» Fragmenty książek » Święto rewolucji

Święto rewolucji


wersja do druku

fragment rozdziału 3

Autor:
Święto rewolucji
Opowieść Marka: Test Thoulessa

Wszystko zaczęło się półtora roku temu. Przechodziłem trudny okres w życiu. Pracuję w Kopenhadze, jestem menedżerem do spraw rekrutacji i szkoleń w Data Wisdom. To firma działająca w branży IT, zajmuje się dostarczaniem software’owych rozwiązań z zakresu Business Intelligence. W lipcu zerwałem z Kristen. Byliśmy razem cztery lata. Potrzebowałem przestrzeni, Dania mnie dusiła. Wziąłem trzy tygodnie urlopu i ruszyłem w podróż życia. Kierunek: Malezja, cel: Kinabalu. Podobno najprostszy czterotysięcznik na świecie. Tubylcy mówią, że górę należy zdobyć przed czterdziestką, bo potem nie dasz rady. Ja do czterdziestki miałem cztery lata.
Na naszej szerokości geograficznej na czterech tysiącach metrów leży wieczna zmarzlina, tam rosną rododendrony. Górę można zdobyć w dwa dni. Pierwszy dzień to mozolna wspinaczka przez dżunglę. Osiem i pół kilometra cały czas pod górę po stopniach z korzeni i skał. Nie możesz się zgubić, nie możesz pomylić drogi – przez tropikalny las wiedzie tylko jedna ścieżka. Czterdziestostopniowy upał, wilgotność powietrza dziewięćdziesiąt pięć procent. Pot lał się ze mnie wiadrami. Zatrzymywałem się co kilkadziesiąt metrów, próbując uspokoić serce. Słuchałem odgłosów dżungli. Tam, w jazgocie owadów, człowiek czuje się większym intruzem niż w ciszy kosmicznej pustki – tak przynajmniej napisali w przewodniku, ale w tamtych chwilach naprawdę byłem skłonny w to uwierzyć.
Dżungla kończy się na trzech tysiącach metrów. Wybudowano tam schronisko. Międzynarodowe towarzystwo chowało się w nim przed tropikalną ulewą. Japończycy trzaskali foty cyfrówkami, para amerykańskich turystów za pomocą satelitarnego łącza próbowała wysłać maila. Klęli przy tym niemiłosiernie. Tego dnia szybko zasnąłem.
Nazajutrz wstaliśmy o czwartej rano. W ciemnościach pobłyskiwały światła czołówek. Szedłem po wyślizganej, granitowej płycie, ubezpieczając się liną poręczową. W nocy temperatura spadła poniżej zera, wiał wiatr, przenikający porowate membrany poliuretanowe, goreteksy, hydroteksy, cordury i softshelle 2LF, docierający do samych kości.
Nie wiem, jak długo się wspinałem. Pół godziny? Godzinę? Więcej? Wreszcie miałem dość. Straciłem równowagę, dłoń zacisnęła się na poręczówce, odsunąłem się na bok, puszczając przodem niecierpliwiącą się grupę Azjatów. Serce biło mi jak oszalałe. Wreszcie z nosa buchnęła krew. Cholerny wodospad, nie jakiś tam strumyczek. W tej chwili coś we mnie pękło. Nie widziałem sensu w dalszej wędrówce na szczyt. Ruszyłem powoli w dół. Poznany w schronisku Japończyk namawiał, bym się nie poddawał, ale posłałem go w diabły. Gdzieś w środku, pomiędzy węzłami jelit, zakiełkowała pustka. Była zimna i oleista jak wódka wyciągnięta z zamrażalnika. Zakiełkowała i już mnie nie opuściła – była tam trzy dni później, gdy zwiedzałem ruiny Angkor w Kambodży, i po tygodniu, gdy siedziałem już w klimatyzowanym biurze Data Wisdom w Kopenhadze, mając widok na katedrę Panny Marii.
Po powrocie zacząłem żyć w zupełnie inny sposób. Wcześniejsze uporządkowanie, bliskie małżeńskiej rutyny, legło w gruzach. Znów mogłem wracać po nocach. Nie musiałem się nikomu spowiadać. W pierwszych tygodniach było fajnie. Szalałem. Znalazłem nowych kumpli w Christianii, alternatywnej dzielnicy zamieszkałej przez freaków, ludzi spoza systemu. Paliliśmy trawkę i dyskutowaliśmy o światowej rewolucji i błędach Trockiego.
Pustkę dało się zagłuszyć, ale nie oszukać. Wciąż tam była, przypominała o sobie w najmniej spodziewanych momentach. Pewnej pochmurnej październikowej niedzieli pierwszy raz od wielu lat zajrzałem do kościoła. Nieśmiało stanąłem w przedsionku, słuchając pastora. Kaznodzieja miał na sobie czarny garnitur i wyglądał jak smutny biurokrata piekła. Streszczał przypowieść o pannach oczekujących oblubieńca. Wyszedłem przed końcem.
Thomas był moim nowym znajomym. Miał czterdzieści kilka lat, od dekady mieszkał w Christianii, kontestując mieszczański tryb życia. Leżeliśmy na trawie, paląc marihuanę i wpatrując się w rozgwieżdżone niebo.
– Jest taki człowiek – powiedział Thomas, gdy litania moich żalów dobiegła końca. – Nazywa się Olaf Lochsen. Byliśmy razem w Tybecie. Psychiatra, prowadzi badania nad sensem życia. Powinieneś z nim pogadać.
Do Olafa nie było łatwo dotrzeć. Namierzyłem w Internecie jego klinikę w Oslo. Próbowałem się dodzwonić, ale nikt nie odbierał telefonu. Napisałem maila.
Następnego dnia w skrzynce pocztowej znalazłem odpowiedź.

