» Artykuły » Inne artykuły » The Lifecycle of Software Objects – rozmowa

The Lifecycle of Software Objects – rozmowa


wersja do druku

Wszystkie cyfrzaki idą do nieba

Autor: Redakcja: Staszek 'Scobin' Krawczyk

The Lifecycle of Software Objects – rozmowa
Czy najdłuższy utwór Teda Chianga jest za krótki? Jaką rolę odgrywa w nim ludzka (i nieludzka) seksualność? Czy dylematy etyczne bohaterów wkrótce staną się naszym udziałem? Na te i inne pytania odpowiedzi szukają Borys Jagielski, Arkadiusz Słowik i Staszek Krawczyk, rozmawiając o tekście The Lifecycle of Software Objects.

Jeżeli jeszcze nie czytaliście utworu Chianga, strzeżcie się: dyskusja zawiera spoilery. Najlepiej jednak po prostu przeczytajcie.


____________________



Między śmiercią a seksem


Borys: Wszyscy chyba zgadzamy się co do tego, że The Lifecycle of Software Objects jest opowiadaniem dobrym, jeśli nie znakomitym. Zamiast więc szukać od razu uzasadnienia wysokiej oceny, przekornie spójrzmy na tekst od strony negatywnej: Co uznajecie za jego największą wadę i dlaczego?

Staszek: Pewnie lepiej od "opowiadania" pasuje tu termin "powieść" lub "mikropowieść", ale to mniej istotne – najważniejsze jest to, iż zadałeś trafne pytanie (przy tym sprytnie uchylając się od pierwszej odpowiedzi!).

Borys: Pamiętam, że kiedyś z dumą stosowałem określenie "mikropowieść" w swoich recenzjach. Dziś jednak wydaje mi się ono nader niezgrabne. Z drugiej strony zgadzam się, że kolosy pokroju The Lifecycle… zasługują na termin inny niż "opowiadanie". Najlepiej wybrnęli z dylematu Anglosasi, wprowadzając podział: short storynovelettenovella, lecz u nas określenia "nowela" i "powiastka" są już niestety zajęte. Przyjmijmy więc, że jedną z wad utworu Chianga jest sprawiana przezeń klasyfikacyjna trudność. A inne niedostatki?

Staszek: Znam się troszeczkę na psychologii, ale na problematyce sztucznej inteligencji – stanowczo nie. Boleśnie odczuwam teraz ten brak wiedzy, ponieważ mocno utrudnia mi on ocenę Chiangowskiej koncepcji rozwoju cyfrzaków (digients), a to przecież tutaj kwestia kluczowa.

Spróbujmy może od tej strony: pisarz nie zmierzył się z problemem śmierci. Cyfrzaki bywają zawieszane, ale nie dotyczy to osobiście głównych postaci, więc umieranie odchodzi w narracji na dalszy plan. Tymczasem już tytuł tekstu (lifecycle to w końcu "cykl życiowy") zdawał się zapowiadać, że otrzymamy pełną historię elektronicznego istnienia. Śmierć cyfrzaka – bądź jej możliwość – byłaby dla bohaterów sytuacją graniczną, w jakiej może najmocniej uwidoczniłby się temat etycznych zobowiązań ludzi względem tego rodzaju stworzeń, tudzież natura więzi między jednymi a drugimi. Owszem, całkowite zniszczenie ulubieńca z powodów technicznych nie wchodziłoby pewnie w grę, ale ciekawie patrzyłoby się na postać, która stanęła przed realną możliwością permanentnego albo długotrwałego zawieszenia wychowanka.

Borys: Chiang nie zmierzył się z problemem śmierci? Przecież przez większą część opowiadania cyfrzaki zagrożone są wymarciem, co zresztą staje się motorem napędowym dla fabularnego napięcia. Owszem, to zagrożenie ma wymiar ekologiczny, nie indywidualny, i owszem, mówimy o śmierci cyfrowej, nie biologicznej, ale przecież bohaterowie walczą właśnie o to, by tytułowy cykl życia nie został przerwany. Tutaj zresztą pojawia się fascynująca dwuznaczność: z jednej strony cyfrzaki są potencjalnie nieśmiertelne (w razie czego można je załadować na inny, choćby i lokalny, serwer, w ostateczności "zamrozić" na nieokreślony czas), a z drugiej strony bardzo kruche, gdyż pozbawione stabilnego ekosystemu.

