string(15) ""
» Blog » Witam po chwili
05-12-2013 19:38

Witam po chwili

Odsłony: 324

Witam po latach. Nie odwiedzałem was za często ponieważ parę rzeczy strasznie mi się w życiu popaprało. Szkoda gadać może dodam tylko, że już jestem wolnym człowiekiem i to tyle.

 

Za to nie próżnowałem i szlifowałem sobie mój pisarski warsztat. Oto kawałek mojej nowej książki. Wampiry, wilkołaki i łowcy ścierają się w niej z potężnym złem mogącym zagrozić kruchej równowadze na świecie. jak się spodoba będę się cieszył.

 

 

 

 

Tomasz Nowicki

 

 

 

 

 

Krew Aniołów

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

„ Nic tak nie boli jak samotność,

Nic tak nie niszczy jak nienawiść;

Nic tak nie rani jak zdrada,

Nikt tak nie cierpi jak Wampir.”

„ Czasom minionym. W hołdzie.”

 

 

 

 

 

„I zapisane zostało w wielkiej księdze nieśmiertelnego miasta MU, iż w wieku zarazy i śmierci narodzi się potężny czarownik. I gdy ludzie, pogrążeni w mękach, utracą nadzieję, wyzwoli on ich z tyranii zła. Wdzięczni mu będąc, wybudują ludzie nieszczęśni, na swoją zgubę, wieżę, gdzie stworzy potężny artefakt.

Szkatułę, we wnętrzu której zawarta zostanie moc niszczenia i tworzenia. Siła przemian i rozkładu, zła i dobra, śmierci i życia. Posiadać będzie w sobie chaos i ład pustką kosmiczną i zamknięty czas. A działać na ludzi, jak i na inne istoty chodzące po ziemi, będzie, czyniąc im korzyści niewymierne.

Jednak wielki czarodziej w swojej mądrości, naraził się Bogom okrutnym, którzy to, w chwili gniewu, tchnęli w artefakt swe boskie Mątwy i spaczenia.

Mistyczna boska energia sprawiła, iż szkatuła posiadła inne, ukryte, nieznane żadnemu śmiertelnemu i nieśmiertelnemu moce.

Niechaj Strzegą się niewierni i drżą nieumarli, gdyż zło i podstęp, przez Wielkich uknute, straszliwe żniwo zbierać będzie.

Ludzie śmiertelni o ciałach i umysłach słabych, po okresie nie dłuższym niż tuzin nocy w nieśmiertelnych krwiopijców zmieniać się zaczną. Wielcy i prawi opierać się dłużej wielkiej klątwie zdołają. Jednak każdy człek zmieniony zostanie, na nieśmiertelne życie zesłany .

Nieumarłe istoty, które, przez stulecia żyjąc, wielką wiedzę posiadły, ze swych mocy ponad miarę korzystać zdołają. Wzmocnieni ponad miarę chylić się ku chaosowi zaczną. Nienawidząc i bojąc się swych braci, wielkie zło i nieprawości czynić będą, nie mając baczenia . na odwieczne zakazy i prawa.

Przebiegli bogowie w swej wiedzy, postanowili zabezpieczyć ów artefakt przed zniszczeniem, nadając mu moc unicestwiania tak żywych, jak i nieumarłych. Każda istota chcąc zniszczyć szkatułę umierać będzie w męczarniach od strasznych klątw, za życia rozkładać się pocznie: ;

Potężne prawa równowagi, które nawet Bogowie respektować musieli, stanowiły, że:

Pośród śmiertelnych z pokolenia na pokolenie będzie przekazywana moc jednej tylko osobie, by tylko ona mogła uwolnić świat od przekleństwa. Mistyczny obrzęd odprawić musi niszcząc artefakt przeklęty. .

Takie to zło stworzył wielki mag,- w swej pysze i niewiedzy, gdyż zaślepiony władzą będąc, do zagłady istot rozumnych przyczynić się miął.

Bohaterowie minionych wieków, potężni wojownicy i czarownicy posłuszni nakazom bogów, osaczyli przeklętego stworzyciela zła, w magicznej wieży na kramach świata. Siedem nocy opierał się czarnoksiężnik wrogom swoim. Jednak siły wyczerpane do stworzenia artefaktu, zawiodły.

Ginąc w okrutnych męczarniach poprzysiągł zemstę. Umierając oddał dusze przedmiotowi, który stworzył. Potężne zaklęcia wyrwały duszę z marnego ciała i uwięziły w szkatule. Przekleństwo dopełniło się.

Niechaj więc drżą poprzez stulecia istoty, gdyż nadejdzie czas, kiedy to narodzi się ponownie dusza czarownika, aby zniszczyć, co dobre i co złe. A jego gniew dosięgnie bogów i nic już nie zostanie.”

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Prolog

 

 

 

 

 

Tego dnia na zapomnianej przez boga i czas pustyni, panował bezlitosny upał. Słońce bezlitośnie paliło popękaną umęczoną ziemię. Nieliczne okazy fauny ukryte przed zabójczymi promieniami czekały, zapadając w letarg,by piekło popołudniowych godzin zamieniło się w znośne minuty tuż przed zapadnięciem zmroku. Skorpiony, węże pustynne mogły ruszyć na łowy w poszukiwaniu pożywienia.

Kilku mężczyzn, ubranych w białe ochronne stroje, nie śpiesznie odkopywało niewielki kwadratowy blok. Znalezisko było wtopione do połowy w twardą skałę. Łopaty miarowo uderzały w spękaną ziemię, unosząc przy tym tumany ciemno-rdzawego pyłu. Oskardy kuły skałę, praca trwała nieprzerwanie. Byli zahartowani i nie zwracali na panującą dookoła gehennę. Słońce chciwie spijało wilgoć pojawiającą się na ich skórze, dlatego, choć pracowali ciężko, żaden z nich nie miał na sobie nawet odrobiny słonawego płynu.

Inni odpoczywali, schronieni w wielkich namiotach, cierpieli z powodu upału. Brezent dawał ochronę przed słońcem, lecz żar panujący wewnątrz był wprost nie do zniesienia. Ludzie mając do wyboru upieczenie się żywcem, a namiastkę ochrony, jak można było się domyśleć wybierali to drugie rozwiązanie.

Niektórzy z nich niejednokrotnie zadawali sobie pytanie, skąd w ogóle się wzięli, tu na końcu świata. Jakiż nierozważnym krokiem było przyjecie czeku i podpisanie kontraktu.

Przed tygodniem zadzwonił do maleńkiej, jednoosobowej firmy telefon. Jakiś człowiek, oferując bardzo atrakcyjne warunki finansowe, zlecił właścicielowi dobranie kilku odważnych, pozbawionych skrupułów ludzi. Zasugerowano jednak, aby robotnikami byli ludzie, o których nikt by się nie upominał. Mieli to być ludzie z szemranego środowiska bez rodzin i krewnych.

Ciche powiązania właściciela firmy ze światem przestępczym sprawiły, że już po kilku dniach wyselekcjonowana, zachęcona atrakcyjnymi warunkami finansowymi grupa ruszyła w długą, męczącą podróż. Nakazano im rozpocząć zakrojone na szeroką skalę prace wykopaliskowe. Na wszystkie pytania otrzymali wymijające odpowiedzi, a oczy zamglone obietnicami dużej premii, przekonała nawet najbardziej sceptycznych.

Po przybyciu na miejsce wszystkim udzieliła się dziwna atmosfera oraz niemal namacalny strach. Rozmowy w chwilach wolnych od męczącej pracy, schodziły przeważnie na tajemnicze i zakazane tematy. Jakaś dziwna aura, czyjaś niematerialna obecność ukradkiem, niezauważalnie sączyła w umysły prostych ludzi strach i niepewność. Miejsce wykopalisk było przeklęte i już w niedługim czasie zahartowani życiem ludzie mieli się o tym przekonać.

Pierwszy wypadek zdarzył się po trzech dniach. Azjatycki operator koparki zginął przygnieciony kilkoma tonami ziemi, która nagle obsunęła się bez żadnego powodu na jedzącego obiad człowieka. Następnie zginął jeden Polak i trzech Rosjan, zabijając się nawzajem podczas libacji alkoholowej. Atmosfera strachu nasiliła się jeszcze bardziej, gdy uderzenia kilofów natrafiły na pustkę, a feralny robotnik z przerażającym wrzaskiem zniknął w czarnej otchłani. Śpieszący na ratunek koledzy, ze zgrozą odkryli, że pechowiec nadział się na własny kilof.

Mimo wszystko nie przerwano prac. Ludzie labiryntów dobrze znali cenę jaką płaciło się za wolność i niezależność. Nie płacąc podatków, mieszkając bez meldunków byli wyrzutkami, bandytami i złodziejami. Wolni strzelcy, jak lubili o sobie mawiać, najmowani do szemranych interesów byli żołnierzami baronów świata podziemnego. Szybko żyli. Kobiety, pieniądze i brutalne mroczne interesy. Ludzie podziemnego świata znikali co chwilę, szybko, cicho i bez śladu taki był ich los ich przeznaczenie.

Kilka godzin po ostatnim wypadku odsłonięto pierwsze zmurszałe mury zapomnianych przez czas ruin.

Koordynator na bieżąco meldował o postępach prac. Władza coraz częściej okazywała zniecierpliwienie. Ludzie pod drugiej stronie świata w coraz ostrzejszym tonie domagali się raportów i wyników. Ponaglano do zdwojenia wysiłków. Zadanie było jasne kopać w miejscu oznaczonym na GPSie i meldować o znaleziskach. Nie podano celu katorżniczej pracy, dlatego tez praca po omacku przeciągała się w nieskończoność.

Dopiero ostatni raport wzbudził ożywienie w bezdusznym, zimnym głosie szefa. Nakazano zaprzestać prac ciężkim sprzętem. Od tej chwili robotnicy mieli polegać na swoich mięśniach.

Przerwa dobiegła końca. Ludzie powoli powracali do swoich wytycznych. Nagle coś metalicznie zadźwięczało. Kilof trafiając na jakiś obiekt, odskoczył padając opodal. Mężczyzna zaklął szpetnie, pochylając się w miejscu uderzenia. Odgarniając ziemię, pogrzebał brudnym od pyłu paluchem w małej szczelince i podniósł z niej niewielki, kwadratowy przedmiot oraz skorpiona uczepionego pod nim. Obracając znalezisko w dłoni podszedł do reszty. Skorpion zaatakował błyskawicznie. Pech robotnika był jeszcze większy gdy okazało się, że jest uczulony na jad. Konając w agonii ostatkami sił zgniótł swego zabójcę.

Na piasku nieopodal tragedii spokojnie leżała zdobiona pięknymi freskami i starożytnymi hieroglifami niewielka skrzyneczka. Na pozór wydawała się lekka, jednak gdy tylko jeden z odważnych Polaków chwycił znalezisko, ze zdziwieniem stwierdził, że jest o wiele cięższa niż by mogło się wydawać na pierwszy rzut oka.. Przez kilka chwil zebrani wokół oglądali z zainteresowaniem mały przedmiot. Po chwili brygadzista wyjął z plecaka mały woreczek, chowając puzderko, nakazał połączyć się z pracodawcą gdzieś na drugim końcu świata.

Pomimo incydentu praca trwała nadal. Upływający czas odmierzało jaskrawe słońce, które niebezpiecznie chyliło się ku zachodowi. Nagle, ku ogólnemu zdziwieniu, natrafiono na następny przedmiot. Niewielkie zagłębienie powiększyło się znacznie, a leżąca na jego dnie skamielina połyskiwała srebrno metalicznym, oślepiającym blaskiem. Ostatnie promienie słońca odbite od metalu oślepiły pozostałych przy życiu robotników. Pośrodku odkopanej prastarej budowli, szczątków wierzy, jak przypuszczano, znajdował się stary sarkofag.

Srebrno szarawa, nieregularnych kształtów bryła z wyrzeźbionymi po bokach płaskorzeźbami, prezentowała się nadzwyczaj okazale w blasku słońca Wykute przez nieznanego artystę ozdoby, przedstawiały jakieś koszmarne istoty o spiżowych skrzydłach, kąsające się w przedziwnych, groteskowych pozach. Gdzieniegdzie, potworne latające bestie pożerały składanych na ołtarzach ludzi.

Mężczyźni na chwilę zaprzestali pracy. Rozcierając obolałe mięśnie, usiedli wewnątrz dołu, popijając ciepłą, lecz jakże w tych warunkach potrzebną wodę. Odpoczywając, cicho rozmawiali o wydarzeniach mijającego dnia . Odpoczywający mezczyźni przeczuwali groze czająca się od samego początku zza cienką powłoką brezentowych namiotów. Potężna zła moc została obudzona i wygłodniała czekała na swój czas. Sączyło w proste umysły ludzi zaklęcia i złe myśli. Robotnicy zerkali na siebie nieufnie, skorzy do przemocy podsycanej cichym złowieszczym szeptem, czekali na atak niewidzialnego wroga.

Białe słońce pochyliło się nad horyzontem zachodnich gór, majaczących gdzieś na horyzoncie. Zaczęły pojawiać się małe stworzenia. To jaszczurka przysiadła na kamieniu, to jakiś dziwny chrabąszcz przeszedł szybko, szukając pożywienia. Kilka skorpionów wyszło ze swych schronień, wygrzewając swe małe ciała w zachodzącym słońcu. Na nieprzyjazną, skamieniałą, prażoną słońcem ziemię zaczynało powracać życie.

Nagle wśród panującej wkoło ciszy dał się słyszeć narastający warkot silnika. Na horyzoncie pojawiła się chmura pyłu. Wzbijane w niebo tumany piachu po kilku minutach znacznie przybliżyły się, wypluwając ze swych objęć ciemnozielony helikopter.

Trzasnęły drzwi, ze środka wysiadł dziwnie ubrany osobnik. Odziany był w nienaganny czarny garnitur oraz bardzo drogie błyszczące w słońcu buty. Jego strój dość niefortunnie prezentował się tu, na tej dzikiej i nieprzyjaznej pustyni, bardziej pasując do biur wielkich korporacji, sali konferencyjnych i domów gier.

Witam panów, czy mogę prosić o przedmiot znaleziony dziś przez was w wykopie? - Powiedział do pracowników, którzy już na dźwięk zbliżającego się pojazdu przerwali pracę, wychodząc z wykopu.

Głos mężczyzny był twardy i dźwięczny, nie znoszący sprzeciwu. Jego pociągła ptasia twarz była maską pogardy i pychy. Szpetna blizna zdobiła prawy policzek rozpoczynając się u kącika górnej wargi, a kończąc tuz pod okiem.

Jeden z mężczyzn wystąpił krok na przód, hardo patrząc w oczy przybyszowi, rzekł:

Przepraszam bardzo, ale my nie wiemy, kim pan jest i po co pan tu przy… - Mały, krępy mężczyzna, trzymający w ręku kilof, osunął się nagle na ziemię milknąc na zawsze. Spod jego ciała wypłynęła czerwona ciecz, chciwie spijana przez spękaną ziemię. W ręku przybysza pojawił się piękny, srebrny pistolet. Łuska opadając na żółty piach, zatoczyła świetlisty łuk. Z lufy sączyła się strużka szarego dymu.

Co za ludzie. - Powiedział garniturowiec. - Czy ktoś jeszcze ma jakieś problemy? Bardzo dobrze, gdzie wasz brygadzista? - Twarz przyjezdnego nie drgnęła. Był zawodowcem i nie mógł sobie pozwolić na sentymenty. Przerażeni pracownicy stali osłupiali, nie mogąc wydobyć z siebie słowa. Twardzi, prości ludzie wyznawali podobną filozofię. Ich świat opierał się na kilku prostych zasadach. Śmierć była wpisana w ich reguły. Jednak buntowali się przeciw tak bezsensownej przemocy. Nie potrzeba było zabijać niewysokiego Azjaty. Pośród pozostałych pracowników przeszedł głuchy pomruk. Nie wróżył nic dobrego.

- Panowie spokojnie. - Próbował załagodzić sytuacje brygadzista. - Masz kurwa ten woreczek i spierdalaj. - Warknął do przybysza. Chwilę później woreczek wraz z zawartością zniknął w walizce nieznajomego.

Panowie, mam materiały wybuchowe, proszę, abyście zdetonowali przed zapadnięciem zmroku wykopany przez was sarkofag, następnie wrócili do swoich spraw i nigdy nikomu nie wspominali o tym, co tu widzieliście. Zadanie zostało wykonane. - Wyrecytował szybko mężczyzna w garniturze. Chyba zrozumiał, że popełnił błąd i niebezpiecznym było pozostanie dłużej w tym roju rozwścieczonych szerszeni.

Po tych słowach podszedł do bocznych drzwi, otwierając je wyrzucił na ziemię duży worek i ostrożnie położył obok niego mniejszy. Detonatory, które znajdowały się w nim, były niezwykle czułe na wstrząsy, należało obchodzić się z nimi niezwykle rozważnie. Natomiast większy worek zawierał materiał wybuchowy C4. Można było nim rzucać do woli, a dopiero po uzbrojeniu stawały się groźną, zabójczą bronią. Wsiadając do helikoptera, spojrzał jeszcze przez ramię w wykop. Kiwając w zamyśleniu głową, bardzo cicho mruknął, zamykając drzwi.

- Szkoda.

Helikopter wzbił się w powietrze.

Robotnicy, w większości obcokrajowcy i nielegalni imigranci, rozchodzili się do swoich zajęć. Znali już prawa rządzące brutalnym światem, wiedząc, jak należy postąpić w takich sytuacjach pracowali w milczeniu. Nieraz zdarzały się podobne incydenty, dlatego też musieli zatrzeć ślady, inne rozwiązanie nie wchodziło w grę; takie było ich mroczne, tragiczne życie.

Jeden z nich szczupły, bezzębny Czeczen podszedł, niezauważenie przez swych towarzyszy, do sarkofagu. Wyciągając ostry nóż, delikatnie opuszkami palców zaczął badać znalezisko. Palce, które niejednokrotnie otwierały to co miało pozostać zamknięte, szybko natrafiły na niewielki otwór. Ostrze noża pasowało idealnie. Robotnik naparł na klingę i całą siłą wepchał stalowe ostrze do środka sarkofagu.

