» Czytelnia » Szorty » Szpon Quetzla

Szpon Quetzla


wersja do druku
Autor: Redakcja: Daniel 'karp' Karpiński
Ilustracje: Patrycja Paluch

Szpon Quetzla
Heinrich Krimm, pomimo otaczającej go aury weterana wielu wojen ku chwale Imperium, nigdy nie cieszył się zbytnią popularnością. Gburowaty, nieufny i niemal zawsze nieuprzejmy, pozbawiony był jakiegokolwiek szacunku i poważania wobec innych mieszkańców swojego miasteczka. Jego zniszczona, poznaczona licznymi bliznami twarz nie zachęcała do bliższej znajomości.

Istniał jednak wyjątek od tej reguły, jakim były okazjonalne wieczory, spędzane przez strudzonego wojaka w cieple karczmy "Pod Kretem", ulubionego lokalu tutejszych górników. Dopiero tam, pod wpływem kilku głębszych i towarzyszącemu im odurzeniu, w Heinrichu budziły się wspomnienia minionych lat i przebytych wojen, które wypływały z jego ust do Sigmar wie kogo. Z czasem zyskiwał coraz więcej słuchaczy: stałych bywalców, podrostków, lokalnego kapłana, co odważniejsze kobiety, a ostatnio również parę mnichów z nieodległego klasztoru Vereny, którzy najwyraźniej powzięli postanowienie spisania relacji wojskowego.

Tego wieczoru liczba przybyłych osób przekroczyła najśmielsze oczekiwania karczmarza, ostatnim bowiem razem Heinrich zaczął opowiadać o wyspie, która przez pewien czas była na ustach chyba całego świata – Albionie. Początkowo nawet wierni słuchacze sądzili, że pijaczyna po prostu bredzi od rzeczy, jednak wraz z powodzią szczegółów, opisów, nazw miejsc i osób cała relacja stała się całkowicie wiarygodna. Teraz, pogrążony w milczeniu niewielki tłum czekał, aż najemnik odstawi swój stary, rzeźbiony kufel i wznowi opowieść.

Jak już więc mówiłem, po odpędzeniu hordy umarlaków spod bram naszego fortu, ja i reszta chłopaków z Pierwszej Kompanii sądziliśmy, że otrzymamy w nagrodę chociaż, jeden, może dwa dni odpoczynku, albo jakowąś lżejszą robótkę w tylnej straży, tym bardziej, że niejednym z nas nieźle zatrzęsło na widok chodzących trupów. Najgorzej skończył biedny Eryk Himmler, który napatoczył się na żywe truchło swojego młodszego brata. Nieszczęśnik spędziłby resztę życia jako zaślinione warzywo, gdyby tydzień później nie został zarąbany przez Zwierzoczłeka... Ale chyba za bardzo zbaczam z głównego wątku.

Ekhem.. Jak się jednak szybciuteńko okazało, nasz wspaniały, genialny dowódca, dzięki Sigmarowi, że już toczą go robaki, znalazł dla nas o wiele ciekawsze zajęcie, niż odpoczynek. Najwyraźniej jeden z trupków był niegdyś jakowymś badaczem, który przybył na wyspę wraz z pierwszymi wojskami Imperium. Przy jego... hmm... ponownych zwłokach znaleziono dziwną broń palną, najwyraźniej nieznaną wcześniej, a także dziennik, w którym wspominał on o odkryciu śladów nieznanej kultury czy innego gówna.

W każdym razie znalazł coś wielkiego i ważnego, co, patrząc na jego stan, doprowadziło go do grobu, a potem z powrotem wśród chodzących. Jak więc nietrudno się domyślić, chociaż nie, dla takich wiejskich brudasów jak wy i to może być za wiele, więc lepiej powiem wprost: kazano naszej przesławnej, doświadczonej w boju kompanii udać się z jakimś magiem - tfu - zadbać o to, by dotarł na miejsce w miarę żywy, i wrócić z nim - albo przynieść go z powrotem. W każdym razie żywego…


W tym momencie Heinrich przerwał na moment, by wziąć potężny haust ze swego kufla i klepnąć w tyłek przechodzącą dziewkę służebną...

He he, całkiem niezłe dziewoje macie na tym zadupiu. Chociaż pamiętam, że Albionki też miały sporo do powiedzenia w ramach wdzięczności... Echem… Na czym to ja skończyłem znowu kmiotki? Ach tak! Na wyprawie z czarownikiem! Klaus Nedrich się zwał, i z biegiem czasu okazał się być całkiem poczciwym chłopem, oczywiście jak na pomiot Chaosu, parający się przeklętymi sztukami. Przez następnych kilka dni towarzyszyliśmy mu w wędrówce w głąb bagien.

