» Recenzje » Vagabond #01-02

Vagabond #01-02


wersja do druku

Umarł królik, niech żyje...

Autor:
Vagabond #01-02
Tom zatytułowany Gen był ostatnim z serii przygód Usagiego Yojimbo, jaki ukazał się nakładem wydawnictwa Mandragora. Siedem zbiorów najstarszych opowieści o króliku-samuraju spełniło swoje zadanie i obowiązek, tworząc podstawę dla lektury dalszych historii, które równolegle wydawał (i wydaje) Egmont. Jednakże ponieważ historyczna japońska tematyka i charakterystyczny dźwięk dobywanego miecza mają w Polsce armię swoich zagorzałych miłośników, grupy tej nie można było pozostawić bez nowego obiektu estetycznej adoracji.

I tak na scenę wkroczył Vagabond. Brutalnie, krwawo, daleko poza granicą, której bohater Stana Sakai nigdy nie odważyłby się przebyć. Takehiko Inoue wysyła czytelnika w te rejony siedemnastowiecznej Japonii, które w Usagim skryto za kurtyną niedopowiedzenia, co jest szczególnie widoczne w przypadku wykorzystania w obu seriach podobnych motywów. Kiedy Usagi przegrywa bitwę pod Adachigaharą, widzimy dwie walczące armie, a potem pole trupów i na tym koniec. Reszta ma się rozegrać w wyobraźni czytelnika. W Vagabondzie wszystko zaczyna się od pola trupów, a następnie akcja rusza dalej, nie szczędząc detali związanych z dobijaniem rannych i grabieniem zwłok. Jeżeli Usagi stawia czoła zarządcy prowincjonalnej wioski, niegodziwość urzędnika maluje się na jego pyszczku. Takezo z wioski Miyamoto oraz związani z nim bohaterowie przekonują się o ludzkiej podłości w bardziej naoczny i bezpośredni sposób.

Realistyczny, przerywany niekiedy humorystycznym akcentem, charakter Vagabonda podkreśla przede wszystkim stosunek do śmierci i sposobu jej ukazywania. Tutaj w czasie pojedynku nikt nie "frunie", wojownicy nie mijają się w locie i nie oczekują na to, który pierwszy upadnie. Walka jest równie szybka, prowadzona w myśl zasady "jeden cios, jedna śmierć", ale nieporównywalnie bardziej krwawa i okrutna. Niewiele tu związanej ze sztuką miecza poezji, ale i być jej nie może, gdyż Usagi to szkolony szermierz, który stawia czoła równym sobie, a Takezo jest – póki co – zaledwie agresywnym, śmiertelnie ambitnym wioskowym rozrabiaką, któremu zamarzyło się, że zdobędzie nieśmiertelną sławę. Jeśli zatem szukać w Vagabondzie nuty poezji i tradycyjnego piękna, należy zwrócić uwagę na zakończenia epizodów lub jednokadrowe puenty dłuższych sekwencji. Odkryje się w nich malownicze pejzaże lub zamknięte w okienku kadru obrazki natury: mrówkę, pająka w sieci. Emanujący z nich spokój kontrastuje z ekspresywnymi, przesyconymi emocjami scenami walki oraz spotkań bohaterów.


To właśnie wokół emocji obraca się fabuła losów wagabundy. Agresja Takezo ma swoje korzenie w relacjach z ojcem oraz pełnym przemocy dzieciństwem spędzonym w wiosce. Chęć bycia najlepszym i niezwyciężonym stają się w efekcie przyczyną cierpienia i bólu, z którymi nie jest w stanie sobie poradzić. To jeszcze nie heros, a raczej materiał, który musi zostać poddany obróbce i przejść niezbędną przemianę, by osiągnąć prawdziwą wielkość. Dla porównania – o rodzinie Usagiego niewiele w zasadzie wiadomo, a jego emocje są zazwyczaj skrywane za maską bushido i oszczędnie sygnalizowane. Ta różnica wynika również z faktu, iż Vagabond jest mimo wszystko mangą, w której występuje wiele elementów dla tej formy charakterystycznych: rozbuchane konfrontacje postaci, wewnętrzne zmagania głównego bohatera, dynamiczne starcia walczących. Na szczęście składniki te zastosowano czytelnie, co cieszy szczególnie w przypadku fragmentów poświęconych prezentacji psychiki Takezo. Udało się uniknąć, typowego dla wielu nie liczących się z objętością tomu i wytrzymałością czytelnika mang, pseudointelektualnego, imitującego psychoanalizę bełkotu. Nie popełniono również błędu i nie zasypano odbiorcy stosem postaci drugoplanowych – wszyscy bohaterowie pojawiają się systematyczne, dają czas na oswojenie się ze sobą i zapadnięcie w pamięć. Szczególną uwagę warto zwrócić na postaci kobiece, których wewnętrzna siła przyćmiewa w istocie pozorną potęgę wojowników, a także na mistrza Tokuana, który posiada wszystkie predyspozycje, by zostać ulubieńcem czytelników.

