string(15) ""
» Blog » W obronie Young Adult
04-08-2014 23:05

W obronie Young Adult

W działach: pisanina, książki, wredni ludzie | Odsłony: 647

W obronie Young Adult

- Zgroza! Dorośli czytają powieści Young Adult! - alarmował końcem czerwca serwis Lubimy Czytać powołując się na dziennikarkę magazynu Slate! imieniem Ruth Graham. - Oto najnowsze zagrożenie dla kultury, cywilizacji białego człowieka i całej ludzkości w ogóle.

Powód dla którego świat miałby się zawalić jest taki sam, jak zawsze: otóż ludzie, zamiast czytać poważne książki, a w szczególności Klasykę przez duże K czytają książki niepoważne, przeznaczone dla młodzieży. Nową jakością jest fakt, że Diabeł tym razem nie zagląda do kołysek i nie mąci w głowach dzieci czy nawet młodzieży, ale zabrał się za osoby pełnoletnie. Co wyrośnie z takich dorosłych? I jakimi ludźmi będą, kiedy przejdą na emeryturę?

Dlaczego przedstawiciel „pokolenia Top Secretu” broni fanek „Zmierzchu”?

Jestem świadomy, że się narażam.

Zresztą: powiedzmy sobie szczerze: proza Young Adult nie jest (dyplomatycznie mówiąc) moją ulubioną i (znowu dyplomatycznie stawiając sprawę) nie uważam ją za szczytową formę literatury. Jeszcze bardziej jednak nie lubię patrzyć, gdy ktoś zakazuje komuś coś czytać, albo stara się narzucać komuś sposób spędzania wolnego czasu. Świadom jestem bowiem faktu, że osoby takie rzadko kiedy poprzestaną na krytykowaniu czegoś, czego nie lubię, albo czegoś, co mam gdzieś i gdy tylko skończą z poletkiem mojego sąsiada przyjdą do mnie. Wówczas okaże się, że światowym problemem jest fakt, że czytam „Władcę Pierścieni” naprzemiennie z „Achtung! Panzer!”, oglądam „Breaking Bad” lub gram w „Mortal Kombat”, zamiast robić coś, co ktoś chciałyby, żebym robił.

Po drugie: jest to kolejna odsłona starej wojny pod tytułem Fani X kontra Fani Y. Wojenek takich było już wiele: fani Science Fiction wielokrotnie najeżdżali miłośników Fantasy. W tym samym czasie Mainstream atakował miłośników Fantastyki, niezależnie od jej szufladki, a w samym Mainstreamie toczyła się wojna między zwolennikami „kultury wysokiej” i „kultury niskiej”. Wojna ta jest starożytna, w XIX wieku toczyła się na zasadzie Literatura Piękna vs. Literatura Pożyteczna, atakowano samo powieściopisarstwo, a pod niebiosa słano skargi, że dorośli czytają powieści zamiast rozpraw naukowych i filozoficznych.

Pora więc odbić piłeczkę w drugą stronę. Zacznijmy od ustalenia jednego:

Co to znaczy Młody Dorosły?

Pierwszy błąd, który popełniono w tekście jest klasycznym błędem przeniesienia kategorialnego połączonym z błędem merytorycznym. Styl nie jest obcy chyba nikomu, kto pamięta nagonki na gry komputerowe. Różnica polega na tym że tym razem zamiast „Brutalne gry komputerowe sprzedawane są dzieciom” mamy „Zdziecinniałe książki sprzedawane są dorosłym”. Tak samo jak kiedyś nikt nie zadawał pytania „Dla jakiej grupy wiekowej przeznaczony jest Carmageddon”? tak samo dziś nikt się nie pyta „Dla jakiej grupy wiekowej przeznaczone jest „50 Twarzy Greya”?”

Bo przecież nie dla dzieci, ani nawet nie dla młodzieży. Tylko właśnie dla Young Adult właśnie.