Mówię wam, nigdy wcześniej ani później nie miałem gorszego marszu, niż przedzieranie się przez te pierdolone bagnisko... Gigantyczne moczary, sięgające aż po horyzont, w dodatku nieustannie obleczone gęstą mgłą, jakby ktoś rozlał mleko po całej okolicy. Nie wiem jakim cudem, chyba tylko dzięki czarodziejowi udało nam się przedostać suchą stopą przez to piekło. Choć kilku co głupszych i tak potopiło się, próbując po pijaku brnąć swoimi własnymi ścieżkami, miast słuchać się kogoś mądrzejszego od nich.

Co gorsza, cały czas, dzień czy noc, naokoło nas słychać było odgłosy życia, i nie mówię tu wcale o ptaszkach i innych stworzonkach z wierszy poetów, ale o czymś obcym, nieprzyjaznym, co tylko czekało na błąd z naszej strony. Dowódca kompanii, stary Jednooki, chyba też to zauważył i nakazał conocne palenie ognisk i stawianie licznych wart. Dzięki Sigmarowi za tego człowieka! Patrząc na to z perspektywy czasu, wszyscy bylibyśmy martwi, gdyby nie jego łeb na karku.


Weteran ponownie przerwał, zaczerpnął niezbędnego do opowieści trunku, uśmiechnął się kwaśno, i podjął dalej.

W końcu, piątego dnia, dotarliśmy do celu naszych poszukiwań, a przynajmniej tak się nam wydawało. Pośrodku bagna, zupełnie niespodziewanie, natkneliśmy się na wielką, suchą polanę. Ponieważ wszyscy, łącznie z naszym towarzyszem czarodziejem, byliśmy przemęczeni, przemoknięci, zniechęceni i kompletnie wkurwieni, praktycznie popłakaliśmy się z radości na myśl, że choć przez jedną noc będziemy mieć suche tyłki. Nic nie wskazywało na to, by ktokolwiek wcześniej tu przebywał, nie znaleźliśmy żadnego śladu stóp, pazurów, żadnych ognisk czy tym podobnych, przyjęliśmy więc, że choć raz Ranald się do nas uśmiechnął. usiałem być naprawdę oszalały ze zmęczenia, że uwierzyłem w coś takiego, choć z drugiej strony, gdyby nie ta wyprawa hmm…

Wojak zamilkł i zamyślony począł wpatrywać się w długie zawiniątko leżące, jak zwykle, tuż przy jego boku. Kiedy tylko zauważył ciekawskie spojrzenia milczących słuchaczy, spojrzał nań gniewnie i burknął:

Lepiej tak nie zezujcie, kutwy jedne, bo kiedyś coś wam wydłubie te gały. Ciekawość to pierwszy stopień do Otchłani, jak moja kompania miała się tamtej nocy przekonać. Radzi z tego, że w końcu wydarzyło się coś pomyślnego, pozwoliliśmy sobie na odrobinę luzu. Nie myślcie sobie tylko, że posnęliśmy wszyscy smacznie, jak kompletni kretyni! Co to, to nie! Po prostu - w oczach weterana zamigotał smutek - na jedną chwilę, jeden przedświt, opuściliśmy nieco gardę… To wystarczyło.

Przybyły dziesiątkami, co ja mówię - setkami... Ich wielkie, przekrwione oczy wpatrywały się w nas jak w jadło. Gigantyczne szczury, zmutowane bestie, chodzące na dwóch nogach, uzbrojone i opancerzone jak my.

Nie byliśmy przygotowani. Piszcząca horda zalała obóz jak powódź śmierci. Praktycznie nie było walki, tylko rzeź. Szczęśliwcy, którzy spali pośrodku obozu, w tym między innymi ja, zdążyli wyciągnąć broń i jako tako odpowiedzieć na atak. Wszystko na marne. Ponad połowa z nas została zarżnięta jak prosięta ,jeszcze w posłaniach. Reszta ledwie zdążyła sięgnąć po broń. Ten biedny głupiec Klaus, został wypatroszony zanim zdążył wypowiedzieć choćby jedno zaklęcie tej swojej magii. Nawet nadprzyrodzone moce nie pomagają, kiedy ktoś podrzyna ci gardło we śnie...

Krótko mówiąc, gdy tylko chwyciłem za broń, wiedziałem, że za chwilę umrę. Stanęliśmy w kole – ja, Jednooki, Karl Mitzner, młody Bregha, i dwóch innych, których imion nie pamiętam. Nie chcieliśmy dać się posiekać za darmo, choć założę się, że tak jak ja, moi towarzysze broni lali w gacie ze strachu. Pośród piszczącego morza czarnych i szarych ciał, modliłem się do wszelkich bogów, by użyczyli mi szybkiej i bezbolesnej śmierci.

