» Biblioteka Jedynego » Księgi o Dominium » Tragikomedia doryjsko-kordyjska

Tragikomedia doryjsko-kordyjska


wersja do druku

praca konkursowa

Autor:

Doria to piękny kraj, lecz zarazem specyficzny. Pięknym może okazać się dla tego, kto poszukuje spokoju i wolności, bo obie te rzeczy znaleźć można bez wysiłku wędrując poprzez rozległe równiny, upstrzone z rzadka prastarymi lasami, pamiętającymi jeszcze czasy świetności tego królestwa. Zrozumiała jest jednak dla mnie także niechęć niektórych ludzi do tych ziem. Doria, bowiem potrafi być posępna i przygnębiająca, jak żadna z krain Dominium, pusta przytłumiona i wyblakła. Jak stary człowiek dogorywający po długiej chorobie…

Ja jednak Dorię ukochałem.

Powietrze przepełnione było zapachem palonych traw i chwastów. Wszędzie, jak okiem sięgnąć, z opustoszałych pól urastały ku niebu słupy siwego dymu, obwieszczając złowrogo koniec letniej pory. Minął już czas żniw, czas wiejskich zabaw i uroczystości. Nadeszła pora przygotowań do srogiej rodyjskiej zimy.

- Cóżeś Frankenie taki cichy? – zagadnąłem jadącego przy mnie towarzysza.

Franken ze skwaszoną miną spojrzał na mnie z pode łba.

- Rozejrzyj się Mathiasie, jak tu pusto. Szare chmury, szare drzewa i te dymy. Niewiele tu pozostało. Nawet ptaki przestały już świergotać.

- Taka kolej rzeczy, ptactwo odleciało już na północ.

- Nie czaruj swą filozofią Mathiasie. Bądź ze mną poważny… Choć nie, masz racę, ptactwo odleciało i to już bardzo dawno. A któż pozostał? Wrony i kruki, bracia mniejsi śmierci – wskazał na skraj lasu, znad którego wzbiła się chmara czarnych ptaków – Pobratymcy kostuchy.

Zerknąłem z uśmiechem na przelatujące nad nami stado wron. Bawiły mnie dekadenckie wynurzenia mego młodego towarzysza, jednak dziś postanowiłem zachować powagę, wiedziałem bowiem zbyt dobrze, jakiej natury gryzą go problemy.

- Cóż mogę rzec? – rzekłem bez przekonania. Franken był rozdrażniony i markotny. Widziałem, że bije się z myślami.

- Nie mów nic. Wszystko już dawno postanowiłem. Zakręć na rozstaju w prawo, zajedziemy do młyna. Zobaczę jak tam sobie radzą.

- Odwiedziny w paszczy lwa? Frankenie, twoje godne szacunku wyrachowanie sprawia mi pewien kłopot. Jak możesz odwiedzać miejsce, które dwie noce temu zostało na twój rozkaz ograbione z owoców tak ciężkiej pracy?

- Skończ z filozofią, Mathiasie! I nie bądź sarkastyczny! To, co ty wiesz, nie jest wiadome innym. A zboże i tak należało do mnie, nie pamiętasz o tym?

- I któż tu filozofuje? – Roześmiałem się wreszcie, nie mogąc powstrzymać dobrego humoru, który towarzyszył mi od rana. – Nie staraj się jednak swych niecnych postępków skrywać pod płaszczem ojcowskiej schedy. Wszak to zboże służyć miało innym celom, niż napełnienie twojej kiesy.

- Denerwujesz mnie Mathiasie. I nie rób mi wykładów. Czyżbyś na starość przemienił się w moralistę? Oceń, więc najpierw siebie! Moje sprawy już dawno są zaplanowane i postanowione. Swoje mądrości, Mathiasie, możesz odłożyć do lamusa. Mi na nic one.

- Mylisz się mój młody przyjacielu – podjąłem stanowczo, wyzbywając się nagle serdecznego uśmiechu – wspomnisz moje słowa i mą mądrość, bo wyrosła ona na zbyt wielu złych rzeczach, które w życie widziałem i w których, na nieszczęście, ręce maczałem. Twój godny pożałowania postępek, który z taką zuchwałością wprowadzasz w życie, stanie się pierwszym gwoździem do trumny, którą, wspomniana kostucha, będzie zbijać ci do końca twych dni.

- Przestań Mathiasie, nic o mnie nie wiesz…

- Nic? Doprawdy, nie zapomnij gdzie moje miejsce i gdzie me rodzinne gniazdo. Ja przecież także znam smak życia, bez pieniędzy, w kraju tobie wrogim, pozbawionym nadziei, opuszczony przez wszystkich przyjaciół i przez tą jedyną, w której pokładałeś tak wiele wiary. Twoja sikorka, Frankenie, odleciała już na północ i rabowaniem biednych ludzi jej nie zawrócisz.