Termin „Młody Dorosły” (ang. Young Adult) wprowadzony został do współczesnych nauk społecznych przez psychologa rozwoju Stevena Ericksona. Oznacza on osoby emocjonalnie dojrzałe i w pełni ukształtowane pozostające wciąż w pełni zdrowia i odnosi się do grupy wiekowej między 18 a 45 rokiem życia, w odróżnieniu od Dojrzałych Dorosłych czyli osób do 60 roku życia i osób starych, czyli tych, które 60 rok życia przekroczyły.

Innymi słowy książki dla grupy Young Adult, przynajmniej w teorii adresowane powinny być właśnie do osób między 18 a 45 rokiem życia. Faktycznie styl pisania: wykorzystanie utartych archetypów i schematów fabularnych, uproszczonego słownictwa, prostego, nieskomplikowanego języka i tematyki młodzieżowej sprawia raczej, że grupę docelową należałoby wyznaczyć na 14-21 lub może 14-24.

Zaryzykowałbym więc opinię, że wskazanie „młodych dorosłych” jako głównych adresatów tej literatury ma raczej na celu uniknięcie problemów z treścią tych książek, nierzadko obfitujących w sceny przemocy, śmierci, tortur, seksu, lżejszej lub cięższej erotyki etc. Nie zmienia to faktu, że fabuła jest na tyle uniwersalna i ociera się o takie tematy, że może być atrakcyjna także dla osób dużo starszych.

Ciąg dalszy na moim zewnętrznym Blogu

W trakcie jego lektury dowiemy się:

  •  że "Dorosły nie znaczy "Wykształcony" a tym bardziej "Humanista"
  • czego uczy literatura YA?
  • jakie potrzeby edukacyjne mają ludzie?
  • oraz po co ludzie czytają książki?

Ps. Źródło obrazka: http://myjetpack.tumblr.com/

Komentarze


Headbanger
   
Ocena:
+1

Dobra notka. Warto przeczytać.

04-08-2014 23:48
Salantor
   
Ocena:
0

Mowa o tym komiksie.

05-08-2014 00:11
zegarmistrz
   
Ocena:
+1

Dzięki.

05-08-2014 00:19
ram
   
Ocena:
0

Tak mi się przypomniało - G.R.R. Martin powiedział w wywiadzie: "moim Potterem był Conan Barbarzyńca".

The definition of YA is increasingly fuzzy, but it generally refers to books written for 12- to 17-year-olds. Meanwhile, the cultural definition of “young adult” now stretches practically to age 30, which may have something to do with this whole phenomenon.) The largest group of buyers in that survey—accounting for a whopping 28 percent of all YA sales—are between ages 30 and 44.

To powyżej to Ruth Graham.

Innymi słowy książki dla grupy Young Adult, przynajmniej w teorii adresowane powinny być właśnie do osób między 18 a 45 rokiem życia. Faktycznie styl pisania: wykorzystanie utartych archetypów i schematów fabularnych, uproszczonego słownictwa, prostego, nieskomplikowanego języka i tematyki młodzieżowej sprawia raczej, że grupę docelową należałoby wyznaczyć na 14-21 lub może 14-24.

 

Czyli YA w literaturze to ten ostatni podany przez Ciebie przedział. Raczej nie adresowane do YA wg psychologów, zgadza się?

Link ze wspomnianego artykułu:

http://flavorwire.com/434697/25-ya-novels-everyone-even-adults-should-read

I pytanie: gdzie w empiku wykładają YA - fantastyka czy literatura młodzieżowa? ;)

05-08-2014 00:33
Cherokee
   
Ocena:
0

TL;DR - zegar broni naszego prawa do czytania słabej literatury. Meh...

I pytanie: gdzie w empiku wykładają YA - fantastyka czy literatura młodzieżowa? ;)

Zmierzch widziałem w młodzieżowej, zaś godne polecenia Little Brother i Homeland Doctorowa w fantastyce. 

