» Fragmenty książek » Wojna kwiatów - fragment 3

Wojna kwiatów - fragment 3

Wojna kwiatów - fragment 3
Dzielnica magazynów prażyła się w spiekocie niezwykłej jak na tę porę roku. Grupa robotników, niksów, która rozłożyła się na czas przerwy w cieniu jednego z wysokich, starych budynków, nie miała ochoty ustępować drogi czarnemu powozowi, dopóki jeden z nich nie rozpoznał kwiatowego herbu na tablicy rejestracyjnej. Wśród szczupłych, żylastych istot padło imię, rozległ się pomruk przypominający szum morza, do którego zabroniono im wstępu dopóki nie spłacą kontraktu i natychmiast wszyscy przywarli do ściany, aby limuzyna przejechała.

Niksy rozmawiały o tym tego wieczoru w tawernie, która nazywała się „Koniec przypływu", ale nie za dużo - tylko szepcząc nerwowo i pomrukując.

Powóz zatrzymał się bezgłośnie przed ostatnim budynkiem w rzędzie, wielkim, pozbawionym okien i sypiącym się, który przycupnął na końcu nabrzeża niczym starodawne zwierzę drzemiące w słońcu. Pojazd migotał w rozgrzanym powietrzu. Kiedy wysiadły pierwsze dwie postaci, zniekształcenie sprawiło, że wydawały się jeszcze bardziej potworne niż były w rzeczywistości. Obie miały na sobie długie, czarne płaszcze, które nie mogły ukryć ogromnych cielsk pod nimi. Para stała przez dłuższą chwilkę w bezruchu, z wyjątkiem oczu nieustannie poruszających się w cieniu rzucanym przez szerokie ronda kapeluszy. A potem, jak na sygnał, jeden z nich pochylił się i otworzył drzwi powozu.

Wysiadły kolejne trzy postaci, wszystkie we wspaniałych garniturach o ciemnym, subtelnym splocie. Najwyższa z tej trójki osoba rozejrzała się po opustoszałej teraz drodze biegnącej wzdłuż nabrzeża - niksy skończyły przerwę wcześniej i ulotniły się - a potem odwróciła się i poprowadziła resztę do budynku. Zatrzymała się tylko, żeby przepuścić w drzwiach jednego z ogromnych ochroniarzy.

Wnętrze budynku prezentowało się zupełnie inaczej, niż sugerowałoby to upstrzone rdzą zewnętrze. Pięciu gości ruszyło długim korytarzem, przechodząc przez plamy światła padającego pod kątem przez coś, co wydawało się nierównymi dziurami w wysokim sklepieniu, ale przy dokładniejszym obejrzeniu okazywało się świetlikami o dziwacznym kształcie, każdy starannie wbudowany. Sam korytarz niczym się nie wyróżniał. Ściany pomalowano jednolito, na czarno. Podłogę wyłożono ciemną, aksamitną tkaniną, co sugerowało, że właściciel nie potrzebował, aby ostrzegał go dźwięk zbliżających się kroków. Nie obawiał się, że ktoś przeniknie do azylu bez jego wiedzy, bo on zorientuje się na długo przed tym, nim intruz dotrze do drzwi na końcu korytarza.

Na drzwiach znajdowała się mosiężna tabliczka, ale pusta. Jeden z ochroniarzy sięgnął do klamki, ale najwyższa z elegancko ubranych postaci pokręciła głową. Sama otworzyła drzwi i wpuściła do środka dwóch nieco niższych towarzyszy, zostawiając ochroniarzy szurających nerwowo stopami i krzeszącymi iskry o aksamitną tkaninę.

Ogromny pokój za drzwiami oświetlało jeszcze więcej wysokich, dziwnych świetlików, więc odległe sklepienie wydawało się wspierać na kolumnach światła padającego pod kątem. Powietrze było gorące i duszne, a wonie, które się tu mieszały, dla śmiertelnika mogłyby być nieprzyjemne, a może nawet przyprawiłyby o szaleństwo. Nowoprzybyli mimo wyczulonych zmysłów nie wydawali się być zaskoczonymi zapachem, kiedy jednak ich bystre jak u kotów oczy przyzwyczaiły się do dziwacznych pasów ze światła i mroku, towarzysze najwyższej osoby zwolnili i w końcu zatrzymali się, najwyraźniej zdumieni chaosem wokół.