- Nie bajaj mi o dalekich krajach, Mathiasie. Dla mnie liczy się to, co mam i widzę tutaj. A o Aganette nie wspominaj, bo każę cię poszczuć psami, gdy wrócimy na zamek.

- Doprawdy - wybuchnąłem znów śmiechem – mimo swego zakłamania i wyrachowania nie opuściło się jeszcze poczucie humoru! Chyba rzeczywiście dam ci spokój, bo gotów będziesz spełnić swoją groźbę!

- Jesteś przewrotny niczym kobieta Mathiasie. Na przemian drwisz ze mnie i wpajasz liche mądrości. Czemuż jednak ty ciągasz się po kresach Dominium z dala od swej falhordskiej ziemi, ha?

- Bom takie głupoty w młodości czynił jak ty teraz. Zresztą mniejsza z tym.

- Zatem, drogi Mathiasie, pozwól mi postępować podług własnej woli, bo nie przywykłem pobierać nauk od przegranych co na starość szukają spokoju w zapomnianych przez Jedynego krainach. Ja jestem młody i mam przed sobą cel, który osiągnę nie zważając na koszta.

- Dla odmiany teraz ty ze mnie szydzisz – podjąłem już bez radości – ale oceniłeś mnie bezbłędnie. Tak więc, wedle woli, rób co uznasz za stosowne, bo nie mnie to oceniać i nie mnie twe czyny sądzić. Ja odnalazłem wszak swoje, a ty młodzieńcze szukaj dalej. A tak z innej beczki. Posłałeś już po tego Wolfa Horna?

- Trzy dni temu. Wolfgang ma przybyć, gdy tylko zbiorę pieniądze, aby go opłacić.

- A to się stanie kiedy?

- Jutrzejszej nocy przybędzie człowiek z Antrwpii, który odbierze ode mnie zboże.

- Doskonale mój przyjacielu. Jesteś dokładny niczym ligijski mechanizm. A i talentu ci nie brak. Nakraść czternaście wozów ziarna to wyczyn godzien mistrza!

- Nie szydź już Mathiasie. To było moje ziarno.

Schowaliśmy się za, rosnącą na skraju lasu, rozległą leszczyną, która dawała dostatecznie wiele cienia, aby skryć dwie, nie najmniejszych rozmiarów, postacie. Konie dla pewności zostawiliśmy daleko w lesie, w niewielkim jarze. Słońce dochodziło właśnie zmierzchu.

- Nie wiem czy to odpowiednia pora ma takie transakcje. – rzekłem do skulonego Frankena, obserwując jednocześnie szereg wozów stojących na rozciągającym się przed nami pastwisku.

- Bądź spokojny Mathiasie. To pewne miejsce. Odsłonięte, ale jak mówi kordyjskie przysłowie, najciemniej jest tam gdzie ogień nocą płonie.

- Ha, racja. Lecz do nocy sporo nam jeszcze brakuje.

- Nic to. Azar Badraff przybył wcześniej i wcześniej odjechać musi. Pora tu roli wielkiej nie odgrywa, obyśmy cenę wzięli odpowiednią.

- Obyśmy? Nie zapominaj się. Ja do tego ręki nie przykładam.

- Nie o tobie mówiłem Mathiasie – żachnął się Frankę, wskazując ręką w stronę wozów – zobacz tam przy koniu. To Leg, on ma dobić targu. Zdolny chłopak, zabiorę go ze sobą do Kordu, szkoda żeby tu się marnował.

- Kord to teraz jest tu. Nauki geograficzne nie są ci znane? – zaśmiałem się szyderczo.

- Nie denerwuj mnie Mathiasie. I racz proszę zachować ciszę, bo jesteśmy tu w tajemnicy.

- Oczywiście, oczywiście, zapomniałem, że ty jak i ja od całej sprawy umywasz ręce. Patrz, chyba już jadą.

Rzeczywiście, od strony lasu wynurzyło się z cienia kilku jeźdźców, którzy na widok wozów, śmiało ruszyli w ich stronę.

- A cóż zrobisz z tymi ludźmi, którzy ci pomagali?

- Część to najmici, Mathiasie. Powiodą wozy wraz z Badraffem. A reszcie zatkałem na razie mordy groszem. Boją się mnie i nic, póki co, nie pisną. Po tym jak stąd wyjadę, będzie mi wszystko jedno, co kto gada. Zobacz to chyba Badraff, ten gruby na gniadoszu.

- Racja. Wystrojony jak dworska kurtyzana. Aż mnie dziw bierze, iż sam raczył tu przybyć.

- Dlaczego? Dobry gospodarz Mathiasie, dogląda własnych interesów. Dlatego też my tu jesteśmy. A Badraff i tak bawił w okolicy i rusza teraz do Kordu. Po prawdzie to robi ten interes na boku, stąd mam pewność, co do jego milczenia.