EDIT: Pardon, Homelandu nie widziałem, bo go u nas nie wydano. 

05-08-2014 09:37
Headbanger
   
Ocena:
+3

lepiej żeby ludzie czytali słabą literaturę, niż żadną. Z biegiem czasu słaba przestanie być wystarczająca i sięgnie się po lepszą - będzie to prawdą przynajmniej dla części ludzi. Oczywiście tutaj warunkiem jest nie podchodzenie do tekstów kultury bezkrytycznie i bezmyślnie - co dla wielu będzie nie do przeskoczenia. Niestety.

05-08-2014 09:45
27383
   
Ocena:
0

Ja zupełnie nie zgadzam się z Headbangerem, ale głównie z tego powodu, który wymienił na końcu. Przypomnę: warunkiem jest nie podchodzenie do tekstów kultury bezkrytycznie i bezmyślnie - co dla wielu będzie nie do przeskoczenia. Jeżeli w odpowiednim momencie nie przerwie się spirali mało wymagających lektur, wciągnie ona człowieka do końca. Gdyby mi coś w pewnym momencie nie odwaliło, do dziś pochłaniałbym 5-6 książek tygodniowo, ale byłyby to Pattersony i Cobeny. Teraz czytam nieco mniej, ale staram się dobierać bardziej wymagające lektury (wyjątkiem są wakacje, jakbym miał w taki żar jeszcze mózg przeciążać...).

 

Ale pozostaje pytanie, czy czytanie czytadeł jest złe. Z jednej strony nie rozwija, nie daje człowiekowi żadnej korzyści prócz przyjemności (po czterdziestoletnich blogerkach książkowych pochłaniających tony romansideł widać, że niezbyt rozwija słownictwo czy stylistykę...), ale właśnie - jest przyjemne. Ciężko wymagać od każdego, aby postawił intelektualną ucztę nad lekturę prostszą, ale sprawiającą mu więcej przyjemności.

 

Jedyne, co uszczęśliwiłoby mnie na tym polu to przestanie zrównywania ze sobą książek (bo wszystkie taaaak rozwijają), nachalnego "promowania czytelnictwa", a wszystko w imię wyimaginowanej idei "lepszości" książek. Dobry ambitny film nie jest gorszy od dobrej ambitnej książki, podobnie jak wartki i prosty film sensacyjny nie może być stawiany niżej niż wartka i prosta książka.

 

Trochę chaotycznie to brzmi, ale mam nadzieję, że zrozumiecie ;)

05-08-2014 14:17
Headbanger
   
Ocena:
0

Łoo ktoś napisał moją ksywę pogrubieniem. Czuje się taki ważny!

05-08-2014 16:27
Kamulec
   
Ocena:
0

Nie jestem przekonany, by czytanie wielu książek wpływało na zdolność obcowania z trudniejszymi tekstami. Sądzę, że dla takiego odbiorcy wpływa tylko na większą atrakcyjność zabaw z formą i odwołań do innych dzieł.

05-08-2014 18:45
Adeptus
   
Ocena:
0

Jestem za, a nawet przeciw. Autor niby broni normalnej literatury, ale jednocześnie wprost mówi o jej niższości wobec tej "ambitnej".

 

Z biegiem czasu słaba przestanie być wystarczająca i sięgnie się po lepszą - będzie to prawdą przynajmniej dla części ludzi. Oczywiście tutaj warunkiem jest nie podchodzenie do tekstów kultury bezkrytycznie i bezmyślnie - co dla wielu będzie nie do przeskoczenia. Niestety.

