» Recenzje » Welin - Hal Duncan

Welin - Hal Duncan

Welin - Hal Duncan
Każda książka z serii Uczta wyobraźni z definicji musi być wyjątkowa. Powinna ją wyróżniać przede wszystkim oryginalność oraz dążenie do przełamywania gatunkowych schematów. Trzeba przyznać, że Welin doskonale spełnia te kryteria. Bez emfazy powiem, że nigdy nie czytałem czegoś podobnego.

Tytułowy Welin to świat składający się z miriady innych uniwersów, pośród których nasza rzeczywistość jest zaledwie nic nie znaczącym pyłkiem, plamką atramentu na ogromnej tkaninie. Istoty zwane enkin - wybrańcy, bogowie, aniołowie, demony – posiadają zdolność poruszania się między światami, potrafią także wejść do samego Welinu. Niegdyś potężni władcy ludzi, obecnie żyjący raczej w cieniu (a mimo to, de facto nadal będący u władzy), zgrupowali się w różne organizacje. Na czele Przymierza stanął Metatron, a inni enkin pozostali pod przywództwem Suwerenów. Istnieje jednak niewielka grupka buntowników, niebezpiecznych rewolucjonistów pragnących odciąć się od narastającego między wrogimi frakcjami konfliktu. Na ich nieszczęście, żadna ze stron nie może sobie pozwolić na obecność wolnych enkin.

Właśnie na tej ostatniej, najmniej licznej grupie bóstw skupia się akcja powieści. Phreedom, Jack, Seamus, a także Thomas Messenger zmuszeni są do niekończącej się zabawy w kotka i myszkę ze swoimi prześladowcami – sługami Głosu Boga (to właśnie anioły są bardziej zawzięte na buntowników). Pragnący wolności wybrańcy uciekają przez światy, przez czas i wcielenia, ciągle czując na plecach oddech swoich prześladowców. W całej historii wciąż przewija się tajemnicza Księga Wszystkich Godzin, w której zapisano przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, a która zaginęła przed wiekami.

Na pozór fabuła nie wydaje się skomplikowana, jednakże w praktyce rzecz ma się zupełnie inaczej. Pierwszy kontakt z prozą Duncana był dla mnie szokiem. Co akapit, to nowa historia. Welin to kalejdoskop postaci, miejsc i wydarzeń, a zorientowania się w tym chaosie w żaden sposób nie ułatwia fakt, iż niektórzy z bohaterów mają po kilka wcieleń. Nie dziwię się więc czytelnikom, którzy po przeczytaniu kilkunastu pierwszych stron mieli ochotę porzucić lekturę (nawet mi to przeszło przez głowę). Dlatego też Welin jest powieścią dla wytrwałych, którzy nie unikają swoistych intelektualnych zapasów z autorem. Czytanie jej wymaga wyjątkowego skupienia, naprawdę męczy, a każdy moment dekoncentracji odbija się później na nas samych, częstokroć skutkując pogubieniem się w historii.

Normalnie takie pomieszanie zarówno na gruncie konstrukcji fabuły, jak i narracji (często zmienia się osoba narratora) uznałbym za wadę, jednakże: "W tym szaleństwie jest metoda". Gdy spojrzeć na powieść niejako z góry, przyjrzeć się samemu Welinowi, dojdzie się do wniosku, że najlepiej opisuje go jedno słowo: transcendentny. Każdy z głównych bohaterów (a zwłaszcza Seamus i Jack) dysponują bardzo szerokim wachlarzem wcieleń, do których powracają w mnóstwie retrospekcji. Owszem, sprawia to, że częstokroć trudno się zorientować, czy dane wydarzenie należy do przyszłości, rozgrywa się teraz, a może stanowi coś w rodzaju wróżby (tych jest na szczęście mniej), jednakże takie, a nie inne prowadzenie fabuły zostało poniekąd wymuszone na autorze poprzez koncepcję świata. W Welinie wszystko się miesza, przenika, więc nie inaczej musiało być zarówno z postaciami, jak i wydarzeniami. Były takie momenty, gdy nie wiedziałem, w której rzeczywistości rozgrywają się dane sceny (szczególnie w wątku Phreedom), ale jednocześnie byłem pełen podziwu dla Duncana, który wyśmienicie potrafił na łamach swojej książki oddać specyfikę stworzonego przez siebie multiwersum.

Dodatkową przeszkodą, stającą czytelnikowi na drodze do ogarnięcia tego literackiego galimatiasu, był nietypowy podział treści. Mamy klasyczne rozdziały - każdy zakończony Erratą (niby podsumowanie, zawiązanie akcji, ale jednocześnie nieraz nie związane z treścią danego działu) -, a w środku każdego z nich mnóstwo mini rozdzialików, nie dłuższych niż dwie, trzy strony, posiadających własne podtytuły. Jakby tego było mało, spora ich część wcale nie jest jednorodna. Są momenty, gdy nawet w obrębie tych kilku stron autorowi udało się upakować trzy różne historie, przeplatające się ze sobą niczym misterny warkocz. I tak to się właśnie odbywa – z pozoru chaotycznie, a tak naprawdę pieczołowicie przemyślane. Nie bezładny kołtun, a warkocz, skomplikowany, trudny do ogarnięcia, gdy chcieć śledzić pojedyncze pasmo, ale jednocześnie, gdy spojrzeć całościowo, kompletny i przede wszystkim urzekający.