- Prawda to. Milczenie kordyjskich kupców jest złotem. – zarechotałem, kryjąc usta w rękawie kaftana – Rozbawiasz mnie, mój przyjacielu, jak nikt inny.

- Cisza Mathiasie. Zobacz, dobijają targu.

- Tak, dobry kordyjski kupiec płaci ciężkimi kordinami. Spójrz na te sakwy, będzie tysiąc? – szydziłem w najlepsze.

- Co tak cię naszło na tych kupców, ha?

- To przecież zwykły lichwiarz, przebrany za papugę. Prawdziwy kupiec nie robi interesów z doryjskimi panami, pochowanymi po krzakach…

- Prawdziwy kupiec Mathiasie, wie gdzie i na czym zarobić. I nie sprawia mu różnicy czy zarabia handlując z wykwintnym panem de Gath, którego włości ciągną się aż po horyzont, czy ze sługą zubożonego doryjczyka. Pieniądz jest pieniądz, i ja jego kordinów potrzebuję.

- A on twojego zboża, które sprzeda po dwakroć drożej, cóż za interes?

- Mathiasie, jesteś starym głupcem. Pozwól, że daruje sobie wygłaszanie w tym miejscu podstawowych praw ekonomii, bo i tak byś ich nie zrozumiał. Twoje dobre czasy już minęły, pozwól więc robić interesy tym, którzy mają o tym pojęcie.

- Dostrzegam w tobie duszę filozofa, młodzieńcze – buchnąłem kolejną salwą tłumionego śmiechu – nazwałbym się „Frankiem z Leszczyny” i rozpropagował twoje trafne myśli w całym Kordzie! Zdobyłbyś sławę i uznanie, których tak pragniesz, a i grosz przy tym wpadłby do kiesy nie kiepski!

- Milcz głupcze! Gdybyś nie był mi jedyną bratnią duszą, posłałbym cię w cztery diabły… Odjeżdżają Matchiasie, udało się.

Rzeczywiście. Ludzie przybyli z Badraffem, wraz z najemnymi woźnicami powiedli pełne wozy w stronę lasu, a Leg i kilku jego towarzyszu pożegnało się wylewnie z kupcem.

- Chodźmy Matchiasie. Leg będzie na zamku dużo wcześniej niż my, musimy się śpieszyć.

- Po wtóre, trzecie lub czwarte, rozbawiasz mnie – nie mogłem opanować śmiechu, wyłażąc z leszczynowego krzaka – nazywasz swą siedzibę zamkiem, choć jest to po prawdzie nędzny loch, cóż za fantazja! Zaiste, Doria to piękny kraj. Chodźmy, zatem prędzej, bo nas tu noc zastanie.

Frankę w drodze do warowni był aż nad to milczący. Nie reagował już nawet na moje docinki i żarty, porzuciłem więc dobry humor i gdy wyjeżdżaliśmy z lasu, zagadnąłem poważniej:

- Teraz już za późno, aby się wycofać, co? Kiedy spodziewasz się Wolfa?

- Przybędzie, gdy tylko poczuje zapach pieniędzy, zapewne już jest w drodze.

- Aż tak on się ceni, że tyle kordinów potrzebne ci było?

- Znasz Mathiasie, Marcusa Teimana. Na tak przebiegłą zwierzynę potrzebni są równie przebiegli myśliwi. A Wolfgang Horn to mistrz nad mistrze, w swym zbójeckim fachu. Za dobrą zapłatę otrzymuję pewność schwytania Teimana, a to jest najważniejsze.

- Racja.

- Oczywiście, część tych pieniędzy potrzebna mi będzie później.

- Miałeś nie liche szczęście, że wpadłeś na ślad Teimana, właśnie tu, to dziwne, nieprawdaż?

- Nie masz racji Mathiesie. Jesteś tu jeszcze zbyt krótko, zresztą gdybyś był mądrzejszy, wiedziałbyś o Teimanie więcej. A teraz popędźmy konie, bo mi spieszno.

Wolfgang Horn pojawił się następnego wieczora. Po człowieku jego formatu spodziewałem się, iż przybędzie wraz z nim niemała kompania jego pobratymców, Wolf jednak przybył sam. Zadziwił mnie także posturą; dosyć niski, nie młody już, do tego w cale nie tęgi, o oczach ufnych jak oczy małego dziecka. W niczym nie przypominał mi najemnego zbója. Lecz jak mówi kordyjskie przysłowie…

Franken, na okazję spotkania z Hornem, przyodział paradny strój, wraz i resztką rodzinnych klejnotów, jaka mu pozostała, chcąc wywrzeć jak najlepsze wrażenie na gościu. Ja nie czując potrzeby stosowania takich zabiegów, ograniczyłem się do wsadzenia za pas pięknego, ozdobnego sztyletu, zwilżonego tu jeszcze z Grande. Spotkaliśmy się we trzech w gabinecie naszego gospodarza, gdy Horn zjadł już i ogarnął się po męczącej podróży.