Arek: Spróbuję Was zatem pogodzić: śmierć jako taka nie funkcjonuje w wizji Chianga, lecz obawy bohaterów związane z funkcjonowaniem cyfrzaków w przyszłości dobrze ją zastępują. Dwuznaczność opisana przez Borysa w mojej opinii znakomicie odwołuje się do wzmiankowanego przez Ciebie, Staszku, "tematu etycznych zobowiązań" i wydaje mi się, że powinniśmy odłożyć na bok kwestię decydowania o końcu życia cyfrzaków (bo co do tego, że takowy może nigdy nie nastąpić, wszyscy się zgadzamy), a skupić się na temacie relacji między nimi a opiekunami, na etyce oraz… seksualności.

Staszek: Patrzę na tekst z punktu widzenia głównych bohaterów, bo to oni są tutaj zwierciadłem dla czytelnika. Problemy cyfrzaków, które należą do innych postaci, uważam za mniej istotne – mało o nich wiemy i niewiele jest w tekście powodów, aby się nimi przejąć. Ale to tylko krótkie uściślenie; przyjmuję do wiadomości, że tę kwestię da się różnie postrzegać. Skoro zaś perspektywy dotyczące śmierci zostały przedstawione, istotnie możemy przejść do seksu. (Potem jeszcze tylko krew i przemoc).

Borys: No właśnie – zwróćmy uwagę, że w ostatnim rozdziale niespodziewanie pojawia się zagadnienie biegunowo odwrotne względem śmierci: kwestia prawa cyfrowych istot do seksualności. A "seksualność sztucznej inteligencji", w przeciwieństwie do "śmierci sztucznej inteligencji", była chyba rzadko eksploatowana w SF, choć przecież także stanowi część "życiowego cyklu". W finale najlepszej części Terminatora tytułowy bohater miast poznać smak fizycznej miłości zostaje wszak zatopiony w płynnym metalu.

Arek: Przy innej okazji musisz nam opowiedzieć, jak szukałeś tej fizycznej miłości w Terminatorze. Wróćmy jednak do meritum. Kwestia seksualności poruszona dopiero w ostatniej części Lifecycle… zmusza do zadania następującego pytania: z jakiego powodu akurat tym Chiang kończy swój tekst? Przecież na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci możemy obserwować w przestrzeni publicznej coraz więcej treści związanych z seksem, a tym samym w przedstawionej przez Chianga wizji świata koncepcja cyfrzaków jako obiektów seksualnych powinna pojawić się dużo wcześniej. Nie pojawia się i tutaj powstaje pytanie: dlaczego?

Staszek: Może Chiang chciał wprowadzić ten temat dopiero w tym momencie, w którym cyfrzaki stały się (w jakiejś mierze) zdolne do podejmowania samodzielnych decyzji, a relacje między Aną i Derekiem doszły do stanu, w jakim można było zbudować odpowiednie dramatyczne napięcie.

Borys: Może być też tak, że autor celował w otwarte zakończenie, a seksualność cyfrzaków dawała mu ku temu najlepszy pretekst. Znaleziono (przynajmniej tymczasowe) rozwiązanie dla dotychczasowego problemu gnębiącego bohaterów, ale jednocześnie pojawiła się nowa niepewność: czy cyfrzaki mogą o sobie samostanowić? Jakie będą konsekwencje obdarzenia ich seksualnością? Na te ostatnie pytania odpowiedzi musi sobie udzielić czytelnik. Czyli my. Więc jak sądzicie? Czy Derek dobrze zrobił, godząc się na propozycję Binary Desire?

