii nie przywrócili tradycji monarchistycznej. Wszak od upadku monarchii do wprowadzenia dyktatury Carmony minęło zaledwie 16 lat, więc tradycje rojalistyczne były w części społeczeństwie jeszcze żywe, a i sam prezydent miał takie zapatrywania.

 

  

03-10-2015 14:37
Adeptus
   
Ocena:
+1

Obecny system wyborczy ogranicza możliwość rozdrobnienia Sejmu, premiując partie najbardziej wpływowe, które zgarniają tę pulę głosów, które padły na ugrupowanie niezakwalifikowane do Sejmu. W efekcie ciężko byłoby stworzyć koalicję z partii niezwycięskich, zwłaszcza, że istnieją ugrupowania, które nie chcą czy też nie chciały ze sobą współpracować nawet na poziomie parlamentarnym, nie mówiąc o założeniu koalicji.

Masz rację, jest to ciężkie, ale nie niemożliwe. Jak już wspomniałem, niektóre sondaże dają wyniki, które w realu pozwoliłyby na stworzenie koalicji "mniejszościowców" (a nie jest nieprawdopodobne, że PO zawarłoby koalicję ze Zjednoczoną Lewicą i Nowoczesną Polską - jeśli stawką jest zatrzymanie wielokrotnych niedoszłych ludobójców z PiS). Akurat mamy taką sytuację, że prezydent na pewno nie pójdzie na układ z takim sojuszem - ale gdyby Komorowski został na drugą kadencję, byłoby to możliwe (żeby było jasne - choć nie trawię PO, to gdyby Komorowski wykorzystał sytuację pozwalającą mu na oddanie rządu PO, nie uważałbym, że postąpił nie fair).

Wyniki poprzednich wyborów przeanalizowałeś trafnie... tylko, że tych wyników jest mało, bo i III RP jest młoda (i oby nie zdążyła się zestarzeć). Oczywiście, masz rację, że w tym systemie w zdecydowanej większości sytuacji prezydent ma niewielkie, jeśli jakiekolwiek, pole do manewru w kwestii wyboru premiera - ale potencjalnie możliwa jest sytuacja odmienna i jeśli obecny system utrzyma się choćby z kilkadziesiąt lat (nie daj Boże), to zapewne będziemy świadkami takiej sytuacji.

03-10-2015 14:52
earl
   
Ocena:
0

Akurat to, że PiS w przypadku zwycięstwa nie stworzy rządu jest rzeczą całkiem realną. Wystarczy, że zdobędzie jakieś 180 mandatów a resztą podzielą się PO, PSL, Nowoczesna i ZL i pozamiatane. No, chyba, że PSL zdobyłoby odpowiednią ilość mandatów, by stworzyć koalicję z PiS, co nie jest wykluczone, skoro od pewnego czasu Piechociński puszcza oczko do Dudy. Zresztą - taka sytuacja, tyle że w wyborach samorządowych, miała miejsce na Podkarpaciu w 2010 roku. Wówczas wygrało PiS (15 mandatów) przez PO i PSL (po 7) i SLD (4) i to te trzy partie przez 2,5 roku rządziły województwem.

03-10-2015 15:24

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.