- Jak więc panowie sprawy się mają? – rozpoczął bez zbędnych kurtuazji Wolf, gdy pozostaliśmy już sami.

- Panie Wolfgangu – Franken wstał zza topornego biurka, chodź dopiero co usiadł, i począł przechadzać się po gabinecie, bawiąc się palcami. Był to wyraźny znak, zdradzający jego zdenerwowanie – rzecz jest poważna, dlatego pozwoliłem sobie na zakłócenie pańskiego spokoju.

- Oczywiste. Od błahych spraw są inni ludzie. Jaśniej proszę, bom nie przywykł do ceremonialnych gadek.

- Idzie mi o rzecz znacznie poważniejszego kroju nią interesy, które łączyły nas w przeszłości. Rzucę więc nazwisko: Marcus Teiman. Mówi to coś panu zapewne?

- Tak – rzekł Horn wpatrując się w świecznik ustawiony na biurku – cóż się więc tyczy Teimana?

- Chcę mieć go żywego. Tu. – Franken stanowczo uderzył palcem w blat niewielkiego stolika, zagraconego zrolowanymi pergaminami.

- Któż by nie chciał? Pan de Gath płaci słono za jego ścierwo.

- Racja to – dostrzegłem w głosie Frankena lekką niepewność. – Z tym, że ja nad panem de Gath mam jedną przewagę, znam bowiem miejsce pobytu Teimana.

W Hornie pojawiło się wreszcie zainteresowanie, choć zdradził je tylko poprzez zwrócenie swego wzroku w stronę Frankena.

- Proszę więc szczerzej panie dor Marn. Nie lubię gier i niedomówień, bo kojarzą mi się one z rzeczami, których z serca całego nienawidzę i od których jestem z dala. Ja pozwolę sobie także na grę w otwarte karty, bo mam pewność, że interesy, które łączyły nas dawniej, dają mi na to przyzwolenie.

Uśmiechnąłem się lekko, z głębin fotela, w którym zasiadałem, do Frankena, dając mu znak, że sprawa idzie po naszej myśli. Poznałem, bowiem w Wolfgangu Hornie człowieka, który nie wyzbył się jeszcze honoru i w którym pokładać było można wiarę.

- Zatem panie dor Marn nasz interes, choć widzę że pokrętną drogą, złoży się w całość. Powiem jednak najpierw jak ta sprawa wygląda z mojej strony. Pan de Gath ma z Teimanem problem tęgi, napsuł mu on krwi, co niemiara i za głowę jego gotów jest wyłożyć więcej niż wart pan jesteś wraz z butami. Zastanawiałem się sam nad tym wyzwaniem. Problem w tym, iż nawet gdybym miał chrapkę na jego kordony, to człowiek taki jak on nie podjąłby się ich wypłacenia bandycie, którym ja jestem. Gdybym zgłosił się do de Gacha z głową Teimana, liczyć mógł bym, w przypływie pańskiej łaski, co najwyżej na poszczucie psami, choć pewny jestem, że sam bym położył głowę, aby całą sprawę uciszyć. Wiesz chyba panie, że my kordyjczycy nie jesteśmy przeważnie tak honorowi jak stara rodyjska rasa? Na działanie poprzez pośredników także nie mam co liczyć, bo kontaktów tak wysoko postawionych nie mam, a i grosz by był z tego nie odpowiedni.

- Zadziwiasz mnie panie Horn.

- Spodziewał się pan zapewne, że pretensje de Gatha do głowy Teimana nie są mi znane, tak?

- Racja, racja. Słyszałem jednak panie Wolfgangu, że ostatnią zimą w innych częściach Kordu bawiłeś.

- Nieważne – Horn uśmiechnął się tajemniczo – grunt w tym, że podejmę się schwytania Teimana dla ciebie panie za sumę, którą mi zaoferujesz, bo rozumiem, iż względem niego masz swoje plany. Ja ich znać nie chcę i wiedzieć o nich nie muszę. Nie moja to rzecz.

- Opowiem ci zatem panie Wolfgangu, o miejscu, w którym chowa się Teiman. Zapłatę zostawmy na później, bo jak wiesz nie jestem człowiekiem, który skąpi za dobrze wykonaną pracę. O to bądź spokojny. – Franken wziął ze stolika, przy którym stał, jeden z rulonów i rozłożył go na biurku – Spójrz panie Wolfgangu, oto plan mych ziem.

Doryjczyk, wraz z Hornem pochylili się nad rozpostartym arkuszem, a ja ograniczyłem się do biernej ich obserwacji, zagłębiony w czeluści mego fotela.

