» Fragmenty książek » Wilczarz

Wilczarz


wersja do druku

Rozdział 1. Zamek Ludojada

Autor:
Wilczarz
Na niebie zgasły już ostatnie zorze i pełnia księżyca skąpała las zielonkawym srebrem poświaty. Człowiek, którego zwali Wilczarz, szedł przez las. Pokonywał wzgórze za wzgórzem, nie szukał ścieżek ani dróg. Kroczył śmiało, stawiając wielkie, równe kroki, jak gdyby nie znał zmęczenia. Nie chował się. Nie chronił się pod drzewami, nie omijał zalanych światłem polanek, nie patrzył pod nogi. Bose stopy niosły go tak jak dawniej bezszelestnie. Związane rzemieniami buty przewiesił przez ramię. Na drugim ramieniu, wczepiony weń ostrymi pazurkami, siedział czarny zwierzak o wielkich uszach. Kiedy Wilczarz przeskakiwał przez kupki chrustu lub schylał się, przechodząc pod gałęziami drzew, zwierzak rozpościerał skrzydła, by utrzymać równowagę. Wtedy dopiero było widać, że to nietoperz i że jedno skrzydło ma rozerwane.
Wilczarz znał te miejsca doskonale na pamięć, jak własną rękę. Wiedział, że dotrze do celu, nim minie północ. W dłoni trzymał kopię, której ostrze pobłyskiwało w świetle księżyca. To była krótka kopia, z drewnianą rękojeścią i szerokim, ostro zakończonym grotem z poprzecznym wrębem, broń na grubego zwierza.
Zatrzymał się tylko dwa razy. Pierwszy raz przy niewielkiej zeschłej osice, która rosła u zbiegu dwóch zapomnianych leśnych dróg. Wyjął nóż, nakłuł nim palec i krwią narysował na obnażonym, pozbawionym kory pniu drzewa święty Znak Ognia – koło z trzema promieniami zagiętymi ku słońcu. Krew wydawała się czarna w zimnym, martwym świetle księżycowej nocy. Wilczarz objął pień drzewa obiema dłońmi i przylgnął doń czołem. I tak stał przez jakiś czas. Poruszał wargami, szepcząc czyjeś imiona. Potem zdjął worek, który niósł na ramieniu, położył kopię i posadził Nielota Gacka na gładkiej rękojeści, ostrożnie odczepiając od koszuli jego pazurki. Ale zwierzak nie miał najmniejszej ochoty na rozstanie. Podskoczył i czepiając się odzieży, błyskawicznie wdrapał się na swoje miejsce i rozsiadł na ramieniu Wilczarza. Wpił się zębami w grubą lnianą materię, na wypadek gdyby człowiek znów chciał go oderwać. Wilczarz popatrzył na niego z ukosa i w milczeniu zaczął się wspinać po pniu drzewa.
Sięgnąwszy pierwszej gałęzi, podciągnął się na rękach, po czym zaczął się huśtać. Konar nie wytrzymał jego ciężaru i złamał się z trzaskiem. Wilczarz, zwinny jak zwierzę, spadł na miękką leśną trawę. Przyłożył gałąź do kolana i połamał ją na kilka części. Nie dbał o to, że ktoś mógłby usłyszeć dźwięk łamanego drewna. Znów wyciągnął z pochwy wielki nóż i jął ciąć gałąź na mniejsze szczapki. Powstał całkiem spory pęk łuczywa. Każdy kawałek z osobna Wilczarz umazał krwią z palca, po czym schował łuczywo do maleńkiego woreczka przy pasie. Wstał, pokłonił się drzewu i poszedł dalej.
Po raz drugi zatrzymał się, kiedy za wysokim stromym wzgórzem zobaczył wioskę. Momentalnie odszukał wzrokiem jeden z domów o niskim, pokrytym ziemią dachu. Nad belką wieńczącą dach widać było otwór, przez który ulatywał dym. Kiedyś, bardzo dawno temu, w tej zagrodzie mieszkał chłopiec z rodu Szarego Psa. Mieszkał od dnia urodzin do dwunastego roku życia. Na dwunastą wiosnę mężczyźni z tego rodu mieli zaprowadzić go do domu mężów na próbę dorosłości, mieli po raz pierwszy nazwać go mężczyzną i po odprawieniu obrzędów nadać mu nowe imię. Dziecięce przezwisko z domu miało odejść do przeszłości, to miało być prawdziwe imię, którego nigdy nie będzie mógł wyjawić obcym. Będą je znać tylko najbliżsi. I żona, kiedy będzie już mógł zaślubić kobietę. Przed wyprawą do lasu miała się odbyć uczta, na której miejsce musiało się znaleźć dla wszystkich: i dla rodziny, i dla sąsiadów, a może nawet dla cudzoziemców – Segwanów kunsa Winitariusza, którzy osiedlili się za zakolem rzeki...
Ale chłopcu nie nadano imienia. W przeddzień święta najemni wojowie kunsa Winitariusza przypięli miecze do pasów i napadli na wioskę nocą, niczym złodzieje. Jak powiadali, napadli nie dla jeńców ani bogactw – nie, chcieli przywłaszczyć sobie ziemie uprawne i siać postrach wśród plemion żyjących opodal. Winitariusz przybył w te strony jak gość, ale okazało się, że zostać ma tu na długo...
Chłopiec walczył jak mężczyzna. Pozostał przy życiu z powodu głupiego kaprysu zwycięzców. Poszczuto go psami, ale rozwścieczone bestie, choć ludzie Winitariusza kilka razy napuszczali je na chłopca, nie rozerwały go na strzępy. Podbiegały, obwąchiwały i odchodziły... Potem było jeszcze gorzej. Uciekał osiem razy, cztery razy wystawiano go na targu niewolników, był ciągle poniżany. Wreszcie niepokorny szczeniak z rodu Szarego Psa trafił do straszliwych podziemnych kopalni w Górach Szmaragdowych...
Ktoś otworzył drzwi domostwa. Wilczarz zobaczył dziewczynę, która poszła ścieżką prowadzącą ku rzece, gdzie pomimo późnej pory przy brzegu unosił się dym nad stojącą tam kuźnią i dźwięczały równe uderzenia młota. Wilczarz mógłby przysiąc, że dziewka niesie kolację dla kowala, który jeszcze nie skończył pracy.
Jego matka też kiedyś nosiła jedzenie ojcu...
Co za ludzie mieszkali teraz w jego chacie? Do kogo tak biegła dzieweczka – do rodzica, brata, narzeczonego?
