Pamięć zwana imperium
string(15) ""
» Blog » Wampirzy gambit - Prolog
04-08-2012 12:08

Wampirzy gambit - Prolog

Odsłony: 12

Witam

 

Po skończeniu "Mrocznego Przebudzenia", przez jakiś czas próbowałem (bezskutecznie) swoich sił w konkursach literackich. W efekcie, nabawiłem się apetytu na nową książke, tym razem zwykły świat mroku.

 

Tak narodził się pomysł na historię, której prolog prezentuję tutaj.

 

Mam nadzieję, że Wam się spodoba i życzę miłej lektury

 

Wampirzy gambit.

Prolog: Zmierzchnięci

 

            Pogrążone w półmroku, wąskie korytarze pociągu były opustoszałe. Długa trasa i późna pora sprawiła, że prawie wszyscy już posnęli i to pomimo stukotu kół. A może właśnie dzięki jego miarowemu rytmowi, wpadającemu przez pootwierane okna. Ci nieliczni pasażerowie co nie spali, byli zbyt zmęczeni aby wyściubiać nosa z wygaszonych przedziałów.

Dlatego nikt nie zauważał przerażonej dziewczyny biegnącej korytarzem. Była młoda, miała modną, choć potarganą fryzurę i takież ubranie. Jej koszule znaczyła świeże krew a policzki czarne zacieki rozmazanego przez łzy makijażu.

Co chwilę rzucała okiem na siebie i choć nikogo nie dostrzegała, za każdym razem przyśpieszała na moment. Dziki, niemal zwierzęcy strach dodawał jej sił. Jednocześnie sprawiając, że nie była w stanie zmusić gardła do wydania krzyku o pomoc. Jedynie ciche jęki szlochu wydobywały się z jego ściśniętych ścianek. Jakaś część jej świadomego umysłu zdawała sobie sprawę, że i tak byłoby to bezcelowe. Każdy kto przyszedłby jej z pomocą, zginąłby na miejscu.

Któż w końcu mógł mieć szanse w konfrontacji niemalże z bogiem? Z dziecięciem nocy, nieumartym wcieleniem piękna? Ta świadomość przypominała jej bezsens własnej ucieczki. Nie miała szans przed nim uciec i oboje to wiedzieli. Jego piękny śmiech, gdy mu się wyrwała był tego najlepszym dowodem. Po prostu bawił się z nią w kotka i myszkę.

Ale to tak bardzo bolało!

Musiała się oderwać od tego cierpienia, choćby na chwilkę. Teraz cały czas odczuwała ból, gdy świeża krew spływała z jej szyi. Był on jednak tylko cieniem tego, który czuła, gdy rozrywał jej ciało swoimi kłami.

Po raz kolejny spojrzała przez ramię. Za drzwiami wagonu dostrzegła jego szczupłą, chłopięcą sylwetkę i długie czarne włosy. Uśmiechał się miło pod opadającą na oczy grzywką. Dziewczyna zaszlochała i zdwoiła wysiłki.

Sama to na siebie sprowadziła. Zakochana w książkowych wampirach, spotkała go na zlocie fanów jednej z autorek. Od razu wydał się jej atrakcyjny. Blady, szczupły, w modnym ubraniu, w modnej fryzurze. Na wyrywki znał wszystkie jej ulubione książki i opowieści o książętach nocy. Perfekcyjnie budował wokół siebie aurę tajemniczości i aksamitnego mroku.

Wiedziała, że wampiry naprawdę nie istnieją i chce ją jedynie zaliczyć. Nie przeszkadzało jej to. Sama chciała wierzyć, że naprawdę jest krwiopijcą jak ci cudowni, czuli mężczyźni z kart wspaniałych powieści. Chciała wyobrazić sobie jak to jest być wybranką tak cudownej, nieśmiertelnej istoty i on mógł jej dać tego namiastkę.

Wyjazd był jego pomysłem i widziała, że skończy się seksem. Przygotowała się odpowiednio, miała prezerwatywy, sprawdziła w którym okresie cyklu się obecnie znajduje. Tak na wszelki wypadek. Gdy spotkali się o zachodzie słońca na peronie, on popędził ją do wagonu. Udawał, że słońce mu szkodzi. Była tym zawiedziona.

Liczyła, że przynajmniej wysili się nałożyć błyszczyk, aby lśnić w promieniach słońca. A on ją popędzał, nie mogąc się doczekać momentu gdy dobierze się do jej majtek. Westchnęła w duchu i zaprzęgła bardziej do pracy wyobraźnię. Uznała, że „w trakcie” pewnie też będzie musiała sobie dopowiedzieć to i owo, aby było wyjątkowo.

