» Recenzje » Wieża Królewskiej Córy - Chaz Brenchley

Wieża Królewskiej Córy - Chaz Brenchley


wersja do druku

Gej, czarownica i głupia baba.

Autor:
Wieża Królewskiej Córy - Chaz Brenchley
Kiedy wzięłam do ręki książkę Chaza Brenchleya Wieża Królewskiej Córy, otwierającą cykl Outremeru, byłam pełna dobrych przeczuć. Nie odstraszyła mnie nawet tandetna okładka - bardzo pozytywnie wypowiadał się o powieści Jacek Dukaj z Nowej Fantastyki, który zwykle nie poleca czytelnikom byle czego. Zaczęłam czytać - przez pierwsze kilka stron myślałam, że mam do czynienia z dobrym dark fantasy, takim w stylu Północnej Granicy Feliksa W. Kresa. Aż tu nagle, dobrze zapowiadająca się powieść zaczyna się zamieniać w opowieść fantasty klasy C, bo klasa B to dla niej za wysoko. By uniknąć pomówień, że czepiam się bez przyczyny, postaram się sprecyzować dokładniej moje zarzuty.

"Po pierwsze: Królestwo Outremeru i twierdza Roc de Rançon". Są to miejsca, w których toczy się akcja Wieży... Oba miejsca do bólu kojarzą się Państwem Łacinników w czasach wypraw krzyżowych. Śmiało można przeprowadzić paralelę: Outremer - Państwo Łacinników, twierdza - niezdobyty Ashkelon. Ten ostatni nawet historię ma podobną: Najpierw był twierdzą niewiernych Szajarów (nasi Arabowie), a potem został zdobyty przez zakonników Odkupicieli (u nas: Templariusze). Autor nawet nie pokusił się o stworzenie własnej mapy - skorzystał z tego, co dała mu historia: użył mapy Ziemi Świętej czasów krucjat, którą na pierwszy rzut oka rozpozna ten, kto się interesuje historią zakonów rycerskich.

"Po drugie: bohaterowie". Są nimi Marron, Elisanda i Julianna. Nie bez kozery swojej recenzji dałam tytuł "Gej, czarownica i głupia baba". Dlaczego?

Od pierwszego pojawienia się Marrona na kartach powieści, wiedziałam, że jest gejem. Autor opisuje jego zachowania tak sugestywnie, że nie można mieć wątpliwości - i rzeczywiście pod koniec tomu dochodzi do zbliżenia między nim a rycerzem, któremu służy. Kto jest wrażliwy na takie opisy, niech przerzuci dla własnego dobra kilka stronic do przodu. Oczywiście nie jest to wina Marrona, że jest gejem i dodam tylko, by nie umniejszyć go w Waszych oczach, że jest najbardziej interesującą i spójną postacią w całej powieści.

Jeśli idzie o Elisandę - autor wprowadza ją do opowieści w sposób, w jaki zwykło się wprowadzać wszelkiej maści magów. Elisanda pojawia się bowiem nagle, nie wiadomo skąd przybyła, dokąd naprawdę zmierza i jaki jest jej cel. Niewiele też mówi o sobie i swojej przeszłości. Jest jednak postacią znośną, sympatyczną i da się ją lubić, podobnie jak Marrona.

Co do rzeczonej "głupiej baby" - jest nią Julianna, lat szesnaście , córka Królewskiego Cienia - jednego z najbardziej zaufanych rycerzy króla. Owa młoda dama szczyci się rozwagą i opanowaniem - niestety, żadnej z sytuacji, która wymagała wykazania się tymi cechami, owa młoda dama nie podołała. Jest zarozumiałą pannicą i nie potrafiłam jej polubić.

"Po trzecie: fabuła". Z czystym sumieniem zarzucę jej brak oryginalności - autor jakby próbował wzorować się na Imieniu Róży Umberta Eco, ale zabrakło mu jego erudycji. Brenchley poświęca zbyt wiele miejsca relacjom między bohaterami - tymi pierwszoplanowymi i tymi z dalszych planów zamiast skupić się na intrydze, która ma stanowić oś wydarzeń w tomie. Cierpi na tym fabuła, gdyż zamiast stanowić spójną całość, jest niezwykle poszarpana. Sytuacja zaczyna się klarować dopiero około trzechsetnej strony. Wydaje mi się, że to trochę za późno, bowiem jest to ponad połowa tomu.