Coś kliknęło, jakaś sprężyna strzeliła, wieko drgnęło. Powoli płyta odsunęła się, zadziałał starożytny mechanizm, pułapka gazowa sprytnie umieszczona wewnątrz uruchomiła się samoczynnie.

Wrzaski bólu rozbrzmiewały jeszcze kilka minut po tym jak trująca chmura morowego powietrza otuliła w swoich bezlitosnych objęciach wszystkich robotników. Konali wymiotując krwią i wnętrznościami. Straszna to była śmierć. Wypełnione trucizną płuca dosłownie eksplodowały, zalewając usta krwią.

Ciszę pustynnego wieczoru zagłuszyła potężna eksplozja. Tumany piachu wyleciały wysoko w powietrze, zasypując całą okolicę szarymi odłamkami skał. Wybuch był tak potężny, że pozostał po nim głęboki na kilka metrów krater, a znajdujący się wewnątrz sarkofag wyparował. Ostatni pozostający przy życiu, słaniający się na nogach, umierający robotnik padł na dźwignię detonatora, wysadzając siebie i wszystkich wkoło.

Jednak było już za późno. Nieroztropny człowiek uwolnił coś co powinno być pogrzebane po wsze czasy. Naruszone tajemnice przetrwały. Przetrwała groza, która powoli otworzyła oczy, poczuła głód i zew.

Czerwony sportowy samochód jechał obwodnicą wielkiego miasta. W środku właściciel jednoosobowej firmy uśmiechał się pod nosem. Dzisiejsza wizyta w banku sprawiła, że dobre samopoczucie i radość nie opuszczały mężczyzny. Nawet świadomość, że jego pracownicy zginęli gdzieś na drugim końcu świata w tragicznym wypadku, nie zepsuła przyjemności z kwoty jaka pojawiła się na jego prywatnym koncie. Właściciel firmy doskonale zdawał sobie sprawę, że najlepiej będzie zniknąć gdzieś na kilka miesięcy. Był jedynym człowiekiem, który wiedział o zleconym zadaniu, miejscu i wydarzeniach, które doprowadziły do tego, że stał się bogatym człowiekiem. Ludzie dla których pracował cenili sobie dyskrecję, trzeba było się ukryć, to był najlepszy pomysł. Auto pędząc przyzwoitą szybkością połykało niezauważenie kilometry. Miasto zostawało w tyle, machając na pożegnanie wielkimi barierami reklamowymi, łopoczącymi na szczytach wielkich drapaczy chmur. Mężczyzna spojrzał w lusterko. Kątem oka spostrzegł jakiś cień na tylnym siedzeniu. Zdziwiony przyjrzał się uważniej tylnej części auta. Siedzenia były puste. Odpędzając mroczne myśli właściciel firmy skupił się na drodze.

Jednak coś mu nie pasowało. Jakieś dziwne przeczucie kołatało się w głowie. Niebezpieczeństwo czaiło się blisko. Znacznie bliżej niż daleki smog wielkiego miasta.

Coś znowu pojawiło się w lusterku. Jakiś cień przemknął na tylnym siedzeniu. Mężczyzna błyskawicznie odwrócił głowę. Zobaczył ciasne siedzenia, skórzane fotele, ładne wykończenia sportowego wozu. Wszystko było na swoim miejscu, nic więcej. Odwracając się z powrotem nie zauważył siedzącego obok nieproszonego gościa.

Śmierć dosiadła się do kierowcy w momencie gdy rozpędzony samochód uderzył w sarnę przebiegającą przez szosę. Zwierzę przebiło przednią szybę i z całym impetem uderzyło w człowieka, łamiąc mu kark. Tracąc panowanie nad kierownicą, szef niewielkiej szemranej firemki, w ostatnich sekundach życia dostrzegł piękną kobietę siedząca obok.

Uśmiechała się smutno.


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 

ROZDZIAŁ PIERWSZY

„ I widziałem Go w nocy śmiertelnej.

Oczy zaś Jego jak płomień ognia,

A na głowie czerń. Imię swoje

Miał wypisane, lecz nie znał go nikt

Tylko on sam.

A przyodziany był w szatę zmoczoną

We krwi śmiertelnych... ”

Ciemna, cicha ulica, zimny, monotonny deszcz. Krople miarowo uderzały o płyty chodnika, tworząc szemrzące potoki. Strumienie ciemnej wody wartko płynęły rynsztokami, znikając w , mrocznych kratkach ściekowych. Samotna lampa rzucała bladą poświatę, próbując rozświetlić mrok. Cicho poskrzypując, wisiała osamotniona wśród panujących ciemności. Brudna uliczka nie różniła się od tysięcy innych w tym wielkim, niebezpiecznym mieście.

Ciszę przerwały odgłosy zbliżających się śpiesznie kroków. Kobiece pantofle wystukiwały na chodniku równomierny rytm. Po chwili do kroków dołączył odgłos ciężkiego oddechu i szelest przeciwdeszczowego płaszcza. Z cienia, wprost pod smętne światło latarni, weszła skulona postać. Szybko przemierzyła rozświetlony obszar, znikając w mroku. Powoli kroki zaczęły oddalać się, pozostawiając stare domy swym wspomnieniom o dawnych lepszych czasach.

Wtem z najgłębszego mroku, bezszelestnie wypłynął cień. Unosząc się w powietrzu niczym duch, podążył za oddalającą się kobietą. Ciszę nocy przerwało krótkie szamotanie, cichy jęk. Ciemna postać trzymała w ramionach bezwładne ciało, nachylając się nad odsłoniętą szyją. Strużka ciemnej cieczy sączyła się po białej, pulsującej skórze.

Wampir pił krew swej ofiary. Nie za dużo, by nie zabić. Tyle tylko ile było trzeba by napełnić nieumarły organizm życiodajną energią. Po jakimś czasie istota zaczęła powoli podnosić się z brudnego chodnika. Odrzuciła w tył połę czarnego, przeciwdeszczowego płaszcza, zagarniając doń ciemne, posklejane włosy. Był to wysoki mężczyzna o mocnym typie urody, owalnej głowie i smukłej twarzy. Miał pełne, mięsiste wargi, lekko wystające kości policzkowe oraz ciemne oczy. Ktoś, kto by przyglądnął się im bliżej, mógłby stwierdzić, iż są one niebiańsko dobre, lecz tam na ich dnie można było odczytać coś jeszcze. Coś mrocznego - tajemnicę wielkich namiętności, udrękę niespełnienia. Krótko obcięte włosy układały się płasko na czaszce, kształtne uszy dopełniały obrazu męskiej twarzy. Ciężki płaszcz zakrywał jego szczupłe, dobrze umięśnione ciało, które w tej chwili nieznacznie drżało, jakby pod wpływem jakichś wewnętrznych zmian.

Mężczyzna stał chwilę oszołomiony, wpatrując się w pustkę własnych myśli, pędzących mu przed oczyma z oszałamiającą szybkością. Ułamek sekundy później wszystko wróciło na swoje miejsce a życie toczące się wkoło znów poczęło odbijać na nim swe bezlitosne piętno.

Nagle drgnął, wyczuwając ruch w ciemnym zaułku, skoncentrował swą uwagę. Niemalże bezszelestne stąpania dobiegły także z i drugiej strony. Ktoś się zbliżał.

Krwiopijca delikatnie przeniósł nieprzytomną w cień, tuż pod stary rozsypujący się płot. Przykrył ją jakimiś kartonami i powrócił na środek uliczki.

Okropny skurcz przebiegł po przystojnej twarzy. Jakby jakaś mutacja, jakaś choroba rozprzestrzeniająca się w zastraszającym tempie, zmieniła jego ciało. Potworny grymas przebiegł po wargach, które w jednej chwili zwęziły się, odsłaniając białe zęby. W przerażający sposób wydłużyły się, przybierając postać wilczych kłów. Oczy zapadły się do środka, iskrząc szkarłatną poświatą. Szczęka wydłużyła się, a uszy uciekły w tył, dopełniając obrazu straszliwej zmiany.

Nieumarli potrafili przybierać różne formy. Zdarzało się, że zmieniali się w wilka, nietoperza. Formy bojowe wampirów były straszliwa bronią. Wampiry stawały się szybsze, silniejsze, a instynkty ich ponad miarę wyczulone działały bezbłędnie wyczuwając i eliminując zagrożenia.

Ciche kroki zbliżyły się z obydwu stron. Istota stojąca w cieniu starych domów przyklękła i odbijając się mocno, wyskoczyła kilka metrów w górę, zaczepiając się na prętach mokrej drabinki przeciwpożarowej. Czekała, kołysząc się lekko, wypatrując w gęstych ciemnościach niebezpieczeństwa. Mógł co prawda uciec, jak to robili jego pobratymcy. Zniknąć niepostrzeżenie gdzieś w ciemnościach starych domów. Poczekać na dogodniejszą chwilę, zaczaić się, jak to bywało w naturze wampirów, i zaatakować w najmniej spodziewanym momencie. Jednak tuż po posiłku, gdy krew aniołów śpiewała w jego nieumarłym ciele pieśń życia, mężczyzna postanowił walczyć.

Zobaczył swoich wrogów o wiele szybciej niż znajdujący się na dole napastnicy. Wyostrzony wzrok pozwolił na szybką lustrację. Jednym z darów nieśmiertelności był wspaniały wzrok oraz widzenie w ciemnościach. Wampir widział niemalże jak w dzień.

Było ich czworo. W rękach nie trzymali karabinów, ani pistoletów, tylko ciche skuteczne kusze. Dwóch posiadało noktowizory. Bacznie obserwując otoczenie, co chwilę przystawali, rozglądając się uważnie. Byli zawodowcami, znającymi się na swojej pracy, którym zabijanie wpajano od dziecka. Jeden z nich niósł na plecach mały pojemnik podobny do kanistra, inny natomiast miał przypięty do pasa łańcuch. Była to straszna broń. Metalowe pierścienie zakończone były haczykami. Przy zetknięciu z ciałem raniły poważnie, wydzierając kawały skóry i mięsa. Napastnicy podchodzili coraz bliżej.

Stwór błyskawicznie przeskoczył ze swojego miejsca na stojący nieopodal dach garażu. Skoncentrował się, wykonując w powietrzu dziwny znak, wypuścił w kierunku wrogów wiązkę świetlistej energii. Piorun na moment rozczepił na dwoje panujący niepodzielnie mrok. Moc dyscypliny zadziałała, zalewając wszystko wkoło bladym, fosforyzującym światłem.

Wampiry posiadały niezliczone talenty. Przez stulecia, żyjąc w ukryciu doskonaliły swoje zdolności. Im starszy był potwór, tym posiadał straszniejszą władzę nad magią i energią, zwaną dyscyplinami. Potężny błysk oślepił na chwilę napastników, uniemożliwiając im reakcję. Noktowizory na twarzach stały się na kilka sekund bezużyteczne, gdyż ludzie zostali po prostu oślepieni.

Skulony na dachu stwór skoczył wysoko w górę. Bezszelestnie opadając na chodnik, zaatakował. Pierwszy z napastników, wyczuwając za swoimi plecami ruch, obrócił się, uniósł kuszę. Niemalże w tej samej chwili zacisnął palec na metalowym spuście. Strzelił, celując w ciemną postać. Bełt cicho pomknął w cel, zaledwie kilka cali mijając go. Ciemność nie pozwalała na dobre przymierzenie, a szybkość z jaką atakował wampir uniemożliwiała spokojne złożenie się do strzału. Nieumarły uderzył bezlitośnie, celując w tchawicę. Ręka zakończona potężnymi pazurami przecięła powietrze trafiając bezbłędnie w cel. Rzężący człowiek osunął się na mokrą ziemię, brocząc gęstą, lepką krwią. Próbował zatamować krwawienie z rozoranego gardła, jednak doskonale zdawał sobie sprawę, że jego czas dobiegł już końca. Skonał z przerażeniem w oczach.

Kolejny z oślepionych przez piorun ludzi umarł z rozszarpanym gardłem. Nieszczęśliwie się złożyło, że stał niedaleko walczącego wampira, próbując zedrzeć z twarzy noktowizor. Atak był błyskawiczny, ostre szpony weszły niczym nóż w masło tnąc tętnice, miażdżąc tchawicę i kręgi szyjne.

Jęknęła następna cięciwa, ciszę nocy przerwało ciche westchnięcie. Pocisk utkwił płytko w prawym barku potwora, powodując niewielki krwotok. Ranna istota natychmiast ułamała wystający koniec i błyskawicznie wyskakując w górę, wykonała perfekcyjne salto.

Strzelający przeładowywał kuszę, a drugi atakował wampira łańcuchem. Wywijając młynkiem nad głową podchodził do nieumarłego. Nieśmiertelny znowu o cal uniknął zabójczego żelastwa, które skrzesało iskry uderzając w kamienie ulicy. Wampir wykonał pół obrót i z całej siły kopnął łowcę z łańcuchem w pierś. Ten wyskoczył w górę i uderzył kilka metrów dalej o ścianę. Jęknął ciężko padając w mokra kałużę

Giń, wampirze. - Warknął zabójca, strzelając wprost w plecy stwora.

Nieumarły błyskawicznym ruchem zwinął się w sobie, dosłownie o kilka milimetrów przepuszczając pocisk nad głową. Następnie złożył dłonie w dziwnym geście i przywołał w myślach formułę dyscypliny własnego śmiertelnego talentu.

Nad strzelającym człowiekiem pojawił się ciemny, owalny kształt gęstej, galaretowatej masy. Przez chwilę zawisła nieruchomo, aby moment później z cichym mlaskiem opaść na człowieka.

Dyscyplina ta była bardzo unikalna i tylko niewielu spośród nieumarłych mogło się nią pochwalić. Już dawno nikt nie nauczał zabójczej esencji mroku. Została zakazana przez radę starszych, gdyż była niezwykle niebezpieczna. Klan wampirzych nauczycieli został unicestwiony, a potężne dyscypliny zapomniano na wieki. Kilka panicznych ruchów rękoma, niemy krzyk rozpaczy, ból miażdżonych trzewi, potem tylko niewyraźne drgania, świadczyły o przerażającej śmierci, jaka spotkała łowcę. Przywołana mocą wampirzych zdolności materia rozpuściła człowieka w kilka chwil. Mrok w czystej postaci palił i rozpuszczał ciało nieszczęśnika. Wlewając się przez wszystkie otwory topił trzewia, płuca i kości.

Pozostał ostatni przeciwnik. Te kilka sekund na wypowiedzenie słów inwokacji potrzebnych do wywołania zabójczej dyscypliny, wystarczyło by operujący łańcuchem łowca wstał i podbiegł wyjąc z nienawiści.

Zabójca wyprowadził zabójczy zamach swoją srebrną bronią. Ciężki łańcuch z ostrymi kolcami trafił wampira w bark, gruchocąc kości. Straszny ryk nienawiści i bólu przeszył zalane deszczem ciche zaułki. Na szczęście dla nie umarłego gruby płaszcz ochronił mięśnie i skórę. Wyszarpując łańcuch łowca wydarł kawał płaszcza, swetra i podkoszulki z barku nieumarłego. Stanęli na przeciw siebie w ciszy.

Pierwszy, On wielki łowca, zabójca – inkwizytor. Ten drugi cichy, mroczny, potężny - wampir. Pierwszy zaatakował człowiek. Łańcuch świsnął w powietrzu, zakreślając łuk, głucho uderzając o chodnik, tam gdzie jeszcze chwilę temu stał nieumarły. Wampir natomiast, już nieco wolniejszy, za późno uderzył w odsłonięte gardło, zostawiając na nim krwiste pręgi. Następne uderzenie łańcucha dosięgnęło celu, raniąc ciało wampira. Kawałki ciała zostały wyrwane z boku nieumarłego. Były to już poważne rany, które mogły skończyć się dla wampira tragicznie.

Jednak doświadczony wojownik doskonale znał się na swoim fachu.

Wydobyty niezauważenie sztylet przeciął powietrze. Łowca w ostatniej chwili kątem oka zobaczył refleks światła na zabójczej stali, rzucając się w bok nie zdążył wyprowadzić następnego uderzenia.

Na to czekał nieumarły. Odbijając się od chodnika, wykonał w powietrzu obrót, lądując tuż za plecami inkwizytora. Silne ręce chwyciły od tyłu człowieka, unieruchamiając w żelaznym uścisku.

Kto was nasłał, biedaki? - Spytał wampir. Jego głos zabrzmiał przerażająco wśród hałasu nocnego miasta. - Czy nikt wam nie powiedział, że srebro nie działa na niektórych z nas?

Bardzo powoli pazury zaczęły wbijać się w skórę człowieka. Ból targnął ciałem łowcy, zaślepiając wszystkie zmysły. Wampir czuł żywą krew, tłoczoną przez rozszalałe ze strachu serce ofiary. Pochłaniał jej moc, smak i aromat. Choć syty, pragnął zagłębić wysuwające się już samoistnie kły w białej szyi, przebijając cienką skórę, upajając się smakiem i obfitością; chciał zapomnieć o przebytej walce, o całym świecie. Musiał zagoić rany, potrzebował życiodajnego płynu.

Mogę sprawić, że będziesz cierpiał męki - ty, co polujesz na dzieci nocy. Albo uzyskam odpowiedzi i zginiesz szybko i bezboleśnie, lub też będziesz twardy... a ja lubię twardych. - Szepnął, wykrzywiając usta w szyderczym uśmiechu.

Nigdy. - Wychrypiał człowiek. W ostatnim desperackim akcie wyszarpnął zza pasa zaostrzony kołek i z całej siły wbił go sobie w trzewia, przebijając swe ciało, jak i serce swego odwiecznego wroga.

Walczący z nieumarłymi ludzie, wspomagali się przed pojedynkami narkotykami bojowymi, wytwarzanymi w tajemniczych laboratoriach. Nieczuły na ból człowiek potrafił działać szybciej i sprawniej. Łowca poświęcił życie, próbując unieruchomić potwora. Desperacja i nienawiść doprowadziła go do ostateczności.