Dlatego zdziwiło ją jego zachowanie gdy usiedli razem w przedziale. Wcale nie był natarczywy. Wręcz w drugą stronę. Zaczęli rozmawiać, siedząc blisko siebie. Obejmował ją, głaskał, szeptał do ucha. Opowiadał jaka jest wyjątkowa, jak porusza w nim coś, czego nie czuł od bardzo dawna. Potem wysłuchał jej opowieści, wątpliwości i pragnień. Był przy tym uważny. Już wtedy dostrzegła dziwny wyraz jego oczu, ale zrzuciła to na soczewki jakie pewnie nosił.

W końcu, gdy inni posnęli zbliżył się do niej. Pocałował po raz pierwszy. Zdziwiło ją to. Mogła zaakceptować jego zimne dłonie, w końcu na studiach uczyli ją o chorobach krążenia. Nie obejmowały one jednak twarzy!

Nim zdążyła zwrócić na to baczniejszą uwagę, oderwał się od niej. Ukrył twarz w dłoniach i zaszlochał bezdźwięcznie. Zatroskała się i przytuliła go, on zaś wyjawił, że nie powinna tu być. Opowiedział, że nie wie czy zdoła się przy niej powstrzymać, powściągnąć swoje pragnienia. Wyznał, że boi się o jej bezpieczeństwo.

Była pod wrażeniem tego jak dobrze grał swoją rolę, niemal czuła się jak bohaterka powieści. Postanowiła nagrodzić go odgrywając swoją część i wypytała dlaczego, co się stało. Wtedy wyznał jej, że jest wampirem.

Nie towarzyszył temu żaden dramatyczny akord muzyczny, ani nagły powiew wiatru. Mimo to słowo „wampir” zawisło w powietrzu jak najsłodszy afrodyzjak. Przynajmniej dla niej. Objęła go mocniej, skierowała jego chłodna twarz ku swojej i jak w książkach wyznała, że wiedziała. Powiedziała, że się go nie boi, że mu ufa. Wyszeptała, że wie iż jej nie skrzywdzi.

Uśmiechnął się wtedy. Dziwnie nieprzyjemny wydał się jej ten uśmiech, ale zrzuciła to na półmrok przedziału. Zaczęli się całować, najpierw delikatnie, potem coraz bardziej namiętnie. Gdy wsunął język w jej usta, tętno jej gwałtownie przyśpieszyło. Jednak nie z podniecenia a strachu.

Język ten był bowiem oślizgło-zimny i wydawał się jej aż nadto ruchliwy. Zaczęło do niej docierać, że to niemożliwe i spróbowała przerwać pieszczotę. Ale on jej nie puścił, kontynuując szalony taniec w jej ustach. Lepki strach zalał ognisko namiętności jakie w niej się jeszcze tliło, a zaraz dołączył do niego dyskomfort. I obrzydzenie.

Spróbowała się wyrwać, odepchnąć go.

Nawet nie drgnął, choć był lżejszy od niej. Jęknęła, zdwoiła wysiłki, ale też bez rezultatu. W końcu, z braku lepszego pomysłu postanowiła zacisnąć szczęki. Jakby to przeczuwając, wysunął język z jej ust. Chciała go opieprzyć, zwymyślać, sprowadzić na ziemię.

Nim wydobyła choćby słowo, zaczął całować jej twarz. Drgnęła z obrzydzenia pod dotykiem tych lodowatych ust. Przerodziło się ono w strach, gdy zdała sobie sprawę, że zmierza z ustami ku jej szyi. Zaczęła się wyrywać i szarpać, jak złapane w klatkę dzikie zwierzątko. Tak też z resztą się czuła. Pradawny instynkt zwierzyny łownej przebijał się coraz mocniej przez warstwy cywilizacji.

Jego to tylko bawiło, bo usłyszała cichy chichot. Zadrżał przy nim tak samo, jak wcześniej podczas szlochu. Następnie otworzył usta tuż przy jej szyi.

Potworny ból rozrywanego ciała wycisnął z niej pełen przerażenia wrzask, który jednak zamarł w ściśniętym nagle gardle. Poczuła ciepło rozlewające się na dekolt i charakterystyczny zapach krwi. Jej własnej krwi!

Świadomość tego faktu dodała jej nadludzkiej siły. Mocnym szarpnięciem wyrwała się z jego uścisku. Opadając na siedzenie, zaniósł się perlistym, przekornie przyjemny dla ucha śmiechem. Cała jego broda lśniła purpurą. A w otwartych ustach błyskały dwa kły, długie jak jej mały palec.

Łzy popłynęły jej z oczu, gdy rzuciła się do ucieczki. Jej marzenie stało się rzeczywistością. Tylko po to aby okazać się jej najgorszym koszmarem. Ta świadomość bolała ją niemal na równi z raną. Nade wszystko czułą jednak strach.

Bo ten koszmar ją gonił!