Szanowny Panie,
jest nam niezmiernie miło, że chce Pan się z nami spotkać. Proponujemy konsultację w sobotę, 12 listopada. Na spotkanie proszę zarezerwować około sześciu godzin.
Pozdrawiam serdecznie,
Evy Røsten
PA to dr Olaf Lochsen


Forwardowałem wiadomość do sekretarki i kazałem zarezerwować bilety na samolot oraz hotel w Oslo.
* * *

Klinika psychiatryczna Olafa Lochsena mieściła się na przedmieściach stolicy Norwegii. Pałacyk zbudowany na renesansową modłę, otoczony sporym parkiem. Gdy wjeżdżaliśmy na teren posesji i legitymował nas uzbrojony strażnik, taksówkarz rozglądał się nerwowo.
Evy Røsten, asystentka doktora, była młodziutką blondynką o dużych piersiach i lodowatym uśmiechu.
– Witam. – Pewnie uścisnęła wyciągniętą dłoń. – Niestety Olafowi w ostatniej chwili wypadło pilne spotkanie i nie będzie mógł się dziś z panem zobaczyć. Nic straconego, zajmą się panem nasi specjaliści.
Z trudem pohamowałem atak złości.
– Ale jak to…? – wykrztusiłem.
– To standardowa procedura. Najpierw chcemy się czegoś o panu dowiedzieć. Przygotuję coś do picia. – Wymaszerowała z pokoju, a jej piersi falowały niczym zimne fale Morza Północnego.
Badanie trwało pięć godzin. Całością zawiadywała antypatyczna pani psycholog po pięćdziesiątce, z burzą czarnych włosów. Tapir, strach na wróble, kudłacz – mnożyłem w myślach przezwiska.
Najpierw test Rorschacha. Mozaika atramentowych bohomazów zmieniała się z szybkością kalejdoskopu. Co widzisz, co widzisz, co widzisz? – prawie puściłem pawia.
– Pysk lisa. Kapłan udziela błogosławieństwa. Ma rozłożone ręce. Teatralna maska. Używali takich w starożytnej Grecji.
Test Wechslera, test na inteligencję emocjonalną, umiejętności społeczne – zołza przerzucała kolejne arkusze. Pracuję w dziale HR i znam się nieco na psychometrii, ale ćwiczenia mnie zaskoczyły. Zdolności analityczne i abstrakcyjne myślenie. Test V-K natężenia empatii. Test mimiczny Ekmana.
– Gniew, to musi być gniew. Strach? Nie wydaje mi się. Radość! Ona się śmieje, nie mam wątpliwości.
Czekałem tylko, aż do sali wejdzie psychoanalityk, położy mnie na kozetce i zacznie rozmawiać o trudnym dzieciństwie, pierwszym papierosie w szkolnej toalecie, podglądaniu koleżanek na szkolnej wycieczce i kompleksie Portnoya.
– Fenomenalny wynik. – Straszydło z niedowierzaniem kręciło głową. – Jeden z najlepszych, jakie widziałam. Czym pan się zajmuje zawodowo?
– Jestem menedżerem, proszę pani. Zarządzam ludźmi.
Wyszedłem z gabinetu roztrzęsiony, długo nie mogłem się pozbierać. Lodowata Evy Røsten na pożegnanie wykrzesała z siebie iskierkę ciepła.
– Wszystko będzie dobrze, proszę mi wierzyć. Doktor Lochsen wkrótce się z panem skontaktuje. Osobiście tego dopilnuję.
Wieczorem w Oslo padał deszcz. Stałem przed Pałacem Królewskim i patrzyłem na krople uderzające o bruk. Gęste niczym oliwa zabrana przez panny roztropne, czekające na oblubieńca. Byłem panną pochopną, oliwy nie zabrałem, płomień mojej świecy właśnie się dopalał, a ja czułem, jak zamykają się za mną drzwi. Ta świadomość była przerażająca. Kupiłem butelkę whisky i wypiłem ją samotnie w hotelowym pokoju, oglądając pornograficzny film w płatnej telewizji.
* * *