Wilczarz nagle przysiadł nisko przy ziemi, zadrżał na całym ciele, objął rękami kolana i złożył na nich głowę. Nielot Gacek wczołgał mu się pod rękę, naprężył całe swoje ciałko i polizał maleńkim języczkiem jego policzek. Wilczarz wzdrygnął się, szeroką dłonią pogładził zwierzę po miękkiej sierści. Potem się wyprostował. Na jego połatanych skórzanych pludrach pozostały dwa wilgotne ślady.
Poprawił worek na plecach, wziął kopię i zaczął schodzić w dół zbocza.
Kowal ledwie zdążył wziąć w ręce koszyk przyniesiony przez młodziutką narzeczoną, kiedy drzwi ponownie skrzypnęły. Obejrzał się z niedowierzaniem – kogo przyniosło w tak nieodpowiednim momencie? Ujrzawszy przybysza, w jednej chwili chwycił za młot, a narzeczoną odepchnął w głąb kuźni, zasłaniając swoim ciałem.
Człowiek, który stanął w drzwiach, musiał zgiąć kark, by się zmieścić. Gęste rude włosy, gdzieniegdzie poprzetykane siwizną, opadały mu poniżej ramion, czoło miał przewiązane rzemykiem podtrzymującym kędziory. Na chudym, pooranym jak jodłowa kora obliczu złym blaskiem lśniły szarozielone oczy. Płonęły, jak się zdawało kowalowi, piekielnym ogniem. Przybysz miał złamany nos, a przez lewy policzek od powieki do szczęki biegła wielka szrama, której koniec znikał pod brodą. Grabieżca, gwałciciel, zabójca?
Nieproszony gość omiótł wzrokiem całą kuźnię, zdawało się, że nie od razu zauważył młodzieńca i dziewczynę. Wreszcie jego spojrzenie padło na uniesiony młot. Niezależnie od tego, jakie początkowo miał plany, teraz najwidoczniej o nich zapomniał. Powoli wyciągnął rękę.
– Dawaj no tu.
Niski, tubalny głos mógł przyprawić o dreszcze każdego. Jak zachowałby się kowal, gdyby spotkał się z Wilczarzem sam na sam, nie wiadomo. Ale teraz miał za plecami pochlipującą od czasu do czasu ze strachu piegowatą narzeczoną. Mocniej zacisnął dłoń na dębowym stylisku młota.
– Wynoś się stąd!
– Dawaj – powtórzył Wilczarz w języku Segwanów, nie ruszając się z miejsca. – To nie twoje.
– Wynoś się, pókim dobry! – zawołał kowal, który otrząsnął się z pierwszego wrażenia. Zdążył już zauważyć, że do kuźni nie wtargnął ani sługa kunsa, ani żaden najemnik spośród tych, którzy wędrowali od zamku do zamku, nie gardząc łatwym łupem, kiedy tylko nadarzała im się okazja. Poza tym nocny gość zapewne był sam. Kowal, pierwszy chwat w osadzie, nabrał śmiałości. Da radę, obroni i siebie, i dziewczynę.
Ale Wilczarz zrobił krok do przodu i kowal poleciał na bok, nie zdołał nawet się zorientować, skąd spadł cios, który go obalił. Dziewczyna krzyknęła, przyskoczyła i go objęła, próbując obronić ukochanego przed niechybną śmiercią. Jednak Wilczarz już nie patrzył w stronę kowala i jego dziewczyny. Schylił się i podniósł młot, którym jego ojciec przez wiele lat wykuwał lemiesze i sierpy. Na kowadle i teraz leżał niedokończony sierp. Wilczarz odsunął go na bok, położył na kowadle swoją włócznię i zamierzył się młotem na błyszczący grot. Nawet się nie obejrzał, kiedy kowal poruszył się pod ścianą, a potem, trzymając za rękę narzeczoną, wyskoczył z kuźni.
Po jakimś czasie pod kuźnią z widłami i toporami zgromadziła się połowa osady. Z uzbrojonymi mieszkańcami przybył też czarownik, który zabrał ze sobą garniec pełen żywych węgli i pęk ziół, które tak kochają bogowie. Miał nimi odczynić uroki i wygnać złego ducha, jeżeli nieproszony gość rzeczywiście takowym się okaże.
Już nie było słychać uderzeń młota, tylko brzęk metalu – najwidoczniej przybysz przebierał w narzędziach. Ludzie jęli spoglądać po sobie, przyjrzeli się też szczęce kowala, która dosłownie puchła w oczach, i jakoś nikt nie rwał się wchodzić do kuźni. Nagle drzwi się rozwarły i w progu stanął Wilczarz – czarna sylwetka wyraźnie rysowała się na tle rozpalonego paleniska. Księżyc świecił trochę z boku, przeto nie oświetlał jego twarzy, jedynie zapalił blade ogniki w jego oczach. Ludzie zaczęli szeptać. Wilczarz powoli omiótł ich spojrzeniem i nagle spytał w języku Segwanów:
– Kto mieszka w zamku za zakolem rzeki?
Niektórzy z obecnych później przysięgali, że jego głos dudnił i odbijał się echem. Przez kilka chwil trwała cisza, a potem ktoś odpowiedział:
– Szlachetny kuns Winitariusz...
Zza pleców zebranych doniósł się rezolutny chłopięcy głosik:
– Ludojad!
Wiadomo przecież, że małych chłopców żadna siła w domu nie zatrzyma, kiedy ich ojcowie i bracia wyprawiają się gdzieś z bronią w ręku. I żadna siła nie zabroni im po raz kolejny wykrzyczeć przezwiska okrutnego kunsa, za które – jeśliby tylko usłyszeli strażnicy – w najlepszym razie groziła straszna chłosta.
Ogień buchnął większym płomieniem za plecami Wilczarza. Na trawie zamajaczył jakiś cień, w ciemności błysnęły oczy. Ludzie odstąpili krok w tył. Kiedy Nielot Gacek po włosach wspiął się Wilczarzowi na czubek głowy, groźnie rozprostował skrzydła i zasyczał – wioska rzuciła się do ucieczki. Zniknął nawet czarownik. Był mądrzejszy od innych i w lot pojął, że przeciwko mocy tego ducha nie pomogą żadne węgielki ani święte zioła.
Jakiś czas potem młody kowal mimo wszystko powrócił do pustej kuźni, rozpalił palenisko i obejrzał swój dobytek. Wszystko było na miejscu. Brakowało tylko stareńkiego młota. Długo zastanawiali się z narzeczoną, cóż takiego mogło to oznaczać.