Wpadła do kolejnego wagonu, boleśnie uderzając bokiem o drzwiczki i dudniąc klamką o ścianę. Zatoczyła się, ale zdołała utrzymać równowagę. Zrywała się do biegu, gdy na końcu korytarza pojawił się mężczyzna w mundurze strażnika kolejowego. Zdziwiony zamarł widząc ją. Spodziewał się pewnie jakiegoś pijaka, albo innego typowego awanturnika.

Dziewczynie na jego widok serce zabiło nadzieją. Strażnik był bardzo wysoki i barczysty. Pociągła, przycieniona świeżym zarostem twarz należała do kogoś kto już swoje przeżył. Przy jego pasie dostrzegła wysłużoną tontfę i pojemniczek z gazem. „Może mógłby...” pomyślała, ale zaraz przed oczami stanął jej obraz prześladowcy.

Kiełkująca nadzieja zginęła pod lawiną beznadziei.

„Cóż może człowiek, wobec dziecięcia ciemności?!” krzyczało jej w myślach. Był to chyba cytat z jednej z jej książek, ale nie miała teraz do tego głowy.

- Co się stało? – Spytał, otrząsnąwszy się z zaskoczenia. Ruszyła ku niemu biegiem, zatrzymał ją jednak gestem, drugą dłoń kładąc na uchwycie broni.

- Proszę... – Zaszlochała, czując się jak między młotem a kowadłem. – Musimy uciekać. On zaraz tu będzie. Zabije nas i wyssie naszą krew!

- Proszę się uspokoić. – Strażnik przewrócił oczami. – Tu jest pani bezpieczna. Nikt nie zrobi pani krzywdy. Tylko spokojnie...

Zapłakała jeszcze bardziej, czując własną bezsilność. Mimo strachu zrozumiała, że uznał ją za wariatkę, albo ćpunkę. Nie dziwiła mu się. Jeszcze parę minut temu sama by tak uznała.

- Błagam... – Wyszeptała, składając przed sobą dłonie. – Musimy uciekać. On zaraz tu będzie.

- Jest pani ranna. – Puścił pałkę i uniósł uspokajająco ręce. – Mam tutaj opatrunek, a w przedziale mamy apteczkę. Jak tylko się pani uspokoi to panią opatrzę.

- Pan nie rozumie. – Pokręciła energicznie głową, robiąc długi krok w jego stronę. – On mnie ściga. Zaraz tu będzie. Nie możemy go pokonać. Proszę, musimy uciekać! Już, teraz!

- Spokojnie. – Dłoń mężczyzny znów spoczęła na broni, a w jego głos wdało się zniecierpliwienie. – Jak już mówiłem, tu jest pani bezpieczna. Poza tym nie ma gdzie uciekać. To przedostatni wagon.

Niemal się zapowietrzyła słysząc ostatnie zdanie. Łzy znów pociekły po jej twarzy, złapała się za głowę. Ostatnie iskierki nadziei zostały brutalnie zdmuchnięte.

- Proszę się uspokoić. – Rzekł strażnik ponownie łagodnym tonem. – Co się pani przytra...

- No, no, no... – Głos z głębi korytarza przerwał mu w pół słowa. – Owieczka znalazła sobie baranka.

Dziewczyna znieruchomiała jak sparaliżowana. Poczuła ulgę w dole brzucha i ciepło rozlewające się po udach. Strażnik dostrzegł to i dotarło do niego, że dziewczyna nie udaje. Faktycznie była skrajnie przerażona. Dwoma długimi krokami wyminął ją, odgradzając od mówiącego.

W ich stronę szedł młody chłopak, góra osiemnastoletni. Całą brodę miał umazaną w zasychającej już krwi. Spora jej ilość plamiła rozchełstaną koszulę, ukazującą szczupłą pierś.

„Świr” ocenił strażnik, mimowolnie rozluźniając się trochę. Był od chłopaka o wiele wyższy i spokojnie dwa razy cięższy. Dobywszy pałki miał pewność, że sobie poradzi.

- Stój i twarzą do podłogi! – Nakazał. Chłopak tylko się uśmiechną z rozbawieniem. Jego zęby były normalne, co zaskoczyło i tak skołowany strachem umysł dziewczyny. W końcu z trudem wykrzesał wyjaśnienia: z takimi długimi kłami musiało mu być ciężko mówić.

Gdy chłopak nawet nie zwolnił, strażnik zaklął pod nosem i ruszył w jego stronę.

- Powtarza, na glebę i twarzą do podłogi!. – Warknął, zaciskając mocniej dłoń na pałce. – Inaczej będę musiał użyć si...

Głos uwiązł mu w gardle. Źrenice chłopaka rozszerzyły się nagle, zajmując czernią całe oczy. Mężczyzna poczuł jakby były studniami bez dna i zaczął w nie spadać. Rozpaczliwie próbował się czegoś złapać, ale leciał tylko na łeb na szyję w dół.

