string(15) ""
» Blog » Tom 18 Czarnej Serii o Conanie z Cymerii: Conan i Droga Królów - recenzja
05-08-2012 18:08

Tom 18 Czarnej Serii o Conanie z Cymerii: Conan i Droga Królów - recenzja

W działach: Conan, książka, recenzja | Odsłony: 72

Tom 18 Czarnej Serii o Conanie z Cymerii: Conan i Droga Królów - recenzja

Oryginalny tytuł: Conan the Road of Kings

Autor: Karl Edward Wagner

Rok pierwszego wydania: 1979

 

Po tym jak Amber przedstawił nam początek i koniec trylogii Andrew J. Offutta o złodziejskich przygodach Conana z klejnotem zwanym Okiem Elrika, wydawnictwo postanowiło nas uraczyć...przerwą przed przedstawieniem nam środkowej części tej trylogii! Dostajemy więc kolejno „Drużynę Pierścienia”, potem „Powrót Króla”, następnie „Czas Pogardy” i „Dwie Wieże”. Pozostawiam to, tym razem bez komentarza.

Dziw trochę bierze, że na tą przerwę w trylogii wybrano dzieło kogoś takiego jak Wagner, autor było nie było, dobrze znany z własnej, kultowej postaci, rudobrodego bogobójcy Kanea. „Krwawnik” i inne powieści o nieśmiertelnym mordercy mają klimat znacznie cięższy i mroczniejszy niż nawet najmroczniejsze dzieła o Conanie. Jak wiec taki autor poradzi sobie z dziejami najsłynniejszego Cymerianina?

 

Sprawdźmy.

 

Podobnie jak pierwszy film z Arnoldem, „Conan i droga królów” zaczyna się od cytatu. Tym razem przytoczona nam zostaje myśl Heraklita. Niestety jest trochę niecelna, bowiem tematem przewodnim książki nie jest wojna a bardziej rewolucja.

Akcja tej 208-io stronicowej powieści dzieje się w uciskanej przez króla Zingarze. Conan, młody najemnik na skutek niefortunnej wygranej w pojedynku, popada w gigantyczne kłopoty. Wyciąga go z nich, niejako przypadkiem, zbieranina miejskich szumowin i komunistycznych rewolucjonistów. Mając ciągle list gończy na karku, na pieńku z jednym generałem i z braku lepszego pomysłu, postanawia do nich przystać. Do szumowin, nie komunistów.

Poza tym złoto jest dobre.

Wplątuje się w ten sposób w wydarzenia które doprowadzą do dwóch rewolucji/wojen domowych, śmierci dwóch monarchów, kilku magicznych rytuałów, splądrowań grobowców, spotkań z nieumarłymi, zdrad, zemst i tak dalej.

Jest tego całkiem sporo, dzięki czemu fabuła się nie dłuży, a momentami naprawdę porywa. Po mistrzowsku natomiast Wagner operuje realiami. Pokazuje nam zepsucie arystokracji Zingaryjskiej, deprawującą moc władzy czy podejście średniowiecznego tłumu do tematu publicznych egzekucji. Kupcy handlujący pod szubienicą szczątkami wisielców („Nasienie wisielca, przywracające wszystkim mężczyznom wigor w alkowie! Komu? Komu?!”) to majstersztyk, podobnie jak przedstawienie komunistów. Pomimo, że „średniowiecze” Zingary od okresu faktycznej rewolucji październikowej oddziela „pół tysiąca lat” (pomijając całe te 12 milleniów, chodzi mi bowiem o sam rozwój cywilizacyjny), to Wagner skutecznie kreśli obraz czegoś co mogłoby zaistnieć.

 

A jak poradził sobie z samym Conanem? Zacznijmy od tego, że nie mamy dokładnie podanego wieku w jakim jest Conan, jedynie że jest po dwudziestce. Na potrzeby chronologii ustaliłem ten wiek na 22 lata. Moim zdaniem akcja powieści dzieje się po tym jak Cymerianin przestał być najemnikiem w Turanie, a zanim wrócił na północ (czyli pomiędzy opowiadaniami "Okrwawiony bóg" a „Córką Lodowego Olbrzyma”).

Opis i zachowanie pasują do Conana z tamtych czasów. Jest wysoki i barczysty, ma czarne włosy i błękitne oczy. O bliznach ani opaleniźnie nic Wagner nie wspomina, ale może to i lepiej.

Charakter barbarzyńcy również oddaje bardzo dobrze. Conan liznął tu trochę cywilizacji, ale dzikie pochodzenie nadal przebija się na powierzchnie. Jest nieustępliwy, nienawidzi magii, nie wybacza zdrad i nie łamie danego słowa. Choć potrafi skrzętnie je ominąć, gdy bardzo chce (przywodzi na myśl scenę z kluczem z nowego filmu, pominąwszy dłubanie w nosie).

W walce Cymerianin jest nieustępliwy i potężny, ale nie niezwyciężony. Nie radzi sobie na przykład z pojedynkami sparingowymi, a i lokalni szermierze potrafią go zranić. Dzięki temu widać, że Wagner nie popadł w przesadę.