Upadli ciężko na mokry chodnik. Krew, tak cenna, bezpowrotnie wypływała ze straszliwej rany umierającego zabójcy. Mieszała się z brudną rynsztokową breją. Wampir, cierpiąc straszliwe męki, próbował wydrzeć z siebie unieruchamiający go drewniany kołek . Wiedział, co się stanie, gdy za kilka godzin nad miasto wzejdzie straszliwe, zabójcze słońce.

Nieumarły zebrał wszystkie siły w ostatecznej, rozpaczliwej próbie szarpnął się w tył. Jednak kołek tkwił głęboko, paraliżując układ nerwowy. Nieśmiertelna istota zdawała sobie sprawę, że nie miała szans; do świtu pozostało niewiele czasu. Promienie słońca spalą jego ciało, kończąc egzystencję. Wampir przymknął oczy, już nie walczył. Zdawał sobie sprawę, że przyszedł na niego upragniony kres. Wielki ból istnienia nieśmiertelności i wieczna udręka znikną rozwiewając się jak jego prochy na wietrze. Te wszystkie lata, które przeżył, stały się chwilą , małym nieistotnym szczegółem; wszystko powoli traciło sens. Twarz wampira przybrała ludzkie rysy. Znów był wysokim, przystojnym mężczyzną o niebiańsko dobrych oczach. Znów lekko wykrzywione wargi zachęcały swoimi kształtami. Leżał pod trupem swego kata nieziemsko blady, spokojny, czekał na koniec. Jednak koniec nie nadszedł.

Potężne szarpnięcie poderwało do góry trupa, wyrywając jednocześnie z serca nieumarłego drewnianą drzazgę. Wampir, otwierając oczy, spojrzał na stojącą nad nim, opatuloną w ciepły płaszcz, wysoką postać.

Wstawaj, nieumarły. - W ciemnościach rozległ się głos. - Twój czas jeszcze nie nadszedł, jeszcze nie.

Kobiecy spokojny głos był nadzieją i zbawieniem. Znajomy ton, ten cichy szyderczy miękki szept. Leżący na ziemi nieumarły rozpoznał go. Jego matka wróciła, ratując mu wieczne życie.

Pomału, szarpany spazmami bólu, wampir dźwignął się z ziemi. Zachwiał się i ciężko osunął z powrotem w kałużę. Chwilę leżał nieruchomo, czekając aż powrócą mu siły.

Nagle poczuł na ustach słodki smak. Czerwona ciecz wdzierała się do jego drżących warg. Kilka łyków i nieumarły był zdolny do chodzenia. Wampir bezbłędnie rozpoznał dobrą ożywczą starą wampirzą krew. Było to lekarstwo na dusze i ciało. Najlepsze lekarstwo na nieśmiertelność.

Zostało ci niewiele czasu do świtu. Odchodzę, lecz kiedyś powrócę, a wtedy zażądam zapłaty, Borysie , nieumarły wojowniku.

- Przecież ty nie żyjesz? - Wycharczał. - Nie ma cię Został sam. Powoli, bardzo powoli wstał i najszybciej, jak mógł, powlókł się do swego łoża, do swego domu, do swej trumny.

Ostra rockowa muzyka rozbrzmiewała we wszystkich salach miejscowego pubu. Przyćmione światło świec oraz skąpo oświetlony bar i groteskowe obrazy na ścianach powodowały, że lokal umieszczony w piwnicach starego gmachu, posiadał swój własny, niepowtarzalny klimat mrocznego gotyku. Nienagannie ubrany barman o wyglądzie macho siedział pogrążony w dyskusji z blond pięknością. Kelnerka o filigranowej figurze czytała jakąś gazetę absolutnie nie interesując się niemalże pustą o tej godzinie salą. Ochrona lokalu w osobie jednego pana, siedziała w najdalszym kącie, mając na uwadze całe pomieszczenie. Człowiek ten był duży, za duży. Goście, przeważnie młode osoby w czarnych ciężkich kurtkach i wysokich wojskowych butach, siedzieli, popijając piwo, przekrzykując się nawzajem. Inni, pogrążeni we własnych myślach, oddawali się degustacji chmielowego trunku, zamawianego co jakiś czas u barmana. W wytłumionej, zacisznej loży, tam gdzie muzyka nie była aż tak głośna, gdzie można było swobodnie prowadzić dyskusję, siedział nietypowy gość. Był ubrany w garnitur, gustowny krawat i dobrej marki buty. Jego twarz, czysta, blada, bez cienia emocji, wpatrywała się w otaczające go zewsząd postacie. Czekał. Po kilku minutach w łukowatym zadymionym wejściu stanęła postać. Przybysz był tak wielki, że niemalże zakrywał swoim ciałem całe przejście. Ubrany w ciężkie buty, czarną pilotkę oraz dżinsy, prezentował się niezwykle okazale na tle innych gości lokalu. Wyglądał jak jeden z motocyklistów, który z rykiem silnika swojej maszyny przemierzał ciche uliczki wielkiego miasta, strasząc mieszkańców. Wchodząc do środka, pochylił głowę, aby nie zahaczyć o framugę. Rozglądając się na wszystkie strony, odnalazł w końcu tego, którego szukał. Nad wyraz miękkim i zwinnym, przy jego posturze, krokiem podszedł do klienta w garniturze. Wszyscy w lokalu przerwali swoje sprawy patrząc z ciekawością na wielkoluda. Jednak chwilę później powrócili do swoich spraw zapominając o nowym gościu. Anonimowość była atutem takich pubów.

Masz? - Cicho zapytał.

Mój drogi, poczciwy człowieku. Moje uszy rani taki brak szacunku dla starszych. Zachowuj się kulturalnie, gdyż to twoja skromna osoba usiadła w mojej loży. - Z drwiącym uśmiechem odpowiedział mężczyzna w garniturze.

Posłuchaj mnie, wampirze. - Warknął przez zaciśnięte zęby wielki człowiek.- Walczymy po przeciwnych stronach barykady. Nawet teraz w nic ci nie wierzę, ani jednemu twemu słowu. Zawsze, po wsze czasy będziesz dla mnie śmiertelnym wrogiem i tylko powaga sytuacji zmusza mnie do chwilowego kompromisu. Więc oszczędź mi tych twoich gierek słownych i przejdźmy do interesów. Pytam jeszcze raz: masz?

W tym momencie wampir przestał się uśmiechać, powoli przysunąwszy twarz do twarzy wielkoluda, przerażająco zasyczał.

Pamiętaj, morderco, żyjesz za krótko, aby być choć w połowie tak dobry w wojennym rzemiośle jak ja, lecz wiedz, że twa odwaga została uznana za głupotę, a hardość ducha można bardzo szybko złamać.- W tej samej chwili nieumarły wygodnie rozparł się w loży i najnormalniej w świecie, z uśmiechem na twarzy, spytał.- Walczycie z nami setki lat . Tyle niepotrzebnej śmierci. Mało wam krwi? Macie przecież zmiennokształty, demony i innego rodzaju bestie, które ludzkości bardziej zagrażają niż my wampiry. Po co zadajecie sobie ból, ginąc od naszych zębów i szponów. Maluczcy czy nie widzicie, że jesteście na straconej pozycji.

Na twarzy wielkiego mężczyzny pojawił się zły grymas.

Masz, potworze?. Nie będę z tobą pił ani rozmawiał na żadne tematy. Interesuje mnie przesyłka dla mego mistrza, i radzę ci się pośpieszyć, świt niedaleko.

To było to. Po tych słowach wampir błyskawicznie spoważniał, chowając rękę pod stół, wyjął małą paczuszkę.

Powiedz swemu mistrzowi, że my dotrzymaliśmy umowy, teraz czas na rewanż.

Nagle coś zaalarmowało wampira. Jego wyczulony instynkt przed czymś go ostrzegał. Nie przed tym wielkim mordercą, lecz przed czymś innym, znacznie groźniejszym, bardziej potężnym, złowrogim. Rozglądając się po sali, sięgnął po rewolwer, ukryty bezpiecznie pod marynarką. Nic się nie zmieniło. Jednak ludzie znajdujący się w klubie poczuli jakiś dziwny nienaturalny powiew. Jakaś niewidzialna siła pojawiła się w pomieszczeniach, wypełniając je grozą.

Co się stało? Dlaczego tak zerkasz dokoła, czyżbyś się czegoś obawiał, o wielki?- Próbował kpić łowca. Jednak gdy spojrzał w oczy swemu rozmówcy, ironiczny uśmiech zniknął mu natychmiast z twarzy. - Co się dzieje?

Nie wiem, coś nam tu grozi, coś jest nie ta...

Młodzież do tej pory zajęta swoimi sprawami, zaczęła dziwnie się zachowywać. Jeden z długowłosych nagle wstał i podszedł do baru. Bez ostrzeżenia złapał za blond włosy, rozmawiającą z barmanem piękność, mocno z całej siły uderzył głową o blat. Z roztrzaskanej głowy wypłynął mózg zachlapując wszystko czerwono szara breją

To co wydarzyło się chwilę później przeszło do historii policyjnych kronik jako „rzeź gotycka”. Klienci rzucili się na siebie, walcząc i zabijając w najokrutniejszy sposób. Topiąc się w szklankach piwa, podrzynając gardła rozbitymi butelkami, katowali słabszych by chwile potem zabijać się samemu. Huk wystrzału wstrząsnął pomieszczeniem, odbijając się echem od starych ścian. Walczący nawet nie zauważyli tego faktu. Trzech wyrostków atakowało ochroniarza kijami bilardowymi. Ten nie będąc im dłużny wymachiwał stalową pałką teleskopową. Ostrzeliwał się barman, którego zaatakowały dwie dziewczyny z nożami w dłoniach. Jedna z kula w głowie osunęła się na ziemie, rozrzucając przy tym krzesła. Druga chcąc przeskoczyć przez blat baru potknęła się na jednym z przewróconych hakerów i upadła na plecy. Dwóch łysych w czarnych skórach błyskawicznie zaczęło po niej skakać miażdżąc jej kruche ciało. Barman chwilę po tym wydarzeniu zastrzelił następne trzy osoby, by zginąć od przypadkowo zrzuconego krzesła. Twardy metal ugodził go w głowę pozbawiając równowagi. Oszalali klienci nabili wrzeszczącego pracownika baru na haki wiszące nad barem.

W momencie strzału organizm łowcy zadziałał odruchowo. Błyskawicznie, wślizgując się pod stół, wydobył broń i ... nie było do czego strzelać. Widział rozwrzeszczanych ludzi, którzy właśnie rozcięli nożem do limonek brzuch jakieś dziewczyny i wyrywając z jej trzewi jelita, biegali z nimi jak oszalali po stołach. Widział barmana umierającego w przerażających męczarniach. Dostrzegł kelnerkę, błyskawicznie znikającą na zapleczu, by chwilę później wypaść przez drzwi z powrotem na sale z widelcem w oku. Dostrzegł jeszcze wiele innych rzeczy, lecz przeciwnika nie zobaczył.

Nagle jego wzrok spoczął na wampirze, który stał tyłem do ściany przygotowany do walki. Oczy łowcy zwęziły się niebezpiecznie.

To wasza wina.- krzyknął

Wyciągnął ciężki pistolet i wymierzył w wampira.

Głuchy huk wystrzału przeciął jak brzytwa krzyki zabijających się ludzi. Głowa wampira eksplodowała zmieniając się w szaroczerwona fontannę. Bezgłowe ciało osunęło się na podłogę by kilka chwil potem zmienić się w szary pył. Łowca leżał pod stolikiem dalej spokojnie celując w stronę walczących. Każdy kto pojawiał się w pobliżu loży padał z kulą w głowie.

Walki ustały. Wszyscy w pubie nie żyli lub dogorywali jęcząc. Mężczyzna ostrożnie ruszył do wyjścia. Stawiał kroki pomiędzy martwymi, bacząc by nie dotknąć niczego.

Nagle na skupionej twarzy wielkiego człowieka pojawiło się nie dające się wyobrazić przerażenie. Poczuł jak mijana przed chwilą odrąbana ręka jakiejś dziewczyny, zacisnęła się na jego kostce, ożywiona jakąś straszną złą siłą. Martwi poruszyli się i niezgrabnie zaczęli się podnosić. Krzyczący ze strachu łowca, walczył jeszcze chwilę z wieloma martwymi, ociekającymi krwią rękoma. Duszony, gryziony, rozdzierany na strzępy ginął wzywając pomocy. Rockowa muzyka płynęła falami z głośników w podmiejskim pubie. Świece nieznacznie rozświetlały mrok.

Trójka przyjaciół wesoło rozmawiając schodziła do ciemnych pomieszczeń, ich ulubionego pubu. Nie zdawali sobie jeszcze sprawy, że to są ostatnie chwile ich beztroskiego życia. Za kilka sekund pojmą, że życie to nie tylko piwo i klimatyczna muzyka. Schodząc głębiej do ich nozdrzy wdarł się nieznośny fetor.

Mijając ładnie ozdobione drzwi głównej sali, im oczom ukazał się obraz rzeźni jaką zgotowali sobie personel i klienci lokalu. Klika martwych ciał leżało z nienaturalnie powykręcanymi kończynami. Za barem wisiał na haku zmasakrowany barman.

Następny trup siedział nieporuszony w najciemniejszym kącie baru. Z piersi wystawały my kije do bilarda . Niewidzącymi oczami lustrował cichy obecnie lokal. Był duży, za duży.

Jednak nie to było najstraszniejsze w tej groteskowej chwili. Jeden widok pozbawił do końca życia radości i spokoju trójki młodych ludzi.

Zmasakrowane zwłoki wielkiego mężczyzny leżały tuż pod ich nogami. Otoczone były kilkoma innymi, które w bestialski sposób pozbawiły go życia. Ręce zaciśnięte na szyi, zęby wbite w skórę klatki piersiowej, serce wyrwane i odrzucone gdzieś obok.

Dopiero po kilku chwilach roztrzęsieni młodzieńcy uświadomili sobie, że trupy leżące wokół zabitego były martwe, w chwili dokonywania mordu. Na jasnych płytkach pubu widać było krwawe smugi, oraz ślady czołgania się ożywionych, gubiących przy okazji kawałki wnętrzności potworów.

Osuwając się w otchłań szaleństwa, młodzi ludzi bełkocząc i płacząc, wybiegli z lokalu pozostawiając mroczne tajemnice w piwnicach starego opuszczonego gmaszyska.


 


 


 


 


 


 

ROZDZIAŁ, DRUGI

„ I widziałem kobietę siedzącą na

Czerwonym jak szkarłat zwierzęciu,

Pełnym bluźnierczych imion,

mającym siedem Głów i dziesięć rogów. ”

 

 

 

Ogromny miejski park, położony przy jednej z głównych arterii , jak co noc kusił swoim spokojem i tajemniczością. Stare drzewa pamiętające początki cywilizacji ludzkiej, znalazły tu schronienie i ciszę. Ludzie pragnący wypoczynku znajdowali w parku wytchnienie dla swoich skołatanych nerwów oraz chwile relaksu porannych biegów. Skupisko zieleni było bardzo potrzebne wielkiemu zanieczyszczonemu miastu.

Drzewa rzucały długie cienie na wąską asfaltową dróżkę. Wijąca się wstęga ginęła wśród brudnej zieleni krzewów, traw i innych zasadzonych ręką ludzką roślin. Wiekowe drzewa dumnie rzucały cienie, stojąc obmywane życiodajnymi kroplami.

Było dobrze po północy, pogoda jak na tę porę roku nie sprzyjała długim spacerom. Deszcz siąpił, zacinając nieprzyjemnie pod wpływem podmuchów porywistego wiatru. Chodź wiosna już na dobre zadomowiła się w wielkim mieście, to zimne wiatry przypominały jeszcze o mroźnej długiej zimie.

Jednak tu, w parku, było względnie spokojnie i nie tak chłodno. Przytłumione lampy rzucały blade światło, odbijające na asfalcie świetlne kręgi. Wiatr, tłumiony przez drzewa, nie przeszywał zimnem swych podmuchów, a deszcz nie dokuczał aż tak bardzo.

W ciemnościach rozległy się śmiechy. Perlisty głos kobiety i trochę zachrypnięty męski przebijały się przez monotonne odgłosy miasta. Pośrodku alejki spacerowało dwoje, przytulonych do siebie ludzi.

Wysoka, zgrabna kobieta ubrana w elegancki płaszcz. Szła, lekko stąpając po mokrej drodze, zatopiona w rozmowie z przystojnym brunetem. Przemierzali ciemny park, skąpany w deszczu i ciemnościach.

Powiedz mi, kochany, gdzie pracujesz? - Cicho zapytała.

Moja droga, praca ma jest niezwykle dochodowa i na pewno przypadłaby ci do gustu, lecz wiedz ,że niewiele jest ludzi, którzy mogą ją wykonywać.

Mężczyzna przez ułamek sekundy uśmiechnął się szyderczo do siebie. Grymas twarzy zniknął błyskawicznie, zastąpiony wyuczonym, aczkolwiek przemiłym uśmiechem. Wydatna szczęka, nisko osadzone oczy, bródka. Mężczyzna podobał się kobietom, doskonale zdawał sobie z tego sprawę.

Po cóż te pytania, moja droga, przecież jesteśmy jak dwoje starych przyjaciół spotykających się w przypadkowym barze po latach. Wiemy o sobie tak niewiele, lecz podświadomie wydaje nam się, że wiemy o sobie wszystko - powiedział.

Para minęła następną latarnię. Mężczyzna spostrzegł przelotny, drwiący uśmiech na twarzy kobiety. Była to bardzo piękna twarz. Wąskie usta, mały nosek, ciemne oczy i przepiękny kształt głowy, okrytej czarnymi włosami. Kobieta ta pociągała i wzbudzała pożądanie.

Para pogrążyła się w lepkich, mokrych ciemnościach.