Wtem coś odezwało się z bagien. Nie był to jeden z pisków tych szczuropodobnych monstrów, lecz głęboki ryk, jakby esencja gniewu ożyła i teraz odzywała się. Dzięki temu, iż byliśmy na wzniesieniu ujrzeliśmy co to było, a raczej kto, bowiem nie wypada o swym zbawicielu, choćby nieświadomym, mówić jak o rzeczy.

Mówię wam, kmiotki, nigdy wcześniej nie widziałem czegoś takiego. Potężne cielsko pokryte łuskami, które lśniły w blasku świtu. Ogromne szczęki, które bez problemu odgryzłyby głowę oraz łapy zakończone szponami. Nie myślcie jednak, że była to jakaś bestia, wszak one nie zbroją się w lśniące ostrza i misternie wykonane, wielobarwne tarcze. Heh... Przede wszystkim, bestie TAK nie walczą. Nasz łuskowaty przyjaciel wpadł między szczuroludzi jak wcielenie Morra, wymachując mieczem na lewo i prawo, odcinając głowy i kończyny niczym kosiarz zboże.

Początkowo sądziłem, że to jakiś głupi bohater, który chce popisać się wpadając w sam środek wrogich szeregów. Kiedy jednak jako tako doszedłem do siebie, ujrzałem prawdę. To był mistrz fachu, posiadający szybkość, siłę, i przede wszystkim zdolności, których ja nigdy nie zdobędę. Wątpię, by żył równie długo jak my. Żaden człowiek nie jest stanie w ciągu całego życia osiągnąć takiego kunsztu.

Wielkie szczury padały jeden po drugim, nie mogąc przeciwstawić się natarciu jaszczuroczłeka. Pomimo że był sam,napastnicy nie byli w stanie go nawet zranić. Część ciosów odbijał tarczą, część parował mieczem, a resztę przyjmował na swe twarde łuski. Wydawało się przez moment, że w pojedynkę zniszczy wrogie zastępy, niczym jakiś starożytny bóg wojny i zniszczenia. Po chwili jednak odezwały się kolejne ryki, lecz inne, nie wyrażające zapału bojowego i wściekłości, lecz bezmyślną żądzę krwi. Spośród drzew wypadła grupa największych monstrów, jakie w życiu widziałem - szczuropodobne ogry. Popędzali je ich mniejsi kuzyni uzbrojeni w bicze, kierując je wprost na wielkiego gada.

Ten jednak nie zareagował w żaden widoczny sposób, ani nie zyskując na zaciętości, ani nie tracąc. Walczył metodycznie, precyzyjnymi, wyćwiczonymi ruchami, nie dopuszczając żadnych ran do siebie. Dopiero kiedy jeden z tych wielkich szczurów uderzył swą potężną łapą, zauważyłem, co stanowiło ukrytą siłę samotnego wojownika. W chwili, kiedy łapa miała już,już uderzyć, i zapewne rozerwać go na strzępy, powietrze wokół gada zgęstniało i nieco zafalowało, zaś atakujące go szpony wyraźnie zwolniły, jakby przedzierały się przez grubą kotarę. Dało to czas na unik, i odcięcie ramienia wroga.

Walka trwała i trwała, zaś uwaga szczurów zdała się skupiać wyłącznie na nowoprzybyłym uczestniku rzezi. Nasza szóstka stała jak kołki na wzniesieniu, ostatni obecni z ludzkiej rasy, przyglądali się tylko temu starciu... Ale wy wsioki pewnie nawet nie rozumiecie połowy, z tego co do was mówię. Powiem tylko jedno - ciekaw jestem, o czym myślał tamten jaszczur. Musiał wiedzieć, że zginie, prędzej czy później. Może nawet tego pragnął.

Z czasem zaczęły pojawiać się rany, krwawiące mniej lub bardziej, lecz coraz liczniejsze. Mimo to nie przestawał walczyć, tak jakby wcale ich nie czuł. Nie wiem, jak długo trwał ten spektakl, może godzinę, może dwie, jednak szczuroludzie w końcu poczęli podwijać ogony i wiać, przerażeni nieustannym sianiem śmierci przez nieznane stworzenie. Kiedy tylko piski ostatniego z nich ucichły w oddali, gad wbił miecz w ziemię, spojrzał na otaczające go ślady chwalebnego zwycięstwa, niczym z legend o Sigmarze, potem na nas, usiadł i… zmarł. Tak po prostu, jakby dopiero teraz dotarło do niego, w jakim jest stanie. Zanim jednak zamknął oczy na zawsze, spojrzał na mnie, jakby z prośbą, by nie zapomniano tego, czego dla nas dokonał.