Rozległa przestrzeń była swego rodzaju magazynem, ale nawet w najstarszych i najbardziej tajemniczych miastach mało prawdopodobne, aby znalazł się jeszcze jeden podobny do tego skład. Chociaż przeszywające promienie sporo wydobywały, to jednak w gruncie rzeczy niewiele oświetlały, ale i tak to, co dało się zobaczyć, było dziwne: ludzkie sylwetki, być może posągi, zamarłe w tysiącu póz wypełniały salę niczym tłum milczących obserwatorów. Większość stała, ale wiele przewróciło się na bok; ramiona, które kiedyś wyciągały się ku jakimś niebiańskim rzeczom, teraz wydawały się mocować z nogami sztywnych towarzyszy. Nieme postacie stanowiły tylko część zawartości sali, a wiele innych przedmiotów na pierwszy rzut oka nie przypominały niczego znanego: fantastyczne zwierzęta wypchane albo zredukowane do rulonu skóry i stosu kości; z otwartych skrzyni wylewała się rdzewiejąca broń albo kupony tkanin, których kolory wydawały się zmieniać; urny, trumny; przewrócone skrzynie, z których wysypały się wszelkiej maści błyskotki, od srebrnej i złotej biżuterii po rzeczy, które wyglądały jak dziecięce zabawki wykonane z najczystszego, czarnego węgla. Nieoszlifowane kamienie szlachetne walały się beztrosko po podłodze jak rozsiewane wiatrem nasiona. Ściany, półka za półką, były zastawione słojami, w których pływały rzeczy nie zachęcające do dokładniejszego oglądania, rzeczy z oczami i nawet wyrazami twarzy, ale pod żadnym innym względem nie przypominające ludzi. Inne słoje były nieprzezroczyste, wiele z nich dokładnie i starannie zapieczętowano, ale czasem wieczko leżało oparte o naczynie, jakby tego, co znajdowało się w środku, kosztowano w pośpiechu (albo być może zawartość sama uciekła). Na żadnym z naczyń nie widać było etykiet i nawet drobniutkie pasemka proszku rozsypanego na półkach wokół słojów w ewidentnie wypracowanych wzorach nie dawały pojęcia, co do zawartości.

Inne tajemnicze obiekty zwieszały się ze sklepienia na drutach - latawce ze skóry, lampy, które wydawały się płonąć, ale nie dawały światła; była tam nawet chmura piór, która wirowała nieustannie wysoko pod sufitem, jakby uwięziona w trąbie powietrznej. Rozbłyskiwała bielą wpadając i wypadając z jednego ze snopów światła, ale nigdy nie rozpraszała się, choćby niewiadomo jak mocno zawiało.

Najwyższa z postaci szła nadal, aż doszła do odległego kąta magazynu, do miejsca, gdzie nie padało bezpośrednio światło. Dwaj towarzysze, gdy ich ciekawość została zaspokojona - lub być może zamieniła się w coś innego - ruszyli naprzód z prędkością, która w przypadku stworzeń o mniejszej gracji omyłkowo mogłaby być wzięta za pośpiech. Zatrzymali się tuż obok przywódcy.

Siedzący kształt poruszył się mrokach.

- Ach - powiedział. - Witam, lordzie Ciemierniku.

Wysoki przybysz skinął głową.

- Otrzymałem twoją wiadomość.

Postać na krześle znowu się poruszyła, ale nie wstała i - ku niewyrażonej ale ewidentnej uldze towarzyszy lorda Ciemiernika - nie wynurzyła się z mroku. Ten, Który Likwiduje Przeszkody nie stanowił przyjemnego widoku nawet w najlepszych chwilach, a jeszcze gorzej prezentował się w domowych pieleszach.

- I przybyłeś. To bardzo miłe z twoje strony, bardzo… uczynne. Nie sądzę, aby którykolwiek z twoich towarzyszy odwiedzał mnie wcześniej.

Ciemiernik skinął głową i wskazał najpierw na jasnowłosego towarzysza, a potem na drugiego, o surowej twarzy, którego włosy były jeszcze ciemniejsze niż u lorda - ich czerń była tak doskonała, że sugerowała jakąś sztuczkę.