*

Kuns Winitariusz pojawił się u Szarych Psów pod koniec lata. Przypłynął na zniszczonej łodzi bojowej i zszedł na brzeg na czele trzech dziesiątków surowych, owianych morskimi wiatrami żeglarzy. Opowiedział Szarym Psom, że przybył w pokojowych zamiarach. Szukał nowego miejsca dla swojego plemienia. Na wyspie, gdzie mieszkali z dziada pradziada, już nie dało się żyć – lodowiec nacierał powoli, ale nieubłaganie.
Szarych Psów nie zdziwiły opowieści Winitariusza. Wenowie wiedzieli, że Segwanom z wysp przez ostatnie sto lat było coraz trudniej. Toteż nie dziwota, że coraz więcej wyspiarzy przenosiło się na stały ląd. To źle, jeśli wnuk osiada nie tam, gdzie pochowany jest dziad! Po naradzie Szare Psy wskazały jasnowłosemu kunsowi ziemie na drugim brzegu rzeki Światyni. Kraj Wenów tu się kończył, a do krainy Solwenów na zachodzie było jeszcze daleko.
Winitariusz serdecznie podziękował za łaskawe przyjęcie.
Skąd Szare Psy miały wiedzieć, że wyspiarskie plemię już dawno przezwało swojego zapobiegliwego wodza Ludojadem...