Np. ja kiedyś czytałem różny obyczajowy chłam, jakieś dramaty, sraty, rozważania filozoficzne, wiersze, Czechow (nuda, łażą, gadają, gadają, łażą, przeżywają, łażą, gadają), Baczyński (70% twórczości to bezproduktywne zabawy językiem, z których nic nie wynika, sztuka dla sztuki, może to i ładne, ale puste), Prusy, Słowackie, Mickiewicze, Mrożki i inne oszołomy, jak teraz na to patrzę, to nie wiem, jak kiedyś mogło mi się podobać.  W sumie to rozumiem - w domu i bibliotece szkolnej brakowało normalnych książek, a głód czytania był, to się brało, co było. Jak mnie desperacja ogarnęła, to nawet parę rzeczy JPII przeczytałem albo i Szymborską. Na szczęście się rozwinąłem i teraz czytam tylko ambitną literaturę fantastyczną, no ewentualnie czasem jakiś kryminał albo powieść historyczną (o ile się dużo napierniczają). To zapewne dzięki temu, że ukończyłem wyższe studia i to humanistyczne.

Ciężko wymagać od każdego, aby postawił intelektualną ucztę nad lekturę prostszą, ale sprawiającą mu więcej przyjemności.

Bo lektura prostsza = głupsza. Proste. A niedocenianie literatury wysokiej jest przejawem upośledzenia. Bo nie może być tak, że ktoś rozumie "Zmierzch" i książki dajmy na to, Dostojewskiego i świadomie uznaje, że bardziej mu się podoba to pierwsze?

Dobry ambitny film nie jest gorszy od dobrej ambitnej książki, podobnie jak wartki i prosty film sensacyjny nie może być stawiany niżej niż wartka i prosta książka.

Podobnie jak np. prostki i wartki film sensacyjny nie musi być gorszy od ambitnej książki.

Z jednej strony nie rozwija, nie daje człowiekowi żadnej korzyści prócz przyjemności (po czterdziestoletnich blogerkach książkowych pochłaniających tony romansideł widać, że niezbyt rozwija słownictwo czy stylistykę...), ale właśnie - jest przyjemne.

Bo jakość literatury ocenia się wyłącznie po słownictwie i stylistyce, no i jeszcze po intertekstualnych nawiązaniach i podejmowaniu Ważkich Tematów, natomiast fabuła to przeżytek niegodny postmodernizmu, który interesuje jedynie dzieciarnię i osoby z niskim IQ, jest to literacki odpowiednik jelenia na rykowisku (podobnie jak on jest kiczowaty, Bo My Tak Mówimy).

Błędem będzie zakładać, że archeolog, historyk lub ekonomista (czyli przedstawiciele kierunków bez wątpienia humanistycznych) będzie równie otrzaskany z literaturą jak ktoś, kto kończył filologię języka polskiego czy historię sztuki?

Bo przecież to, jaką literaturę się ceni, to nie kwestia gustu, a wiedzy. Ignorant nie ukończył odpowiednich studiów i nie nauczył się, że  Rowling i Meyer to papka. Natomiast kończąc filologię języka polskiego posiadasz obiektywną, ścisłą wiedzę, które książki są dobre, a które złe i dlaczego. Doskonale ten wspaniały proces zdobywania wiedzy ukazał niejaki Gombrowicz, dając piękny obraz pedagoga uświadamiającego swoim uczniom, że zachwyca ich Słowacki i że uważają go za wielkiego poetę.

Faktycznie styl pisania: wykorzystanie utartych archetypów i schematów fabularnych, uproszczonego słownictwa, prostego, nieskomplikowanego języka i tematyki młodzieżowej sprawia raczej, że grupę docelową należałoby wyznaczyć na 14-21 lub może 14-24.

Jeśli masz ponad 24 lata i preferujesz nieskomplikowany język, wiedz, że coś z tobą nie tak.

 

05-08-2014 22:51
27383
   
Ocena:
0

Bo jakość literatury ocenia się wyłącznie po słownictwie i stylistyce, no i jeszcze po intertekstualnych nawiązaniach i podejmowaniu Ważkich Tematów, natomiast fabuła to przeżytek niegodny postmodernizmu, który interesuje jedynie dzieciarnię i osoby z niskim IQ, jest to literacki odpowiednik jelenia na rykowisku (podobnie jak on jest kiczowaty, Bo My Tak Mówimy).