- Tutaj, panie Wolfgangu – Franken stuknął palcem w jakiś punkt na mapie – to miejsce zwane Psim Pyskiem. Na tych wzgórzach stała kiedyś wieża obserwacyjna, teraz to miejsce opuszczone i dzikie, nieodwiedzane zupełnie przez nikogo. Wieża ta miała kilka rozległych komnat pod ziemią, które łączyły się z grotami, leżącymi pod wzgórzami. Wiem o tym, że tam jest legowisko Teimana i tam on zamierza zimować. To pewne i bezpieczne dla niego miejsce, bo położone na odludnych ziemiach, gdzie dużo jest dzikiej zwierzyny.

- Widzę panie dor Marn – rzekł Horn oglądając mapę, – że duża część ziem, które ci pozostały, to jałowe tereny. Nie ma na czym się wzbogacać.

Franken puścił uwagę Horna mimo uszu.

- Tu jest – doryjczyk sięgnął po kolejny arkusz – dokładny plan wzgórz i jaru. Psi Pysk to dość trudny teren, łatwo o wypadek.

Horn zagłębił się w mapę, wodząc po niej palcem. Na chwilę zaległa cisza.

- Dobrze – rzekł wreszcie – będę potrzebował tych planów i przewodnika. Widzę, iż rzeczywiście nie jest to teren łatwy i położony do tego dość daleko od twej, panie, posiadłości.

- Poślę z tobą człowieka, który doskonale zna tę okolicę. Poprowadzi cię on na miejsce i oprowadzi po Psim Pysku, tak abyś mógł się z nim zapoznać. Oczywiście wszystko potajemnie.

- Ilu ludzi jest z Teimanem?

- Około dziesięciu. Tego dokładnie nie wiem, ale to zwykłe draby. Teiman ma teraz spore kłopoty i brak mu grosza na prawdziwe wojsko. Zresztą gdyby miał złoto zapewne nie zaszywałby się w takiej dziurze.

 - Doskonale. Chciałbym jednak dostać część zapłaty już teraz.

Franken, przygotowany na taką ewentualność, wyciągnął z pod biurka niewielką szkatułkę, otworzył ją i postawił przed Hornem. Ten otaksował wzrokiem jej zawartość i rzekł:

- Niech będzie. Nie wiem jednak ile mi zajdzie czasu. Jeśli chce mieć pan Teimana żywego, musi to potrwać.

- Rozumiem panie Wolfgangu, jednak zważaj i na czas. Nie mam go zbyt wiele, zważywszy na to złoto.

- Będę miał to na uwadze. A teraz, jeśli można, chciałbym udać się na spoczynek, bo nie spałem w podróży. Mam rozumieć, iż cała sprawa zostaje między nami i dyskrecja obowiązuje także pana, który skrywa swe oblicze w mroku.

- Oczywiście panie Horn. – rzekłem wreszcie, przerywając swe milczenie - Pańska tajemnica jest naszą tajemnicą.

Horn na te słowa wybuchnął śmiechem. Znane więc było mu dawne powiedzenie kordyjskich szpiegów, co zdradza, iż w swym życiu, przeróżnych rzeczy mógł doświadczać.

- Żegnam zatem – Horn rozluźnił się zupełnie – odchodzę na komnaty i proponuje spotkanie jutro z samego rana. Chciałbym wyruszyć jak najprędzej. Dobrej nocy panowie.

Wolfgang zniknął za drzwiami, nie zapominając o zabraniu ze sobą wypełnionej kordinami szkatułki.

 - I co sądzisz Mathiasie? – spytał, gdy zostaliśmy już sami, Franken.

 - Bądź dobrej myśli. Uważam, że nie bez kozery Horn cieszy się sławą, o której mi opowiadałeś. Aż dziw bierze, że nie spotkałem go nigdzie wcześniej, w czasie mej służby w Kordzie… Jeśli on zrobi to co ma zadane, to reszta już leżeć będzie w twoich rękach.

- Uspokajasz mnie Mathiasie – Franken sięgnął po stojącą na półce karafkę - cieszę się, że ze mną jesteś. Twoje doświadczenie do czegoś się jednak przydaje. Napijmy się zatem za pomyślność mego planu.

- Za oszustwa, kradzieże i morderstwa zazwyczaj nie pijam, lecz twego wina nie odmówię. Wyborny to trunek, doprawdy.

Franken sarkastycznym uśmiechem odpowiedział na mój dowcip, po czym napełnił puchary czerwonym napojem.

Opowiem teraz historię o tym jak Wolfgang Horn schwytał w pułapkę Marcusa Teimana. Ja poznałem ją z ust samego Horna, dużo, dużo później, gdy spotkałem go, ostro już wypitego, w jednym z podłych zajazdów gdzieś w Kordzie. Ten zacny, jak się okazało, człowiek, poznał mnie i zapraszając do wspólnej biesiady, raczył opowieściami z dawnych lat, w czym i ja, nie zważając na dane onegdaj tajemnice i przysięgi, nie pozostałem mu dłużny. Tak oto dowiedziałem się o tym jak się wtedy, jak zwykł mawiać Horn, rzeczy miały.