Spaliliśmy go. Tylko to, na nic innego po prostu nie mieliśmy czasu ani odwagi. Taka forma podziękowania istocie, która wstawiła się za nami. Kiedy w końcu jakoś dowlekliśmy się z powrotem, nikt nie uwierzył naszej opowieści. Do czasu. Później, podczas wielkich bitew z wszelkimi siłami mroku, jakie przybyły na tę przeklętą wyspę, ponownie spotkaliśmy jaszczurze stworzenia. Całą ich armię. I ponownie, uratowały nam wszystkim skórę. Ale to opowieść na inny czas.


Mężczyzna zakończył i zamilkł, jakby znużony wspominaniem bolesnej przeszłości. Ponownie spojrzał na zawiniątko, zabrał je, po czym bez słowa udał do pokoju. Tam odwinął brudną szmatę i spojrzał na swój największy skarb – piękny miecz wykonany z nieznanego mu metalu, nawet teraz pobłyskujący dziwnym światłem, bijącym od równie obco wyglądających symboli. Znowu poczuł wdzięczność do dziwnego stworzenia, które poświęciło swoje życie za nich.

Od czasu wydarzeń na Albionie, strasznych i krwawych, w których stracił wielu przyjaciół i wiele ze swej poczytalności, spał jednak o wiele lepiej. Wiedział, że nie są sami. Gdzieś tam, w nieznanych, odległych krainach, inna rasa również walczyła z Mrokiem. A on nie miał zamiaru zmarnować oferowanych mu darów – życia... i broni.

A kiedyś, gdy poczuje, że jego czas się zbliża, zwróci ją. Uda się do dalekich, południowych krain, które zaczęły pojawiać się w jego snach – i odda to, co pożyczył.


Broń jednoręczna (długi miecz) najlepszej jakości (+5 do WW)
Obciążenie: 50
Kategoria: zwykła
Siła broni: S+1
Dziedzina nauki: nauka (magia) - Bardzo Trudny Test, wiedza (Lustria) – Wymagający
Moce: Szpon Quetzla wytwarza wokół władającej nim osoby magiczne pole, które zakłóca czasoprzestrzeń w niewielkim promieniu, spowalniając zarówno ataki wręcz, jak i zasięgowe, tym samym znacznie ułatwiając ich unikanie. Ataki wymierzone w posiadacza broni wykonywane są z karą -20 do WW, zaś zasięgowe -10 do US.

Szpon Quetzla jest jednym z potężnych artefaktów wytworzonych przez jaszczuroludzi z Lustrii. Został on wykuty i zaczarowany w świętym mieście świątynnym Hexoatl, pod nadzorem jednego ze starożytnych slaanów, a następnie wręczony Mazdaloqowi, jednemu z Braci Starej Krwi, który był wybrańcem Quetzla, Boga Protektora. W połączeniu z niezwykłymi umiejętnościami, twardym opancerzeniem i wielowiekowym doświadczeniem, stał się on prawdziwym czempionem, gromiącym wrogów Pradawnych gdziekolwiek się pojawił. Mazdaloque spotkał swoją bohaterską śmierć w bezimiennej bitwie, będąc wysuniętym zwiadowcą armii slaanów, broniąc grupę Młodych Dzieci przed plugawymi tworami Chaosu. Jego bezcenna broń wpadła w ręce jednego z młodych tworów Pradawnych.
Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę



Czytaj również

Komentarze

string(15) ""

~Khemlish Val'Drach

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Ładne opowiadanie. Ciekawy przedmiot. Jedyny błąd tkwi w tym że old bloodzi żadko chodzą na zwiady. Raczej dowodzą armiami.
26-06-2008 14:52
Pantokrator
   
Ocena:
0
Osobliwe, że przez 2 godziny nasi dzielni weterani z 1. kompani stali na owym wzgórzu i tylko się przyglądali. To mnóstwo czasu. Od stania by ich nogi rozbolały.
A uspokoić mogli się 10 razy. I np. zrobić coś. Cokolwiek.
26-06-2008 17:40
CE2AR
    Pantokrator,
Ocena:
0
Starzy weterani pokroju Heinricha, mają tendencję do koloryzowania faktów. pewnie walka trwała kilka minut ;)
26-06-2008 18:45
~Matatjahu

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Do czego należy jeszcze doliczyć strach, kiedy to czas ciąąąąągnieeeeee się.:)
26-06-2008 19:40

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.