Ach, wiem, o co ci chodzi, Tood. Przecież to takie romantyczne spotkać się na takim nudnym przyjęciu. Pośród setek głupców akurat trafił się taki.. hmm... - Westchnęła przeciągle i bardzo prowokująco. - Wspaniały, interesujący mężczyzna.

Kilka chwil szli w milczeniu. Deszcz kapał z drzew, rozbryzgując się o chodnik, wiatr targał wierzchołkami drzew. Była już pierwsza w nocy.

Pójdziemy do mnie? - Zagadnął.

Oczywiście Tood, z chęcią wypiję u ciebie kawę.

Tam jest mój samochód, pośpieszmy się, trzeba zdążyć przed świtem, noc jest taka nastrojowa, taka piękna. - W głosie mężczyzny rozbrzmiała nutka smutku, przeplatana wielkim żalem.

Nagle przystanął , kiwnięciem ręki dał znak kobiecie. Zamilkli oboje. Stali w ciszy, nasłuchując. Poprzez zawodzenie wiatru usłyszeli szelest.

Na dróżkę przed nimi wyszło dwóch ludzi. Byli ukryci w cieniu tak, że dało się tylko zauważyć ciemne kontury płaszczy, kaptury i strugi deszczu ociekające po ich sylwetkach. W ręku jednego z nich błysnął metal.

Dawać pieniądze, zakochańcy. - Warknął najbliższy.

Kobieta przytuliła się trwożnie do mężczyzny. Zadygotała lekko, mocno zaciskając dłonie na barku Tooda.

Atmosfera zgęstniała zrobiło się bardzo niebezpiecznie. Jednym z uroków nocnych spacerów było dość duże prawdopodobieństwo zostania napadniętym przez ludzi labiryntów. Prostych bandytów, którzy za kilka monet potrafili dokonywać strasznych rzeczy. Stróże prawa rzadko zapuszczali się w milczące ostępy wielkiego parku. Można było ich zobaczyć od świtu do zmierzchu, przedzierających się ukradkiem na ładnych nowych rowerach.

Kochany, daj im pieniądze, ja się boję, ja nie chcę umierać... - powiedziała cicho kobieta.

Dobra, panowie, macie portfel, zostawcie nas w spokoju - rzekł Tood.

Jeden z przestępców (ten bez noża) cofnął się o krok. Coś mu się nie podobało w

nonszalanckim zachowaniu napadniętego. Nie zauważył strachu w mowie, ani służalczego tonu, którym przeważnie zdradzali strach ofiary. Złe przeczucia oraz wrodzona ostrożność sprawiły, że oprych powoli zaczął się cofać, przygotowując się na najgorsze.

Ostrożnie chłopie. Coś mi się nie podoba - powiedział do swojego kompana.

Daj spokój, przecież to leszcze. - zaśmiał się drugi.

Wrodzona arogancja nie była w tej chwili dobrym sojusznikiem. Bandyta z nożem pewny swego na moment rozkojarzył się, spoglądając chciwie na portfel.

Atak był błyskawiczny. Ręka z bronią jakimś cudem znalazła się w stalowym uścisku napadniętego mężczyzny. Ten bez litości wykręcił ja, uderzając przy tym w skręcony łokieć. Nawet jednostajny szum deszczu nie był w stanie zagłuszyć okropnego krzyku. Napastnik ze złamaną ręką wył z bólu w strasznych męczarniach.

Jego kolega nie zastanawiając się rzucił się do ucieczki. Widząc los swego kompana stracił ochotę na łatwy zarobek. Kolegów można wymienić, a życia nie bardzo.

Napadnięty mężczyzna zamachnął się jeszcze raz i brutalnie zmiażdżył twarz potężnym uderzeniem pięści. Nos pękł u nasady, oko błyskawicznie pokryło się krwią. Bandyta padł nieprzytomny na ziemię. Leżał cichy obmywany deszczem, bezbronny.

Tood podszedł do kobiety, chwytając ją pod ramię, poprowadził dalej. Coś się w nim zagotowało, jakaś ukryta mroczna esencja jego bytu wyrywała się, by zabić bandytę. Rozszarpać go na kawałki, a to co zostanie rozrzucić na cztery strony świata.

Jednak mężczyzna zdawał sobie sprawę, że nie może tak postąpić. Nie może zdradzić się przed piękną kobietą. Jeszcze nie nadszedł czas by obnażyć swój charakter i zapomnieć się w chwilach ekstatycznej przyjemności. Kobieta wydawała się zaszokowana. Wargi jej lekko drżały, a nienaturalnie rozszerzone źrenice patrzyły na majaczące w dali truchło pobitego bandyty. Szła chwilę milcząc, nagle przystanęła, spoglądając na mężczyznę cicho rzekła:

Już wiem gdzie pracujesz. Jesteś trenerem karate, prawda?

Tak, moja droga. Prawda.

Po kilku minutach doszli do pięknego, nowoczesnego samochodu. Był czarny, metaliczny, szybki. Kobieta wsiadła pierwsza, prowokująco rozchylając nogi, przeciągnęła się sennie w fotelu. Tood usiadł za kierownicą, po chwili jechali ciemnymi ulicami przedmieść wielkiego miasta.

Skarbie, gdzie mnie wieziesz? - Spytała nagle czarnowłosa piękność - przecież mówiłeś, że mieszkasz w centrum, a my jedziemy w całkiem innym kierunku.

Miła ma, pojedziemy do mojej rezydencji na obrzeżach, przecież nie chcemy wzbudzać zainteresowania wścibskich. Jest to nasza noc i tylko my powinniśmy się dziś dobrze bawić.

Bogate domy pomału ustąpiły miejsca biedniejszym dzielnicom. Wielkie neony zniknęły gdzieś, pogrążając ulice w świetle starych, brudnych latarni. Ta część miasta była o wiele starsza niż pozostała, była cicha i tajemnicza, mroczna i niebezpieczna. Mijali grupki dziwnych ludzi stojących w bramach i spoglądających na przejeżdżających. Niebezpiecznie było zapuszczając się w te rejony miasta. Nieznajomego mogło tu spotkać cos nieprzyjemnego i nie było by to zwykłe okradzenie.

Czy to tutaj mieszkasz, Tood, w tej dzielnicy?

Nie, miła, nie, tu mam tylko swój pokój gościnny.

Samochód zatrzymał się w ciemnej uliczce, tuż pod starym, nieczynnym kościołem. Mężczyzna delikatnie ujął w dłoń pukle mokrych włosów, wąchając je.

Jednak nie poczuł ich zapachu.

Przeszyty dreszczem przebiegającym po kręgosłupie, oszołomiony spojrzał kobiecie w oczy. Zbliżające spełnienie na moment przyćmiło jego myśli. Poczuł tętniącą krew w żyłach kobiety. To była czerwona życiodajna substancja, której tak potrzebował, nie później, nie za chwilę, potrzebował jej teraz.

Masz w sobie tyle siły - wychrypiał Tood. - Tyle życiodajnej energii.

Kobieta jęknęła cicho, przymrużając swe ciemne oczy, delikatnie jedną ręką dotknęła twarzy wampira. W drugiej trzymała kołek.

Bezszelestnie wyciągnięta zza płaszcza osinowa drzazga błyskawicznie przeszyła powietrze, zagłębiając się po sam koniec w sercu wampira. Powietrzem targnął przeraźliwy wrzask rozpaczy i wściekłości. Przebity mężczyzna siedział sparaliżowany, niezdolny do jakiegokolwiek ruchu. Ułamek sekundy dzielił inkwizytorkę od poddania się mocy straszliwej zdolności naturalnej wampirów. Kilka sekund, a siedziałaby, powoli tracąc życiodajną substancję, zdana na łaskę wampira. Po tym obudziła by się z bólem głowy nie pamiętając całego zajścia .Łowczyni lubiła ryzyko, było z tego dumna.

Mój miły. Przykro mi... Lecz gdybyś był czymś innym... To kto wie.

Delikatnie pogłaskała wampira po twarzy, czule dotykając swymi wargami ust nieumarłego. Szybkim ruchem złapała za głowę, odchylając ją mocno w tył, przekręciła, skręcając kark. Wśród ciszy rozległo się głośne chrupnięcie, ciało nieumarłego zapadło się miękko w fotel nowoczesnego samochodu. Wampir, unieruchomiony, wściekle rozglądał się na wszystkie strony, wzywając podświadomie pomocy.

Kobieta wyjęła telefon komórkowy, wystukała kilka cyfr i, uzyskawszy połączenie, odezwała się spokojnym głosem.

Wykonane. Piętnasty unieszkodliwiony. Znajduje się na...

Czarny ptak leciał nisko między starymi domami. Deszcz obmywał jego ciało, zimno kąsało wychudzone, głodne zwierzę. Przeleciał nad cichymi budynkami starej ulicy, wyczuwając śpiących ludzi w swych ciepłych łóżkach, szybował dalej. Skręcił na północ, przelatując nad mokrymi samochodami, zobaczył przez moment wysiadającą z jednego z nich piękną kobietę. Zdziwiło go to, że w taką pogodę ktoś jeszcze może spacerować po ulicach. Przysiadł na latami niedaleko, obserwując.

Kilka chwil potem do idącej wolno kobiety podjechało czarne auto terenowe. Ona zaś wskazała samochód z którego niedawno wysiadła. Mężczyzna, który wysiadł z terenówki był wielki.

Ogromne mięśnie prężyły się pod moknącym czarnym swetrem, gdy dźwigał w stronę samochodu jakiś pakunek.

Osiłek otworzył tylne drzwi i wrzucił ciężar na skórzane fotele. Potem szybkim truchtem wrócił do terenówki. Kobieta zdążyła już wsiąść do środka. Odjechali szybko w ciemności.

Wybuch nastąpił w chwili gdy czarny ptak wzleciał nad dachy, zapominając o całym zdarzeniu. Przestraszony, oszołomiony unosił się coraz dalej, miasto spało, miasto kusiło, miasto....

W kwaterze głównej tajnej, organizacji zajmującej się zwalczaniem plagi, jaką był wampiryzm, panowała odświętna atmosfera. Wszyscy, podnieceni, rozmawiali ze sobą, śmiejąc się i przekomarzając. Ta chwila swobodnej atmosfery, rozprężenia jednak nie mogła trwać wiecznie.

Ludzie wiedzieli o tym i wykorzystywali okazję by odprężyć się nieco.

Ludzie, którzy znajdowali się w pomieszczeniu byli wyrzutkami doświadczonymi przez życie ludźmi pragnącymi zemsty. Wielu z nich straciło rodziny, bliskich i swoje poprzednie poukładane życia. Każdy z nich przeżył swoją tragedię po spotkaniu z nieumarłymi. Twardzi, zahartowani w bojach mężczyźni i kobiety oddawali życia za rasę ludzką, mszcząc się za swoje krzywdy.

Naloty na domu wampirów przynosiły dochody, pokrywające zapotrzebowanie na specjalną broń. Organizacja zatrudniała zbrojmistrzów, którzy posiadając starożytna wiedzę, wykuwali zabójcze dla nieumarłych ostrza. Również władający mocą energii czarownik zasilał grono mścicieli. Był to starszy, brzydki mężczyzna o wyłupiastych oczach. Jednak brak aparycji nadrabiał potężnym darem jakim było przepowiadanie przyszłości, namierzanie nieumarłych i ochrona mentalna zgromadzeń organizacji.

Istniało kilka nie powiązanych ze sobą grup ludzi, którzy walczyli przeciw wampirom w nierównej walce. Nie chcieli zostać trzodą, która posłusznie nadstawia karku, oddawać się zabawą nieumarłych panów.

Siedząca w centrum uwagi Sara miała powody do radości. Unicestwiając jednego z bardziej wpływowych wampirów, zyskała sobie sympatię i szacunek wszystkich inkwizytorów. Organizacja bardzo ryzykowała tym aktem, jednak nie można było już cofnąć machiny, która ruszyła wraz ze zlokalizowaniem znajdującego się na piętnastym miejscu najgroźniejszych krwiopijców w mieście.

Kobieta nigdy nie miała rodziny, nie zabito także żadnego z jej przyjaciół. Nie miała pobudek wewnętrznych by ścigać i zabijać nieumarłych. Jednak nienawiść jaką darzyła zwyrodnienie było sławne nie tylko w środowisku łowców.. Nienawidziła ich wszystkich, całym swym ciałem i duszą. Wyzbyta wyższych wartości, twarda, zimna jak lód, walczyła w tej nierównej wojnie odkąd kilka lat temu była świadkiem posiłku jednego z ohydnie zmutowanych braci nocy.

Była wówczas policjantką pełna idei i wzniosłych celów. Pracowała w największym komisariacie w środkowym mieście i szybko pięła się po drabinie kariery. Jednak tamtej nocy cały świat zawalił się kobiecie na głowę, wraz z potwornym odgłosem chłeptania czerwonej posoki.

Jeden z wampirów, nie w pełni normalny, pił z dwójki dzieci, które zaginęły rankiem. Nie potrafiąc powstrzymać swego szaleństwa zabijał niewiniątka kąpiąc się w ich krwi.

Kobieta jak przez mgłę pamiętała dramat, który rozegrał się chwile po tym jak wywarzył kopnięciem drzwi od starej sutereny. Pamiętała okrwawionego potwora, czerwone ślepia, smród wnętrzności. Strzelał niemal na oślep chcąc zabić. Kilka pocisków trafiło celu, jednak morderca warcząc nieludzko rzucił się do ucieczki. Policjantka nie była w stanie biec, nie mogła nawet ruszyć się z miejsca widząc twarze dzieci zastygnięte w spazmach największego przerażenia.

Taka była historia pięknej łowczyni. Odeszła z policji, gdy zakazano jej na prowadzenie

śledztwa. Zatuszowano wszystko i nakazano milczenie. Nie mogąc pogodzić się ze skorumpowaniem swego przełożonego, oddała odznakę.

Będąc na skraju załamania nerwowego, krążyła nocami szukając potwora, który jak wiedziała, ukrywał się w wielkim mieście. Jednak to nie wampira spotkała w pewien listopadowy wieczór.

Sara wznosząc toast za poległych braci, wróciła myślami kilkanaście tygodni wstecz. Przez ostatnie miesiące siatka jej informatorów dzień i noc obserwowała pewnego, jak się wcześniej mogło wydawać, człowieka. Był właścicielem kliniki. Śledztwo wykazało, że krew do transfuzji w dziwny sposób znika z owego prywatnego ośrodka. Trop prowadził do jej właściciela.

Łowcy rozpoczęli pilnie się przyglądać klinice. Już po kilku dniach zauważono dziwne rzeczy dziejące się w otoczeniu białych sterylnych ścian. Nocne przewozy krwi należały do normalności, a zabierani z ulicy bezdomni, niejednokrotnie już nie wychodzili przez lśniące automatyczne drzwi.

Wówczas to śledzony właściciel pierwszy raz został zdemaskowany. Na ważnym przyjęciu uwiódł on kobietę i posilił się z niej w dyskretnym miejscu. Jeden z agentów niemal został zdemaskowany, gdy nieopatrznie przeszkodził nieumarłemu. Udając nietrzeźwego szybko opuścił przyjęcie .Wampir był bardzo wpływowy, więc należało przedsięwziąć największe środki ostrożności. Za żadną cenę nie można było dopuścić by baczne oczy szpiegów krwiopijców zwróciły się w stronę łowców.

Machina ruszyła. Poprzedni informatorzy zostali wymienieni na nowych. Obserwacje trwały przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Dom wampira istna forteca, za dnia strzeżona przez najlepszą agencję ochrony. Ludzie zatrudniani w niej byli doświadczonymi najemnikami, oraz bezwzględnymi zabójcami.

Pozostawała tylko nadzieja na przechwycenia nieumarłego w nocy, gdy pracował. Tym zadaniem zajęli się inni, którzy, osłaniani mocą ochronną maga, śledzili każdy krok wampira. W niedługim czasie zebrano dość informacji, aby zacząć osobne łowy na poszczególnych członków wampirzej rodziny. Śledztwo niebezpiecznie rozrosło się o nowe wątki. Coraz więcej ludzi zostało przydzielonych do zadań inwigilacyjnych, zachowanie tajemnicy graniczyło z cudem. Wróg nie spał, wampiry czuwały nad swoim bezpieczeństwem, zazdrośnie broniąc swojego tajemniczego świata.

Stało się najgorsze. Ktoś wydał cały plan nieumarłym, niwecząc żmudną niebezpieczną pracę. Przez czyjąś niekompetencję zginęło kilku łowców, prawie wszyscy informatorzy i kilka innych, niewinnych osób. Ludzie znaleźli się w niebezpieczeństwie. Co noc przenoszono główną kwaterę z miejsca na miejsce, walcząc z powtarzającymi się atakami.

Sara w tym czasie przygotowana na najgorsze, postanowiła zaatakować swój główny cel. Nie mogła zbyt długo czekać, ponieważ niebezpieczeństwo zaczynało grozić całej organizacji. Mieli w niej szpiega, który przekazywał co chwila informacje nieumarłym.

Dopiero interwencja maga, oraz sprytnie zastawiona pułapka doprowadziła do ujawnienia zdrajcy. Władający mocami człowiek trafnie przewidział kolejne miejsce spotkania człowieka z wampirami.

Po spotkaniu przechwycono zdrajcę, gdy nie podejrzewając niczego, wracał spokojnie do domu. Okazał się nim być jeden z młodszej rangi łowca, w jakiś sposób zwerbowany przez nieumarłych do współpracy. Zdemaskowany agent, nie mając wyboru, zaczął grać na dwie strony, wprowadzając w błąd nieumarłych. Dostarczał mylnych informacji o miejscach, w których mieli spotykać się łowcy.

Pułapki zastawiony na nieumarłych przerzedzały szeregi znienawidzonego wroga jak i ich posłusznych ludzkich sojuszników. Sporządzono spis ludzi, którzy współpracowali z wampirami. Podwójny agent przekonywał niemal na kolanach, że byli to najważniejsi członkowi organizacji.