Wolfgang, po zapoznaniu się z Psim Pyskiem, ze wszystkimi, jak to opowiadał, jego miejscami strategicznymi, z „kim” i „ilu” jest z Teimanem, odesłał przewodnika do Frankena. Sam za to zaszył się w upatrzonym wcześniej miejscu, skąd mógł bezpiecznie obserwować podnóże wzgórza i czekał. Dwa dni i dwie noce wyczekiwał Horn na pojawienie się Teimana, skazany jedynie na oglądanie jego żołdaków, którzy poczynali sobie po okolicy dosyć swobodnie, pewni zupełnie swego bezpieczeństwa. Trzeciego wreszcie dnia podniósł łeb z pieczary i sam Teiman. Działo się to z samego rana, tak, że znużony chłodem i ciągłym nie dospaniem Horn, omal go nie przeoczył.

Teiman, nie wiedząc chyba specjalnie, co ze sobą począć, ruszył śmiało w las. Horn, czujny już jak polująca kania, tuż za nim. Marcusa zgubił jednak nie brak przezorności, czy wrodzona zuchwałość, lecz równie mocno cechujący go romantyzm, który był obiektem kpin już dla jego kolegów z cesarskiej akademii, o czym opowiadał mi Franken.

Nieszczęsny Teiman, przechadzając się o poranku po leśnej sielance, podśpiewując przy tym miłosne sonety de Ghariego (Horn długo nie mógł opanować zdumienia, słysząc z ust tak ponoć niebezpiecznego człowieka te banały) natrafił na polanę usianą późno letnim kwieciem. Na jej widok, bez ceregieli, „wpłynął”, jak pisał inny sławetny kordyjski poeta którego nazwiska niepomne, „na suchego przestwór oceanu”, i począł zrywać rzeczone kwiaty. Horn na ten widok zbaraniał kompletnie. Widać było w prawdzie, iż Teiman, skazany przez niesprzyjający mu los na banicję w Psim Pysku, nudził się okrutnie, lecz Wolfgang nie takich rozrywek się po nim spodziewał. Pewny błogiego odosobnienia Marcus zaczął przy zrywaniu tych, jak to zręcznie określił mój pijany rozmówca, chwastów podśpiewywać zupełnie swobodnie, zdradzając przy tym niemały talent. Horn obserwował go tak przez zgoła godzinę. I tu zaznacza się zwrotny punkt tej historii.

Marcus bowiem, uzbierawszy już pokaźny bukiet przeróżnej maści kwiecia i ziela, odnalazł w polnej gęstwinie krzaki dzikich róż, obsypanych jeszcze mocna bordowym kwiatem (naciągam tu nieco, gdyż Wolfgang nic mi o kolorze róż nie wspominał, imaginuje więc sobie taką barwę roślin, aby tych kolorów historii nie pozbawiać). Na ten widok porzucił miłosne wersety i począł recytować mocno „kordyjskie” banały na temat urody różanych kwiatów, ciesząc przy tym wzrok ich pięknem. Teraz właśnie Horn znalazł w tej farsie rolę dla siebie. Znając się na ludziach i mając na uwadze szczególne upodobanie kordyjskiej szlachty do róż, lub jak on to określał „chwastów”, ułożył sobie Horn w głowie szczwany plan. Ale o tym za chwilę, bo w tym czasie Marcus tęsknym spojrzeniem pożegnał się z różami i ruszył w las, aby bez reszty oddać się podjadaniu, rosnących w leśnym runie, jagódek. Wkrótce zresztą, wymęczony do cna przechadzkami po łonie natury, ruszył Marcus do swych lochów, aby odpocząć i posilić się świeżą dziczyzną, którą jego zbóje, w nadmiernych ilościach, zwlekali codziennie z lasu i piekli na rozstawionych przed wieżą rusztach.

Horn pewien był, jak niczego innego, no może poza niezawodnością swego zatrutego sztyletu, iż Teiman powróci jeszcze na łąkę, aby cieszyć się widokiem róż lub zerwać je i zawlec do komnat wieży. Tej jeszcze nocy, a miał przy tym sporo szczęścia bo noc ta było mocno księżycowa, odwiedził Wolfgang różane krzaki i poukrywał w trawie pod nimi małe, szklane fiolki, wypełnione mocno trującym gazem. Gaz ten, po uwolnieniu z fiolki, o której skruszenie nie było trudno, natychmiast paraliżował i odbierał świadomość. Stawiając tę wymyślną pułapkę Horn liczył właśnie na to, że Marcus, rozpływając się w zachwytach nad pięknem kwiatów, nastąpi na jedną z fiolek i gaz dopełni już całego planu. Nie pomylił się ani trochę, znał się przecież na ludziach i potrafił odgadywać ich zamysły niezgorzej niż ja, za czasów, gdy jaszcze miałem ochotę lub obowiązek to robić.