Arek: Zgoda na propozycję Binary Desire w moim odczuciu bardziej dotyka kwestii odpowiedzialności za cyfrzaki niż stricte seksualności. To zagadnienie pojawia się wcześniej, w momencie zagrożenia funkcjonowania cyfrzaków na obecnej platformie i braku funduszy na "przyłączenie" ich do nowego świata. Tyle słowem wstępu. Natomiast kwestia obdarzenia cyfrzaków seksualnością… Jak już wspominałem, prędzej czy później oczekiwałem tego wątku. Ludzka wyobraźnia jest niezmierzona, zatem wizja cyfrzaków jako zabawek seksualnych wydaje się naturalna. A przechodząc do Twojego pytania – pomimo dramatyzmu sytuacji stoję na stanowisku, że Derek nie miał innej możliwości. W ostatecznym rozrachunku okazuje się bowiem, że cyfrzak nigdy nie będzie człowiekiem, a relacja międzyludzka stoi wyżej niż jej substytut.

Staszek: Zgadzam się z Derekiem, który rozumuje następująco: "Ana is a person, and no matter how amazing he [Derek] thinks Marco is, he values Ana more. If one of them has to undergo neurochemical manipulation, he doesn't want it to be her".

Zgadzam się zatem także z Arkiem. To, co wydaje się dotyczyć seksualności, przechodzi najpierw w problem odpowiedzialności za cyfrzaki, a następnie – w kwestię wyważenia proporcji w wartościowaniu ludzkiego i cyfrowego istnienia. I moim zdaniem w tej etycznej skali człowiek nadal przewyższa maszynę. Niemniej dylemat Dereka pozostaje nieoczywisty i całkiem bliski tragicznemu.


Czemu tak krótko?


Staszek: Następna sprawa: utwór zdecydowanie mógłby być dłuższy. Świetnie nadaje się do zasygnalizowania pewnych spraw, ale niektórych tematów nie podejmuje. Śmierć byłaby jednym z przykładów, inne przychodzą na myśl bezpośrednio po lekturze zakończenia: jak może wyglądać seksualny związek cyfrzaka z człowiekiem, co czeka elektroniczną istotę po inkorporacji (nie da się chyba znaleźć słowa, które będzie jaśniej mówić zarówno o korporacji, jak też o wcieleniu)…

Czy jest to jednak wada tekstu? Nie wiem. Na pewno chciałbym o tym wszystkim jeszcze przeczytać, a Chiang mógłby – tak wierzę – ciekawie i mądrze o tym opowiedzieć.

Arek: Sądzę, że właśnie długość utworu stanowi jego największą wadę, nie da się bowiem ukryć, że Chiang ma świetne pióro, a liczba zagadnień, które rozwija bardziej lub mniej, spokojnie wystarczyłaby na powieść w standardowej objętości. Wychodząc od tego punktu, zgadzam się z wymienionymi przez Ciebie, Staszku, spostrzeżeniami, do których dodałbym wszak brak rozwinięcia relacji między Aną a Derekiem (czy relacja z cyfrzakami stała się dla tych dwojga substytutem normalnej relacji międzyludzkiej, której braku w formie pozawirtualnej nawet nie dostrzegają?). Przez chwilę zastanawiałem się, czy wadą nie jest finał, czy jednak – zgodnie z tytułem – nie powinniśmy być świadkami "śmierci" cyfrzaka, ale po zastanowieniu uważam zakończenie wybrane przez Chianga za doskonałą obserwację otaczającego nas współcześnie świata.

Borys: Naprawdę, panowie, biorąc pod uwagę osobę autora, nie przystoi nam narzekać na długość utworu! Chiang to pisarz, który jak dotąd tworzył wyłącznie krótkie formy literackie. Każda z nich z powodzeniem mogła pretendować (i nierzadko z powodzeniem pretendowała) do miana "opowiadania roku", więc czytelnicy z niecierpliwością wyczekują pierwszej pełnowymiarowej powieści. The Lifecycle… to najdłuższe z dotychczasowych dzieł Chianga, więc sprawy zmierzają w rozmiarowo dobrym kierunku.