Jednocześnie cały czas był świadom, że stoi dalej w korytarzu pociągu. Ta część jego umysłu próbowała zmusić ciało do ruchu, ale bezskutecznie. Stał jak sopel lodu!

Nastolatek uśmiechnął się, szczerze zadowolony, podchodząc do sparaliżowanego strażnika. Widać było, że świetnie się bawi. Lekkim szarpnięciem wyrwał mężczyźnie broń z ręki i drwiąco zamachał nią przed oczami. Strażnik dopiero teraz poczuł ogarniający go strach.

Zaraz potem chłopak wziął zamach i uderzył go tontfą w bok głowy. Głuchy jęk mężczyzny zmieszał się z przerażonym wrzaskiem dziewczyny. Drugie uderzenie trafiło zaraz w to samo miejsce. Strażnik poleciał na podłogę jak ścięte drzewo. Chłopak zaśmiał się znów perliście i uderzył ponownie, już nie celując. A potem jeszcze raz i znów i po raz kolejny. Razy spadały na sparaliżowanego jak lawina.

Jego jęki i drgawki po każdym uderzeniu sprawiły, że pod dziewczyną również ugięły się kolana. Uderzyła jednym o kant drzwi od przedziału, rozcinając skórę. Nowy ból otrzeźwił ją, na tyle, że odzyskała możliwość ruchu. Nie zastanawiając się, rzuciła do dalszej ucieczki. Wiedziała, że został jej tylko jeden wagon, ale nie miało to znaczenia. Wszędzie, byle nie tu. Byle nie musieć patrzeć jak bestia w ludzkiej skórze masakruje tego nieszczęśnika. Byle nie musieć myśleć, że to jej wina.

Nagle zderzyła się z kimś, kto stanął w drzwiach do korytarza. Odbiwszy się, upadała z powrotem na podłogę. Zaskoczona spojrzała na niego i mimowolnie krzyknęła.

Nieznajomy był kolejnym strażnikiem kolejowym. Znacznie niższym od bitego kolegi, ale o wiele od niego masywniejszym. Do tego stopnia, że do korytarza musiał wchodzić bokiem, a w środku zajmował całą jego szerokość. Dziewczyna krzyknęła jednak na widok jego paskudnej fizjonomii.

Twarz strażnika była okrągła i mięsista o grubo ciosanych rysach. Oczy o dziwnym wyrazie niknęły mu pod grubymi brwiami z których jedną przecinała blizna, a szeroki nos nosił ślady co najmniej dwukrotnego złamania. Długa, ciemna broda tylko lekko skrywała szpetne, szeroki szczeki i wąski podbródek. Oraz kontrastowała mocno z ogoloną na łysą głową. W efekcie żadne włosy nie skrywały pofałdowanej, przypominającej kalafiora skóry, ani odstających uszu.

Dotarło o dziewczyny, że w życiu nie widziała kogoś tak szpetnego.

Nieznajomy rzucił na nią okiem tylko przelotnie, zaraz skupiając spojrzenie na pozostałej dwójce. Wąskie usta złożyły mu się w cienką linię, gdy zacisnął mocno szczęki. Warknąwszy pod nosem, ruszył w ich stronę.

- Co, to? Czarny baranek? – Spytał chłopak wstając. – Raczej szpetny, nie czarny, choć gdybyś był murzynem to mogłoby...

Strażnik nie kłopotał się sięganiem po pałkę. Z resztą jak nawet jej nie miał. Po prostu uniósł ramiona, chcąc złapać przeciwnika. W porównaniu z jego niedźwiedzią sylwetka, prześladowca wydawał się jeszcze większym chuchrem.

I wtedy jego źrenice ponownie zalały całe oczy. Drugi strażnik też zatrzymał się w miejscu. Wzniesione ramiona opadły mu wzdłuż ciała. Chłopak zaśmiał się na całe gardło. Prowokacyjnie zaczął balansować ciałem, parodiując bokserskie kroki. Machał przy tym tontfą przed nosem nowego przeciwnika.

Dziewczyna nie była już w stanie powstrzymać płaczu. Beznadziejność sytuacji odebrały jej resztki sił i oporu. Siedziała tylko na podłodze w przemoczonych rajstopach i patrzyła jak oprawca zabiera się za drugiego z jej obrońców.

Nastolatek wykonał kilka tanecznych ruchów, trącając barczystego strażnika. W końcu, najpewniej znudziwszy się już tym, zamachnął się pałką.

Pięść brodacza trafiła go w szczękę. Plunąwszy czarną krwią, poleciał na drzwi przedziału. Broń wypadła mu z dłoni.

- Co j... – Zaczął kompletnie skołowany. Wtedy strażnik trafił go lewym prostym centralnie w nos. Chrupnęła kość, a chłopak krzyknął i zadreptał w tył. Złapawszy się klamki jednego z przedziałów zdołał utrzymać równowagę. Nic nie rozumiejąc spojrzał na przeciwnika załzawionymi oczami.