Następnego więc dnia, tuż po śniadaniu Marcus wpadł w sidła Horna, tak jak mysz wpada z zręczną pułapkę zastawianą w katach kuchni przez kordyjskie gospodynie. Ot i po sprawie, jak relacjonował mi pijany Wolfgang. Zadbał on oczywiście jeszcze o to, aby Teiman bezpiecznie i nieświadomie przebył z nim drogę do kruszącego się folwarku Frankena i tak oto pewnego wieczoru Wolfgang Horn stawił się u nas wraz z rannym towarzyszem podróży, jak załgał napotkanemu wieśniakowi, wyłudzając od niego ku szybszemu transportowi, konia.

Doryjskie warownie, które, wszystkie niemal takie same, służyły swym rycerzom w całym byłym cesarstwie, zawsze przybierały postać niskich, szarych zabudowań o grubych, wilgotnych murach i małych, rzec by się chciało „skarlałych” oknach. Pozbawione były przy tym wszelkich cywilizowanych wygód jaki znaleźć można było w, rozbudowanych ponad miarę, siedzibach północnych sąsiadów Dorii. Folwark Frankena dodatkowo charakteryzował się dość znacznym stanem rozkładu. Dla wędrowca, spoglądającego z daleka na to rodzinne gniazdo doryjskiego pana, wyglądać ono musiał ona ruiny pradawnego zamczyska, które zniszczeniu uległo w wyniku jakiejś potężnej bitwy. Gdyby jednak ten wyimaginowany wędrowiec skierował swe kroki w stronę budynku i zobaczył, że mimo wszystko na tych zgliszczach żyją jeszcze ludzie, pomyśleć by mógł, iż pomylił się jedynie co do wielkości zamczyska i rzeczonej bitwy.

Nie narzekam tu jednak na miejsce, w którym przyszło mi żyć przez ostatnich kilka miesięcy! Daleko mi od tego! Ascetyzm doryjskich budowli nawet odpowiadał mym skromnym wymaganiom, a i odnaleźć można było w tych murach z łatwością spokój i ciszę, których to wielce pragnąłem. Powyższy wywód prowadzi jednak do pewnej myśli.

Zamczysko Frankena, również tu nie ustępując w niczym swym braciom, posiadało bowiem rozległe lochy i podziemia. Zadziwiającym było dla mnie zamiłowanie doryjczyków do tego typu miejsc, moje serce napełniały one zawsze jak najgorszymi uczuciami. Nienawidziłem tych niskich stropów, ciasnych cel, zakamarków i korytarzyków, prowadzących Jedyny wie gdzie, w których napotkać można było na dodatek harcujące szczury o rozmiarach małych kotów. Do tego wszechobecny odór rozkładu i zgnilizny. Ohyda! Słowem, omijałem to miejsce z daleka. Dzisiejszej nocy musiałem jednak przemóc mą niechęć, w lochach bowiem zamknęliśmy pojmanego Marcusa Teimana.

Odczekaliśmy oczywiście do czasu aż korydjczyk dojdzie do siebie, po specyfikach zaaplikowanych mu przez Wolfganga. Gdy we trzech zaszliśmy do celi, w której siedział, zastaliśmy go skulonego, siedzącego w kucki, ze wzrokiem tak przerażonym i dzikim, że aż wezbrała we mnie litość. Na szczęście na krótko. Gdy więzień rozpoznał w świetle trzymanej przeze mnie pochodni twarz Frankena, uspokoił się natychmiast, wstał i momentalnie przybrał pozę pełną swej narodowej dumy. Był to jeden z jego kolejnych talentów. Grał świetnie. Gdyby w jego, jak się domyślałem, rozdartej osobowości, przewagę nad butnym politykiem-bandytą wziął wrażliwy artysta, wróżył bym mu o wiele większą i bardziej spektakularną karierę. W obecnej sytuacji uznać można go było za skończonego.

- Toś ty mnie pojmał? – rzucił z pogardą Teiman – Biedny doryjski paniczyk trafił los u fortuny?

Franken słysząc to podszedł do niego spokojnie i z całej siły trzasnął w głowę odebraną ode mnie pochodnią. Teiman w ostatniej chwili osłonił twarz przed płomieniem, lecz ugodzony żagwią, padł na kamienną posadzkę jak rażony piorunem. Czar aktorstwa prysł. Franken uciął gry Marcusa krótko.

- Słuchaj psie! – szepnął złowieszczo pochylając się nad więźniem – Gadać będziesz gdy ci nakażę. Rozumiesz?