Staszek: To bardzo dobrze, że zmierzają, ale ja bym wolał, żeby już zmierzyły.

Borys: Tak czy owak, dla mnie największą wadą tekstu jest brak mocnego akcentu na zakończenie. The Lifecycle… wciąga od pierwszych akapitów i trzyma w napięciu przez wszystkie rozdziały, co jest niemałym osiągnięciem, bo przecież tempo narracji nie należy do wysokich. Jednak właśnie przez to ciągłe napięcie spodziewałem się, że w finale opowieści autor przyłoży z grubej rury. Tymczasem utwór Chianga kończy się… zwyczajnie, chociaż jest to "zwyczajność" na miarę doskonałej reszty tekstu.

Staszek: Skoro tak, to może nie jest to wcale wada? W moim przekonaniu nie ma rozdźwięku w tym, co piszemy wszyscy trzej – w zakończeniu właśnie dlatego czegoś brakuje, że wydarza się ono za wcześnie.

Borys: Nawet gdyby opowiadanie miało pięćset stron, na brak mocnego akcentu na koniec narzekałbym i tak.


Cyfrzak już jutro w twoim domu!


Arek: Czy także mieliście podczas lektury wrażenie, że wiele z rzeczy opisywanych przez autora czeka już niejako za drzwiami? Że jest kwestią najbliższych kilku–kilkunastu miesięcy czy też paru lat? Że należałoby się postawić w sytuacji Any, Dereka i całej społeczności skupionej wokół cyfrzaków i odpowiedzieć na pytanie, czy odnajdujemy się w takim świecie?

Borys: Zadajesz tutaj chyba dwa odrębne pytania: Czy wizja Chianga jest futurystycznie wiarygodna? I czy świat przedstawiony nam się (moralnie?) podoba? Spróbuję odpowiedzieć na pierwsze z nich, pozostawiając drugie Pierwszemu Moraliście Fandomu. Albo raczej spróbuję NIE odpowiedzieć, bo w pierwszej chwili bardzo chciałbym odrzec, że tak, że to wszystko "czeka już za drzwiami", ale jednocześnie przypominam sobie, iż wizja SI w literaturze fantastycznonaukowej cały czas ewoluuje, a ta ewolucja jest poniekąd odzwierciedleniem swoistego rozczarowania, jaki przynosi faktyczny rozwój technologii. Kilkadziesiąt lat temu wszyscy wyobrażali sobie, że SI przyjmie postać maszyny (humanoidalnej albo komputerowej), a postęp w dziedzinie elektroniki sugerował, że owo wyobrażenie lada rok się urzeczywistni. Jak wiemy, nic takiego nie nastąpiło. Dzisiaj, jedenaście lat po HAL-u, SI wydaje się bardzo odległa.

Nie znaczy to, że wizja autora jest całkowicie niewiarygodna. Wprost przeciwnie. Bardzo podoba mi się umieszczenie cyfrzaków w wirtualnym świecie. Chiang idzie z internetowym duchem czasu, ale także otwiera sobie pole do ciekawych rozważań. Szczególnie uderzyła mnie pewna paralela: tak jak dla człowieka całkowite zanurzenie się w wirtualnej rzeczywistości byłoby "odmiennym stanem świadomości", tak dla cyfrzaków poruszanie się w naszym świecie w ciele robota jest transcendentnym doznaniem. Pojęcia "real" i "wirtual" okazują się więc całkowicie relatywne (Ty chyba, Staszku, w ogóle nie przepadasz za tą dychotomią?).

Staszek: Masz rację, nie przepadam za podziałem na "wirtual" i "real". Już w tej chwili wydaje mi się on nieadekwatny, a w opisanej przez Chianga przyszłości – tym bardziej. Dodam jeszcze, że moim zdaniem opisane przez Ciebie doznanie transcendencji będzie mieć miejsce tylko na początku, gdyż przekraczanie granic z czasem stanie się rutyną.