Brodacz wzruszył szerokimi ramionami i przekrzywił głowę w obie strony, aż zatrzeszczały stawy. Nastolatek zacisnął zęby z wściekłości i zmarszczył starannie przystrzyżone brwi. Wybiwszy się, skoczył szczupakiem na strażnika. Jego paznokcie wydłużyły się w zakrzywione szpony i zamachnął się nimi, mierząc w twarz mężczyzny.

Ten lekkim ruchem zablokował to uderzenie. Następnie zrobił szybko krok do przodu i zacisnął dłoń na kołnierzu chłopaka. Uchwyciwszy go, zaczął uderzać drugą pięścią w korpus. Każdy cios podrzucał nastolatka w górę, ale uchwyt nie pozwalał mu się odsunąć. Głuche stuknięcia mieszały się z jego urywanymi krzykami.

Po czwartym, lub piątym uderzeniu, strażnik go wypuścił. Chłopak zachwiał się na nogach. Jego dłoń, gdy stracił koncentracje na skutek uderzeń, wróciła do normalnego stanu. Nie czekając, aż ją odzyska, brodacz splótł dłonie razem i uderzył nimi od dołu, jak młotem, trafiając w podbródek.

Nastolatek prawie wywinął salto w powietrzu, nim gruchnął jak długi na gumolitową pogodę. Zaraz jednak zaczął się zbierać.

Nim mu się udało, strażnik jedną dłonią złapał go za kark, drugą za krocze. Chłopak wrzasnął piskliwie, gdy ścisnąwszy mocno brodacz poderwał go w górę. Jednym szarpnięciem podrzucił go nad głowę i obrócił. Tylko po to aby złapawszy za gardło i udo, z całej siły cisnąć w dół. Prosto na wystawione kolano!

Kręgosłup trzasnął jak stara zapałka.

- No. – Brodacz mruknął gardłowym, chropowatym głosem, zrzucając drżące niekontrolowanie ciało przed siebie. – To go powinno na chwile zatrzymać...

Odwróciwszy się, przyklęknął przy swoim koledze. Sprawdził puls na jego szyi, bowiem wysoki strażnik się nie ruszał. Brodacz odetchnął w ulga.

Po czym spojrzał na dziewczynę.

Tej płacz uwiązł w gardle już chwilę wcześniej. Teraz patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, a jej umysł gorączkowo próbował połączyć w jakąś całość wirujące tornado myśli. Udało się dopiero, gdy mężczyzna ruszył energicznie ku niej. A myślą tą było krótkie „uciekaj!”

Nim zdążyła się pozbierać, brodacz był już przy niej.

Złapawszy za ramiona, bez żadnego wysiłku postawił ją do pionu. Tam przytrzymując jedną ręką za ramię, drugą odgiął jej głowę w bok, aby obejrzeć ranę. Zapiekła przy tym ostrym bólem, ale dziewczyna nawet nie pisnęła. Była przerażona jeszcze bardziej niż podczas konfrontacji z wampirem.

„Skoro rozdarł dziecię nocy na strzępy, to czym on jest do k...” wrzeszczało jej pod czaszką.

Strażnik w tym czasie podciągnął jej powieki i spojrzał głęboko w oczy, jakby chcąc w nich coś dojrzeć. Następnie pociągnął kilka razu nosem. Pomyślała, że to pewnie przez jej mocz, który ciągle czułą na nogach i mimo całego strachu, poczuła dobijający wstyd.

Po chwili mężczyzna ją puścił i odsunął się pod przeciwległą ścianę. Z ogromnym wysiłkiem udało się jej nie upaść z powrotem na podłogę, choć nogi trzęsły się jej jak osiki. Brodacz sięgnął do kieszeni na ramieniu munduru i wydobył z niej niewielką paczuszkę. Rozdarł ją szybko i dziewczyna dostrzegła jednorazowy opatrunek. Przyłożył go do jej rany sterylną częścią.

- Trzymaj. – Polecił, dociskając go jej dłonią. – Nie obejdzie się bez szycia, ale wyliżesz się. Będziesz miała bliznę na pamiątkę, nie jednak opowiadaj nikomu szczegółów tego co zaszło. Zaatakował cię jakiś szajbus na prochach i pogryzł, a detali nie pamiętasz. Jasne?

Zajęło jej kilka sekund nim zrozumiała co do niej mówił. Pokiwała wtedy głową. Popatrzyła na leżącego nastolatka. Wrzasnęła, gdy zaczął się ruszać.

- Spokojnie. – Bąknął mężczyzna, wyjmując z kieszeni na piersi paczkę zapałek i kilkukrotnie już zapalane cygaro. – Jeszcze parę minut minie nim uda mu się poskładać do kupy kręgosłup i skręcić rdzeń kręgowy.