*

Wilczarz stał w cieniu gęstych iw i patrzył na zamek wznoszący się na przeciwnym brzegu rzeki, stromym i urwistym. Widział jak na dłoni komesów – zaciężnych wojów Ludojada – którzy przechadzali się po umocnionym drewnianymi balami wale obronnym. Oni go dojrzeć nie mogli. Widział też, że pan jest w zamku. Nad spiczasto zakończonym dachem leniwie powiewała chorągiew. Ta sama chorągiew, która przez długie jedenaście lat śniła mu się po nocach.
Zdjął z pleców worek i położył na ziemi. Nielot Gacek mu już nie towarzyszył. Jakiś czas temu Wilczarz pozostawił go przy wejściu do pieczary, w której gnieździli się jego pobratymcy. Zwierzak rozpaczliwie piszczał i próbował dogonić człowieka, przy którym czuł się bezpiecznie, ale Wilczarz odszedł, nie oglądając się za siebie. Może nietoperz nadal pełzł jego śladem, niezbornie przedzierając się przez trawy. Wilczarz odegnał tę myśl.
Sięgnął do worka, wyciągnął placek, zamachnął się i wrzucił go do wody. Jeśli strażnicy dosłyszą plusk, pomyślą, że to ryby wyskakują ponad powierzchnię wody. Ród Szarego Psa szanował Światynię, pramatkę rzekę, zawsze składał jej ofiary. A już szczególnie przed ważnymi wydarzeniami. Wilczarz zdjął koszulę, ułożył ją na worku i pozostawił. Może się komuś przyda. Przywiązał włócznię do nadgarstka, żeby nie zgubić. Bezszelestnie wszedł do wody i zanurzył się, nim ktokolwiek mógł go dostrzec z wałów.
Płynął pod wodą, tylko od czasu do czasu wystawiał głowę, by nabrać powietrza. Światynia mu pomagała – marszczyła małe falki, wśród zalanych bladą poświatą księżycową wód nie sposób było rozróżnić, co jest grzbietem fali, a co głową płynącego...
Wilczarz musiał mieć się na baczności, przeto płynął powoli. Wreszcie dopłynął do wysokiego urwiska, które skryło go przed wzrokiem strażników. Wtedy wynurzył się i bezgłośnie ruszył wzdłuż brzegu. W każdym grodzie leżącym w pobliżu jeziora lub rzeki jest tajne ujęcie wody. Tak być musi, w przeciwnym bowiem razie nie byłoby powodu, by gród szturmować – wystarczyłoby go otoczyć, a oblężeni wcześniej czy później zmuszeni byliby się poddać, nie wytrzymawszy pragnienia.
Wilczarz wiedział, gdzie znajduje się ujęcie wody i dukt wodny prowadzący do wnętrza grodu. Jeśli człowiek chce się czegoś dowiedzieć, to się dowie. To tylko kwestia czasu.
Odszukał charakterystyczne kamienne rumowisko na brzegu. Zanurkował. Za piątym czy szóstym razem zdołał wreszcie namacać koniec podziemnego akweduktu. Wynurzył się, kilkakrotnie głęboko odetchnął. Wreszcie napełnił płuca powietrzem i ponownie zanurzył się w wodach rzeki.

*

– Mamo, uciekaj! – Szary Pies, który właśnie skończył dwanaście lat, podniósł z ziemi porzuconą przez kogoś krótką włócznię i skoczył w stronę komesa, który wybiegł zza spichlerza. – Mamo, uciekaj!
Zaprawiony w bojach woj od niechcenia machnął okrwawionym mieczem. Jednak młokos okazał się bardzo zwinny. Miecz świsnął nad jego rudą głową, z której nie spadł ani jeden włosek. Chłopiec dał nura pod ramię Segwana i cienkie jak żądło ostrze włóczni utkwiło w twarzy komesa, pod brwiami.
– Mamo, uciekaj!
Kiedy go pojmano, brat zabitego komesa osobiście szczuł chłopca psami. I zajadle kłócił się ze swoim wodzem, ale Winitariusz pozostał niewzruszony i nie pozwolił dobić pobitego jeńca. Na szczęście, powiedział. Na szczęście.

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.