Po dwóch tygodniach Lochsen zadzwonił do mnie na komórkę. Przyjechał do Kopenhagi w interesach i chciał zjeść ze mną lunch. Wybrałem restaurację nad kanałem, niedaleko mojej pracy.
Olaf Lochsen był Norwegiem. W jego żyłach płynęła krew wikingów, Eryka Rudego, który dotarł do wybrzeży Grenlandii, wygnany z Norwegii za morderstwo, Leifa Eriksona, odkrywcy Ameryki pięćset lat przed Kolumbem, i Ingolfa Arnarsona, pierwszego osadnika w Islandii. Psychiatra zamówił krwisty befsztyk i pochłaniał go z zapałem berserkera ucztującego po zwycięskiej bitwie.
– Próbowałem już wszystkiego – zaczął. – Sensu nie znajdzie pan w wielkich religiach monoteistycznych, gdyż tam doświadczenie transcendentne jest dane nielicznym i należy polegać na ich świadectwie. Kilka lat błąkałem się po Dalekim Wschodzie. Chiny, Tybet, Nepal. Buddyzm, konfucjanizm, szamanizm. Fenomen medytacji można badać za pomocą neuroobrazowania, a prorocze wizje szamanów są efektem zażywania opiatów. Próbowałem okultyzmu. Czarna msza odprawiana na brzuchu prostytutki, liturgiczny kielich napełniony moczem, psalmy śpiewane wspak. Wywoływałem duchy, oczekując spektakularnych przypadków lewitacji i erupcji ektoplazmy. Bezskutecznie. Gdy niemal zupełnie już straciłem nadzieję, natknąłem się na prace Roberta Thoulessa. Był to angielski psychiatra, który w późnych latach życia zajął się parapsychologią.
Thouless zasłynął z opracowania koncepcji testu przetrwania. W naukowy sposób zamierzał dowieść istnienia życia po śmierci. W tym celu przygotował dwa komunikaty, zaszyfrowane metodą Vigenera. Aby złamać kod, należało dysponować słowem kluczem. Thouless rozumował w sposób następujący: po śmierci będzie próbował skontaktować się z żyjącymi, by przekazać słowo klucz, które umożliwi rozszyfrowanie wiadomości. Jeśli się uda – zyskamy naukowy dowód na istnienie nieśmiertelnej duszy.
Jeden szyfr okazał się banalnie prosty i kryptografowie poradzili sobie z nim jeszcze za życia Thoulessa, lecz drugi pozostał nierozwiązany. Do dziś. Uczony zmarł w 1984 roku, do testu zgłosiła się setka chętnych. Były wśród nich także „media”, osoby o rzekomej zdolności komunikowania się z zaświatami. Oczywiście nikt nie odebrał przekazu. Thouless stroi sobie z nas żarty czy może jego dusza umarła wraz z ciałem i po drugiej stronie życia nie ma nic?
Lochsen nabrał na widelec sałatki i po chwili kontynuował.
– Problem w tym, że Thouless popełnił błąd. Konstrukcja testu nie spełnia metodologicznych założeń eksperymentu naukowego. Jakie ma pan wykształcenie?
– Skończyłem psychologię.
– Czy powinienem to panu tłumaczyć?
– Śmiało. Zajęcia z metodologii miałem piętnaście lat temu – odrzekłem cierpko.
– Podam przykład. W latach sześćdziesiątych w Stanach było głośno o eksperymentach związanych z komunikacją podprogową. No, wie pan, wkładano w film pojedyncze klatki z napisami: „pij Coca-Colę!”, „jedz popcorn!”. Sprzedaż wzrosła o kilkadziesiąt procent, jednak wyniki takiego badania możemy wyrzucić do kosza na śmieci. Pan wie dlaczego?
Pokręciłem głową.
– Sprzedaż wzrosła, ale w porównaniu z czym? W porównaniu z wynikami sprzedaży z poprzedniego dnia? Tylko takimi danymi dysponował eksperymentator – Lochsen wypowiedział to słowo z nieukrywaną pogardą. – Takie badanie nie ma żadnej wartości, gdyż różnica pomiędzy kolejnymi dniami ma charakter przypadkowy. Jeśli wczoraj lał deszcz, a dzisiaj świeci słońce? Sprzedaż Coca-Coli wzrośnie bez uciekania się do podprogowego gówna. Jeśli wczoraj grali Nagi instynkt, a dzisiaj pokazują 101 dalmatyńczyków? W kinie jest tłum dzieciaków, który zeżre ocean prażonej kukurydzy bez nielegalnych narzędzi perswazji. Wie pan już, czego brakowało w tym eksperymencie?
– Płaszczyzny porównania?
– Tak jest. Mówiąc fachowo – grupy kontrolnej. W prawidłowo zaprojektowanym eksperymencie powinny odbyć się jednocześnie dwa seanse: jeden z przekazem podprogowym, drugi czysty. Należałoby także kontrolować podstawowe charakterystyki demograficzne widzów w obu salach. Dopiero na podstawie różnic pomiędzy grupą eksperymentalną a kontrolną byłoby można wyciągnąć prawdziwe wnioski.
– Jak to się ma do naszego problemu?
– Thouless zaprojektował test zerojedynkowy: albo zagadka zostanie rozwiązana, albo nie. W jaki sposób zamierzał przekazać komunikat? Pojawić się jako zjawa? Przemawiać w snach? Czekać, aż jego duch zostanie wywołany podczas seansu spirytystycznego? Ujawnić się na fotografiach jako „postać nadmiarowa”? A jeśli interwencja zmarłego w realny świat możliwa jest na zupełnie innych zasadach? Myślę o czymś nienarzucającym się, delikatnym, nienamacalnym. Dyskretnie podsunięte skojarzenie, nieoczekiwana myśl, materializująca się w głowie.
Olaf otworzył butelkę wody Perrier i pociągnął solidnego łyka. Wytarł serwetką kąciki ust.
– Kolejny błąd Thoulessa to kierunek kontaktu. W klasycznym eksperymencie żywy próbuje nawiązać kontakt ze zmarłym, który niekoniecznie musiał go znać. W moim projekcie unikniemy tej pułapki i odwrócimy kierunek wektora. Obie strony będą aktywnie poszukiwały kontaktu.
– To znaczy?
– Wytypowałem grupę śmiertelnie chorych osób. Przede wszystkim nowotwory. No, wie pan, lekarze nie dają szans, kilka miesięcy życia i tak dalej. Pierwotnie chciałem przeprowadzić eksperyment w Stanach i włączyć do niego przestępców skazanych na śmierć. Jednak mając na uwadze opieszałość amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości, moglibyśmy nigdy nie doczekać się rozpoczęcia testu. Choroba jest skuteczniejszym mordercą.
– Nie do końca rozumiem.
– Są dwie równoliczne grupy: uczestnicy testu i śmiertelnie chorzy. Każdy członek pierwszej grupy zostanie skojarzony z osobą z grupy drugiej. Nieboszczycy in spe dysponują listą słów kluczy, koniecznych do rozwiązania szyfrogramów. Szyfrogramy będą mieli uczestnicy testu, w tym pan. Ktoś, wkrótce dowie się pan kto, po śmierci będzie próbował przekazać panu listę komunikatów. Jeśli się uda…
– Innymi słowy, chce pan za pomocą statystyki udowodnić istnienie Boga?
– Można tak powiedzieć.
* * *

