string(15) ""
» Blog » Tom 14 Czarnej Serii o Conanie z Cymerii: Conan Wyzwoliciel- recenzja
24-06-2012 14:13

Tom 14 Czarnej Serii o Conanie z Cymerii: Conan Wyzwoliciel- recenzja

W działach: Conan, książka, recenzja | Odsłony: 36

Tom 14 Czarnej Serii o Conanie z Cymerii: Conan Wyzwoliciel- recenzja

Oryginalny tytuł: Conan the Liberator

Autor: Lin Carter i L. Sprague de Camp

Rok pierwszego wydania: 1979

 

Po krótkim przeskoku do innych autorów, Ambr powrócił w tym tomie do znanych nam już kontynuatorów prozy Howarda. Panowie Carter i de Camp na przestrzeni 193 stron postanowili opowiedzieć nam to, co Robert jedynie wspominał mimochodem – zdobycie przez Conana korony Akwiloni.

 

Zapraszam

 

Rebelia przeciwko Numedidesowi, szalonemu monarsze zasiadającemu na tronie w Tarnacji jest głównym wątkiem książki. Wszelkie kwestie poboczne wynikają bezpośrednio z niej i zwykle nie mają zbyt długiej żywotności. A to pojawia się jakieś stworki, a to dyplomata na dworze Argoskiego króla okaże się arogantem itp.

Jedynymi dużymi odstępstwami są rozdziały pokazujące szaleństwo króla, intrygi jego nadwornego maga i innych dworzan oraz narady i zabiegi dyplomatyczne sojuszników Conana. A więc elementy ściśle ze sobą powiązane.

Jest to w sumie dość dobre zagranie. Toczy się w końcu rebelia, chwieją trony, tysiące a nawet dziesiątki tysięcy ludzi ryzykuje życie. Nikt nie ma czasu na jakieś pierdoły. Oczywiście różne kwestie pewnie i tak wykwitają po drodze, ale autorzy nie marnują swojego atramentu ani naszego czasu na ich opisywanie.

Wspomniane stworki również przewijają się przez dwa rozdziały, robią swoje i pozostają w tyle. Tu również sądzę, że jest to dobre rozwiązanie. Co prawda tchnie trochę Star Trekowym „Obcym Tygodnia”, ale z drugiej strony dodaje trochę realizmu.

Co prawda nie mamy potworków w realnym świecie, ale gdy na przykład zepsuje nam się klimatyzacja w pracy i zawołamy fachowców to nie interesujemy się zwykle ich kulturą (co najwyżej jej brakiem). Ot przyjdą, zrobią swoje i pójdą. Zapamiętamy numer telefonu do nich jeśli by znów coś wyskoczyło i tyle. Najwyżej możemy im kiedyś powiedzieć „dzień dobry”, spotykając na ulicy.

Ten efekt osiągnęli C. i d.C. Nie wiem czy o taki im chodziło, ale na to nie mogę specjalnie narzekać.

 

A na co mogę?

Na całą resztę. Nie zrozumcie mnie źle, inne elementy, jak dialogi czy opisy są przyzwoite. Co prawda czasem opiewanie Conana jako „największego/najwspanialszego/najlepszego” wojownika w dziejach świata pozostawia kwaśny posmak, ale jest do przeżycia.

Brakuje jednak błysku.

Autorzy nie zdołali uchwycić w zasadzie żadnego klimatu. Książka jest sucha, poprawna ale sucha. Praktycznie żadnych potworów, w zasadzie zero magii, kompletnie niczym nie wyróżniający się czarodziej. No oprócz tego, że nie był kompletnym kastratem i tego jak skończył.

Ponownie nie mam pewności, czy nie było to zamierzonym efektem. Kampania, zabiegi dyplomatyczne czy szpiegowskie opisane są ze sporą dozą realizmu (przynajmniej w moim – nieuka – odczuciu). Losy bitew i całej kampanii są zmienne, decyduje nie tylko liczba żołnierzy, ale również wywiad i plan walki. Nic nie jest przesądzone, choć w sumie i tak wszyscy wiedzą jak się to skończy.

