string(15) ""
» Blog » Tom 20 Czarnej Serii o Conanie z Cymerii: Conan z Akwilonii - recenzja
26-08-2012 12:40

Tom 20 Czarnej Serii o Conanie z Cymerii: Conan z Akwilonii - recenzja

W działach: Conan, książka, recenzja | Odsłony: 102

Tom 20 Czarnej Serii o Conanie z Cymerii: Conan z Akwilonii - recenzja

Oryginalny tytuł: Conan of Aquilonia

Autor: Lin Carter i L. Sprague de Camp

Rok pierwszego wydania: 1977

 

Po poznawaniu dziejów młodego Conana, czym raczyła nas większość ostatnich tomów, czas przeskoczyć w stronę drugiego końca jego dziejów. Tą okazję prezentują nam dwaj najsłynniejsi kontynuatorzy prozy Roberta E. Howarda, czyli Carter i de Camp.

Na przestrzeni 181 stron (podzielonych w 4 powiązane ze sobą opowiadania) autorzy kreślą dzieje ostatecznego starcia pomiędzy dobiegającym 60-tki królem Akwiloni a jego najbardziej zajadłym wrogiem.

 

Zapraszam.

 

Akcja zaczyna się w gunderlandzkich lasach, gdzie Conan wraz ze swoim nastoletnim synem, Connem wybrał się na polowanie. Na skutek magicznych sztuczek książę trafia do niewoli hyperboryjskiej wiedźmy. Jeśli król chce go zobaczyć żywego, musi samotnie wyruszyć do tej przeklętej krainy.

W ten sposób rozegrane zostają pierwsze akty wieloletniej kampanii, która przeprowadzi barbarzyńcę i jego wojska przez cały kontynent. Od wspomnianego królestwa posępnych, kamiennych twierdz, przez palące, pełne demonów pustynie Stygii, parne puszcze Zembabwei, po południowy kraniec kontynentu, daleko poza jakimikolwiek mapami.

Po drodze bohaterów i towarzyszących im czytelników czekają walne bitwy, zdrady, potwory, niewymarłe przedludzkie rasy, nowi bohaterowie i nowi wrogowie. A wszystko to w skondensowanej, typowej dla tych dwóch autorów formie.

Fabularnie książka prezentuje się naprawdę dobrze. Nie ma tu co prawda zapierających dech w piersiach zwrotów akcji, ani przemyślnych, wielopoziomowych intryg. Jest za to sporo logicznej akcji, bohaterskich czynów, nieznanych krain i starych potworności. Czyli to czego należy oczekiwać po prozie tego typu.

Ostatnia walka Conana z tego tomu jest również miłym akcentem. Stanowi, w moim odczuciu, ukłon w stronę literatury fantastycznej początków XX wieku i popularnego wtedy spirytyzmu. W dwóch słowach: wielki plus.

 

Jak na autorów którzy oddechem prawie muskali stopy Howarda (że pozwolę sobie na taką Warhammerowe zapożyczenie), samego Conana opisali bardzo dobrze. Jest wielki, potężny, na przemian to ponury, co zabawny. Równie często słucha swoich doradców co każe się im wypchać i robi wszystko po swojemu. O dziwo tym razem udało się im uniknąć piania z zachwytu co rozdział nad doskonałością Conana (tylko raz nie zdołali się powstrzymać), co jest kolejnym wielkim plusem.

Na minus natomiast mogę zaliczyć brak wpływu wieku Conana na jego dokonania. W tej książce osiąga 60-tkę, a i tak jedynym znakiem tych dekad jest srebro w czuprynie i sumiastych wąsiskach. Troszkę to zgrzyta.

 

Spośród pozostałych postaci jedyną która dostaje dość „czasu antenowego” jest Conn. Tu niestety duet autorów nie zdołał uniknąć przesady. Podobnie jak dwie dekady później autor „Gry o Tron” wcisnęli oni na barki 13-sto latka ciężar dokonań kogoś parę lat starszego. Tyle, że dołożyli mu jeszcze odpowiedni wygląd zewnętrzny, osiągając niemal karykaturalny efekt.

Ba, nawet sami chyba zapomnieli o tym ile dali mu lat, gdy pod koniec książki idzie on „mężnieć” z jedną z tancerek...

Dużo lepiej w efekcie wypadają inne postacie, choć niewielka ilość tekstu czyni ich bardzo jednowymiarowymi. Same pomysły są jednak przyjemne, jak wiecznie pijany druid z puszczy piktów, czy córka Conana i królowej amazonek.

 

Treść ustrzegła się jakichś rażących błędów, jedynym który dostrzegłem było pomieszanie się komuś (autorowi lub tłumaczowi) imion Conana i Conna w jednym miejscu. Reszta bez zastrzeżeń, także w dziedzinie geograficznej. Ale od Cartera i de Campa takich błędów nie oczekiwałem.

 

Wydanie jest typowe dla Czarnej Serii Ambera, czyli niespotykanie wysoka jakość. Przynajmniej jeśli idzie o fantastykę. Twarda, lakierowana oprawa, szyte strony. Wielkość pozwala zmieścić książkę w bocznej kieszeni większości bojówek.

Za okładkę ponownie odpowiada rodzimy artysta, Piotr Szałkowski. I niestety znów ma ona niewiele wspólnego z fabułą. Dwugłowego jaszczura brak, fikuśne formacje skalne od biedy mogą robić za Hyperboreę, ale strój wtedy się nie zgadza. Postać muskularnego wojownika nawet ujdzie, zwłaszcza z tą siwizną we włosach.

 

W efekcie otrzymujemy dobrą, a nawet bardzo dobrą, relaksującą książkę. Nie jest to ideał, nie wprawia w zachwyt ani szybsze bicie serca. Czas spędza się jednak przy niej przyjemnie i się nie dłuży. Można wręcz odnieść wrażenie, że nie ma tu ani linijki zmarnowanego tekstu.

Tom 20-sty mogę więc polecić w zasadzie każdemu. Fani samego Conana czy powieści spod znaku miecza i czaru znajdą tą powieść szczególnie satysfakcjonującą. Fani historii przygodowych również powinni być z niej zadowoleni.

 

Moja ocena to 8/10.

 

Jako, że w trzeciej dziesiątce tomów występują adaptację obu filmów z Arnoldem i nie sposób będzie je ocenić bez nawiązań do dzieł srebrnego ekranu, to teraz na tapetę biorę coś specjalnego – film „Conan Barbarzyńca”, pierwszy i oryginalny.

 

Ponownie, jeśli uważacie, że w recenzji pominąłem jakiś istotny element, piszcie, a postaram się poprawić.

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.