Jego kłamstwa pomogły w przeprowadzonych akcjach. Nie spodziewające się zdrady wampiry wpadły w sprytnie zastawioną pułapkę. Jednak radość nie trwała długo. Krwiopijcy domyślili się podwójnej gry człowieka. Ślad po nim zaginął. To była ta chwila na, którą czekali łowcy.

Sara ruszyła na akcje w tym samym czasie, gdy stracono kontakt ze zdrajcą. Stawiając wszystko na jedna karę, rozpoczęła niebezpieczna grę z wampirem.

Przyjęcie organizowane na rzecz pomocy dla biednych, organizowała klinika. Kilku wpływowych

ludzi świata rozrywki i biznesu przechadzało się z kąta w kąt za bardzo nie wiedząc co ze sobą począć. Byli tu na serdeczne zaproszenie patrona imprezy Tooda Maku, człowieka o wielkich wpływach i ambicjach.

On natomiast nie znał połowy gości, co ułatwiło sprawę łowczyni.

Prawda była jednak nieco inna, niż ta zapisana na przepięknych zaproszeniach. Wampir organizował uroczystości by wybierać spośród najpiękniejszych kobiet, swój posiłek. Umiał kontrolować bestię, niszczącą każdego wampira od środka, dlatego też damy po powrocie do domu odczuwały tylko nieznaczny ból głowy i zamazane wspomnienia z szalonych chwil w objęciach wampira.

To wszystko wydarzyło się wczoraj w nocy. Teraz natomiast po dokonaniu ataku, łowców czekał ciężki okres. Wampiry nie podarują ludziom takiej straty. Nadciągał odwet i łowcy dobrze o tym wiedzieli.

Otwierające się drzwi od pokoju szefa momentalnie uciszyły rozmowy i śmiechy. Cisza, jaka zapanowała w pomieszczeniu, była ciężka od niepewności. Wszyscy czekali na reakcję człowieka stojącego w drzwiach.

Sara, proszę do mnie. - Jedno krótkie zdanie, cichy odgłos zamykanych drzwi.

Gdy wchodziła do jego gabinetu, usłyszała za sobą kilka komplementów. Zamykając drzwi, zerknęła przez ramię. Powoli wszyscy wracali do swoich spraw, świąteczna atmosfera minęła, została tylko szara, mroczna rzeczywistość.

Ludzie rozpoczynali przenoszenie „sztabu” w inne miejsce. Trzeba było porozdzielać sprzęt i ukryć go w dobrze strzeżonych miejscach. Łowcy natomiast mieli się rozproszyć, zaszyć w bezpiecznych miejscach i czekać na wezwanie. Standardowa procedura, podczas niebezpiecznej pracy. Wampiry ruszą mścić się na swoich wrogach, trzeba było zminimalizować straty.

Pokój szefa wyglądał jak najzwyklejszy gabinet normalnego biznesmena. Podłoga wyłożona była ciemnoczerwonym dywanem, na boazerii wisiało kilka obrazów. Meblem był tu antyczny, niewielki stolik, biurko oraz kilka foteli. Wprawne oko mogło dostrzec, że pokój urządzano w pośpiechu.

Przywódca, cały organizator i wynalazca niezliczonych śmiercionośnych urządzeń do likwidacji plagi, siadł spokojnie w skórzanym fotelu. Mężczyzna był niewielkiego wzrostu, w dzieciństwie przeszedł jakaś chorobę, która powykręcała mu stawy. Jego ciało było zniszczone i schorowane, jednak każdy w grupie wiedział o jego talentach. Nie było lepszego stratega i konstruktora. Natomiast wiedza jaką posiadał o wampirzym świecie była wprost niewyobrażalna. Mistrz, jak kazał na siebie mówić, był od dziecka przyuczany do kierowania organizacją zwalczającą wampiryzm w wielkim ponurym mieście.

Proszę, Sara, usiądź wygodnie, napij się czegoś. - Cichy głos rozległ się w pokoju. - Chciałem ci pogratulować sukcesu, smarkulo, bardzo dobrze się spisałaś.

Inkwizytorkę zamurowało.

Po raz pierwszy usłyszała od niego komplement. Ten zimny, twardy mężczyzna nikogo jeszcze nie pochwalił, odkąd zajął miejsce u steru władzy. Nie wiedziała jak zareagować, więc siedziała milcząc, popijając jakiś napój, znajdujący się na dnie kryształowego kieliszka.

Widzę, że nasze ofiary nie poszły na marne i chociaż jeden ważniejszy z rodziny doczekał się sprawiedliwości. Czas, aby przystąpić do nowej misji. - Odchrząknął nieznacznie, przerywając na moment. - Jednak na razie odpocznij kilka dni. Chcę cię świeżą i wypoczętą.

Nowe zadanie. Sara zdawała sobie sprawę, że awansowała w oczach mistrza. Nowa misja będzie trudniejsza od poprzedniej. Jednak cóż to miało za znaczenie, gdy nagrodą były prochy następnych wampirzych zwyrodnień.

Posłuchaj mej opowieści Sara. - powiedział mistrz. - nasz świat to nie tylko wampiry i łowcy. Zdarzają się także o wiele gorsze, potworniejsze monstra. Niejednokrotnie zdarzyło się nam. - tutaj zniżył głos. - wiązać nasze siły z nieumarłymi.

Twarz łowczy stała się kredowo białą, by chwile potem spurpurowieć. Już chciała wybuchnąć, lecz mężczyzna był szybszy.

Pozwól mi kontynuować. - rzekł spokojnie. - walczono niegdyś z monstrami z innych wymiarów, demonami wezwanymi przez spaczonych, zepsutych magów.

Zmagaliśmy się także z zarazą mutacji. Ludzie zarażeni toksynami z wielkich elektrowni atomowych, rodzili potwory. Walczyliśmy ze zmiennokształtnymi, gdy wybuchł bunt. Nasza historia to nie tylko wampiry. Przemyśl to sobie Sara

Inkwizytorka uspokoiła się. Pod historia mistrza kryła się jakaś tajemnica .Mężczyzna delikatnie do czegoś przygotowywał młoda kobietę. Aluzje były dość zrozumiałe, lecz nie sposób było odgadnąć nic więcej.

Więc jak sama się pewnie domyśliłaś - mówił dalej. - Nasza organizacja ma o wiele większe obowiązki wobec ludzkości, niż można by na pierwszy rzut oka, stwierdzić. Poprzez stulecia zwalczaliśmy wynaturzenia wszelkiej maści, staraliśmy się powstrzymywać plagi i zagrożenia.

Dlaczego mi to mówisz? - zapytała łowczyni.

Tu właśnie dochodzę do finału.

Gdzieś daleko zerwał się wiosenny wiatr. Pierwsze błyskawice rozdarły niebo, obwieszczając burzliwy ranek. Ludzie przyspieszyli kroku pragnąc skryć się przed zbliżającą się nawałnicą. Nikt nie zwracał uwagi na niewielki schludny budynek, wśród sobie podobnych, w którym rozmawiało dwoje ludzi. Mężczyzna swoim wibrującym głosem opowiadał szczegóły nowego planu kobiecie, która w skupieniu kiwała głową.

Dziś łowczyni awansowała, została wcielona do tajnej grupy, najbliższych współpracowników Mistrza. Była zadowolona jednak wiedział, że zabawa w myśliwego dobiegła końca. Zadanie, które jej powierzono było trudne i niezgodne z jej charakterem, jednak podjęła się go w imię wyższej idei, w imię ludzkości.

Rozmowa dobiegła końca. Nie było sensu o nic pytać, nie należało też przedłużać swojej obecności. Sara, wstając, spojrzała na swego rozmówcę. Wychodząc, szepnęła do siebie.

Dziękuję.

Nie ma za co, moje dziecko. - Cichy mocny głos dobiegł ją, gdy zamykała za sobą drzwi, wchodząc do głównej sali

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ TRZECI

„ I widziałem wielki, biały tron

I tego, który na nim siedzi

Przed którego obliczem pierzchła

Śmierć i dzień i miejsca dla nich nie

było„

Kamienna rzeźba brudu i szkła rozprzestrzeniała się po horyzont, migocząc niezliczonymi światłami miejskich latarni. Noc pokryła lepką, tłustą ciemnością wielką metropolię, zakrywając smutek i łzy. Miliony ludzi udawały się na zasłużony odpoczynek, inni, mniej zapracowani, właśnie zaczynali swe tajemne życie. Ciemne puby, duszne od dymu papierosowego i ciężkiej muzyki, przyciągały niezliczone masy żądnej zabawy młodzieży. W cichych zaułkach ludzie labiryntów załatwiali swoje mroczne interesy. Kobiety na rogach oświetlonych ulic stały, czekając aby udowodnić sobie wstręt do własnego ciała. Ciche, wąskie, zalane zimnym deszczem uliczki tętniły swoim życiem. Miasto żyło, miasto trwało, w mieście toczyła się wojna.

Wielki drapacz chmur wznosił się dumnie nad padołem łez. Szklano-metalowy kolos, niewrażliwy na całe życie toczące się wokół, stał dumnie, będąc pomnikiem postępu i nowoczesnej techniki.

Był tajemnicą samą w sobie. Nikt dokładnie nie wiedział, ilu ludzi przewijało się przez wytłumione biura, jakie interesy załatwiano. Czy choćby sam koszt utrzymania był tajemnicą samą w sobie. Służba ochrony, polegając jedynie na identyfikatorach i systemie monitoringu, nie ingerowała w zawiłą infrastrukturę wieżowca. Niezliczeni technicy przemykali chyłkiem utrzymując budynek w nienagannym stanie.

Jednak nawet oni nie zdawali sobie sprawy, co znajduje się na ostatnim piętrze. Wszystkie windy zatrzymywały się zawsze piętro niżej, a jedna, która wjeżdżała na ostatnie piętro, była prywatna i tylko specjalna karta kodowa pozwalała na dotarcie do celu. Konserwatorzy, którzy od czasu do czasu naprawiali coś na dachu, wlatywali tam helikopterem lub wchodzili na ostatnie piętro po schodach. Tam też przechodzili obok drzwi wiodących do środka tajemniczych pomieszczeń, lecz żaden z nich nigdy nie pomyślał, aby sprawdzić, co się za nimi znajduje.

Mroczna legenda, jaką ludzie przekazywali nowo zatrudnionym, wystarczyła by odstraszyć co bardziej odważnych. Nawet wewnętrzny zakaz administratora budynku tak dobrze nie działał jak opowieść o pewnym młodym człowieku, który nie bacząc na zakazy wszedł do tajemniczych pomieszczeń.

Znaleziono go potem w szybie wentylacyjnym. Oficjalna wersja podała nieszczęśliwy wypadek w czasie czyszczenia wąskich napowietrzników. Jednak pierwsi, którzy znaleźli nieszczęśliwego człowieka dobrze pamiętali jego siwe włosy i zastygnięta twarz, w grymasie najpotworniejszego przerażenia.

Natomiast na ostatnim piętrze, wśród stylowych, antycznych mebli, starych zabytkowych rzeźb i bardzo drogich obrazów przechadzał się mężczyzna. Jego chód był miarowy, powolny, emanował rozwagą i spokojem. Od czasu do czasu zatrzymywał się w zamyśleniu, spoglądając w ciemności wielkiego miasta. Za wielkimi pancernymi szybami rozpościerał się piękny widok panoramy tętniącej życiem metropolii

-Wszystko poszło nie tak, - myślał. - ktoś przejął paczkę. Mój człowiek zginął razem z łowcą. Wszystko zaczęło się na pustyni, robotnicy także stracili życie. Co robić? Co począć?

Wszystko zaczynało wymykać się spod kontroli, jakieś fatum ciążyło nad znaleziskiem. Od samego początku, od czasu wykopalisk na pustyni, każdemu który zetknął się z tematem przytrafiało się coś złego.

Walka z łowcami wampirów, kontrola wilkołaków, spokojny poukładany świat odejdzie w zapomnienie, z wyciem i wrzaskiem milionów ofiar, kiedy szkatuła dostanie się w niepowołane ręce. Wampirzy ród nie mógł sobie pozwolić na zbagatelizowanie takiego zagrożenia, należało szybko działać.

Siadając w wygodnym fotelu, przypomniał sobie, jak to się wszystko zaczęło.

Wampirzy wojownicy podczas swych co nocnych łowów odnaleźli na wpół szalonego, majaczącego w malignie alkoholowej człowieka. Po bliższej lustracji okazało się, że ma zdolności jasnowidzenia. Został przywieziony przed oblicze władcy wampirzego miasta.

- Zacznie się od wybuchu,- mówił jasnowidz. - Na pustyni odnajdziecie waszą zgubę, ukryty sarkofag. Potem nastąpi katastrofa. Zło się narodzi przemierzywszy świat, zasieje nienawiść i wojnę, nie pozostanie nikt.

Przed śmiercią wychrypiał jeszcze jakieś liczby, a potem jego krew ożywiła martwe ciało wampira. Badając liczby wywnioskowano, że są liniami geograficznymi, dokładnie wskazującymi skreślony punkt. Wysłano tam najemnych robotników, którzy, związani z organizacjami zastępczymi, mogli zostać wyeliminowani.

Co prawda, odkopano sarkofag, odnaleziono szkatułę, lecz po przekazaniu jej jednemu ze sług wampirzych, wszystko przybrało fatalny obrót sprawy. Ostatni raport mówił o pracach przy zakładaniu ładunków wybuchowych, potem wszystko ucichło.

Ekipa czyścicieli, specjalny oddział do brudnej roboty, który pojawił się następnego dnia zameldował o zgonie wszystkiej robotników. Doniesiono również o otworzonym sarkofagu, który nie został zniszczony podczas wybuchu. Ekipa zaminowała jeszcze raz wykopalisko i wysadziła cały teren w powietrze. Zatarto ślady.

Jednak coś cały czas się nie zgadzało, coś przeszkadzało i mąciło, coś dziwnego i niewyjaśnionego. Nawet najstarszy w swej wiedzy nie zdołał odgadnąć przyczyny tych dziwnych wypadków, które zaczęły dziać się od chwili przywiezienia szkatuły do wielkiego miasta.

Prace nad pudełkiem rozpoczęto niezwłocznie. Napięcie jakie panowało wśród naukowców, pracujących dla nieumarłych, było namacalne. Dochodziło do kłótni i spięć. Praca ciągnęła się niemiłosiernie, a ludzie coraz bardziej popadali w obłęd. Po pokonaniu najprzeróżniejszych przeszkód, w końcu dowiedziano się o właściwościach niewielkiego pudełka.

Jeżeli chodzi o wampiry, działało na nie wyzwalając niewyobrażalne moce. Nieśmiertelny po dotknięciu artefaktu stawał się potężny, niemal niezniszczalny. Wszystkie dyscypliny oraz nadnaturalne siły, po wielokroć zostawały zwiększone, dawały niebywałe możliwości. Przechadzający się nieumarły uśmiechnął się pod nosem.

Pamiętał dobrze, jak w pierwszej chwili po dotknięciu szkatułki wezbrała w nim niepohamowana żądza krwi. Jak dwóch przemienionych dopiero co wampirów zginęło natychmiast, osuszonych niemal do ostatniej kropli. Pamiętał, jak egzekutor wraz z heroldem ledwo powstrzymali go przed następną falą przemocy, wydzierając obiekt z rozdygotanych rąk. Mieli niebywałe szczęście, gdyż dekoncentracja oraz zaskakujący przebieg wydarzeń na moment wytrąciły księcia wampirzego z równowagi.

Tak, to było zagrożenie. Stary jasnowidz miał rację, to zapowiadało koniec. Jeśli dostałaby się ta rzecz w niepowołane ręce, wybuchłaby wielka wojna i nikt niestety nie byłby zwycięzcą.

Co do ludzi, naukowcy po kilku dniach zaczęli mieć dziwne dolegliwości. Po kilku godzinach od pojawienia się stanów zapalnych niemal wszyscy stracili przytomność, by po kilku minutach przebudzić się jako krwiożercze bestie. Przemienieni zaczęli szaleć po laboratorium zabijając się nawzajem. Artefakt zmieniał świadomość ludzi. Stali się wampirami.

Jednak największe niebezpieczeństwo groziło z innej strony. Stary wampir, który lata poświęcił na studiowaniu zakazanych ksiąg i starożytnych manuskryptów, dokopał się do strasznej przepowiedni.

Wedle jego słów i tego co zostało napisane drobnym antycznym pismem, szkatuła miała moc spełniania życzeń. Jednak trzeba było uważać na tą właściwość, gdyż energia zużyta do zrealizowania marzeń, powodowała tragiczne w skutkach katastrofy. Zapiski mówiły o strasznej pladze, która spadła na Egipt gdy, nieroztropny człowiek wykorzystał moce magicznego przedmiotu.

Po naradzie stwierdzono, że artefakt zagraża porządkowi świata. Postanowiono zatem zniszczyć przedmiot. Niestety żaden z nieumarłych nie mógł dokonać artefaktu. Przerażenie odnalezioną legendą opowiadającą o tym, iż kto z nieumarłych próbowałby zniszczyć ów przedmiot, skazałby nie tylko siebie, ale i cały klan na przekleństwo, odebrało odwagę nawet najśmielszym wampirom. Takiego obrotu sprawy nie przewidzieli nawet najmądrzejsi.

Żaden klan nie przyjął propozycji opłacanej hojnie wpływami, krwią oraz nienaruszalnością. Wszyscy, bojąc się przekleństwa, grzecznie odmawiali. Można było do tego celu wykorzystać skazanych na śmierć nieumarłych, ale nie miejący nic do stracenia mogli wyrwać się spod kontroli.

Dopiero wielka rada wszystkich rodzin, nawet tych wyklętych, uzgodniła, że trzeba zwrócić się o pomoc do ludzi. Zjawili się wszyscy. Najważniejsi spośród swoich klanów siedząc wokół wielkiego okrągłego stołu, długo rozmawiali. Rankiem ustalono plan działania.

Stary wampir usiadł wygodnie w fotelu. Przed nim rozpościerała się panorama miasta, jego miasta. Popatrzył w dal, przymykając powieki, zamyślił się ponownie..