 

Miło Adeptusie, że potrafisz ironizować, ale wszelkie hiperbole i wyolbrzymienia często odwracają uwagę od problemu. Czy fabuła jest ważna? Jest, tak samo jak słownictwo, stylistyka i tematyka (intertekstualne nawiązania są fajne i według wielu ludzi ważne, dla mnie stanowią tylko miły dodatek, wisienkę na torcie). Jak każdy broniący literackiej egalitarności operujesz sloganami i próbujesz przedstawić zajawkowiczów książek ambitniejszych jako buców i bufonów, którzy uważają wielbicieli literatury prostej i wymagającej mniejszego wysiłku intelektualnego za ludzi nieokrzesanych czy wręcz głupich.

 

I jeżeli przedstawiasz to w taki sposób ciężko odmówić Ci racji. Uważam, że nieumiejętność wartościowania książek na podstawie czynników innych niż wciągająca fabuła świadczy o miałkości intelektualnej. Podobnie jak przywoływanie na obronę kiepskiej literatury słów Gombrowicza, ośmieszających przede wszystkim brak chęci do podjęcia dyskusji. Większość wielbicieli literatury wyższych lotów przejawia takową, nie jest zamknięta na poglądy innych. Studiowanie polonistyki nie stawiałoby mi żadnych wyzwań, więc obrałem nieco inną ścieżkę, jednak zachodzę sobie czasami na wykłady najlepszych według znajomków profesorów na UAM i nigdy nie słyszałem wpajania studentom, że książka A jest dobra, zaś książka B do kitu. Uczono za to krytycznego zwracania uwagi na pewne elementy książek oraz rozpoznawania cech, które mogą pomóc w trafniejszym ocenieniu danej książki według tego, co dany student uważa za lepsze.

 

Przykro mi, że miałeś do czynienia ze złymi wykładowcami lub (co przecież dyskwalifikowałoby wszystkie argumenty o ludziach wpajających monochromatyczną wizję literatury) nie miałeś z nimi do czynienia w ogóle.

06-08-2014 03:11
Adeptus
   
Ocena:
0

Miło Adeptusie, że potrafisz ironizować,

To, że ktoś ironizuje nie znaczy, że "potrafi ironizować" tylko, że "nie potrafi rzeczowo zaprezentować swoich argumentów, więc ucieka się do czegoś tak prymitywnego jak ironia". Niestety, cierpię na tą drugą przypadłość, stąd też zdarza mi się, za przeproszeniem, ironizować.

Jak każdy broniący literackiej egalitarności operujesz sloganami i próbujesz przedstawić zajawkowiczów książek ambitniejszych jako buców i bufonów, którzy uważają wielbicieli literatury prostej i wymagającej mniejszego wysiłku intelektualnego za ludzi nieokrzesanych czy wręcz głupich.

Jeśli padają stwierdzenia, że preferowanie literatury prostej to przejaw upośledzenia, braku odpowiedniego wykształcenia, inteligencji językowej itd., to jest dosyć bliskie uznawaniu ludzi, którzy ją lubią za "nieokrzesanych czy wręcz głupich". Czy natomiast jest to przejaw bucowstwa i bufonady? Ja tego nie powiedziałem. Może bardziej podążania za utartymi schematami myślowymi.

I jeszcze to przekonanie, że o jakości literatury stanowi to, że "wymaga ona wysiłku intelektualnego". Jak napiszę tekst ta bełkotliwy, że pięć godzin zajmie ci zrozumienie, co tu w ogóle jest napisane, a pięćdziesiąt zrozumienie, jakie jest tego przesłanie, to uznasz to arcydzieło? No chyba nie. Choć oczywiście, masz prawo wartościować książki według stopnia trudności ich przyswajania, bo może sprawia ci przyjemność analizowanie "co poeta miał na myśli" - twój gust - ale czynienie z tego jakiejś ogólnej zasady nie jest właściwe.