- A co wtedy? Rzuci się na nas!

- Spokojnie, mówię. Jak będzie trzeba to mu go znowu złamię, albo kark ukręcę. Ale nie będzie trzeba. – Mówiąc to wsunął cieńszy koniec cygara między zęby. Odpalił zapałkę o zarost na policzku i pomału zaczął przypalać drugi koniec. Dziewczyna poczuła dziwny, ziołowy zapach. Ponownie spojrzała na swojego niedoszłego kochanka i mordercę.

- To... – Głos uwiązł jej w gardle. – To wampir...prawda?

- A tam, pizda a nie wampir. – Mruknął strażnik, zaciągając się głęboko dymem. – To gówno tak niskiego sortu, że raczej żaden miot się o niego nie upomni. Ale zabić nie można, bo a nóż. – Wzruszył szerokimi ramionami. Spokój w jaki o tym mówił sprawił, że dziewczyna znów się rozkleiła.

- Sort? Miot? – Spytała łkając. – Jakie mioty? Wampiry miała być wspaniałe! Aksamitne! Opiekuńcze! Miały..miały błyszczeć...

Strażnik wypuścił dym z płuc w ciężkim westchnieniu i potarł czoło dłonią.

- Kolejna zmierzchnięta. – Mruknął ciężko, po czym popatrzył na nią ostro. – Nie chce mi się ci tego tłumaczyć. Po prostu zakarbuj sobie do końca życia, że jak coś, nawet teoretycznie, chce ci przegryź szyję, aby dobrać się do twojej krwi, to nie jest do jasnej cholery dobre! I zacznij oglądać lepsze filmy...

Prawie wcisnęła się w szczeliny ścienne, gdy podniósł głos. Nie miała odwagi już o nic pytać. Brodacz natomiast palił dalej, patrząc na zbierającego się wampira. W końcu zaciągnął się mocno, aż wypinając pierś i przełknąwszy dym, wywalił niedopałek przez jedno z okien.

- Dobra. – Mruknął wypuszczając wolno szary obłok. – Chyba poskładał się już na tyle, aby nie było widać złamania...

Ruszył w jego stronę, wyjmując coś z innej kieszeni. Dziewczyna nigdy czegoś takiego nie widziała. Skojarzyło się jej z prymitywnym zszywaczem, ale było wykonane z metalu i dolną część kończył metalowy cylinder. Wampir ujrzawszy mężczyznę, zaczął wierzgać, próbując odsunąć. Ten jednak docisnął go butem do podłogi, stając na jego szyi. Przesunął ciężar ciała na tą nogę, opierając ramiona na udzie i zamachał chłopakowi urządzeniem przed nosem. Po czym rozwarł krawędzie.

Dziewczyna skrzywiła się słysząc tarcie metalu o metal. Wampir natomiast zatrząsł jak w febrze. W osłupieniu dojrzała jak w miarę rozbrzmiewania dźwięku jego kły stają się coraz dłuższe. Oczy dziecięcia nocy również stawały się większe, wyrażając wielkie zdziwienie. I strach.

Chciał coś powiedzieć, ale but na tchawicy skutecznie mu to uniemożliwiał.

Gdy metalowe ramiona się rozwarły, okazało sie, że górne zakończone jest sierpowatym hakiem. Pochyliwszy się bardziej, strażnik kolejowy nasunął cylinder na kieł wampira i wbił ostrze w dziąsło. Następnie płynnym ruchem zsunął je w dół, wyrywając kieł z suchym trzaśnięciem.

Stworem targnął wstrząs, krew buchnęła z ust, a z gardła wydobyło się charczenie. Z całych sił próbował się wyrwać, bić pięściami przytrzymującą go nogę. Wygiął palce jak wcześniej, ale tym razem nie pojawiły się na nich pazury. To niepowodzenie sprawiło, że spojrzał na swoją rękę zupełnie skołowany.

Mężczyzna w ty czasie wrzucił przerośnięty, okrwawiony kieł do foliowego woreczka, dobytego z kolejnej kieszonki. I pochylił się ponownie. Wiedząc co go czeka wampir zaczął się bronić, z siłą zrodzoną z desperacji. Był łowcą, zabójca. Księciem nocy, wzbudzającym przerażenie i uwielbienie swoich ofiar. Znalezienie się nagle na ich miejscu nie mieściło mu się w głowie. Tak przynajmniej rozumiała to dziewczyna, przyciskając opatrunek do krwawiącej ciągle rany.

Pomału w jej sercu uczucie satysfakcji zaczynało zastępować strach i skołowanie.

Strażnik szybko uporał się z drugim kłem, wrzucając go do tego samego woreczka i chowając razem z przyrządem do kieszeni na udzie. Wampir kompletnie opadł z sił, wstrząsał nim tylko dławiony szloch. Zdjąwszy nogę z jego tchawicy, mężczyzna kopnął go w skroń. Chłopak szarpnął się mocniej i znieruchomiał.