.Kronikarz wampirzego świata, dostał kilku ludzi do pomocy. Posłusznie przeczesywali godzinami wielkie, zakurzone tomy prastarych ksiąg. Prace trwały kilka dni, wreszcie natrafiono na nowe zapiski o feralnym znalezisku.

Odnaleziono wzmianki o tym, że jeden z ludzi z pokolenia na pokolenie przenosił wiedzę o metodzie zniszczenia przeklętego artefaktu. Nie pozostało nic innego jak zaczerpnąć informacji o owej osobie. Odwołano się do jasnowidzów, wróżek i innych obdarzonych mocą istot.

Trop prowadził do znienawidzonego wroga wampirzego świata. Podziemna organizacja łowców od lat walczyła z rodziną, jednak cóż było robić, trzeba było wejść w układ.

Wysłano więc emisariusza z prośbą o spotkanie. Wróciła tylko jego głowa, powodując wściekłość wśród przywódców klanów. Zażądano akcji odwetowych, krwi i ofiar. Tylko ostry sprzeciw księcia powstrzymał eskalację wrogości. Ludzie zaślepieni nienawiścią odmawiali współpracy. Sytuacja wydawała się beznadziejna. Ludzie z chęcią powitaliby koniec wampirów, nie przykładając nawet koniuszka palca do tego, aby pomóc. Trzeba było opracować inny chytry plan.

Czas mijał i wszystko wydawało się zmierzać do tragicznego końca.

Niektóre wampiry już wiedziały o przedmiocie, zaczęły naciskać starszyznę o wydanie go w celu przeprowadzenia „badań”. Kwestią czasu było to, kiedy obiekt stanie się przyczyną konfliktów. Coraz większa liczba młodych krwiopijców spędzała sen z powiek starszyzny. Młodzi niegodni nawet tego by z nimi rozmawiać, coraz częściej przeciwstawiali się władcy miasta. Tylko bezlitośni egzekutorzy i żelazne prawo nieśmiertelnych powstrzymywało tą zbieraninę przed jawnym buntem.

Atmosfera zagęściła się, zaczęły pojawiać się konflikty wśród nieumarłych. Dowiedziano się, że wyznaczono nagrodę dla tego, który odzyska artefakt. Musiano działać.

. Wysłano na ulice zmutowanego, psychicznie chorego wampira. Kazano mu bawić się do woli w miejskim basenie, gdzie nocą młodzież zbierała się by pluskać się w niebieskiej wodzie.

Oczywiście kąpiele były tylko grą wstępną do bardziej przyjemnych gier, zabaw w życie. Po tym jak wampir dokonał rzezi, puszczono plotkę, iż był pod wpływem działania przeklętego przedmiotu.

Odzew był natychmiastowy. Ludzie bez oporów zgadzali się na wszystko. Strach przed szaleńcami był większy niż strach przed normalnymi wampirami. Uzgodniono czas i miejsce przekazania przesyłki. Mistrz nie chciał ryzykować epidemii, która niewątpliwie by groziła wielkiemu miastu.

Na twarzy wampira zagościł brzydki, złowrogi skurcz. Stracił tam jednego z najlepszych członków rodziny. Karl Von Sargoet, jego prawa ręka, jego nieoceniony pomocnik, jego przyjaciel.

Cholerny świat, myślał Książe, wpatrując się w dal.

Wszystka się popsuło, całe przygotowania do

zniszczenia wrogów, mające nastąpić po dokonaniu destrukcji szkatułki, szlag trafił. Staranny plan trzeba było odłożyć na półkę na lepszy czas. Tygodnie mozolnej pracy, zorganizowanie siatki agentów w szeregach wroga, dokonanie zwiadu, wykrycie wszystkich komórek oraz siedzib. Wszystko na nic .

Chytry plan księcia był niezwykle prosty w swym zamierzeniu. Chciał na jednym ogniu upiec dwie pieczenie. Pozbyć się przeklętego przedmiotu i zniszczyć organizacje od środka.

Teraz jednak trzeba było za wszelką cenę odnaleźć szkatułkę. Niebezpieczeństwo, jakie mogła stwarzać, było ogromne. Najgorsze z tego wszystkiego było to, że trzeba było sprzymierzyć się z odwiecznymi wrogami, aby móc prowadzić poszukiwania całą dobę...

Zadzwonił telefon. Wampir odruchowo sięgnął po słuchawkę.

Tak, słucham. - Rozległ się dźwięczny, zimny głos.

Po drugiej stronie ktoś szybko mówił, próbując zmieścić jak najwięcej informacji w jak najkrótszym czasie. Skończywszy swą wypowiedź bez ostrzeżenia, odłożył słuchawkę.

Stary wampir, uśmiechając się brzydko, wstał od biurka, przeszedł do drugiego pokoju. Sam wódz przybędzie na spotkanie z nim, sam wielki kat, sam mściciel.

Aż tak się boją? Och, biedne ludziki, żeby nie błogosławiona wasza krew. - Pomyślał, uśmiechając się do siebie stary wampir.

Spacerując po swych pokojach Książe intensywnie rozważał nadchodzącą przyszłość. Gdy po kilku godzinach usłyszał charakterystyczny dźwięk dzwonka alarmowego oznajmiającego o tym, iż ktoś jedzie jego prywatną windą, wiedział już co ma robić.

Na miejsce spotkania wybrano najbezpieczniejsze z możliwych miejsc w mieście. Kierowana przez zaufanego człowieka wielka filharmonia cieszyła się ogromnym zainteresowaniem w kręgach ludzi muzyki i biznesu. Przybywali do niej najbogatsi miasta, oddając się we władanie pięknej, wspaniałej Muzy. Co tygodniowe koncerty odbywały się z niebywałym rozmachem. Po zakończeniu spektaklu muzycznego, goście mogli skosztować wykwintnych dań na eleganckim bankiecie.

Tej nocy wielki oświetlony gmach był najlepiej strzeżonym miejscem w mieście. Kilkadziesiąt razy sprawdzany przez najlepszych elektroników, fachowców od podsłuchów był czysty od wszelkiego rodzaju niechcianych urządzeń.

Ochrona na jedną noc została zmieniona na najlepszych w swoim fachu. Nie byli wtajemniczeni w sprawy dwóch organizacji, jednak wiedzieli, co do nich należy. Mieli za wszelką cenę pilnować bezpieczeństwa ludzi znajdujących się wewnątrz. Mieli ostrzegać przed niebezpieczeństwem i mieć baczenia na najmniejsze oznaki zagrożenia.

Strzeżona niczym forteca gotycka budowla była świadkiem wielkich przełomowych wydarzeń, dziejących się w jej mrocznych zabytkowych wnętrzach.

Na kilka godzin przed przyjazdem w ciemnych pokojach wielkiej budowli w pocie czoła pracowali ludzie oraz wampiry, zabezpieczając odpowiednio swoich panów.

W razie najmniejszej oznaki agresji, z jednej bądź z drugiej strony zostawały uruchamiane urządzenia niszczące wszelkie życie w filharmonii. Były tam zainstalowane ładunki wybuchowe, spryskiwacze do, których podłączono butle ze żrącym kwasem oraz uruchamiające się elektronicznie miotacze ognia. Tylko na taki układ zgodzono się, tym samym doprowadzono do spotkania.

Panowie. - Egzekutor przemówił jako pierwszy, spoglądając swymi zimnymi, pozbawionymi wyrazu, oczyma na trzech siedzących naprzeciw ludzi. - Nasze poprzednie spotkanie odbyło się za pośrednictwem naszych zwierzchników, więc nadszedł czas na oficjalne zapoznanie.

Nie czas teraz, wampirze, na zbędne uprzejmości. Nie przybyliśmy tu po to, aby wymieniać grzeczności, lecz by zastanowić się, co począć z naszym problemem. - Głuchy, niski ton rozległ się w sali. Ubrany w nienaganny drogi garnitur niewysoki człowiek odezwał się, przerywając wypowiedź nieumarłego.

Cisza, jaka zapanowała w pomieszczeniu, była ciężką esencją wieków walki i uprzedzeń. Ludzie, nienawidzący swych odwiecznych wrogów, nie byli w stanie zapanować nad własnymi emocjami,

będąc w tak bliskiej obecności wampirów. Tylko zabezpieczenia oraz sytuacja, w jakiej się znaleźli, powstrzymywała ich od rozlewu krwi.

 

Nieumarli natomiast, jak zawsze, potrafili utrzymać swe nerwy na wodzy, nie pozwalając im na przejęcie kontroli. Siedzieli, pogrążeni w cieniach wielkich foteli, bacznie przyglądając się swym rozmówcom.

Sala, w której prowadzono naradę była bocznym pomieszczeniem znajdującym się tuż za sceną. Była to poczekalnia dla artystów, którzy gromadzili się tu, chwilę przed wyjściem na wielką scenę. Surowe wnętrze udekorowano aksamitami, które skrywały za sobą systemy bezpieczeństwa. Doskonale wszystko zaplanowano dając zebranym złudzenie elegancji i swobody.

Bardzo przepraszam za zachowanie mego przyjaciela, lecz sytuacja, w jakiej się znaleźliśmy, jest ekstremalnie różna od tej, w jakich często spotykają się nasze gatunki. Więc jeszcze raz przepraszam za wybuch mego podwładnego. - Z cienia okrywającego twarz łowcy wydobył się cichy głos.

Właścicielem głosu okazał się sam przywódca wielkiej, tajemniczej organizacji, którzy nazywali siebie Inkwizytorami na cześć dawnych zapomnianych już poprzedników. Wampiry uważali ich za zwykłych morderców, niegodnych litości skazanych zaocznie na bolesną śmierć.

Mistrz wstał wolno.

Wszystkie czujniki zareagowały błyskawicznie, wprowadzając do komputerów ostrzeżenie. Ochroniarz, którym był jeden z ludzi siedzący po lewej stronie, powoli włożył rękę pod marynarkę w jednoznacznym geście. Natomiast jeden z wampirów wolno zaczął mruczeć formuły dyscyplin, mających unicestwić wrogów. Mistrz natomiast wyciągnął dłoń w stronę nieumarłego, spokojnie cedząc słowa.

Jan Ryaa, przywódca organizacji.

Martyn Ronald Von Wonkeng najstarszy z rodu, Książe, prawowity pan miasta.

Stary wampir wstał. Komputer analizujący całą sytuacje czekał na najmniejszy przejaw agresji. Będąc bezduszną maszyną, analizował wszystko w najdrobniejszych szczegółach, czekając tylko na zachowanie, które pozwoliłoby mu uruchomić procedurę zagłady wszystkich organicznych stworzeń.

Wampir i Inkwizytor, życie i śmierć, podczas tej chwili stali się sobie bardzo bliscy. Obaj walczyli o przetrwanie swych ras, obydwaj byli odpowiedzialni, obydwaj o tym wiedzieli.

Usiedli powoli, pogrążając się w zaciszu własnych myśli. Systemy bezpieczeństwa powróciły do stanów ukrytej gotowości, odwołując alarm.

Przybyliśmy na spotkanie po to, aby zastanowić się, co począć dalej. - Po chwili odezwał się nieumarły Herold, prawa ręka księcia. - Sytuacja jest, tak jak wam panowie wiadomo, napięta. Obiekt, nasz wielki problem, zaginął, ukradziony przez nieznanego sprawcę. Nadmieniam, panowie, iż musiał to być nie byle amator, gdyż udało mu się bestialsko zamordować jednego z najlepszych z naszego gatunku.

- Nie chciałbym przerywać tego nader interesującego wywodu, lecz pragnąłbym przypomnieć, że w owej kawiarni zginął także jeden z naszych najlepszych ludzi. - Dotychczas milczący, siedzący po prawej stronie wodza łowców, człowiek przemówił niskim basem. — Wiemy, co się tam wydarzyło, i nie chcemy więcej powracać do tego tematu. — Przerywając, lekko skinął ręką - Panowie, chciałbym zapewnić, że nasza organizacja już pracuje nad odnalezieniem sprawcy całego zamieszania, lecz uważamy, że bez waszej pomocy nie jesteśmy w stanie wiele osiągną:. Talizman Snów, jak głoszą stare legendy, posiada wielkie moce, i jeśli jest to ten sam przedmiot, o którym mowa, spodziewamy się w przyszłości poważnych kłopotów.

W czasie, kiedy ukryty w cieniu człowiek monotonnym zimnym głosem opowiadał o starej zapomnianej legendzie, Egzekutor powoli próbował włamać się do mózgu człowieka, poprzez nadnaturalne zdolności dane mu w chwili przeistoczenia. Ostrożnie wysłał impuls, jakby sondę w głąb najskrytszych myśli śmiertelnika. Jakież było jego zdziwienie, gdy zamiast informacji natrafił na nieprzeniknioną barierę psychiczną.

Łowcy nawet w ten sposób zabezpieczyli się, chroniąc własne myśli. Wycofując się z umysłu człowieka, przekazał telepatyczną wiadomość swemu księciu.

-Nie mogę wedrzeć się do umysłu tego mężczyzny, mój panie. Myślę, że są dobrze chronieni przed naszą ingerencją. Człowiek, który nimi przewodzi, to bardzo dobry mag, wie jak zabezpieczyć swoich ludzi.

Książe nieporuszenie wpatrywał się w oblicza swych rozmówców. Niczym nie zdradzał niepewności, jaka pojawiła się w jego umyśle. Inkwizytorzy wiedzieli bardzo wiele, zapewne jeszcze więcej ukrywali. Znali po części stare przekazy z zaginionej księgi, wiedzieli o nieszczęśliwych skutkach użycia potężnego artefaktu.

Wampir zdawał sobie sprawę z faktu, że nawet poświęcenie tysięcy istnień ludzkich w zamian za zgładzenie chociażby kilku nieumarłych nie stanowiło dla inkwizytorów większego problemu. By osiągnąć swój cel potrafili poświęcić życie niewinnych, nie mieli skrupułów ani litości dla dzieci, kobiet i starców. Jednak coś sprawiło, iż ci bezwzględni oprawcy zgodzili się na współpracę.

Martyn Ronald Von Wonkeng, książę miasta, z coraz to większą uwagą przysłuchiwał się opowieści, legendy opowiadanej przez inkwizytora.

Szkatuła posiada moc spełniania życzeń swego właściciela. - Nieprzerwanie opowiadał łowca, co chwila spoglądając na swych rozmówców. - Jednak, aby w pełni kontrolować jej moc, należy zespolić się z naturą artefaktu. Po rozważeniu tego tematu, uważamy, że ciało astralne właściciela musi połączyć się z mocami przedmiotu, i w tym jest nasza jedyna nadzieja. Według legendy potrzeba tuzin dni i nocy, aby móc zawładnąć przedmiotem. Prawda jest taka — dodał, ze to szkatuła przejmuje kontrolę nad śmiertelnikiem. To właśnie nas najbardziej niepokoi.

Człowiek pochylił się, podnosząc wielki puchar, upił łyk wspaniałego czerwonego wina.

Moc spełniania marzeń jest na tyle potężna, że gdy ktoś już wypowie jedno z nich, zaburzenie czasoprzestrzeni oraz zachwianie równowagi we wszechświecie spowodują destrukcję wielu istnień oraz nieprzewidziane katastrofy ekologiczne. - Kontynuował łowca, zagłębiając się ponownie w

: cień fotela. - Niestety, wiemy tylko o jednej próbie użycia artefaktu, o wielkiej katastrofie, jaka po owym wydarzeniu miała miejsce. Mówimy tu o potopie, kataklizmie niespotykanym na taką skalę.

Czy aby nie przesadziliście z waszymi legendami? - Z ironią w głosie spytał Książę, wpatrując się w przywódcę Inkwizytorów. - Jest nam niezmiernie trudno uwierzyć, że największy kataklizm w dziejach świata jest przypisywany temu małemu magicznemu przedmiotowi. Obawiam się, iż kierują waszym postępowaniem jeszcze inne, nie ujawniane dotychczas, pobudki, których jestem bardzo ciekaw. Poza tym są jeszcze plagi Egiptu.

Ludzie spojrzeli po sobie wymownie. Nieumarli odrobili lekcje historii i nijak nie można było wprowadzić ich w błąd. Każdy grał we własna grę. Stawką było przetrwanie.

Powtarzam jeszcze raz, to są tylko domysły i niejasne legendy, lecz jeśli nasze informacje okazałyby się słuszne, mamy powód domniemać, że to właśnie z owym przeklętym przedmiotem mamy do czynienia. - Monotonny głos człowieka na moment przybrał na sile, zdradzając w ten sposób zdenerwowanie. - Natomiast co do waszych wątpliwości dotyczących naszych intencji, jest jeszcze inna legenda, o której, jak mniemamy, nic wam nie wiadomo, lecz myślę, że przed świtem poznacie całą prawdę.

Jesteśmy bardzo ciekawi co tez wasi historycy odkryli w związku z naszym problemem. - Inkwizytor odezwał się cicho.

-Wampir ten niegdyś potężny bojar mieszkający w Karpatach ,był jak się nieoficjalnie mówiło, tym który wymyślił legendę Drakuli. Wielki, władający potężnymi mocami nie szczędził nikogo gdy wchodziło w grę bezpieczeństwo rodziny. Był najbliższym przyjacielem księcia.

Ustaliliśmy, że szkatuła jest zespolona z duchem jej stwórcy. - mówił dalej człowiek. - Nie wiemy w jaki sposób, ale wydostała się ona z zabezpieczonego miejsca i ruszyła śladem swojego właściciela.

Tu spojrzenia wampirów spotkały się na moment. Widać było, że łowcy nie byli poinformowani kto odkopał feralne znalezisko. Nie trzeba było wtajemniczać ich we wszystko.

Nasze źródła donoszą, że przeklęta dusza maga, stwórcy już niedługo znajdzie sobie odpowiednie ciało by zamieszkać w nim. Człowiek ów będzie stracony na zawsze, jego jaźń zostanie zmiażdżona siłą mocy czarownika. - łowca kontynuował. - jeszcze jedna sprawa. Wiemy co wydarzyło się w pubie gdzie nasi kurierzy spotkali śmierć. Domyśliliśmy się tego z oględzin i akt policyjnych. Uważamy, że dusza maga na krótko przejęła kontrolę nad jednym z gości, który tam przebywał. Wywołała szał u reszty i ożywiła zabitych. Trupy były łatwiejsze do kontrolowania.