Lidka umarła pod koniec maja, w pierwszy dzień letnich upałów. Przyleciałem do Polski na pogrzeb.
Lidka mieszkała w Koninie. Pożyczyłem od kumpla samochód, wstałem o piątej rano i wyjechałem na A2. Gdy prułem autostradą, a słońce grzało przez szyby, nie potrafiłem odpędzić samobójczych myśli. Lexus z napędem hybrydowym przecina dwa pasy ruchu, uderza w betonową ścianę. Odpalają poduszki powietrzne, beton, metal i ciało – eksplozja entropii, informacja na temat poszczególnych substancji ginie w chaosie.
Zatrzymałem się pod Łodzią, zjechałem do McDonalda. Kupiłem dużego shake’a tiramisu i BigMacka. Obsługiwała mnie młoda dziewczyna; miała mysią twarz i okulary w drucianej oprawce. Była cholernie śmiertelna, a ja doświadczałem jej śmiertelności w niemal fizyczny sposób. Siedząc na plastikowym krześle i żując wołowy kotlet, myślałem o nieuchronności śmierci, trwodze i ucieczce od Boga.
Tego dnia wszystko było zużyte i nieprawdziwe: papierowy hamburger i wodnisty shake. Upalne powietrze stało w miejscu, jakby gdzieś w niebie zacięły się turbiny klimatyzatora.
Pogrzeb miał miejsce w nowoczesnym kościele ulokowanym pośrodku osiedla z wielkiej płyty. Pogubiłem się, a potem długo szukałem miejsca parkingowego, klucząc pomiędzy samochodami sprowadzonymi z Niemiec. Przejechałem obok następnego McDonalda. W kościele do konfesjonału ustawiła się krótka kolejka. Ksiądz załatwiał spowiedników taśmowo, jakby płacili mu od każdego rozgrzeszenia. McSpowiedź, McGrzech. McHostia, McŁaska, co potem? McZbawienie?
Na pogrzeb przyszło niewiele osób. Rodzina, sąsiedzi, przyjaciółki z uczelni. Stałem z boku, ściskając niewielki wieniec. Nikt do mnie nie podszedł, goście tylko patrzyli nieufnie.
Po uroczystości z ulgą pojechałem na rynek, usiadłem w kawiarnianym ogródku, zamówiłem piwo i otworzyłem zeszyt z zadaniami.
– No, dalej, Lidka. Liczę na ciebie. – Czubkiem palca dotknąłem naostrzonego ołówka. – Od tego wiele zależy.
* * *

– Arkusz zadań składa się z trzydziestu trzech łamigłówek. W większości przypadków bazują na szyfrach Vigenera. Nikt z państwa nie miał wcześniej związku z kryptografią, więc szanse są wyrównane. Wszyscy przeszli podstawowe szkolenie na temat szyfrów. – Doktor Lochsen przerwał na chwilę wyjaśnienia.
Rozejrzałem się po sali. Była nas setka – dominowali mężczyźni, naliczyłem nie więcej niż piętnaście kobiet. Raczej starsi niż młodsi, elegancko ubrani. Dużo Azjatów – Japończyków lub Koreańczyków – którzy świergoczącym szeptem bez przerwy wymieniali uwagi.
– Przed rozpoczęciem eksperymentu – Lochsen kontynuował – na etapie rekrutacji zostaliście poddani testom na inteligencję i osobowość. W oparciu o nie możemy powiedzieć, kto z was ma predyspozycje analityczne i poradzi sobie z większą liczbą zadań. Finalne rezultaty zostaną przeważone o tę samą zmienną. Jesteśmy także w stanie oszacować współczynnik kłamstwa.
To zabrzmiało groźnie. Olaf Lochsen przełknął ślinę, świadomy wrażenia, jakie wywarł ostatnim zdaniem. Świergot Azjatów urwał się gwałtownie.
– Konstrukcja szyfrów uniemożliwia proste rozwiązanie. Część słów kluczy jest dłuższa niż zaszyfrowane wiadomości. Wyklucza to statystyczną analizę regularności. Zazwyczaj szyfrowane są pojedyncze słowa. Zostawiliśmy jednak otwartą furtkę. Do zagadek można dobrać się za pomocą tak zwanego ataku słownikowego. Kryptograficzny software umożliwia odnalezienie klucza poprzez żmudne podstawianie i sprawdzanie każdego wyrazu znajdującego się w słowniku dowolnego języka. Jeśli ktoś chce to zrobić – proszę bardzo. Nie stawiamy wam żadnych ograniczeń i nie kontrolujemy tej zmiennej.
Po sali przebiegł szmer.
– W eksperymencie bierze udział równoliczna grupa kontrolna, identyczna z waszą pod względem charakterystyk psychograficznych. Grupa kontrolna rozwiązuje takie same zadania, tylko nie może liczyć na pomoc z „drugiej strony” – wykonał palcami gest ujęcia wypowiedzi w cudzysłów. – Nikt nie oszuka statystyki. Jeśli w waszej grupie z pomocy kryptograficznego oprogramowania skorzysta dwadzieścia osób, możemy założyć, że podobny odsetek kłamców znajdzie się także w grupie kontrolnej. Wyniki się zrównoważą. O rezultacie testu zadecyduje porównanie liczby poprawnych rozwiązań pomiędzy dwoma grupami, a nie bezwzględny poziom wyników w waszej grupie. Powodzenia.
* * *