Sakai oraz Inoue wykorzystują w swoich komiksach legendę Miyamoto Mushashiego, największego mistrza miecza. Dla Sakaiego jest ona jednak wyłączenie narzędziem do zbudowania wizerunku niepokonanego szermierza, który stara się unikać zabijania, lecz jest do niego wbrew swojej woli zmuszany. Inoue, opierając się na powieści Eijiego Yoshikawy, ma ambicję opowiedzieć bardziej biograficzną historię o człowieku, który nieustannie szuka wyzwań, by potwierdzić swoje umiejętności i pokonać dręczące go demony. Wbrew pozorom obie samurajskie serie Mandragory nie są sobie aż tak obce. To raczej kwestia radykalnie odmiennej estetyki i przesunięcia pewnych akcentów. Ale sednem wciąż pozostają miecz i honor. Oraz człowiek, który za nimi stoi.
Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

Galeria

Vagabond #01
Vagabond #01
Vagabond #01
Vagabond #01

7.5
Ocena recenzenta
7.5
Ocena użytkowników
Średnia z 3 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 2
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Vagabond #1
Scenariusz: Takehiko Inoue
Rysunki: Takehiko Inoue
Wydawca: Mandragora
Data wydania: wrzesień 2005
Liczba stron: 248
Format: B6
Oprawa: miękka, kolorowa, z obwolutą
Papier: offsetowy
Druk: czarno-biały
Cena: 19,90 zł



Czytaj również

Vagabond #05
Walka, walka i jeszcze raz walka
- recenzja
Vagabond #03-04
Obiit Takezo - natus est Miyamoto
- recenzja

Komentarze

string(15) ""

Rege
    A więc :
Ocena:
0
Recenzja naprawdę zacna. Vagabond jest jedną z dwóch mang na polskim rynku, które kupuję i doprawdy : wart jest każdej złotówki. Styl, sposób kadrowania, ciekawa historia i bohaterowie, których na pewno będzie sie pamiętać dugo po odłożeniu komiksu na półkę.

Osobiście troszkę uważam, że przesadziłeś z ciagłymi porównaniami Vagabond do Usagiego, a raczej odwrotnie ;) Nie zrozum mnie źle - uwielbiam zarówno Usagiego jak i Vagabond, jednak może jest tam ktoś, kto Usagiego nie czytał lub najpierw przeczytał Vagabond. Czytając tę recenzje miałem wrażenie czytania dwóch recenzji naraz.

Swoją drogą, zastanawia mnie czemu nie przetłumaczyli tytułu. Przeciez w j. polskim istnieje słowo wagabunda. Hmmm... jakieś prawa marketingu, o których się nie mówi głośno ?
04-02-2006 18:58
Repek
    Spytać...
Ocena:
0
...należałoby licencjodawcy.

A co do porównania - jakąś formę tekstu przyjąć trzeba, a tu aż się prosiło o odwołanie. Poza tym komiksy nie istnieją w próżni. Poza tym - naprawdę uważam, że te dwa komiksy więcej łączy niż dzieli.

Tak czy siak - dzięki za sugestię.

Pozdrówka
04-02-2006 21:07
~malinfide

Użytkownik niezarejestrowany
    Takehiko...
Ocena:
0
też była kobietą?
18-05-2006 20:51
~malinfinde

Użytkownik niezarejestrowany
    nie.
Ocena:
0
właśnie sprawdziła. to imię męskie i znacy.. "książę bambusa"
ok. to głupie tłumaczenie. powinni być "bambusi książę" :)
18-05-2006 20:55

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.