Herold warknął pod nosem. Zdawał sobie sprawę co oznaczały słowa ludzi. Jeśli mag zdobędzie odpowiednie ciało, oraz artefakt będzie niezwyciężony. Posiadając tak potężne moce zagrozi całemu porządkowi. Główny sędzia wampirzego rodu, ten który wydawał wyroki i karał winnych siedział teraz gorączkowo myśląc.

Jest ktoś, kto może wiedzieć więcej o naszym problemie- odezwał się po chwili. - Mamy pewne kontakty z istotami o nadprzyrodzonych zdolnościach. Możemy bardzo dokładnie określić położenie wszystkich materialnych i niematerialnych obiektów.

To by ułatwiło sprawę. - rzekł Mistrz- jednak my jako główni i najważniejsi spośród naszych gatunków, jak mniemam, nie będziemy brać w tych poszukiwaniach udziału. Proponuje stworzyć grupę. Nasz człowiek i wasz. Bez zbędnego rozgłosu i w tajemnicy. Niepowodzenie będzie oznaczać zagładę, dlatego też powinni być to najlepsi z naszych.

Książę zamyślił się. Wiedział, że łowca ma rację. Na poszukiwaczy czyhało wiele niebezpieczeństw. Różne, mniej lub bardziej, złowrogie istoty mogły pokrzyżować plany, pokusa przejęcia artefaktu była bardzo wielka.

Dobrze - rzekł - Wyślemy na poszukiwania naszego agenta, który będzie ścisle współpracował z waszym. Damy mu całkowitą autonomię i na czas akcji zawiesimy wszystkie akcje wymierzone w waszą organizację. Tego samego oczekujemy od was.

Nad pochylonymi postaciami wolno unosił się siwy papierosowy dym. Przyćmione światło osmolonych, naftowych lamp wydłużało cienie na ścianach. Mężczyźni rozmawiali. Dwa wrogie obozy, najwięksi przeciwnicy, teraz złączeni jednym celem, opracowywali plan. Przed świtem rozstali się, przed świtem wszystko już ustalono.

Postanowiono powołać do życia dwuosobową grupę, jednego inkwizytora i jednego wampira, którzy będą mieli za zadanie odzyskać cenną rzecz. Mieli być poinformowani tylko o najważniejszych, najistotniejszych sprawach związanych z odnalezieniem zguby, a wszelakie mniej ważne miały zostać przemilczane.

Postanowiono również utrzymać w tajemnicy wszystko to co wydarzyło się w filharmonii oraz w miarę możliwości samo spotkanie. Nie trzeba było za długo się domyślać by wiedzieć do jakich konsekwencji mógł doprowadzić, wyciek informacji.

Ani łowcy, ani wampiry nie mogły sobie pozwolić na rozłamy w ich strukturach, a cienka linia między posłuszeństwem, a buntem mogła zostać szybko przekroczona.

Bardziej konserwatywne głowy mogły nie zrozumieć powagi sytuacji, narażając wszystkich na niewyobrażalne niebezpieczeństwo.

Czas dobiegł końca. Mrok łagodniał ustępując miejsca wolno nadchodzącemu świtowi Piękna filharmonia opustoszała, uprzątnięta świeciła nienaganna czystością. Nikt nie zwrócił uwagi na drogie samochody chyłkiem znikające w wąskich uliczkach. Po tajemnej naradzie pozostał tylko zapach dobrego wina i wypalonego wosku.

 

 


 


 


 


 

ROZDZIAŁ CZWARTY

„ A w owe dni będą ludzie szukać

Śmierci, lecz jej nie znajdą i będą

Chcieli umierać,

ale śmierć omijać Ich będzie. ”

Michael Montarii, płatny zabójca, ukryty w ciemnościach czekał spokojnie na swoją ofiarę. Broń wygodnie oparta na rozkładanych nóżkach, nieruchomo czekała na swój czas. Miejsce, które wybrał na zasadzkę było perfekcyjnie przemyślane. Niskie gzymsy dachu dawały dobrą ochronę i pozwalały być niewidocznym dla ciekawskich oczu przechodniów, spacerujących wolno uliczką niżej.

Zleceniodawcy pozostawili mu wolną rękę, ufając talentowi i doświadczeniu. Poza tym Michael zastrzegał sobie w kontraktach, że pracuje tylko i wyłącznie na własna rękę. Będąc zawodowcem cenił sobie ponad wszystko dyskrecję i swobodę.

Celem był jeden z biznesmenów związanych z korporacją Monolith, która prowadziła swe transakcje na całym świecie. Firma była potentatem branży dziecięcej. Produkowała zabawki dla najmłodszych oraz udzielała się w inwestycjach społecznych.

Czyściciel na początku przypuszczał, że to jedna z konkurencyjnych firm zleciła mu zadanie, chcąc usunąć niewygodnego dla siebie człowieka. Często zdarzało sia, że z usług Michaela korzystali zamożni biznesmeni i liczne organizacje rządowe. Praca egzekutora choć przeważnie kończąca się tragiczną śmiercią, była bardzo dobrze opłacalna.

Po dłuższej inwigilacji Michael zaczął mieć wątpliwości co do trafności pierwszej oceny swego celu. Nie chodziło już o to, że ofiara prowadziła nocny tryb żyda, całe dnie ukrywając się w wielkiej zabytkowej rezydencji.

Naszpikowana agentami ochrony była niczym mała forteca. Jednak zastanawiające było to, że mroczne życie rozpoczynało się dopiero po zachodzie. Obiekt nocami był sam, bez żadnej ochrony, bez zabezpieczeń. Dziwne to było zachowanie, gdyż nikt kto zatrudnia małą armię ochroniarzy nie porusza się sam po zmroku.

Namierzany mężczyzna odwiedzał stare zniszczone, przez czas i wandali, gmaszyska. Spotykał się tam z niebezpiecznymi, pozbawionymi skrupułów ludźmi. Byli to prości, twardzi mieszkańcy labiryntów. Poprzez swoje kontakty, owi przestępcy dostarczali biznesmenowi, dziwny towar. Co kilka dni obiekt kupował od bandytów ludzkie dzieci, które znikały w niewyjaśnionych okolicznościach w wielkim eleganckim dworku.

Po kilkunastu dniach obserwacji Michael doskonale zdawał sobie sprawę, że ma do czynienia nie z człowiekiem, a jakąś inną istotą przypominająca tylko na pozór człowieka. Nie przejmował się tym jednak zbytnio, gdyż już nie raz ocierał się o mroczny tajemniczy świat, dziwnych istot, żyjących w symbiozie z ludzkością

Monatri bardzo długo pracował już w swoim zawodzie, gdzie najmniejszy błąd oznaczał śmierć. Rozpoznanie i jak największa wiedza pozwalała odnieść sukces. Postanowił rozpocząć swoje dochodzenie. Likwidator nie mógł sobie pozwolić na jakikolwiek błąd, od tego nie tylko powodzenie misji, a także i jego własne bezpieczeństwo.

 

Tego pochmurnego, zimnego dnia Kamil miał powody do zadowolenia. Jego Pan, jeden z bardziej szanowanych, wpływowych wampirów, obiecał mu awans, nagrodę za lata służby i

poświęceń. Odkąd człowiek stał się, najpierw przyjacielem, potem służącym, życie, niewysokiego przygarbionego mężczyzny, mijało na nieustannym wykonywaniu poleceń i zadań. Cel był jeden zadowolić swego Pana..

Nagrodą była obietnica wiecznego życia i spełnienie wszystkich marzeń. Nieraz Kamil wątpił w słowo dane mu wieki temu, doskonale wiedział, że dar przemiany stosowany jest niezwykle rzadko nieliczni mogą go otrzymać.

Miasto mogło pomieścić tylko określoną liczbę nieumarłych, a niemal niekontrolowane zachowania zbuntowanej wampirzej młodzieży doprowadzało do wzrostu populacji.

Karą za nielegalne przemiany była śmierć. Coraz częściej dokonywano egzekucji wampira ojca i jego nowo przemienionego syna. Nie było litości dla tych, którzy łamali prawo.

Dlatego też Kamil mógł się zaliczać do grona wybrańców. Szedł spokojnie, pogwizdując z cicha, starą zabytkową uliczką. Nie zwrócił uwagi na jadące wolno kilkadziesiąt metrów za nim auto. Nie wyczuł niebezpieczeństwa gdy samochód z piskiem opon ruszył w jego kierunku. Moment, w którym doszło do wyluzowanego człowieka, straszne niepokojące przeczucie niebezpieczeństwa, był ta chwilą, w której czarne auto zrównało się z pieszym.

Nie miał szans by zareagować, gdy silne ręce wciągnęły go w ciemne wnętrze pojazdu. Tracąc poczucie rzeczywistości, zdał sobie sprawę, że został porwany. Ostatnią rzeczą którą poczuł była niepohamowana złość i zdumienie. Jak ktoś mógł być na tyle głupi by dokonać zamachu na niego - przyszłego wampira?

Kamil ocknął się w piwnicy. Mokre od wilgoci ściany i wszędobylski brud świadczyły, że znajduje się w opuszczonym budynku. Mężczyzna siedział skrępowany specjalnymi paskami, których używano do zatrzymań przez służby bezpieczeństwa.

Widzę, że się obudziłeś. - gardłowy głos rozległ się za plecami Kamila. - Bardzo dobrze, przejdźmy zatem do szczegółów naszego spotkania. Chyba nie muszę przypominać, że obszerne wyjaśnienia pozwolą ci ujść z życiem oraz zdrowiem.

Skrępowany mężczyzna wyczuł niebezpieczeństwo. Wampir, u którego był sługą, często dawał mu swoja krew do picia, to pozwoliło mu na szczątkowe opanowanie pewnych zdolności. Kamil potrafił bezbłędnie wyczuwać intencję w głosie rozmówcy, mógł po krótkiej chwili skupienia domyślić się o czym myślą ludzie znajdujący się niedaleko. Krew nieumarłych była niczym najmocniejszy narkotyk, upajała i wprowadzała w stan ekstazy. Człowiek pijący ją uzależniał się bardzo szybko. Wampirza czerwona ciecz była błogosławieństwem i przekleństwem. Ludzie dla kilku łyków bez sprzeciwów wykonywali wszelkie zadania, powierzone im przez wampiry. Stawali się żywymi marionetkami na usługach bezwzględnych potworów.

Jednak teraz narkotyk, który mu podano skutecznie hamował wszystkie próby wysądowania właściciela głosu. Kamil zastanawiał się dlaczego na ulicy jego zdolności nie zadziałały, jak mógł zostać tak prosto porwany. Nie zdawał sobie sprawy, że człowiek przez którego został bezceremonialnie wrzucony do furgonetki potrafił zablokować swoje emocje.

Gniew, złość, strach to wszystko było szczelnie ukryte głęboko w głowie zabójcy. Był niemal niezauważalny, był duchem.

Pytanie brzmi-Twój szef. Wszystko o nim po kolei. - powiedział sucho człowiek za plecami. - Przejdź od razu do rzeczy, nie chcę słyszeć bzdur, dokładnie wiem, ze nie jest człowiekiem. Słucham…

Twoje kości będą bieleć na wietrze człowieku. Nie zdajesz sobie sprawy z kim igrasz.. - gniewnie warknął Kamil. - Wypuść mnie człecze, a zapomnimy o wszystkim. Inaczej...

Ból jaki przeszył skrępowane ciało był tak wielki, że pozbawił na kilka sekund przytomności skrępowanego mężczyznę. Michale bez najmniejszej litości wbił dwa pręty w barki więźnia.

Następnie rozgrzał palnik acetylenowy i bez najmniejszej emocji przyłożył niebieski płomień do wystających końcówek.

Skrępowany mężczyzna był przyzwyczajony do bólu. Niejednokrotnie był bity przez porywczego wampira. Kilka razy miał złamane kości i nadwyrężone ścięgna. Jednak z tak strasznym przeszywającym bólem odbierającym zdrowy rozsądek nie spotkał się jeszcze nigdy w życiu.

Krzyczał póki nie zachrypł, gdy już nie miał siły na krzyk wył jak zabijane zwierzę. Kilka minut

zabiegów sprawnie rozwiązało język skrępowanemu mężczyźnie . Wśród smrodu palonego ciała płatny zabójca dowiadywał się o mrocznym tajemniczym świecie, który tętnił swoim życiem tuz pod nosem zwykłych śmiertelników. Tylko cienka niezauważalna linia dzieliła dwa światy, wkroczenie jej było zgubne dla obydwu ras mieszkających obok siebie.

Lekki wiaterek zerwał się, unosząc tumany kurzu i porozrzucane gazety. Zabójca leżąc wygodnie kilkanaście metrów nad ziemią, spokojnie czekał na przyjazd wampira. Miał jeszcze kilka minut, mógł w spokoju przypominać sobie wszystkie informacje zebrane od porwanego.

Jest wampirem. - wyszeptał ledwo żywy człowiek. - jest zastępcą przywódcy jednego z klanów miasta. Żyje tylko nocą, dzień jest czasem odpoczynku. Wampir pije krew z dzieci, tylko one go interesują.

Dlatego skupuje je od bandytów? - spytał zabójca.

Nie tylko. Prowadzi tez sieć prywatnych przedszkoli i tam wybiera swoje ofiary. - głos Kamila drżał z bólu i strachu. - Pożąda tylko jednej specyficznej grupy krwi i gdy już namierzy odpowiednie dziecko, wtedy zostaje ono porwane.

Jaki ty masz w tym udział? - spytał Michael.

Ja od kilku lat jestem głównych koordynatorem i kontrolerem w firmach pana Gutniego. -

Nieumarły zatrudnił mnie na tym stanowisku bym dopilnowywał jego interesów za dnia. Noce należą do niego.

Kontynuuj co jeszcze wiesz na temat swojego szefa?

Przesłuchanie trwało kilka godzin, podczas wymiany zdań zabójca dowiedział się prawie wszystkiego na nurtujący go temat. Układanka zaczynała się sama dopasowywać. Elementy pasowały do siebie dając obraz mrocznego, niebezpiecznego świata ukrytego tuż pod nosem nic nie wiedzących ludzi. Wampiry przeniknęły do wszystkich struktur społecznych, kontrolując co ważniejsze sektory. Zapewniały tym sobie bezpieczeństwo i spokój. Zazdrośnie strzegąc swoich tajemnic, likwidowały wścibskich.

Dzień był dla nieumarłych najgroźniejszą porą doby. Dlatego też potrzebowały oddanych, zaufanych ludzi by strzegły ich w słoneczne niespokojnie dnie. Wybierając swoje dugi kierowały się przede wszystkim ślepym oddaniem i bezwarunkowym posłuszeństwem. Było wielu, którzy za wampirzą krew i obietnice nieśmiertelności skorzy byli do współpracy z nieumarłymi,

— To wszystko co chciałem wiedzieć. - odezwał się zabójca gdy więzień zakończył swoją opowieść.

Wyciągnął pistolet i nie zwracając uwagi na błagania związanego człowieka strzelił mu prosto w twarz. Oblał zwłoki benzyną i podpalając wyszedł ze starej rudery w zimny pochmurny dzień.

Płatny zabójca leżąc na dachu, gimnastykował sobie palce, zaciskając i otwierając dłoń. Lubił ćwiczenie gdyż pozwalało zachować siłę i pewny chwyt broni. Nadszedł czas zabijania.

Obiekt jeszcze nie przyjechał. Michael miał chwilę czasu na ostatnie kosmetyczne zabiegi przy swoim karabinie. Roztarł kłykcie palców, przeczyścił szkło lunety, jeszcze raz sprawdził leżący w komorze nabój.

Zawsze używał specjalnych naboi wyrabianych przez starego znajomego. Nacięty odpowiednio czubek pocisku, po uderzeniu w cel rozpryskiwał się w ciele, robiąc straszliwe spustoszenia. Były to dobre pociski - lecz na ludzi. Teraz sprawa się skomplikowała, a zamiast uniwersalnego naboju w komorze, czekał specjalny rtęciowy pocisk, który przy zetknięciu z ciałem wybuchał.

U wejściowych drzwi zatrzymał się czarny mercedes - ofiara przybyła. Błyskawiczny ruch, fosforyzujące linie celownika optycznego wskazały głowę wysiadającego z samochodu biznesmena. Palec powoli zmierzał do spustu, lekko głaszcząc zimny metal.

Nadszedł czas.

Montarii wstrzymał oddech. Był maksymalnie skupiony, w myślach zaczął odliczać. Raz, palec oparł się delikatnie na spuście; mężczyzna wysiadł, rozglądając się wkoło. Dwa, sztucer znieruchomiał; obiekt, wolno ruszył w stronę wejścia Trzy...

W tym momencie zadzwonił telefon, niwecząc pracę tygodni. Całe napięcie zeszło z zabójcy jak

powietrze z przebitego balonika. Palec odskoczył od języka spustowego, oko przestało obserwować ceł. Cel wszedł do klubu pozostawiając za sobą kłęby pary, które pojawiły się tuż po otwarciu drzwi lokalu.

-Kurwa mać. - Wyrwało się zdenerwowanemu mężczyźnie. Wszystko szlag trafił. Wściekły, wydobył telefon z kieszeni. Obiecał sobie, że już nigdy nie zapomni o wyłączeniu go przed pracą, klął w duchu, podnosząc słuchawkę do ucha.

— Panie Karl, pańskie zlecenie z tą chwilą zostało anulowane, resztę pieniędzy otrzymał pan właśnie na swoje konto. Dziękujemy za współpracę, jeszcze się do pana odezwiemy.

W słuchawce zapadła cisza. Rozmowa została przerwana. Krótko, rzeczowo, na temat. Spojrzał na telefon. Wiele przeszedł w ostatnim czasie, za długo już pracował w tym niebezpiecznym zawodzie. Jak można było zapomnieć wyłączyć telefon. Klął w duchu. Tyle miesięcy pracy. Niech to szlag trafi.