Kolejną charakterystyczną cechą prozy Duncana jest język. Styl tego pisarza stanowi pomieszanie poetyckości ze współczesnością. Z jednej strony mamy pełne metafor i wyszukanych epitetów opisy, a z drugiej dialogi przeładowane wulgarnością. Fakt, szkocki twórca jest konsekwentny i przynajmniej w obrębie owych mini dzialików stara się zachować spójność języka, ale niestety czasami zdarza się, że po wyjątkowo lirycznym akapicie następuje wymiana niecenzuralnych słów, a to drastycznie psuje nastrój.

Olbrzymim atutem Welinu jest niesamowite bogactwo elementów mitologicznych. Postacie, miejsca, niekiedy całe mity – Duncan sprawnie operuje dziedzictwem wielu kultur (w największej mierze Sumerowie, księga Zohar), czerpiąc z nich pełnymi garściami. Niektórym owe przemieszanie może do gustu nie przypaść, bo jest to de facto istny miszmasz, ale dla pasjonatów wszelkich legend (jak ja sam), jest to nie lada atrakcja.

Welin ma jednak sporo wad. Przede wszystkim, mimo mojego zrozumienia dla specyficznej konstrukcji fabuły, muszę przyznać, że Szkot niekiedy przesadzał. Były momenty, gdy miałem poważne problemy ze zorientowaniem się w wydarzeniach, bo akcja skakała od jednej sceny do drugiej, plącząc, mieszając i przeplatając ze sobą wszystko, co tylko się dało. Niczego nie ułatwiał również fakt, iż powieść ta jest bardzo głęboko zakorzeniona w historię ojczyzny pisarza. Pojawiają się wydarzenia z najnowszych dziejów Szkocji, których szczegółów przeciętny obywatel naszego kraju raczej nie zna. Utrudniało to lekturę zwłaszcza w wątku Seamusa Finnana, bo częstokroć miałem wrażenie, iż Duncan pomija niektóre fakty, z góry zakładając, że są one powszechnie znane.

Niezbyt do gustu przypadło mi także afiszowanie się z homoseksualnością postaci. Nie chcę być źle zrozumiany, nie chodzi o samą orientację, ale o fakt iż pisarz wplatał scenki erotyczne, niekoniecznie mające jakiekolwiek znaczenie dla rozwoju akcji, gdzie tylko mógł. Zirytowało mnie kreowanie niektórych bohaterów jakby byli seks-drapieżnikami, wyraźnie ukierunkowanymi tylko na cielesną przyjemność.

Nie popisała się również odpowiedzialna za przekład Anna Reszka. Tak jak rozumiem, dlaczego w formie oryginalnej pozostawiono chociażby imię Phreedom, tak pisanie: "apostoł Thomas" jest już śmieszne. Najbardziej na polskim tłumaczeniu ucierpiała Ballada o Seamusie Finnanie, która po przełożeniu na nasz rodzimy język straciła cały swój urok (na dobrą sprawę została zamieniona w dziwną relację zdarzeń).

Podsumowując, Welin jest przede wszystkim oryginalny. Trudny w odbiorze, miejscami nazbyt chaotyczny i wulgarny, ale mimo wszystko cudownie świeży. Warto polecić go każdemu, kto pragnie jakiejś odmiany, czegoś ożywczego, unikalnego. Bo powieść ta na pewno nie jest idealna, ale mimo wszystko jest szalenie interesująca.
Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę
8.5
Ocena recenzenta
7.68
Ocena użytkowników
Średnia z 14 głosów
-
Twoja ocena
Tytuł: Welin
Cykl: Księga wszystkich godzin
Tom: 1
Autor: Hal Duncan
Tłumaczenie: Anna Reszka
Autor okładki: Irek Konior
Autor ilustracji: Chris Shamwana i Neil Lang
Wydawca: MAG
Miejsce wydania: Warszawa
Data wydania: 6 października 2006
Liczba stron: 432
Oprawa: twarda
Format: 135 x 205 mm
Seria wydawnicza: Uczta wyobraźni
ISBN-13: 978-83-7480-032-7
ISBN-10: 83-7480-032-1
Cena: 34 zł



Czytaj również

Welin - Hal Duncan
- recenzja
Żałoba zabawkarza – Hal Duncan
(The Toymaker's Grief)
Oka Wejrzenie – Hal Duncan
(The Behold of the Eye)

Komentarze

string(15) ""

Sayonara
   
Ocena:
0
Bardzo ciekawa, ale rzeczywiście trudna. Ja porównałbym ją do skrzyżowania Innych Pieśni z Wurtem.
Polecam, ale tylko osobom, które szukają w fantastyce nowych klimatów. Wątki erotyczne rzeczywiście momentami wydają się wciskane na siłę.
08-07-2008 16:17
teaver
   
Ocena:
0
Czytałam drugą część, Atrament, męczyłam się z nią przez tę nielinearność. A po lekturze innego tekstu Duncana stwierdziłam, że on chyba szuka pretekstów, żeby oznajmiać wszem i wobec swoją orientację seksualną. Nie podszedł mi nie tylko przez te dwie rzeczy, ale i przez niestrawną mieszankę językową, o której wspomina malakh. Nie wiem, komu można to polecić, bo swojego egzemplarza nie mogę sprzedać od roku... :P
08-07-2008 20:32
SkeezaPhrenyak
   
Ocena:
0
teaver, skoro nie przeczytałaś części pierwszej, nic dziwnego, że męczyłaś się z drugą... :/
08-07-2008 21:33

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.