Uważam, że nieumiejętność wartościowania książek na podstawie czynników innych niż wciągająca fabuła świadczy o miałkości intelektualnej.

Znowu zakładasz, że istnieje coś takiego jak "umiejętność wartościowania". Że to, czy książkę uważa się za złą, czy dobrą, to nie jest kwestia gustu, bo istnieją jakieś obiektywne kryteria i jak ktoś tych kryteriów nie stosuje, to jest zwyczajnym ignorantem. Potrafię np. poznać, czy książka jest napisana z użyciem bogatego słownictwa, czy też nie - ale ma to niewielki wpływ na to, czy oceniam ją jako dobrą, czy nie. Na styl zwracam uwagę jedynie wtedy, kiedy przeszkadza mi w zapoznawaniu się z historią, kiedy jest bełkotliwy (przy czym dla mnie bełkotliwość może wynikać zarówno z tego, że autor nie zna zasad gramatyki albo nie potrafi ich stosować, jak i z tego, że autor skupia się na rozbudowywaniu ponad miarę formy, zamiast na ciekawej treści).

Studiowanie polonistyki nie stawiałoby mi żadnych wyzwań, więc obrałem nieco inną ścieżkę, jednak zachodzę sobie czasami na wykłady najlepszych według znajomków profesorów na UAM i nigdy nie słyszałem wpajania studentom, że książka A jest dobra, zaś książka B do kitu. Uczono za to krytycznego zwracania uwagi na pewne elementy książek oraz rozpoznawania cech, które mogą pomóc w trafniejszym ocenieniu danej książki według tego, co dany student uważa za lepsze.

To już nie wiem, mam prawo oceniać książkę według fabuły, a nie stylistycznych, formalnych, postmodernistycznych wygibasów, czy nie?

Poza tym, jaki sens ma nauka "trafniejszego oceniania danej książki według tego, co dany student uważa za lepsze"? Przeczytałem książkę, podobała mi się, uważam ją za dobrą, ale potem poszedłem na wykład, poznałem słuszną metodę "oceniania książki według tego, co uważam za lepsze", rozpisałem ją sobie w tabelce, podliczyłem punkty i wówczas uświadomiłem sobie, że nie, jedynie wydawało mi się, że mi się ona podoba? To jakby uczyć kogoś "Jak prawidłowo stwierdzić, czy ta potrawa ci smakuje, na co powinieneś zwrócić uwagę w czasie jedzenia, aby się nie pomylić". Jeśli książka podoba mi się, to znaczy, że uważam ją za dobrą, finito. Umiejętność argumentowania czemu uważam ją za dobrą byłaby mi potrzebna gdybym np. chciał napisać jej recenzję.

Przykro mi, że miałeś do czynienia ze złymi wykładowcami lub (co przecież dyskwalifikowałoby wszystkie argumenty o ludziach wpajających monochromatyczną wizję literatury) nie miałeś z nimi do czynienia w ogóle.

Mój tekst był komentarzem do twoich stwierdzeń, z których wynika że gust literacki to element wykształcenia, a nie oceną jakichś konkretnych wykładowców.

06-08-2014 10:59
Cherokee
   
Ocena:
0

Jeśli książka podoba mi się, to znaczy, że uważam ją za dobrą, finito.

Kontynuując analogię gastronomiczną: nie chodzi o to, czy BigMac jest dobry. Chodzi o to, czy jest zdrowy i wartościowy odżywczo. Z pewnością jest dobry ale nie wartościowy. Ruth Graham ostrzega przed dietą opartą na fast-foodach. Zegar krzyczy "Faszyzm!". Kurtyna.