Nagle oczyma wyobraźni zobaczył wampira, pochylającego się nad swym pożywieniem. Bezlitośnie zatapia swe kły w maleńkich gardziołkach i osusza bezbronne ciałka dzieci. Inne maleństwa wpatrzone w koszmarne sceny, na próżno wołały swoich rodziców. Umierały w samotności bez nadziei i szansy na normalne, długie życie.

Michael położył się z powrotem na miękkim czarnym kocu. Zacisnął dłonie na swoim sztucerze i wpatrzony w wizjer lunety czekał. Głowa pękała mu od płaczu i przerażającego krzyku dzieci.

Dzieci o twarzach cherubinów otaczały człowieka prosząc o ratunek, o sprawiedliwość.

Potworne cierpienie niewinnych musiało zostać pomszczone.

Po kilku minutach drzwi lokalu otworzyły się na oścież, wypuszczając na spokojną ulice białe obłoki pary i wampira. Wyszedł spokojnie, bez lęku z wysoko uniesiona głową. Chwytając się pod boki, przeciągnął się spoglądając w górę, wprost w wizjer karabinku snajperskiego.

Ułamek sekundy potem głowa nieumarłego rozprysła się na miliony szaro czerwonych części, a on sam zmienił się w pył rozwiewany przez wiatr buszujący wesoło między smolnymi latarniami.

Wracając do swego domu, do żony i dziecka, postanowił wycofać się z branży. Nie chciał już nigdy w życiu takich zleceń, zleceniodawców, którzy znają jego numer telefonu, wampirów i innych potworności.

Jednak, gdy nadchodziła noc, gdy miasto pogrążało się we śnie, Michael Montarii, od niedawna właściciel nieźle prosperującej firmy przewozowej, zamykał szczelnie wszystkie okna, włączając system alarmowy. Pogrążając się we śnie, słyszał śmiechy i szepty małych dzieci, które z wdzięczności odwiedzały swego wybawiciela.

Z natury ciche, ciemne parkingi, położone w piwnicach wielkich wieżowców, były przeznaczone do wiadomych każdemu celów. Ludzie pozostawiali tu samochody, udając się do swych mieszkań po morderczych godzinach spędzonych w pracy. Zawierzali dwójce ochroniarzy, pracujących przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, których jedyną pracą było sprawdzanie na monitorach wewnętrznych systemów bezpieczeństwa, tablic rejestracyjnych lub wypisywanie przepustek parkingowych.

Niekiedy grupa ambitnych filmowców zapuszczała się w ciemne podziemne pomieszczenia, kręcąc swoje amatorskie filmy. Chorzy psychicznie ludzie dokonywali tu swoich makabrycznych zbrodni, lub po prostu garaże były miejscem schadzek młodzieży.

Tym razem jednak podziemny parking stał się miejscem krwawej bitwy.

Dwóch mężczyzn z nadzoru parkingu leżało w nieładzie z rozszarpanymi gardłami. Dostali wypowiedzenie, przeszli na przedwczesny odpoczynek, bardzo długi odpoczynek. System kamer przemysłowych został przez kogoś wyłożony, tak że całe podziemie było odcięte od jakiejkolwiek inwigilacji.

Nowoczesne auta stały w milczeniu, obserwując szybko przemykające cienie kulących się postaci. Od czasu do czasu usłyszeć można było przytłumiony odgłos szurania oraz powstrzymywane oddechy.

Nagle ktoś zacharczał, upadło gdzieś ciało, cienie nadał krążyły.

Daniel dokładnie nie wiedział, kiedy z łowcy przeistoczył się w ofiarę. Jeszcze przed chwilą

wszystko szło zgodnie z planem. Wampir przyjechał o wskazanej godzinie. Wychodząc z auta, nic nie podejrzewając, nachylił się by zamknąć drzwi gdy...

Wtedy się zaczęło.

Strzał z kuszy trafił bezbłędnie w serce, nieumarły opadł z wyciem na ziemię. Kiedy ludzie się zbliżyli, ze zdziwieniem odkryli, że ich cel zniknął. Na ziemi leżał bełt, a wkoło, na czarnym asfalcie, pulsowała krew.

Cisze mrocznych przestrzeni rozdarł przeszywający huk strzału. Jeden z łowców zachłysnął się powietrzem i runął na ziemie charcząc. Pierś człowieka była przestrzelona, a z kurczowo łapiących powietrze warg wypłynęła szkarłatna ciecz.

Rozpoczęła się brutalna, bezpardonowa walka o życie. Na początku mężczyźni trzymali się blisko siebie, przeszukując systematycznie każdy metr parkingu. Jedne z nich wysoki blondyn, ściskający kurczowo strzelbę ze srebrnymi kulami zniknął na ułamek sekundy z pola widzenia kolegów, pochylając się za samochodem terenowym.

Rzężenie zlało się z przerażającym, szyderczym śmiechem.

— Po kolei zginiecie złamasy. - do uszu łowców doleciał śmiech.

Pozostało dwóch inkwizytorów, nie licząc kierowcy, który miał za zadanie czekać na nich w wozie z włączonym silnikiem jedną kondygnację niżej.

Daniel wślizgnął się pod jeden z samochodów, leżąc cicho, wstrzymywał oddech, oczekiwał. Po kilku chwilach, gdy już miał zrezygnować, ruszając na dalsze poszukiwania wampira, kątem oka dostrzegł ruch. Łowca w ręku trzymał groxna czterdzieste czwórkę załadowana srebrem. Była to zabójcza broń w rękach fachowca. Łowca za takiego się uważał.

Zza samochodu po drugiej stronie ujrzał przyczajony cień. To jego towarzysz, dobry druh, ostrożnie przemykał od jednego zderzaka do drugiego, bacznie rozglądając się na wszystkie strony.

Pochylił się jeszcze niżej, delikatnie wyglądając zza pięknego chevroleta. Już chciał ruszyć w dalszą wędrówkę, już chciał przeskoczyć do stojącego obok wozu terenowego, gdy nagle nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Krępy mężczyzna stanął jak sparaliżowany wyczuwając jakiś ruch za sobą.

Cień wolno zgęstniał, przybierając kształty potwornej humanoidalnej istoty. Z mroku, z szybkością błyskawicy, wystrzeliły dwie łapy, zakończone wielkimi ostrymi jak brzytwa pazurami. Zanim sparaliżowany strachem mężczyzna zdążył zareagować, stracił życie.

Atak był błyskawiczny. Ostre pazury rozorały tętnicę szyjną, przebijając krtań i tchawicę. Krew trysnęła jak z fontanny, zabryzgując wszystko w promieniu kilku metrów. Martwy człowiek osunął się ciężko na ziemię, patrząc na Daniela ze zdumieniem nie widzących już oczu. Kilka spazmatycznych skurczów, ciche rzężenie, czerwień, nicość.

Daniel wpadł w szał. Wyślizgnął się spod auta, mierząc do mrocznej postaci, nacisnął spust.

Huk wystrzału był ogłuszający, rozchodził się echem zwielokrotniony, odbijał się od betonowych ścian. Pociski znikające w ciemnościach, przeszywały pustkę. Wampir błyskawicznie zniknął w cieniu, jego dyscypliny kamuflażu niejednokrotnie ratując życie.

Łowca przebiegł kilka kroków dzielących od leżącego kolegi. Strzelał póki nie wyczerpał się magazynek. Jednak jakież było zdziwienie łowcy, gdy zamiast zmasakrowanych zwłok nieumarłego, odwiecznego wroga, zabójca natrafił na pustkę .Wampir jakimś niewytłumaczalnym sposobem wymknął się od pewnej śmierci, znikając w ciemnościach.

Daniel nagle z przerażeniem zdał sobie sprawę, że został sam. Opuściła go chęć walki, heroicznych czynów dla oczyszczenia świata, oddanie sprawie i bohaterstwo. Nic nie pozostało po zimnym, bezwzględnym twardzielu, na którego zawsze można było polegać. Teraz pierwotne instynkty brały górę, wyjąc w każdej komórce z przerażenia. Nawet narkotyki nie zadziałały hamująco na strach człowieka, który zaczął trząść się jak w febrze. Odezwał się instynkt samozachowawczy, nakazując: natychmiastową ucieczkę - oby jak najdalej od zagrożenia, oby jak najdalej od śmierci!

Łowca dokładnie wiedział, że nie było mowy o jakichkolwiek układach, o żadnym kompromisie, z potworem nie dało się pertraktować. Jak można było wytłumaczyć się z tego, że jeszcze kilka minut wcześniej, zaatakowało się wampira bezlitości, by obecnie błagać o litość.

Pozostała tylko ucieczka.

Najszybciej, jak mógł, pobiegł, nie oglądając się za siebie, w stronę majaczącego w ciemnościach auta. Samochód znajdował się kondygnację niżej więc człowiek musiał przejść jakieś pięćdziesiąt metrów by dobiec do pojazdu. Tamtędy szybko na dół i do bezpiecznego wnętrza, gdzie kierowca wywiezie uciekiniera w bezpieczne miejsce, dlatego od ścigającej go potworności.

Jeszcze tak szybko jak dziś Daniel nie biegł. Skręcając po pustym podjeździe wbiegł na niższy poziom. Już widział samochód, już zaczęła kiełkować w nim nadzieja na przetrwanie, już prawie odetchnął z ulgą. Wsiadając na tylne siedzenie wrzasnął do ucha kierowcy.

Jedź na miłość Boską!

Jednak kierowca, nieruchomy jak posąg, siedział wpatrzony w dal. Jego twarz niczego nie wyrażała, niewidzące, szeroko rozwarte oczy przepełniało wielkie zdumienie. Widać było, że zginął, nie wiedząc nawet kiedy. Chwile później przerażony człowiek spojrzał na swoje buty. Podłoga w samochodzie była czerwona, lepka, pełna koszmarnej grozy bestialskiej śmierci.

Daniel ciężko oddychał. Lęk, jaki poczuł, wstrząsnął jego ciałem, nienaturalny ból w trzewiach przypominał o narastającym stresie. Coś na kształt ostrego haka szarpnęło jego trzewiami powodując mdłości.

Nagle, nie wiadomo kiedy, przyszła panika. Potworna, nie dająca się opisać groza, przepełniła duszę, mrożąc ciało żywym lodem. Narkotyk pod, którego działaniem był łowca spotęgował stany lękowe.

Mający likwidować strach, dać poczucie niezniszczalności i odwagi drag zmienił swoje działanie wywołując nie dające się opanować przerażenie. Strach jaki wywołały ostatnie przeżycia zostało po dziesięćkroć zwielokrotnione. Człowiek znalazł się na granicy obłędu.

Daniel szarpnął za klamkę, wyskakując na zewnątrz, spojrzał w otaczający zewsząd półmrok. Usłyszał jakieś szepty, zobaczył cienie przemykające pod ścianami. Ostatnimi siłami człowiek podbiegł do drzwi od strony kierowcy, otwierając je, wyszarpnął jednym ruchem ciało zza kierownicy i... poczuł uderzenie. Przeleciał jak szmaciana lalka przez kilka samochodów, padając ciężko na maskę czarnego ferrari. Nie zdążył zareagować, a rodzący się w gardle krzyk rozpaczy został brutalnie zduszony. Coś potwornie silnego poderwało inkwizytora z ziemi, unieruchamiając w powietrzu.

Daniel otworzył oczy.

Zamiast rzędu ostrych kłów łowca zobaczył nienaganne białe zęby, wyszczerzone w drwiącym uśmiechu. Twarz wampira była przystojna, nieco blada, ale niczym nie przypominała pyska bestii polującej na nich jeszcze przed chwilą.

Na wiszącego kilka centymetrów nad ziemią, spoglądał niebywałej urody młodzieniec. Wyglądał jak serafin, piękny półbóg ze starych, na wpół zapomnianych legend. Twarz miał idealnie wyrzeźbioną, czystą i bladą, oczy czarne i głęboko osadzone w kształtnych oczodołach. Można było w nich wyczytać ból, smutek, wielkie wzruszenia, czas, pożądanie i nienawiść. Ta ostatnia emocja uwidaczniała się najwyraźniej.

Czas na śmierć, dziecinko. - Ostry, zimny głos poraził niemal do granic wyczulone zmysły człowieka.

Łowca odruchowo naprężył mięśnie w oczekiwaniu na koniec. Zaciskając z przerażeniem dłonie, próbował odchylić się jak najdalej od spoglądającej na niego twarzy. Zwieracze nie wytrzymały, mocz pociekł po nogach człowieka.

Biedaczek... co ci się stało — wampir z odrazą rzucił łowcę o ścianę.

Coś w organizmie człowieka brzydko strzeliło. Fala bólu rozlała się po ciele niczym tsunami. Daniel leżał jak szmaciana kukiełka sparaliżowany od pasa w dół.

Do oszołomionego człowieka nie docierał fakt, że właśnie został kaleką. Nie miało to większego znaczenia gdyż widmo rychłej śmierci było o wiele bardzie zajmujące, niż jakiś tam ból pleców. Człowiek czekał na swój koniec.

Jak przez mgłę widział podchodzącego wroga. Nieumarły jednym szarpnięciem podniósł oszołomionego człowieka, jednak nie zakończył życia łowcy.

Wampir, odwrócił się i spojrzał w najciemniejszy mrok, delikatnie węsząc. Uśmiechnął się i przemówił, zaciskając silniej palce na szyi wiszącego człowieka.

Wyjdź, wyjdź z mroku mój przyjacielu. Czyżbyś przyszedł mi z pomocą, tuż po walce?

Przestań drwić, Anton.- Dobiegł ich głuchy, przeraźliwie zgrzytający głos. - Przynoszę wiadomość z samej góry. Nie wiem, co się tam u nich wyprawia, lecz mamy natychmiast przestać walczyć z tymi mordercami. Zapanował tak zwany rozejm. Nikt zbytnio nie ma pojęcia, o co chodzi, lecz tak postanowił najstarszy.

Co ty opowiadasz, przecież te ścierwa przed chwilą próbowały mnie zabić. Czy nie widziałeś, jakie miałem kłopoty, jak niewiele brakowało? - No powiedz, człowieczku, wiesz coś na ten temat?

Wampir spojrzał na Daniela, wykrzywiając usta w przerażającym grymasie. W oczach łowcy wyczytał odpowiedź, uśmiechnął się do ukrytego w ciemnościach wampira.

Popatrz jest już niemal po tamtej strome. - wycedził ukrywający się w mroku wampir. - Zostaw człowieka, ma złamany kręgosłup. Jego życie to wózek inwalidzki, spójrz na niego toż to kaleka.

Padlina. - warknął Anton - No, a teraz opowiedz mi o tym wszystkim jeszcze raz. - Dodał głośniej, odwracając się do przyjaciela.

Palce zaciśnięte na gardle bez ostrzeżenia rozwarły się. Daniel runął na ziemie niczym podcięte drzewo. Upadając bezwładnie uderzył głową o asfalt .Zalała go błoga, spokojna ciemność.

W tej samej chwili, w aucie inkwizytorów odezwał się ostry sygnał telefonu. Brzmiał jeszcze długo, lecz nikt nie podnosił słuchawki w czekającej cierpliwie skrytce wozu. Odchodzące pomału wampiry nie zwróciły na ten fakt żadnej uwagi. Zajęci ożywioną dyskusją, pogrążyli się w ciemnościach windy, pozostawiając za sobą ciche pobojowisko przecenionych sił, zniszczonych marzeń oraz zawiedzionych ambicji.

 

 

0
Nikt jeszcze nie poleca tej notki.
Poleć innym tę notkę

Komentarze


~

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Znaczy rozwiodłeś się, czy siedziałeś w pace?
05-12-2013 22:32
~

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Nie wierzcie mu! To nie żaden nagniot to bolak się podszywa! - Ferdek K. się nigdy nie myli.
05-12-2013 22:37
karp
   
Ocena:
0

Próbowałem, ale początek nie zachęca, ale żeby nie było "nie, bo nie".

Wstęp (ten przed prologiem) zdecydowanie za długi, wystarczy akapit, góra dwa. Piszesz w sposób, że tak kolokwialnie powiem, "przegadany" i wychodzą z tego nieścisłości, jak choćby tutaj:

Słońce chciwie spijało wilgoć pojawiającą się na ich skórze, dlatego, choć pracowali ciężko, żaden z nich nie miał na sobie nawet odrobiny słonawego płynu.

To jedno zdanie, z którego wynika, że postaci pocą się i nie pocą się równocześnie. Czyli nic z niego nie wynika. No chyba, że na ich skórze coś się skrapla, albo ich pot nie jest słony.

Reasumując, styl mnie nie porwał. A może byś na początek pomyślał o czymś krótszym?

06-12-2013 09:53
DeathlyHallow
   
Ocena:
+2

przedmioty u Ciebie nieustannie coś robią. "skrytka wozu czeka cierpliwie", twarze wybuchają, pięści się otwierają, pocisk czeka w lufie - to takie uniwersum, gdzie przedmioty mają podmiotowość i to będzie główny twist, tak?

06-12-2013 17:16
~Współczujący Anioł

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Jesteście okropni! Człowiek miał jakieś ciężkie przeżycia, wrzucił swoje arcydzieło i trzeba go zrozumieć oraz podnieść na duchu. Nie martw się autorze gorsze rzeczy czytałem tj. brawo, pisz dalej dla siebie.
06-12-2013 19:45
gacoperz
   
Ocena:
0

TL;DR

07-12-2013 19:23
Agrafka
   
Ocena:
0

KTO? - pytam się. KTO pisze na Polterze o tym, że ma ciężką sytuacją i jeszcze doprawia to swoją twórczością? Przecież to samobójstwo.

09-12-2013 20:44
~

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+1
Trzeba trochę pobyć na Polterze by to wiedzieć. Wiesz są ludzie co jeszcze tego nie wiedzą. Tacy dla których ludzki = dobry, naiwniacy!!!
09-12-2013 21:08

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.