Podszedł następnie do stojącego nieco dalej Wolfganga, oświetlając jego posturę.

- Patrz psie kto cię schwytał! I wbij sobie do głowy tą twarz, bo to twoja osobista kostucha, która kosę ci na grzbiecie położyła.

Horn zarechotał gromkim śmiechem, obserwując jak podnoszący się z posadzki Teiman, zerka na niego złowrogo.

- Mów każdemu – zagrzmiał łowca – że pojmał cię Wolf Horn! W tym względzie przynajmniej honor zachowasz!

Teiman stanął na nogi. Osłaniając ręką poparzoną twarz, otaksował nas wzrokiem i rzekł:

- Cóż ze mną zrobicie?

W jego glosie rozpoznałem sporom dozę rezygnacji i upokorzenia, szybko więc pojął jaką rolę przyjdzie mu odgrywać.

- Mam co do ciebie swoje plany, piekielniku. – Franken znów podszedł do więźnia na niebezpiecznie bliską odległość – Jedyny dał mi w twojej osobie szansę, z której skorzystam, ze wszystkimi jej konsekwencjami.

- Oddasz mnie w ręce de Gatha? Skusiły się jego kordony?

Franken spojrzał wprost w błękitne oczy Teimana. W spojrzeniu tym zawarł całą zawiść, odrazę i niechęć, jaką skrywał w sercu, i którymi obdarzał swój kraj i żyjących tu ludzi.

- Czyż tak postępuje dziedzic doryjskiej dumy i tradycji? – szeptał rozpaczliwie Teiman, szukając tarczy przed miażdżącym spojrzeniem doryjczyka – Nie czujesz wstydu przechadzając się po komnatach, w których ze ścian zerkają na ciebie wielcy przodkowie? Sprzedasz mnie de Gachowi za psi grosz? Pójdziesz na targ z człowiekiem, który okupuje twój kraj i twe ziemie? Czyż to godne doryjskiej krwi?

- Z Dorii – rzekł otępiale Franken – pozostało mi już tylko nazwisko… Bądź gotowy Martusie Teimanie, o północy ruszamy do Ferment, gdzie jest ma nowa ojczyzna i ziemia – przerwał odwracając się ku nam – tobie już ostateczna.

Teiman pobladł nagle rozumiejąc, iż nic już w tej grze nie ugra. Podparł się plecami o kamienną ścianę i ukrył twarz w kościstych dłoniach.




Czytaj również

Komentarze


Joseppe
    Jeden z moich faworytów
Ocena:
0
Osobiście bardzo mi się ta praca podoba. Bardzo ładnie zarysowane profile psychologiczne postaci i dobre nawiązania kulturowe.

Grafika widoczna przy tekście nie brała udziału w konkursie i została stworzona na moje osobiste życzenie, poza tekstem i poza konkursem.
25-01-2006 12:39
Albert
   
Ocena:
0
Tekst bardzo dobry, pokazuje nowe, inne podejście do Doryjczyka. Zamiast człowieka żyjącego minioną chwałą, mamy młodego, ambitnego, który usiłuje się wyrwać z prowincji. Duży plus za tą innowację.
25-01-2006 20:07
Masssło
    4
Ocena:
0
Opowiadanie jest dobre. Nie wzbudziło we mnie szczególnych emocji, ale tak jak pisał Albert podejście jest dość innowacyjne, a to się chwali. Łamanie stereotypów do mnie przemawia. Co do stylu to jest dobry, płynny i bez nużenia lekturą opowiadania. Jedną z wad natomiast wymienił Filio. To ona raziła mnie w oczy najbardziej. Były to swoiste "zrywy" emocjonalne bohaterów. Zachowywali się często nienaturalnie, ale ogólnie rzecz biorąc nie przeszkadza to zbytnio w odbiorze tekstu. Jak dla mnie opowiadanie wybija się delikatnie poza powłokę przeciętności. Ocena 4.
25-01-2006 20:42
1682

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Kawał dobrej roboty, jednak nie jest to dzieło sztuki literackiej.
Pozytywy:
- Świetnie dialogi
- Łatwość w kierowaniu emocjami czytelnika
- Także pozwolę sobie pochwalić dobre nawiązania kulturowe
Negatywy:
- Brak opisów środowiska
- Czułem niedosyt w opisie (wygląd, ubiór, znaki szczególne i inne detale) samych bohaterów i postaci drugorzędnych (gdyby nie grafika, nigdy bym ich tak sobie nie wyobraził)
- Bardzo często zachowania bohaterów zbyt drastycznie się zmieniały, co burzyło ich główną ideę
25-01-2006 21:43
~Michap

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Dzięki za komentarze i ilustrację do tekstu, tego to się niespodziewałem:)
27-01-2006 17:00

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.