Przewróciwszy go na plecy, mężczyzna związał mu ręce plastikowym paskiem i tak zostawił.

- Teraz nie jest już niebezpieczny. – Powiedział do dziewczyny. – Pamiętaj, to świr, który cię zaatakował a reszty nie pamiętasz.

- Bez kłów nie jest już wampirem? Znaczy...znów jest człowiekiem?

- I tak i nie, z resztą już mówiłem, że nie chce mi się tego tłumaczyć. Najlepiej będzie dla ciebie jeśli zapomnisz, że coś takiego jak wampir w ogóle istnieje. Zaatakował cię wariat po narkotykach. – Przypomniał, dokładnie akcentując każde słowo.

- Ale... – Zaczęła, ale zamilkła raptownie, gdy na nią ostro spojrzał. Jego szpetna twarz stała się potworną maską i dziewczyna nie zdołała wytrzymać spojrzenia jego ciemnych oczu.

Pochyliwszy się znów nad kolegą, strażnik odetchnął aby się uspokoić. Następnie lekko trzasnął nieprzytomnego w policzek. Ten coś zajęczał, ale dopiero po kolejnym uderzeniu, zdołał otworzyć oczy.

- C..co się... – Spytał próbując skupić na czymś wzrok. Utrudniała mu to duża opuchlizna zasłaniająca część lewego oka.

- Nie wiem. Jak tu przyszedłem to ten szczyl już cię okładał. – Odpowiedział mu brodacz, prostując się i wyciągając rękę. – Dziewczyna mówi, że ją zaatakował i pogryzł. Mnie próbował podrapać. Pewnie na prochach.

Wysoki strażnik złapał podaną dłoń i z pomocą kolegi podniósł się z podłogi. Zachwiał sie, ale oparłszy o ścianę wagonu zdołał utrzymać na nogach. Przesunął palcami po twarzy, badając obrażenia.

- Pamiętam tylko, że zachowywał się jak wariat... – Wymruczał. – A potem jego oczy zrobiły się cała czarne i ja...jakoś...

Potrząsnął energicznie głową.

- Co to wszystko było do jasnej cholery?!

- Może od narkotyków rozszerzyły mu się mocno źrenice, wzrosła siła i zaszył cię z zaskoczenia. – Niższy strażnik bardziej zaproponował, niż spytał. Drugi pokręcił głową.

- Nie, to nie to. Pamiętam, że stałem jak sparaliżowany, a on po prostu...zabrał mi pałkę... – Powiedział, coraz bardziej niespokojnym głosem. Brodacz skrzywił się pod nosem.

- Coś ci się musiało przewidzieć. A i lepiej nie opowiadaj tego w koło. Jak się wyda, że pięćdziesięciokilowy emo obezwładnił cię po prostu spoglądając ci w oczy, po czym zabrał pałkę i stłukł jak kibola, to chłopakom na stacji dupy odpadną ze śmiechu.

Wyższy żachną się wyraźnie, ostrożnie masując opuchliznę na oku.

- I tak się dowiedzą, że pałą dostałem. Te ślady są charakterystyczne.

- Hmm... powiemy, że szczyl znał jakieś wschodnie sztuki walki. Tai-chi czy inne gówno. – Niższy wzruszył ramionami. – Z resztą, skoro dał sobie z tobą radę to musiał coś znać.

- To jak wtedy ty mu niby sprostałeś, hę?

- Nie licząc Aikido wschodnie sztuki walki zwykle przestają być skuteczne gdy przeciwnik waży dwa razy więcej niż ty. Przy moich stu trzydziestu kilo, byłem daleko poza jego możliwościami.

Przysłuchująca się im dziewczyna co do tego musiała się zgodzić. Jakby przypomniawszy sobie o niej, brodacz spojrzał w jej kierunku. Następnie znów zwrócił się do kolegi.

- Dobra, zbierajmy się nim napatoczy się tu jakiś nocny marek i będzie potem w gazetach, że dwóch kolejowców pobiło nastolatków. Z resztą tobie przyda się aspiryna, a dziewczynę pasuje w końcu porządnie opatrzyć.

- Ta... masz rację. – Mruknął wysoki, po momencie zastanowienia. Odkleiwszy się od ściany, ruszył do ostatniego wagonu. Brodacz wskazał dziewczynie aby poszła za nim. Sam podniósł wampira z pas, jak walizkę i również podreptał.

Kilkanaście minut później, jeden z pasażerów szedł tym korytarzem w kierunku ubikacji. Cztery piwa, które wypił przed zaśnięciem, napierały teraz na jego pęcherz, a terkot kuł wpadający przez pootwierane okna dział mu na nerwy. W efekcie zaklął mocno, gdy poślizgnął się na ciemnej plamie. Rzucił na nią przelotnie okiem.