W efekcie jednak wystarczy pozmieniać nazwy geograficzne i imiona postaci i można Conana Wyzwoliciela sprzedać gdzie się chcę. Ba, nawet jako książka historyczna by przeszła (Kaziu Odnowiciel wraca do kraju rządzonego przez złego i szalonego Bezpryma wspieranego przez złego kapłana Welesa). No dobra, pseudohistoryczna, ewentualnie „nawiązującą klimatem do średniowiecznych sag”.

Byłaby to nienajgorsza pozycja dla osób nie przepadających za klimatami Conanowskimi i fantasy, ale niestety brakuje jej za dużo abym mógł ja polecić takim czytelnikom. Zanudziliby się po prostu.

 

Jak można z powyższego wyczytać, Conana w tym Conanie jest niewiele. Jest jakimś tam wojownikiem, wybranym za zasługi wojenne przeciw Piktom, do stania na czele rebelii. Prawie cały czas się naradza, myśli i planuje. W porządku, są okoliczności tłumaczące taki stan rzeczy przez część książki, a potem błyśnie klimatem starego poczciwego barbarzyńcy. A to tupnie nogą, powie „nie zgadzam się i basta” i samemu poprowadzi zwiad. A to wyśmieje kogoś za cywilizowane, rycerskie podejście do wojskowości, tylko po to aby niedługo potem wytknięto to jemu (swoją drogą, najlepszy dialog w całej książce).

Jest tego jednakże za mało, aby odróżnić go od morza innych postaci z fantasy.

Ba, dodajcie więcej gołych cycków niż w przeciętym Playboyu, kilka do kilkunastu scen seksu (najlepiej nienormalnego, nie wiem, kazirodztwo już było, to może nekro, zoo albo pedofilia?) i 2k20 „fucków” na rozdział i mamy kolejną część „Gry o Tron”. „Conan, król z rzyci” wpasowałby się idealnie.

Walka w jego wykonaniu przypomina trochę to co mogliśmy oglądać w serialowym „Wiedźminie”. Barbarzyńca zna tu tylko jeden atak – cios zza głowy – którym zawsze rozrąbuje, odrąbuje, przerąbuje, lub jak ktoś miał naprawdę zacną zbroje lub tarcze to tylko łamie. I ponownie można to potraktować częściowo jako zaletę, bowiem w zgiełku bitwy zwykle nie ma miejsca na żadną finezję, a już walcząc konno to w szczególności. Dla mnie jest to jednak minus.

 

Postacie poboczne, jak już zaznaczyłem na przykładzie maga nie wybijają się w żaden sposób. Co prawda lepiej wypadają pod tym względem „ci źli”. Numedides jako szalony monarcha jest dostatecznie zwyrodniały i obleśny abyśmy sami chcieli go udusić. Nieudolny dyplomata, ale zdolny szpieg jest wiarygodny. A dowódcy armii lojalnych władcy uniknęli losu „złyyych go szpiku kości”. Stoją po prostu po drugiej stronie barykady, ot i wszystko.

W obozie Conana jedyna wybijająca się postać kapłan mitry, reszta z Prosperem i Trocerem na czele w zasadzie niczym się nie wyróżnia.

 

Jeśli idzie o formę, to ponownie standard Ambera, czyli współcześnie bardzo wysoka pólka - twarda oprawa, szyte strony. Co prawda mój egzemplarz zaczyna się już pomału rozpadać, ale widać był często kartkowany nim trafił w moje ręce.

Wielkość pasuje do bocznej kieszeni większości bojówek. Okładkę zdobi kolorowa ilustracja za którą ponownie odpowiada Ken Kelly. I ponownie ma ona niewiele wspólnego z fabułą książki.

Nie uświadczymy w niej ani ruin, ani drowich koboldów, ani pięknej dziewoi przytulonej do Conana w strachu przed nimi. Sam Cymerianin nie biega tu w przepasce biodrowej i uprzęży na klacie na żadnej ze 193 stron.