Podobnie ma się sprawa przy zmyśle taktycznym, w którym Conan przejawia wrodzony talent, ale nadal popełnia błędy wynikłe z małej ilości doświadczenia.

Tak więc z kreacją samego głównego bohatera Karl E. Wagner stanął na wysokości zadania.

 

Jak poszło mu w takim razie z innymi postaciami? Równie dobrze, a kto wie czy nawet nie lepiej. Przywódca rzezimieszków jest charyzmatyczny i zdolny, łatwo też da siego polubić, przez co nie wiemy co podyktowało jego działaniami z końca książki. Czy rację ma Conan, czy Sandokazji?

Kreacja wspomnianej kobiety również wypada dobrze, podobnie jak jej rodzeństwa. Nawet poznana pod koniec książki kapłanka Dżebala Sagi znajduje bardzo dobrą równowagę pomiędzy niewzruszeniem druidów i namiętnościami ludzkiej osoby.

Najgorzej w tym zestawieniu wypada czarownik, którego wyróżnia tylko uzależnienie od palenia żółtego lotosu. Niestety ten wątek nie został rozwinięty, a szkoda. Mogłaby być wtedy niezła pozycja antynarkotykowa.

 

Pomimo tych wszystkich dobrych aspektów, powieści brakło jednak tego czegoś, co przykuwa nas do stronic i zmusza do przeczytania całości za jednym podejściem. Momentami osiąga on ten efekt i potrafi zdrowo zaskoczyć czytelnika (tak samymi tarapatami po pojedynku, czy wydarzeniami po nurkowaniu do zatopionej części Kordawy), ale potem się to gubi. W tekście znalazło się również trochę literówek (brakujące, lub przekręcone litery), ale nie na tyle aby zepsuć przyjemność z czytania.

A i Wagner wymierzył karnego plaskacza komiksowej wersji Czerwonej Soni (tej w metalowym bikini), za co ma ode mnie sporego plusa.

 

Oprawa jest typowa dla Czarnej Serii Ambera, czyli dziś praktycznie niespotykanie wysoka jakość, jeśli idzie o standardowe wydanie fantastyki. Twarda, lakierowana oprawa, szyte strony. Wielkość pozwala zmieścić książkę w bocznej kieszeni większości bojówek.

Ponownie autorem okładki jest rodzimy artysta, tym razem pan Klaudiusz Majowski. I ponownie, tym bardziej dziwi fakt, że nie ma ona wiele wspólnego z fabułą. Blondynki w stringach – niet, żółtego pso-jaszczóra – niet. Walczącego z nim Conana w opasce uciskowej na udzie – siłą rzeczy też niet. Na szczęście samego barbarzyńcę przynajmniej dobrze narysowano.

 

Odpowiadając na pytanie ze wstępu: Czy Wagner sprostał klimatowi powieści o Conanie? Zdecydowanie tak. Dodał trochę swoich elementów, czyniąc powieść mroczniejszą i realniejszą, ale nie popadł w przesadę. Dlatego mogę tą książkę polecić wszystkim fanom Conana jak i lekkich powieści fantasy.

Nie zalecam jej jednak fanom Kanea, ani osobom chcącym zacząć swoją przygodę z fantastyką, chyba że do pociągu lub na długie zimowe wieczory.

 

Moja ocena to 7,5/10.

 

A teraz czas na kolejne gloryfikowane opowiadanie pana Andrew J. Offutta (znów około 100 stron tylko...), w którym to dowiemy się co wydarzyło się pomiędzy „Conan i Czarownik” a „Conan i miecz Skelos”. Czyli następnym razem tom 19 „Conan i najemnik”.

 

Ponownie, jeśli uważacie, że w recenzji pominąłem jakiś istotny element, piszcie, a postaram się poprawić.

Komentarze


~

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+1
Warto jeszcze podkreślić, że zakończenie całej opowieści jest świetne i idealnie oddaje naturę Conana.
05-08-2012 18:27
Grom
   
Ocena:
0
Ano Tyldo, słusznie prawisz
05-08-2012 18:29
Krzemień
   
Ocena:
+1
Jedna z moich ulubionych książek o Conanie, Wagner dał sobie radę z tą postacią.
06-08-2012 09:08
   
Ocena:
0
Do połowy fajna ale potem straszna się robi. Czy to sposób obalenia władzy, czy ogrom skrótów czy zepsucie postaci maga.... mocno średnia
06-08-2012 11:01
Tyldodymomen
   
Ocena:
0
Polecanka za handouty do prawdziwego RPG
06-08-2012 16:33
Grom
   
Ocena:
0
@Krzemień, ano dał, nie sposób zaprzeczyć. Choć w moim odczuciu nie zabłysnął.

@slann, zgadzam się co do dwóch ostatnich motywów - przyśpieszenie działań wojennych czy rezygnacja z wątku lotosu były takie sobie, za to zakończenie wątku Sandokazi było świetne. Podobnie jak sam pojedynek Conana z nowym władca.

@Tyldodymomen, co to są handouty?
06-08-2012 18:12

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.