- To lordowie Trędownik i Głóg.
- Tak, znam ich. - Rozległ się dziwny, świszczący zgrzyt, gdy Likwidator znowu się poruszył. - Wybaczcie mi, lordowie, że nie podaję dłoni na powitanie.
- Proszę się tym nie kłopotać - odpowiedział brodaty Trędownik, być może zbyt szybko.
- Wobec tego - odezwał się Głóg, pierwszy radny parlamentu, zaraz po Ciemierniku drugi najbardziej wpływowy człowiek w Faerie. Jego stare, zimne oczy były równie czarne jak włosy, ale krzaczaste brwi były śnieżnobiałe, jakby jako jedyne postarzały się, przekraczając nieokreśloną granicę wieku średniego. - Czy nadszedł czas?
- Tak myślę - odparł Likwidator. - Jak sobie życzyłeś, lordzie Ciemierniku, i za co zapłaciłeś, cały czas uważnie obserwowałem. Jeśli poczekamy dłużej, możemy przegapić naszą chwilę.
- Jesteś pewien, że już jej nie przegapiliśmy? - Nie było śladu niecierpliwości na bladej twarzy Ciemiernika ani w jego jedwabistym głosie, chociaż szaleństwem byłoby zakładać, że nie jest niecierpliwy, czy wręcz zapalony do działania.
- Nie mam żadnej pewności. Ale uważam, że to bardzo mało prawdopodobne.

Ciemiernik zbył to rozróżnienie machnięciem ręki.

- Więc zaczynajmy. Powiedz, jak do niego dotrzeć.
- To nie takie proste. Znalazłem go dla ciebie. Będziesz mnie potrzebował, aby dokonać tego, czego sobie życzysz.

Głóg zmarszczył brwi.

- Więc kogo po niego wyślemy? Jednego z nas? Ciebie?
- Nie kogo - powiedział Likwidator i znowu zaśmiał się szeleszczącym, suchym śmiechem. - Ty i twoi towarzysze wykorzystaliście swoje zwolnienie od Efektu Koniczyny i musicie wierzyć mi na słowo, że dla mnie podróż do tego świata jest także niemożliwa. W gruncie rzeczy mocno wątpię, czy zdołasz znaleźć chętne narzędzie po naszej stronie, które będzie miało dość siły i samodzielności potrzebnej do przejścia i odnalezienia twojej zdobyczy. Brutalna siła bez sprytu, jak i spryt bez stosownej siły zawiodą, a zważywszy jak szybko zmienia się sytuacja, możemy nie mieć drugiej szansy.
- Więc nici z posyłania? - stwierdził z ulgą Trędownik.
- Tego nie powiedziałem. Stwierdziłem tylko, że nie chodzi o "kogoś". - Z dziwnym, wilgotnym odgłosem, Likwidator odsunął się głębiej w ciemność. - Przynieście mi to, czego potrzebuję, proszę. Opiszę wam te przedmioty…


Podczas gdy Trędownik i Głóg szukali luster, Ciemiernik stał po prostu z dłońmi w kieszeniach spodni. Nie patrzył bezpośrednio w miejsce, gdzie siedział Likwidator, ale to mogła być kwestia grzeczności, chociaż Ciemiernik z niej nie słynął. Nie widział wcześniej tej najuczciwszej z różnych postaci przybieranych przez Likwidatora, ale widział wiele rzeczy, których nawet jego najszacowniejsi koledzy nie umieliby sobie wyobrazić i w żadnej mierze nie był przesadnie wrażliwy.

- Zdajesz sobie sprawę, że przekroczymy pewną granicę - odezwał się w końcu Ciemiernik, patrząc na kanciastego Głoga, przebierającego w stosie zakurzonych, oprawionych obrazów. - To nie to samo, co z nienarodzonym dzieckiem. Jeśli nam się nie uda, wszystkich nas może pożreć Zapomnienie, nie wyłączając ciebie.
- To dla mnie żadna groźba, lordzie.

Przez chwilę Ciemiernik wyglądał na zmartwionego, ale przeszło mu, gdy niewidoczna postać poruszyła się i wręcz wydawało się, że zamierza wstać i ukazać się w świetle.

- Nie dotykać tego! - krzyknął Likwidator głosem zdartym, lecz zaskakująco głośnym. - Odłóż to!

Na drugim końcu sali lord Trędownik zaskoczony i trochę przestraszony, pospiesznie odłożył rzeźbione pudełko, które trzymał.

- Nie ma tam lustra - dodał już ciszej Likwidator. - Sprawdź następny stos obok. Nie dotykaj więcej tej skrzynki.

Ciemiernik wyczuł coś jakby ból w słowach Likwidatora. Uniósł cienką, ciemną brew, ale nic nie powiedział.

