Sprzysiężenie czerwonego wilka - Robert Redick
Pisarze fantasy zdecydowanie nie przepadają za morzem. Owszem, zdarzają się sceny umiejscowione na pokładach statków, okrętów, czy też innych – mniej lub bardziej wydumanych – jednostek pływających, lecz są to zazwyczaj tylko przerywniki, a nie czysta marynistyka. Na palcach obu rąk można policzyć powieści napisane w duchu wielkiej morskiej przygody (z tych najbardziej udanych wymieniłabym cykl o Kupcach i ich Żywostatkach Robin Hobb oraz Na szkarłatnych morzach Scotta Lyncha), a klasycznych cykli na miarę chociażby sagi o Hornblowerze C.S. Forestera, czy też serii przygód kapitana Jacka Aubreya autorstwa Petera O'Briana, ze świecą by szukać. Zatem z wielką nadzieją przystępowałam do lektury Sprzysiężenia Czerwonego Wilka (księgi pierwszej Rejsu Chathranda), które zapowiadało się jako ziszczenie marzeń każdego, kto nie potrafi się oprzeć magii wielkich żaglowców. Niestety, z każdą kolejną stroną rosło moje rozczarowanie, gdyż przekonywałam się, iż miast fantastyki marynistycznej mam przed oczami jeno dość przewidywalną powieść fantasy, dla niepoznaki jedynie ubraną w marynarski mundur.
Zadzierzgnięciem akcji jest wyjście w morze Cesarskiego Statku Kupieckiego Chathrand, dumy floty imperium Arqualu, majestatycznej jednostki obdarzanej rozlicznymi górnolotnie brzmiącymi przydomkami, która od kilkuset lat przecina zdradliwe fale mórz pokrywających znaczną część Alifrosu. Statek-gigant, który już nieraz opierał się sztormom i nawałnicom, stworzony za pomocą magii i techniki szkutniczej, tym razem wyrusza w misję specjalną pod dowództwem owianego złą sławą kapitana Rose. Na jego pokładzie znajduje się cesarski ambasador, którego zadaniem jest zawarcie przymierza z odwiecznym wrogiem cesarstwa, pentarchią Mzithrinu, i jego córka Thasha, która ma być owego aliansu gwarantem – poślubiona tamtejszemu księciu. Wraz z nimi wyrusza gromada sług, kupców, awanturników i arystokracji, a wszyscy oni, wraz z kilkusetosobową załogą Wspaniałego Żaglowca, stanowią niezwykle barwne i zróżnicowane towarzystwo. Bardzo szybko okazuje się, że każdy z nich ma własny cel, niekoniecznie zgodny z dyplomatyczną misją. I tak zagęszcza się sieć intryg, gdy jeden spisek przeradza się w kolejny, kontrowany następnym, kiedy pozornie oczywiste posunięcia ukazują swe drugie, a nawet trzecie dno, i ma się wrażenie, iż nie istnieje nic prócz nieustających knowań.
Wydarzenia obserwujemy oczyma kilku postaci. Najważniejszą z nich jest Pazel Pathkendle – smołownik (czyli chłopiec okrętowy), który przypadkowo (choć czy aby na pewno?) znalazł się na pokładzie Chathranda. Młodzieniec obdarzony wyjątkową umiejętnością do pakowania się w kłopoty i magicznym darem rozumienia każdego języka, który uważa bardziej za przekleństwo niż błogosławieństwo. Większa część załogi traktuje go pogardliwie, gdyż pochodząc z "wybawionego" (czytaj: podbitego) przez Arqual Ormaelu, uważany jest za kogoś niewiele lepszego od niewolnika, a ci nieliczni, którzy okazują cień sympatii, nie do końca mu ufają, uważając jego opowieści za dziecinne fantasmagorie. Bo jakże uwierzyć w istnienie tajemniczego zła pragnącego wpłynąć na losy świata, mrocznych magów opanowanych rządzą władzy absolutnej – słowa nie poparte żadnym racjonalnym argumentem, padające z ust dzieciaka, który na pierwszy rzut oka nie posiada żadnej wiedzy prócz tej, jak szorować deski pokładu. Początkowo lekceważony, bardzo szybko staje się jedną z głównych osi wydarzeń. Podobnie jak i Thasha, która – niezbyt chętna do odgrywania roli imperialnej narzeczonej – uczyni wszystko, aby się od tego obowiązku wyswobodzić, korzystając przy tym z wiedzy i umiejętności, o które trudno podejrzewać wychowankę szkoły klasztornej.
