U martwych w Dallas - Charlaine Harris

Autor: Artur 'Vermin' Tojza

U martwych w Dallas - Charlaine Harris
Charlaine Harris napisała aż dziewięć książek z cyklu o przygodach Sookie Stackhouse i jej wampirycznego kochanka, Billa. W moje redakcyjne ręce wpadły pierwsze trzy tomy, które okazały się prawdziwym piekłem, zarówno dla duszy, jak i oczu. U martwych w Dallas jest drugą częścią cyklu Czysta krew i tutaj – w przeciwieństwie do tomu pierwszego – autorka chciała stworzyć pełen mroku oraz brutalności kryminał. Na chęciach się jednak skończyło, bo to, co przeczytałem, było ni mniej, ni więcej niż plątaniną wulgarnego seksu, absurdu i zupełnie nieprzemyślanych posunięć.

Tym razem Sookie wplątuje się w grubszą sprawę. Gdy pewnego dnia rano przychodzi do pracy, znajduje zwłoki kucharza. Niedługo potem zostaje zaatakowana przez potwora, który rani dziewczynę i zatruwa jej krew. Zaprzyjaźnione wampiry ratują ją, wysysając truciznę, po czym proszą o pomoc w odszukaniu w Dallas ich zaginionego brata. Dziewczyna zgadza się i wraz z całą ekipą ruszają na poszukiwania, nie przeczuwając, że wpadają w potężny konflikt.

Poziom literacki tej części jest zdecydowanie gorszy od tomu pierwszego. Narracja nadal prowadzona jest w pierwszej osobie, przez postać głównej bohaterki serii, Sookie, tyle że tym razem dziewczyna niemal z miejsca przystępuje do opisywania walorów erotycznych każdej spotkanej osoby. Na domiar złego każdy, kto spotyka główną bohaterkę, chce ją od razu "zaliczyć" i to najlepiej w miejscu, w którym się obecnie znajdują. Dzięki temu postacie są jeszcze bardziej płytkie i niejasne niż poprzednio, a czytelnik ma wrażenie, że jedyne, o czym wszyscy myślą w dziele Harris, to seks. Najlepiej wyuzdany, bo opisy scen łóżkowych są bardzo często niesmaczne, oscylując na pograniczu taniego porno z sadomaso. W zasadzie miałem silne odczucie, że nawet harlequiny są napisane z większym smakiem w tej materii. Wspomnijmy jeszcze o fakcie, że Sookie nadal wysławia się jak nierozgarnięta nastolatka, której umysłem rządzi estrogen, co zapewni nam jej bardzo "błyskotliwe" przemyślenia na temat świata umarłych oraz wzajemnej tolerancji.

Idąc za ciosem, trzeba powiedzieć o części kryminalnej U martwych w Dallas. Tutaj powiem wprost, że jest to najgorszy z kryminałów, jakie me oczy widziały i przeczytały. Poziomem złożoności i nielogiczności zdarzeń przypomina wręcz mizernej jakości opowiadanie, napisane przez dziecko, które nawet nie zna definicji tego gatunku. Cały wątek wygląda, jakby sklecony został na kolanie podczas jazdy po wybojach, do tego w tempie wyjątkowo ekspresowym. Zaowocowało to zarówno ogromną liczbą niespójnych wydarzeń, jak i pogwałceniem wszystkich cech gatunku. Finał wątku kryminalnego jest tak absurdalny i nielogicznie wyjaśniony, że przez dobrą godzinę zastanawiałem się, o co właściwie autorce tej książki chodziło. Miałem nieodparte wrażenie, że chyba sama nie wiedziała, jak rozwiązać tę sprawę, i zgubiła się w niej już na samym początku swego dzieła.

Świetnym przykładem braku logiki w świecie wykreowanym przez pisarkę jest sekta zwana Bractwem Słońca. Jeśli miałbym typować najbardziej nieudolną organizację przestępczą na świecie, z pewnością ci panowie wygraliby bez wysiłku. Poziom ich głupoty w prowadzeniu wojny z wampirami wręcz porażał i przyprawiał mnie o bóle głowy i napady smutnego śmiechu. W zasadzie mówili oni każdemu o wszystkim, co planowali zrobić, na końcu dodając, że jest to tajemnica, o której nikt nie może się dowiedzieć. Członkowie Bractwa Słońca uznają się dodatkowo za najlepszych łowców wampirów na świecie – może dlatego, że mimo braku jakiegokolwiek zorganizowania odnoszą na tym polu spore sukcesy? W pewnym momencie nasunęło mi się pytanie – kto w książce Harris jest głupszy? Wampiry czy Bractwo Słońca? Uznałem ostatecznie, że obie strony prezentują poziom równie nieudolny, co autorka.

U martwych w Dallas to zdecydowanie pozycja dla masochistów literackich, którzy uwielbiają kaleczyć swe oczy pogmatwaną stylistyką oraz nielogicznymi zdarzeniami. Książka, mimo że dość krótka, spowodowała u mnie ostrą migrenę i gdybym nie musiał jej przeczytać z redaktorskiego obowiązku, to nawet bym na nią nie spojrzał, mając w pamięci pierwszy tom cyklu Czysta krew. Dla mnie cała seria jest po tym tomie skreślona, zarówno jako romans, jak i kryminał. Nie wiem, jakim cudem ten wybryk natury osiągnął w USA tak olbrzymią popularność, ale szczerze boję się o zdrowy rozsądek Amerykanów. Mam nadzieję, że naszym czytelnikom jego utrata nie grozi.