Gdzie należało szukać inspiracji? Czy Lidka miała objawić mi się w nocy i natchnionym głosem przekazać rozwiązanie? Śniła mi się, to oczywiste. Były tygodnie, że każdej nocy. Tajemnicza dziewczyna w dyspozytorni radio taxi w sercu myślącego miasta. Mówiła do mnie – na nocnej szafce leżał zawsze kołonotatnik, który zapisywałem gorączkowo po przebudzeniu. Kluczowe słowa podstawiałem do szyfrogramów i próbowałem odczytać ukrytą wiadomość. Bezskutecznie. Rzekome słowa Lidki były zawsze przetworzoną reminiscencją wydarzeń minionego dnia. Ja i moje myśli, moje sny i marzenia – tworzyliśmy układ zamknięty i nie znajdowały się w nim żadne informacje, których sam bym do niego nie dostarczył. Nie było interwencji z zewnątrz. Bo żadne zewnątrz najprawdopodobniej nie istniało.
Z czasem zmieniłem metodę działania. Nie zaniedbałem analizy marzeń sennych, ale skupiłem się również na analizie codzienności. Może zmarła Lidka działała w ten sposób? Podsuwała przedmioty w pole widzenia, aranżowała określone sytuacje, sterowała rachunkiem prawdopodobieństwa?
Przełom nastąpił po trzech miesiącach. Była połowa września, szary dzień przypominał o zbliżającej się jesieni. Wyszedłem wcześniej z pracy, miałem do załatwienia kilka spraw w urzędach i chciałem kupić lekturę do samolotu. W przyszłym tygodniu czekał mnie lot w interesach do Tokio.
Dwa drobne wydarzenia i zacząłem inaczej patrzeć na świat.
Dojeżdżałem do niewielkiego skrzyżowania. Żółte światło płynnie przeszło w zielone, nie musiałem się zatrzymywać. Nie rozglądałem się, ruch zarejestrowałem kątem oka. Sunęło na mnie srebrne volvo, którego kierowca chciał zdążyć na wczesnym czerwonym. Pewnie się gdzieś śpieszył. To trwało ułamki sekund. Dałem po hamulcach, na szczęście nie było za mną nikogo. Volvo śmignęło mi tuż przed maską, brakowało milimetrów.
Nie potrafiłem się uspokoić. Zajechałem do Starbucksa i zaszyłem się z kawą w przytulnym kącie. Kilka stolików dalej siedziała piękna kobieta. Nie wiem, ile miała lat; nie mniej niż trzydzieści pięć. Emanowała z niej dojrzałość. Po prostu siedziała – to wystarczyło, żeby mnie zafascynowała. Nie czekała, aż wystygnie jej kawa, nie nudziła się, nie czytała gazety – siedziała.
Nasze spojrzenia się spotkały. Zawstydzony spuściłem wzrok. Gdy po kilku chwilach spojrzałem znowu, już jej nie było.
Spotkaliśmy się ponownie na parkingu. Siedziała w volvo XC90 i malowała usta. Prawą nogę trzymała w samochodzie, lewa wystawała na zewnątrz. Buty na wysokim obcasie i czarne rajstopy. Uciążliwie erotyczna scena. Zawyłem w myślach z podniecenia. Volvo. Jasne, w Danii popularny samochód, ale tym razem w prostym logo motoryzacyjnego koncernu zobaczyłem coś niezwykłego. Czy to był znak? Seksualne podniecenie opadło natychmiast, w jego miejsce pojawiło się podenerwowanie innej natury.
Volvo. Czy Lochsen chciał zażartować i użył w szyfrogramach nazwy popularnej marki? Drżały mi dłonie, nie odważyłem się prowadzić samochodu. Złapałem taksówkę i pojechałem do domu.
Volvo. Podstawiałem słowo do każdego szyfrogramu. Udało się za szesnastym razem. Ciąg przypadkowych znaków dał sensowne rozwiązanie.
Hasło brzmiało LA METTRIE.
Chciałem krzyczeć i skakać z radości. Rozwikłałem pierwszą zagadkę! Jestem wielki! Jestem pieprzonym zbawcą ludzkości, mesjaszem życia pozagrobowego! Powinienem wyjść na ulicę, stanąć przed ratuszem i nauczać o sensie świata. Ograniczyłem się do wypełnienia tabelki w Excelu i wysłania jej na adres Lochsena.
Chciało mi się płakać i modlić do Lidki. Kochana dziewczyna! Niektórzy chrześcijanie w ten sposób tłumaczą działanie Boga w świecie. Ponieważ boskiej interwencji nie można zaobserwować, Najwyższy działa w subtelniejszy sposób: za pomocą nieskończenie małych zmian w warunkach początkowych. Bóg jest genialnym superkomputerem, który ze stuprocentową dokładnością projektuje przyszłe wydarzenia i zna wszystkie zależności przyczynowo-skutkowe. Na ułamek sekundy zatrzyma moją uwagę na sklepowej witrynie. To wystarczy. Wsiądę do samochodu odrobinę później, nie zdążę na zielone światło. Opóźnienie skumuluje się do dwudziestu sekund. Za dwie godziny na drodze szybkiego ruchu ciężarówka wpadnie w koleiny i siła bezwładności wyrzuci przyczepę na drugi pas. Będę sto metrów dalej. Pomyślę, że mało brakowało. Zatrzymanie się przed sklepową wystawą uratuje mi życie. Nie będę o tym wiedział. Choć wszystko jest zdeterminowane, liczba zmiennych wprowadza do modelu przypadek.
Czy Lidka po śmierci zyskała boską moc? Czy potrafiła manipulować pozornie przypadkowymi wydarzeniami, kontrolując ich następstwa? Tak jak akustyk kręci potencjometrem, ona dostraja rzeczywistość do pożądanego stanu? A może wszystko było gigantycznym zbiegiem okoliczności, a ja widziałem to, co chciałem zobaczyć? Na to pytanie mógł mi odpowiedzieć wyłącznie Olaf Lochsen.
La Mettrie – sprawdziłem w Google’u, o co chodzi. A właściwie o kogo. Julien Offray de la Mettrie (1709–1751) – francuski filozof, przedstawiciel skrajnie mechanistycznego materializmu. Autor dzieła Sztuka odczuwania rozkoszy. Zmarł z powodu nadmiernego spożycia pasty z trufli. Inne źródła wspominają w tym miejscu o kurzych żołądkach. Wspaniałe! Czyż ten człowiek nie wyprzedził swojej epoki o dwieście pięćdziesiąt lat? My z niego wszyscy!
Potem – blokada. Tysiące pomysłów, setki godzin przed biurkiem, kolejne hasła podstawiane do szyfrogramów. Nic. Nic, nic, nic. To stawało się obsesją. Nie rozstawałem się z arkuszem zadań. Miałem go zawsze pod ręką, ślęczałem nad nim w samolocie, podczas podróży biznesowych. Wpatrywałem się w niego przed zaśnięciem. Znałem hasła na pamięć. WXCVTREFGJT. VQQLROPWSJF. I trzydzieści jeden podobnych.
Jednocześnie zżerała mnie ciekawość, jak w teście wypadli inni. Czy z jednym zadaniem jestem na czele peletonu, czy wlokę się na szarym końcu? Kilka razy – pod pozorem błahych wątpliwości – próbowałem skontaktować się z Lochsenem lub Evy Røsten, jego asystentką. Bezskutecznie. Nie odbierali telefonów ani nie odpisywali na maile.
W szale przedświątecznych przygotowań entuzjazm został ostudzony. Nawet Lidka śniła mi się rzadziej. Dwa tygodnie przed Wigilią odebrałem dziwny telefon.
– Pan Gamow? Marek Gamow? Czy ma pan chwilę? – rozmówca posługiwał się angielszczyzną z dalekowschodnim akcentem. – Mówi Takeru Kobayashi. Dzwonię z Kastrup Lufthavn – niezręcznie przesylabizował duńską nazwę lotniska. – Muszę się z panem spotkać. To ma związek z doktorem Lochsenem i testem Thoulessa.
* * *