06-08-2014 11:18
27383
   
Ocena:
0

Adeptusie, wszystkie Twoje rozważania są tak bardzo postmodernistyczne :) Można wartościować wszystko na zasadzie "lubię/nie lubię" czy "podoba mi się/nie podoba mi się", ale to jest nudne, nie ma większego sensu, nie pozwala na dobre poznanie siebie jak i czytanych książek i świadczy o pewnym - chyba jednak mam w sobie dużo z bufona i prostaka - prostactwie i prymitywizmie. Widzenie świata i jego elementów (a więc i czytanych książek) w czarno-białych barwach, podporządkowywanie wszystkiego prostemu rozgraniczeniu na "fajne i niefajne" nie jest dobre. Jak w tym przykładzie z Big Makiem podanym przez Cherokee.

06-08-2014 12:04
zegarmistrz
   
Ocena:
0

Ja chciałbym zauważyć, że hamburgery, podobnie jak kilka innych produktów, które odpowiadają za obecną plagę otyłości (kostka rosołowa, bary fastfood, nadmiarowe użycie cukru) zostały wymyślone jako sposób na dostarczenie wartościowego pożywienia klasie robotniczej.

I rolę swą spełniły.

Dziś oczywiście już tego nie robią, ale głównie dlatego, że zmieniły sie realia. Kiedyś problemem był niedobór białka, niedożywienie i krzywica, dziś otyłość.

To tyle jeśli chodzi o analogię kulinarną.

06-08-2014 18:50
Cherokee
   
Ocena:
0

W sensie, że przed wynalezieniem hamburgera robotnik musiał najpierw dogonić krowę, czy jak?

06-08-2014 19:25
zegarmistrz
   
Ocena:
0

Nic nie wiedzieli o dietetyce, więc jedli to, co było najtańsze i uważali za najbardziej sycące: kartofle i chleb.

06-08-2014 20:28
27383
   
Ocena:
0

Czyli nie możemy uznać, że hamburger jest zły dla zdrowia?

06-08-2014 21:12
Vukodlak
   
Ocena:
0

Zacznij harować jak robotnik z początku XX wieku i być może będziesz mógł uznać, że nie jest. Jeśli ponadto skomponujesz burgera pozbawionego wspomagaczy, które są sycące (ale rozwalają wątrobę i nery), to prawie na pewno nie będzie.

06-08-2014 21:27
Adeptus
   
Ocena:
0

@ Cherokee

Kontynuując analogię gastronomiczną: nie chodzi o to, czy BigMac jest dobry. Chodzi o to, czy jest zdrowy i wartościowy odżywczo.

Niby dlaczego?! :0

@ Thoctar

Można wartościować wszystko na zasadzie "lubię/nie lubię" czy "podoba mi się/nie podoba mi się", ale to jest nudne, nie ma większego sensu, nie pozwala na dobre poznanie siebie jak i czytanych książek i świadczy o pewnym - chyba jednak mam w sobie dużo z bufona i prostaka - prostactwie i prymitywizmie.

Co kogo nudzi, tego nudzi. A sensu oczywiście nie ma, bo co to w ogóle jest "sens" i co go ma? Prymitywizm cenię... Prostactwo niekoniecznie, choć prostotę już z pewnością. Poznaję te elementy książki, które mnie interesuję. Siebie nie poznaję, bo ciężko mi sobie wyobrazić mniej ciekawe zajęcie.


Widzenie świata i jego elementów (a więc i czytanych książek) w czarno-białych barwach, podporządkowywanie wszystkiego prostemu rozgraniczeniu na "fajne i niefajne" nie jest dobre.

Dlaczego? Jeśli dla mnie istotną cechą skarpetek  jest to, że mają być białe i koniec, to co mają w tej kwestii zmienić analizy ludzi wywodzących, że białe skarpetki to kicz i bezguście?

 

 

06-08-2014 22:36

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.