"Po czwarte: autor". Chaz Brenchley traktuje swojego czytelnika jak idiotę i nie pozwala mu dokonywać konkretyzacji literackiej tekstu. Niewtajemniczonym w teorię literatury wyjaśniam, że jest to zabieg, którego dokonuje każdy czytelnik, dopowiadając sobie to, co nie zostało jasno sprecyzowane. W skrócie: jest to czytanie miedzy wierszami, odnajdywanie sensu słów, nie tylko ich odbieranie. Zatem autor nie pozwala nam na odczytywanie sensu słów - kursywą zaznaczone są te fragmenty, w których dokonuje tego za nas. Jest to irytujące, a niektórzy mogą poczuć się obrażeni. Ja się poczułam. Jestem skłonna wybaczyć literaturze wiele rzeczy, ale nie obrażanie mojego intelektu.

"Po piąte: tłumaczenie i redakcja". Czytając, miałam wrażenie, że tłumacz korzystał z translatora elektronicznego, bo w tomie pojawia się mnóstwo kwiatków stylistycznych, których znamienną cechą jest angielska składnia. Najbardziej utkwiło mi w pamięci zdanie "Czy ja mam przynieść obiad tobie, panie?" W dodatku w powieści jest mnóstwo literówek, czasem bardzo drażniących. Według mnie wynik pracy tłumacza i redaktora jest w tym wypadku ujemny. Dawno nie miałam w ręku tak kiepsko tłumaczonego i zredagowanego tekstu.

Teraz kilka słów o zaletach książki - jest ich bardzo niewiele. Jest dobrze wydana, porządnie sklejona, druk jest wyraźny. Koleją zaleta jest zakończenie; przyznam szczerze - jest dość ciekawie, choć nie zaskakujące - autor sprytnie zostawił sobie furtkę do następnego tomu. I co jeszcze z zalet? Hmmm... Nic.

Reasumując: Wieża Królewskiej Córy jest książką kiepską, czytałam ją ze znudzeniem i irytacją. Akcja rozkręca się zbyt późno, gdy czytelnik już jest wyczerpany licznymi bezsensownymi dyskusjami bohaterów, opisami pustyni i Roc de Rançon. Ileż można czytać o labiryntach korytarzy i piasku pustyni?. Dodatkowo odbiór lektury zakłóca fatalne zredagowanie tomu. Autor, o którym można przeczytać, że "od osiemnastego roku życia zarabia pisaniem książek", pokazał, że pisanie jest naprawdę dla niego sprawą zarobkową. Szkoda.
3.5
Ocena recenzenta
-
Ocena użytkowników
Średnia z 0 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Cykl: Outremer
Tom: 1
Autor: Chaz Brenchley
Tłumaczenie: Małgorzata Wieczorek
Autor okładki: Jarosław Polański
Wydawca: ISA
Miejsce wydania: Warszawa
Data wydania: 2004
Liczba stron: 528
Oprawa: miękka
Format: 115 x 175 mm
ISBN-10: 83-7418-007-2
Cena: 31,90 zł

Komentarze


~Verghityax

Użytkownik niezarejestrowany
    Uff...
Ocena:
0
Po przeczytaniu tej recenzji odechciało mi się czytania, a tym bardziej kupowania tej książki, a, przyznaję, miałem to już w planach. No cóż, przynajmniej mój portfel nie schudnie :]
08-07-2004 14:01
Norman
   
Ocena:
0
Wystarczyło mi kilkanaście stron tego dzieła, żeby popłakac sie ze śmiechu.
Nigdy nie widziałem tez żeby Maltaladriel przeżywała podobne meki czytająć cokolwiek.
08-07-2004 18:29
~Ktoś-o-innym-guście

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
heh...a mnie siem akurat ta książka podobała...poza tym jak sie komu tłumaczenie nie podoba zawsze moze przeczytac orginał :P i sobie człek poprawi znajomość języków obcych i uniknie nierozgarniętych tłumaczy...

aha moza i oczy mi wykuło albo co, bo nie dostrzegłam żadnego, podkreślam żadnego powiązania z "Imieniem róży" Eco (którego to twórczość też bardzo lubię) no może, że w obydwu książkach byli i mnichowie i homoseksualiści n_n aha i konie jeszcze takie milutkie zwierzątka ~_~
27-09-2004 14:36

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.