Borys: Poza tym sama koncepcja wychowywania i uczenia SI niczym dziecka odwraca skostniały paradygmat do góry nogami. Obecnie w popkulturze silnie ugruntowane jest przekonanie (vide Skynet), że SI powstanie kompletna i co najwyżej trzeba będzie nakarmić ją gigabajtami faktów. Chiang maluje tymczasem przekonujący obraz alternatywnego podejścia: tak jak nowe krasnoludy nie wyskakują z dziur w ziemi (powtarzam za Gimlim), tak SI nie narodzi się "gotowa". The Lifecycle… tchnie fantastycznonaukową świeżością, chociaż nie sądzę, żeby Chiang był pionierem tego pomysłu.

Staszek: Czyli najkrócej: ta koncepcja sztucznej inteligencji może się okazać słuszna, ale nie w najbliższych kilku latach? Przy czym wyraz "słuszna" wiąże się z założeniem, że tekst należy traktować jako prognozę, co wcale nie wyczerpuje naszych czytelniczych możliwości. Fantastyka naukowa (czymkolwiek miałaby dzisiaj być) może przecież równie dobrze opisywać teraźniejszość albo szukać sensów ponadczasowych. Jak parę razy za Ursulą Le Guin powtórzył Maciej Parowski w Małpach Pana Boga: w science fiction przyszłość jest metaforą. No, a jeżeli nie jest nią zawsze – to już ja, nie Parowski i chyba także nie Le Guin – to przynajmniej czasem bywa.

Borys: Powiem tak: Nie, nie wydaje mi się, że autor przewidział rychłą przyszłość (rychłą, to znaczy do 2020 roku).

Staszek: O czym zatem opowiada nam Ted Chiang, jeśli przyjmiemy, że tutaj przyszłość rzeczywiście jest metaforą?

Arek: Pierwszym hasłem, które przyszło mi do głowy, był "substytut relacji międzyludzkiej". I w moim odczuciu Chiang opowiada o tym, jak chcielibyśmy "programować" naszych przyjaciół, naszych bliskich, aby w jak największym stopniu wpasowywali się w prowadzony przez nas tryb życia.

Staszek: Inny istotny temat to pytanie, kiedy człowiek – lub inny byt – staje się osobą, czyli istotą wolną i rozumną. A może nie "staje się", tylko "jest już od pierwszych chwil istnienia"?

Kwestię tę ująć także można w wersji nie ontologicznej, lecz etycznej. Jakie mamy zobowiązania moralne względem istot, których stopień rozwoju każe stawiać pytania o ich status osobowy? Zwłaszcza wtedy, gdy byty te można wprawić w stan uśpienia zamiast je uśmiercać? (Doceńcie, proszę, to, że bardzo starałem się w tym miejscu nie nawiązać do aborcji!).

Borys: Ale po co nawiązywać do aborcji, skoro należy raczej nawiązać do eutanazji? W naszym świecie zmagamy się z dwoma pytaniami: prostszym (ale wcale nie banalnym) "Czy należy usypiać schorowane zwierzęta u schyłku ich życia?" i trudniejszym "Czy należy poddawać eutanazji schorowanych ludzi u schyłku ich życia, gdy oni sami tego chcą?". Chiang dorzuca pytanie trzecie będące zawikłaną syntezą dwóch poprzednich. Czy wolno nam usypiać wirtualne, stworzone przez człowieka, lecz obdarzone świadomością i inteligencją zwierzęta, gdy okoliczności zmieniają się w nieprzewidziany sposób? W świecie autora najwyraźniej wolno, bo tylko nieliczni użytkownicy cyfrzaków mają skrupuły.

Staszek: Warto dodać, że Pierwszy Moralista Fandomu nie widzi większych różnic etycznych pomiędzy tym a naszym światem. Gdybym miał wybrać życie w jednym z nich, byłby to albo wybór bardzo łatwy (bo pozbawiony poważniejszych konsekwencji), albo niezmiernie trudny (bo dotyczący równorzędnych możliwości).