Wreszcie dwaj potężni lordowie wrócili, zataczając się jak obładowani tragarze. Każdy niósł wielkie lustro oprawione w brzydkie, chropowate, czarne drewno. Zgodnie z instrukcjami Likwidatora, ustawili je na podłodze na przeciwko siebie w odległości mniej więcej na wyciągnięcie ramienia.

- Proszę - powiedział Likwidator. Z ciemności wynurzyła się dłoń trzymająca czarną święcę w spodku. Dwaj lordowie szybko odwrócili wzrok, ale Ciemiernik zrobił krok naprzód i wziął świeczkę.
- Postaw ją na podłodze po środku między lustrami - powiedział Likwidator. - Potem zapal i odsuń się.

Ciemiernik zetknął palec wskazujący z kciukiem i pojawił się płomień. W chwili, gdy zapłonął, szpary w suficie nad nimi zwęziły się, albo stało się coś innego, co odcięło drogę światłu. Przez kilka sekund w magazynie panowały ciemności, jeśli nie liczyć płomienia świecy.

- A teraz cisza - powiedział Ten, Który Likwiduje Przeszkody. - Jestem pewien, że nie ma potrzeby tego mówić, ale mimo to powiem. Do wkładajcie rąk między lustra ani w żaden inny sposób nie przeszkadzajcie światłu przepływać między nimi, dopóki nie skończę.

Zaczął cicho śpiewać. Dźwięk ledwo dało się odróżnić od świszczącego oddechu. Zdawało się, że trwało to dłuższą chwilę. Płomień świecy skurczył się i teraz był ledwo większy i jaśniejszy od odwłoku świetlika - maleńki punkcik, wokół którego jednak skupił się cały mrok.

W przestrzeni między lustrami coś zaczęło się formować, blado połyskująca chmura, jakby płomień świecy rozlał się w czymś wodnistym i rozproszył. Chmura stawała się wyraźniejsza, ale nie bardziej namacalna, pływała od jednego do drugiego brzegu światła odbijającego się od luster. Cały czas wydawał się nabierać kształtu, ale tego nie robiła. Pojawiały się zmienne sugestie twarzy, ciemna dziura ust i puste otwory oczu. Nawet trzem lordom Faerie trudno było na to patrzeć dłużej niż parę chwil. Gdy pozbawiony melodii śpiew Likwidatora stał się głośniejszy, tajemnicza rzecz zaczęła się gwałtowniej się poruszać, wijąc się i rzucając w pustej przestrzeni między lustrami jak coś, co szuka ucieczki z klatki. W magazynie zrobiło się lodowato zimno. Usta rzeczy otworzyły się szeroko, potem jeszcze szerzej, jakby mogła połknąć samą siebie, gdyby zechciała.

- Co to? - Głos Ciemiernika miał idealną modulację: nie dość głośny, by zdradzić strach, ale też nie cichy i onieśmielony.

Likwidator zamilkł. Kiedy wreszcie się odezwał, jego zmęczony głos wydawał się dobiegać z daleka.

- Irrha, istota z jednej ze starszych ciemności, duch pomoru nieznany w świecie śmiertelników odkąd zrównano z ziemią mury Babilonu.
- I to… zrobi, co trzeba? Mówiłeś, że siła bez sprytu na nic się nie przyda. Chcesz powiedzieć, że to… coś ma rozum? - Ciemiernik spojrzał na towarzyszy, być może szukając wsparcia, ale tamci gapili się na kształt między lustrami z chorą fascynacją.
- To nie potrzebuje rozumu. To, co zrobilibyście korzystając z przebiegłości, ono zrobi instynktownie, jeśli można to tak ująć. Jest straszne w swoim nieprzejednaniu. Będzie ścigać twoją zdobycz, gdziekolwiek się uda, do każdego świata, bez chwili spoczynku, bez żadnych skrupułów i wahania. To nie myśli, nie tak pan lub ja, ale nie musi. W miarę potrzeby będzie przybierać nowe ciała ścigając zdobycz, więc nigdy się nie zmęczy. W końcu, nieuchronnie, znajdzie go, przywrze do niego, a potem przyniesie go nam. Schwytany w takim uścisku ten, którego chcecie, powie wam wszystko, zrobi wszystko, odda wszystko, co ma, aby tylko uwolnić się od tej głodnej, wgryzającej się rzeczy.
- Ach, rozumiem. - Ciemiernik kiwnął głową. - To bardzo dobre.
- To... potworne - powiedział Trędownik.
- Jedno i drugie - stwierdził Likwidator. - We wszystkich sferach istnieje tylko kilka doskonałych rzeczy. To jedna z nich.

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.