Takeru był Japończykiem. Miał pięćdziesiąt lat, siwe włosy i nosił okulary w rogowej oprawie.
– Pamiętam pana – powiedział na powitanie – z ostatniego briefingu przed rozpoczęciem testu. Mam fotograficzną pamięć, pamiętam wszystkie twarze. Nie potrafię potem pozbyć się ich z pamięci – wytłumaczył zmieszany.
– W jaki sposób pan się ze mną skontaktował? Skąd pan miał do mnie telefon?
Spotkaliśmy się w holu centrum handlowego. Tego dnia czekały mnie jeszcze świąteczne zakupy i do niespodziewanego gościa nastawiłem się negatywnie.
– To nie jest długa opowieść, proszę posłuchać. – Usiedliśmy w kawiarni, Takeru zamówił pączka. – Nie potrafię dłużej z tym żyć. Musiałem to zrobić… – Drżały mu dłonie, rozlał kawę z plastikowego kubeczka i poparzył palce. – Musiałem się z panem spotkać.
– O co panu chodzi? Proszę się uspokoić – odpowiedziałem oschle.
– Test Thoulessa mnie opętał. Czułem się jak niewolnik, nie potrafiłem normalnie żyć. Myślałem tylko o zadaniach. Zerwałem wszystkie kontakty towarzyskie, spędzałem nad arkuszem czternaście godzin dziennie. Test stał się moim życiem. Oprócz niego nie miałem nic więcej.
Charakterystyczna przypadłość Japończyków, pomyślałem. Mam kumpla, który siedzi na kontrakcie w Tokio. Japończyk nie potrafi robić czegoś na pół gwizdka – tłumaczył, gdy siedzieliśmy w hardcorowym klubie i patrzyliśmy na tyłki europejskich kobiet, naśladujących nieudolnie trend harajuku fashion. Paliliśmy skręty. Tylko w tym kraju, opowiadał, mogła narodzić się kultura otaku. Wykluczeni ze społeczeństwa na własne życzenie fanatyczni pasjonaci mangi, gier komputerowych, futurystycznych kreskówek. Hobby nie mieści się w kanonach regulowanych cywilizacyjnymi normami – staje się życiem. Tylko w Japonii... i Korei Południowej – uzupełnił po namyśle – można pracować jako komputerowy gracz. Oni są prekursorami posttofflerowskiej ekonomii, gdzie środki pracy zostaną przesunięte w rzeczywistość wirtualną. Otaku – schyłkowy produkt ewolucji homo sapiens?
– Nic mi nie wychodziło. Nie rozszyfrowałem ani jednego szyfrogramu. Same pudła – wykrztusił Takeru Kobayashi, a ja odczułem satysfakcję. Z rozwiązanym jednym zadaniem byłem od niego lepszy. Ciekawe, jak wypadałem na tle reszty? Może Takeru był ciągnącym się z tyłu maruderem?
– Pracuję jako programista – zawahał się, jakby w wyznaniu było coś nieprzyzwoitego. – Długi czas opierałem się pokusie, ale wreszcie coś we mnie pękło. Od tego zależało moje zdrowie psychiczne. Ostatnie tygodnie jechałem na lekach, kilka dni dłużej, a skończyłbym w szpitalu. Wiedziałem, że w ten sposób przekreślam swój wkład w eksperyment, ale musiałem znać rozwiązania.
Kupiłem zapas jedzenia i zabarykadowałem się w mieszkaniu. Zajmuję się bazami danych, nigdy wcześniej nie miałem do czynienia z kryptografią. Zamówiłem przez Amazon dwie książki na ten temat. Zdecydowałem się na przeprowadzenie ataku słownikowego. Wspominał o nim doktor Lochsen. Pan zna się na kryptografii?
– Niezbyt dokładnie – pokręciłem głową. – Tylko tyle, ile dowiedziałem się od Olafa. Proszę opowiedzieć.
– Przeciętny użytkownik komputera nie lubi zapamiętywać skomplikowanych haseł typu „9wc44er5” i zwykle posługuje się słowami funkcjonującymi w języku, dodając na końcu liczbę. Aby poznać jego hasło, wystarczy siąść do komputera ze słownikiem i systematycznie podstawiać kolejne słowa. Nie musimy robić tego ręcznie, możemy użyć specjalnego software’u. Przynajmniej teoretycznie, gdyż większość systemów blokuje się po trzeciej nieudanej próbie logowania, co utrudnia przeprowadzanie podobnych ataków.
Nasza gra stanowi analogiczną sytuację. Właściwie jest jeszcze prostsza. Słowa klucze do szyfrogramów MUSZĄ BYĆ zwykłymi słowami. W przeciwnym razie przekazanie jasnego przekazu z… – zawahał się, szukając odpowiedniego określenia – …z tamtej strony byłoby niemożliwe. Zwykłymi słowami są również rozwiązania. W przeciwnym razie skąd byśmy wiedzieli, że dysponujemy rozwiązaniem? Potrzebowałem zatem programu komputerowego, działającego według następującego algorytmu – chwycił serwetkę i naszkicował drzewo.
W pierwszym kroku pobieramy wyraz ze słownika i używamy go jako klucza do szyfrogramu. Otrzymujemy w ten sposób pewne rozwiązanie, które zostaje zweryfikowane pod kątem obecności w słowniku. Jeśli słowo się w nim znajduje, z dużym prawdopodobieństwem dysponujemy rozwiązaniem prawidłowym.