- Cholerne pijaki! – Krzyknął, wycierając podeszwę buta o jedno z rozkładanych siedzisk. – Nie dość, że chleją wina w pociągach to jeszcze rozlewają!

Jego słowa zniknęły w terkocie, machnął więc ręką i wznowił marsz. Bąknął jeszcze tylko z żalem:

- I nawet się kurwa nie podzielą...

 

***

 

Mam nadzieje, że zaciekawiło Was do śledzenia dalszych publikacji, kiedy się pojawią:)

2
Notka polecana przez: jakkubus
Poleć innym tę notkę

Komentarze


~

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
rewelacja, aż mną targnęło od biurka
04-08-2012 13:55
Namrasit
    Fajne, ale...
Ocena:
+2
Mogłoby być dużo lepiej, gdyby poprawić opisy. Za dużo "jej'ów", dziwacznych metafor.

Pierwszy akapit wyjątkowo zgrzytliwy. Spróbuj to komuś przeczytać na głos, i niech ci powie, jak to odebrał.

"Pogrążone w półmroku, wąskie korytarze pociągu były opustoszałe. Długa trasa i późna pora sprawiła, że prawie wszyscy już posnęli i to pomimo stukotu kół. A może właśnie dzięki jego miarowemu rytmowi, wpadającemu przez pootwierane okna. Ci (zaś, a itp) nieliczni (którzy) pasażerowie co nie spali, byli zbyt zmęczeni aby wyściubiać nosa z wygaszonych przedziałów."

Więc tak: korytarze w pociągach zwykle są wąskie (nie ma co tego podkreślać), poza tym każdy chyba jechał kiedyś pociągiem w nocy i ja to np.: nie znam osoby, której w spaniu przeszkadza odgłos kół i bujanie (nie ma co tego podkreślać), zaś znam wiele, których usypia (pewnie większość też, więc nie ma co tego podkreślać). Gdyby to był wagon o szerokich korytarzach, z przedziałami w których odbywają się właśnie orgie i libacje, to tak, to jest warte odnotowania. A jeśli to zwykły nocny pociąg, to można dużo prędzej przejść do tego, co ciekawe.
Pamiętaj, że czytelnik także ma wyobraźnię :D

No i skoro już pierwszy akapit ma wcięcie, reszta też by mogła mieć (jak nie wiesz jak je robić, to powiedz, pokażę ci).

A ogólnie zapowiada się całkiem ciekawie :D
04-08-2012 14:31
Grom
   
Ocena:
0
@Namrasit, dzięki za konstruktywną krytykę:) Spróbuję ją zastosować do kolejnych rozdziałów, zobaczę jak mi to wyjdzie. Z opisami to faktycznie sporo osób podnosi podane przez Ciebie argumenty i dlatego uległem im pisząc "Mroczne...". Osobiście nie przepadam jednak za tym stylem. Po pierwsze dlatego, że prawie wszyscy obecnie w nim piszą, po drugie dlatego że w moim odbiorze jest on zbyt surowy. Nie lubię gdy ściana była tylko surowa albo tylko szara, wole aby była surowa i szara.
Zdarzyło mi się już również przejechać na wyobraźni odbiorców. Niektórzy preferują dokładne opisy i te zwykle staram się kreować. Choć widać muszę sie jeszcze sporo nauczyć, aby nie odrzucały a jedynie cieszyły :)

Co do wcięć, to raczej myślałem, aby zaczynać od niech tylko pierwsze akapity w każdym rozdziale. Masz jednak rację, nie wiem jak robić te wcięcia w edytorze Poltera. Skopiowałem po prostu z wcięciem z Worda.

Najbardziej cieszy mnie zaś, że udało mi się Cię zaciekawić. Podobnie jak tajemniczą tyldę, zakładając że jego/jej uwaga nie była sarkazmem ;)
05-08-2012 18:16
Namrasit
   
Ocena:
+1
Surowa szara ściana nie jest tak klimatyczna jak ponura szara ściana. Po prostu opisy które stosujesz są zbyt surowe. Chodzi bardziej o przekaz, a nie długość opisu. Jeśli ma on budować atmosferę, to powinien być bardziej klimatyczny, niż dokładny. Może jakieś ożywienie tego korytarza, przenośnia? Oczywiście, surowe opisy też mają swoje miejsce, rzadko jest to jednak początek opowieści - chyba że ma to znaczenie później.

A co do robienia akapitów, to ja to osiągam w ten sposób, że w miejscu gdzie takowy ma być, wstawiam 3-4 twarde spacje (w LO ctrl+shift+spacja). I to ładne, i proste, i skuteczne.

Czyli kopiujesz z worda, ale tam gdzie był tab wstawiasz właśnie 3-4 takie twarde spacje. Chwilkę to zajmuje, ale dużo przejrzyściej wygląda.
05-08-2012 22:16

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.