Arek: Cyfrzaki wykraczają poza granice, w których mieści się zabawa, zatem zgadzam się ze Staszkiem w ocenie braku różnic występujących między tymi dwoma światami.

Borys: Nie chodzi o to, czy widzicie różnice etyczne, ale o to, czy ludzcy mieszkańcy Chiangowego świata mieli moralne prawo odstawiać cyfrzaki na "półkę", gdy moda na nie przeminęła. Oczywiście, w pierwszej chwili sumienie nam się burzy, gdyż instynktownie zrównujemy tę sytuację z wyrzuceniem z samochodu psa na drodze szybkiego ruchu. Pamiętajmy jednak, że w gruncie rzeczy cyfrzaki nie są ani zabijane, ani porzucane, lecz hibernowane (inna rzecz, że najprawdopodobniej na zawsze).

Arek: Psa możesz oddać do schroniska, cyfrzaka zahibernować. Czyli, innymi słowy, czy uważasz, że ludzie mają moralne prawo do oddawania swoich zwierzaków do schroniska, gdy te im się znudzą?

Borys: Poczekaj momencik, bo to nie jest takie proste. Cyfrzaki zostały zaprojektowane jako zabawki. Tak się jednak złożyło, że w nieprzewidziany i w nieoczekiwany sposób dojrzały, stając się coraz bardziej wymagające. Dopiero wtedy zaczęto się ich pozbywać poprzez hibernację. Na początku trzeciego rozdziału pada kluczowe zdanie: "But unlike dog owners who bought a breed they were unprepared for, Blue Gamma's customers can't be blamed for not having done their homework; the company itself didn't know that the digients would evolve in this way". Wyobraź sobie, że kupiłeś sobie miniaturową świnkę, ale świnka niespodziewanie urosła, stając się trzydziestokilogramowym wieprzem. Czy masz obowiązek się nim dalej opiekować? Odpowiedź będzie trudniejsza niż wtedy, gdyby chodziło o zwykłe "znudzenie się".

Staszek: Tutaj w grę wchodzi jeszcze jeden problem: decyzja o zahibernowaniu cyfrzaka wpływa na samopostrzeganie właściciela, a zatem także na jego sumienie. Zawieszając dawnego ulubieńca, zaczynamy postrzegać samych siebie jako osobę, która zrezygnowała z opieki nad nim. W jaki sposób ta świadomość nas kształtuje?

Sądzę, że połączenie tej perspektywy z rozpatrywanym przez Was punktem widzenia doprowadzi nas do następującego miejsca. Właściciel ma moralne prawo zawiesić cyfrzaka, jeśli wykorzystał dostępne możliwości zachowania go w czynnym istnieniu. Podstawową szansą, która nasuwa mi się na myśl, jest oddanie dawnego ulubieńca do wirtualnej adopcji. Kwestia ta została poruszona na początku rozdziału trzeciego. Nawet jeśli rzeczona adopcja nie zakończy się sukcesem, wypróbowanie tej możliwości wydaje się niezbędne.

Arek: Adopcja, eutanazja, seksualne zabawki – nie da się ukryć, że Chiang w swoim stosunkowo niewielkim tekście poruszył imponującą liczbę zagadnień. Co więcej, wyjaśnienie przynajmniej części z nich znacząco wykracza poza ramy naszej dyskusji. W moim prywatnym odczuciu – które, mam nadzieję, podzielacie – Ted Chiang w Lifecycle of Software Objects w perfekcyjny sposób pokazał, w jaki sposób science fiction może opowiadać o zjawiskach funkcjonujących w naszej codzienności lub będących niemalże w naszym zasięgu. A mnie jako czytelnikowi wypada jedynie liczyć na to, że autor dostarczać nam będzie w przyszłości jeszcze więcej dzieł podobnego kalibru.

Borys i Staszek: Również liczymy i podzielamy!



Czytaj również

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.