Ściągnąłem z Internetu prościutki programik open source. Przez noc zmodyfikowałem kod źródłowy, dostosowując funkcjonalność do moich potrzeb. Nad ranem wklepałem arkusze zadań, zapuściłem sprzęt i czekałem. Nie mogłem spać, byłem jak gówniarz przed pierwszą randką. Piłem sake i snułem się po mieszkaniu. Nad Tokio wstawał świt, a ja po raz pierwszy w życiu czułem się członkiem ogólnoludzkiej wspólnoty. Duchy przodków sprzed tysięcy wieków i pokolenia przyszłych stuleci – miałem wszystkich na wyciągnięcie ręki. Widziałem odbicia ich twarzy w mokrej szybie. Przepełniała mnie radość.
Komputer skończył pracę w południe. Sprawdziłem plik wynikowy. Miał zero kilobajtów. Był pusty.
Nie chcę pana zanudzać technicznymi szczegółami. Następny tydzień był piekłem. Wielokrotnie testowałem poprawność kodu, aż pozbyłem się wątpliwości. Program działał prawidłowo. Grzebałem w Internecie w poszukiwaniu coraz większych słowników. Jadłem sushi zamawiane na telefon. Kolejnego maka nie zdążyłem przegryźć liściem imbiru i wyrzygałem wszystko. Klęczałem nad toaletą kwadrans, a kolejne torsje przywracały trzeźwość myślenia.
W programie komputerowym nie było błędu. Użyłem wystarczająco dużych słowników. Test doktora Lochsena nie miał rozwiązania, szyfrogramy były ciągiem losowych znaków. Słowa klucze nie istniały. Czym prędzej sięgnąłem po słuchawkę i wykręciłem numer do kliniki. Nikt nie odebrał telefonu. Rzucałem się jak cyklofrenik w fazie maniakalnej. Chciałem rezerwować bilety na samolot do Europy, zrobić przez telefon awanturę, miotać przekleństwa. Usiadłem na łóżku, wsłuchując się w oddech. Liczyłem krople kapiące z kranu. Wreszcie się uspokoiłem.
Przez znajomego informatyka pracującego w Nokii znalazłem namiar na prywatnego detektywa z Oslo. Przedstawiłem pobieżnie sprawę i poleciłem odszukanie innych uczestników eksperymentu. Jednocześnie poprosiłem, by powęszył wokół osoby Lochsena i przygotował jego dossier. Dostał miesiąc; skontaktował się ze mną ponownie po trzech tygodniach.
Lochsen wyjechał z kraju i nikt nie potrafił powiedzieć, dokąd się udał. Nikt – nawet osobista asystentka Evy Røsten.
– Olaf był wyczerpany. – Detektyw nagrał rozmowę z Evy i do raportu dołączył płytę CD. Dziewczyna mówiła bezbłędną angielszczyzną. – Potrzebował wakacji, wspominał o ciepłych krajach. Od dawna nie kontaktował się z kliniką. Powinien pojawić się za kilka tygodni. Czy może pan zostawić numer? Poproszę, aby oddzwonił.
Mężczyzna grzecznie podziękował i opuścił teren klinki. Zaczaił się w pobliskim lasku, gdzie poczekał, aż zapadnie zmrok. Wtedy wrócił. Sforsował mur, uśpił psy patrolujące teren, zbił szybę w drzwiach kuchennych i wdarł się do środka. Udało mu się dotrzeć zaledwie do gabinetu Evy. Nie zdążył zająć się komputerem. Strażnicy natknęli się na śpiące psy i wszczęli alarm. Detektyw porwał z biurka dwa wydrukowane maile i salwował się ucieczką.
Natknęli się na niego w salonie. Na terenie kliniki znajdowało się więcej groźnych zwierząt. Spuszczone ze smyczy bulteriery ruszyły przed siebie. Strzelał na oślep, obrotowym krzesłem zbił szybę i wyskoczył na zewnątrz. Z futryny wystawały ostre krawędzie szkła. Wyskakując, pokaleczył lewą rękę. Sprint do muru postarzył go o dziesięć lat – tak mi przynajmniej powiedział podczas ostatniej rozmowy telefonicznej. Ruszyli za nim w pościg dwoma samochodami, ale zgubił ich na przedmieściach.
Zadzwonił do mnie natychmiast. W Oslo był środek nocy, tymczasem ja piłem w robocie drugą kawę, zmagając się z kompilatorem C++.
– Rezygnuję z tego zlecenia – wycharczał. Wciąż nie potrafił uspokoić oddechu. – Mam złe przeczucia, a zawsze ufam intuicji.
Do rana uporządkował wszystkie materiały i przesłał je na mój adres w Tokio.
Trzy dni później znaleziono go martwego w mieszkaniu.
Leżał w wannie, uduszony własnymi rzygowinami. We krwi miał morze alkoholu. Po całym mieszkaniu walały się puste butelki. Pił wyłącznie żurawinową Finlandię.
Zbieg okoliczności? Nie wierzę w takie zbiegi okoliczności.
Takeru Kobayashi położył na biurku wydruki maili wykradzione z biurka Evy.
Pierwszy:

Od: Marek Gamow (m.gamow@datawisdom.com.dk)
Do: office@lochsenclinic.no
Temat: szyfrogram numer 16
Status: wysoki

Przesyłam rozwiązanie szyfrogramu numer szesnaście. Słowo klucz to VOLVO, a odpowiedź brzmi LA METTRIE.

Z pozdrowieniami/ Best regards
Marek Gamow
HR & Training Manager
Data Wisdom
Mobile: +45496100500
W poprzek wydruku ktoś napisał długopisem po angielsku: „zweryfikować”.
– Druga wiadomość jest o wiele ciekawsza. – Takeru zakrztusił się ciastkiem, odkaszlnął. – Proszę zobaczyć.
Od: Evy Røsten (Evy.Rosten@lochsenclinic.no)
Do: Tymoteusz Wilk (t.wilk@ons.com.pl)
Temat: …dziwne…
Status: normalny

Kochanie, zgodnie z Twoją prośbą sprawdziłam szyfrogram tego faceta z Kopenhagi. Został rozwiązany poprawnie. To niewiarygodne! Przeanalizowałam logi ChaosCreatora. Wygraliśmy główny los tysiąc razy z rzędu.
Buziak, Evy


Spojrzałem na adresy mailowe.
– ONS. Co to za firma?
– Międzynarodowy koncern konsultingowy. Obstawiają wiele dziedzin, głównie zarządzanie i marketing strategiczny. Europejska centrala znajduje się w Londynie, światowa w Nowym Jorku, notowani na NASDAQ. Evy pisała do polskiego oddziału firmy, który mieści się w Poznaniu – z trudem przeliterował polską nazwę, w pierwszej chwili nie zorientowałem się, o jakim mieście mówi.
– Logi ChaosCreatora? Nie rozumiem.
– ChaosCreator to popularny freewarowy program komputerowy, służący do generowania liczb pseudolosowych. Pan wie, co to oznacza?
– Nie mam pojęcia.
– Asystentka Lochsena, Evy, podmieniła arkusze z zadaniami. Nowe szyfry zostały wygenerowane ChaosCreatorem i nie mają rozwiązań. Ktoś z nas zakpił!
– To bzdury – odrzekłem cierpko.
Widząc moją marsową minę, Takeru zaczął się wycofywać. Do tej pory wierzył w obezwładniającą moc swoich argumentów; liczył, że zapalę się do działania i jeszcze dziś wsiądziemy do samolotu, by wylądować w Oslo i ruszyć na poszukiwanie przebiegłej blond asystentki.
– Dobrze… w każdym razie… – zaczął gubić słowa. – Zatrzymam się na kilka dni w Kopenhadze. – Podsunął mi wizytówkę. – Ma pan tutaj moje namiary.
Wyciągnął dłoń na pożegnanie. Była miękka niczym rozgotowany kalafior.



Czytaj również

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.