 

Podsumowując, Conan Wyzwoliciel to książka średnia, z lekkim plusem za „realizm”. Nie powinna powodować zgrzytania zębów podczas czytania, ani działać ziewognennie. Baaardzo jej jednak daleko do innych Conanów, nawet autorstwa tych samych autorów.

W zasadzie polecić ją mogę tylko zagorzałym zwolennikom historii o Conanie, którzy chcieliby zobaczyć jak wyglądało przejęcie przezeń korony. Oraz fanom „realnej fantastyki”. No, od biedy do pociągu, czy na bycie zasypanym w górskiej chacie podczas zamieci, też się nada.

 

Moja ocena to 6,5/10.

 

No i teraz czas na książkę tych samych panów, w ich mniemaniu mająca kończyć przygody Conana, czyli „Conan z Wysp”. Piszę w ich mniemaniu, bowiem słyszałem, że ktoś popełnił jednak ciąg dalszy.

 

Ponownie, jeśli uważacie, że w recenzji pominąłem jakiś istotny element, piszcie, a postaram się poprawić.

Komentarze


Tyldodymomen
   
Ocena:
+1
Topór rozumiem z bractwa?
24-06-2012 15:52
Malaggar
   
Ocena:
+1
Nie, z tektury.
24-06-2012 15:58
Grom
   
Ocena:
0
Akurat ten spowodowałby u bractwowoych atak fanatyzmu i hiszpańskiej inkwyzycji. Bardziej pasuje do czegoś co jakiś ork by mógł nosić - ma za półtora centymetra szerokości ostrza. Ale meble rąbie się nim pierwszorzędnie, mimo że jest tępy diabli.
Fajnie się za to sprawdza na początkujących graczy w fantasy rpg.
Znudziło mi się tłumaczenie, czemu nie można używać na raz dwóch dwuręcznych broni, grając zwykłym humanoidem (w sensie mającym tylko jedna parę rąk). Dlatego teraz załatwiam to prostym - jak utrzymasz ten topór za samą końcówkę, na wyprostowanej ręce, to pozwolę ci mieć te dwie dwuręczne bronie.
Do dzisiaj tylko dwie osoby przeszły ten test, ale z celów czysto akademickich.
24-06-2012 17:06
Tyldodymomen
   
Ocena:
+2
A jaki masz sposób na sprawdzanie potencjału magicznego?
24-06-2012 17:38
Malaggar
   
Ocena:
+2
Gracz Wojtek - koks, tworzy postać z siłą 6, ponieważ sam jest w stanie trzymać w jednej ręce topór oburęczny to jego postać nawala się dwoma oburęczniakami.

Gracz Staszek - chudy nerd, ma postać o sile 32849, nie może używać dwóch oburaków, bo ledwo daje radę podnieść puszkę coli.
24-06-2012 17:46
Grom
   
Ocena:
0
@Tyldodymomen potencjał magiczny nie był do tej pory problemem na moich sesjach

@Mal, sorki najlżejsza broń dwuręczna wymaga siły 9 a siły 32849 to nie mają u mnie nawet bogowie.
Tak więc opisana przez Ciebie sytacja za dekadę mojego doświadczenia z rpg nie miała miejsca.
24-06-2012 18:45
~

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+1
Gromie, Malaggar uciekł się do sztuczki, którą nazywa się hiperbolą.
24-06-2012 19:47
Malaggar
   
Ocena:
0
Mnie nie bolą!
25-06-2012 00:29
   
Ocena:
0
Topora też mam i kilka innych zabawek o których tu nie wspomnę.
Ale szkoda, że temat spadł.
25-06-2012 19:18
Grom
   
Ocena:
0
Spadł w sensie mniejszego zainteresowania reckami? Fakt, też to odczuwam. Nie wiem, może potrzeba recenzji bardziej skrajnych tomów? Jakichś 1 i 10? Ale takie to kojarzę dopiero w drugiej połowie serii :/
25-06-2012 19:31

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.