Obok tych dwóch niemalże równorzędnych, wzajemnie się uzupełniających wątków, pojawia się też kilkanaście mniej znaczących, będących jednak dość istotnym uzupełnieniem fabuły. Co ciekawe, utrzymane są one w różnej stylistyce – mamy tu i fragmenty prowadzonego przez kwatermistrza sekretnego dziennika, i listy kapitana do ojca, opisy dokonań klanu ixcheli – małych ludzi egzystujących gdzieś w trzewiach okrętu, czy wreszcie przemyślenia pewnego szczura. Lecz pomimo tak rozlicznych źródeł informacji, przez większą część książki czujemy się zagubieni. Redick, wzorem Eriksona , wrzuca nas od razu w samo centrum wydarzeń, zasypując nazwami i wydarzeniami, których znaczenie dla bohaterów jest oczywiste, dla czytelnika zaś – niekoniecznie. Brakuje mu w tej metodzie wirtuozerii autora Malazańskiej Księgi Poległych – w miarę rozwoju fabuły próbuje coś wyjaśniać, lecz w sposób niechlujny, i do samego końca pozostajemy z bardzo wybiórczą wiedzą na temat wykreowanego świata. Również liczne wymyślone przez pisarza rasy sprawiają wrażenie nie do końca przemyślanych – tak jakby przedkładał on ilość nad jakość i, umieszczając na kartach swej powieści czy to ixcheli, czy augrongi, czy też żyjące w morskich wodach murthy, nie pokusił się o ich dokładniejszy opis.
Także bohaterowie nie wzbudzają zachwytu – są najwyżej przeciętni. Pazel to kolejna wariacja na temat predestynowanego przez los dziecka, które ma uratować świat, wychowana w świątynnej szkole Thasha jest niemalże archetypiczną, występującą przeciwko narzuconej jej odgórnie roli dziewczyną-wojowniczką, od jakich roi się na kartach powieści fantasy. W Sprzysiężeniu czerwonego wilka postaci jest wiele, ale potraktowane zostały schematycznie i przewidywalnie. Kogóż tu nie ma: dwulicowa kurtyzana, szpieg, lekarz o tajemniczej przeszłości, kapitan pogrążający się w stopniowym szaleństwie, ekscentryczna księżna, źli i dobrzy magowie, wreszcie cała galeria marynarzy. I nikt z nich nie zachowuje się w sposób, który mógłby zaskoczyć. Wszyscy są niedbale zarysowani kilkoma pociągnięciami pióra, zaś ich perypetie nie budzą większych emocji (najbardziej wyrazistą i sympatyczną istotą jest obdarzony rozumem szczurek). Być może przyczyną tego, iż nie potrafiłam poczuć z nimi żadnej więzi, jest fakt, że książka wydaje się być adresowana raczej do młodego czytelnika. Zapewne nastolatkowi łatwiej jest identyfikować się z równym mu wiekiem protagonistą i nie potrzebuje zawiłych charakterologicznych niuansów, by polubić bohaterów.
Sprzysiężenie Czerwonego Wilka jest debiutem prozatorskim Redicka – i to się daje odczuć. Najsilniej w warstwie stylistycznej: książka jest napisana prostym językiem, momentami nawet aż nazbyt poprawnym, niczym szkolne wypracowanie. Miejscami razi dziwaczna składnia – choć nie wiem czy to kwestia braków warsztatowych pisarza, czy też zawinił tłumacz. Natomiast fabuła na pierwszy rzut oka wydaje się wciągająca, lecz w miarę rozwoju akcji napięcie miast rosnąć – spada, pomimo mnożenia przygód. Zaś owe ekstraordynaryjne wydarzenia narastają wedle zasady "z deszczu pod rynnę" i odnosi się wrażenie, jakby autor w punktach wypisał sobie kluczowe elementy fabularne, a luki pomiędzy nimi wypełniał skrótowo. Efektem jest przeskakiwanie od jednego zdarzenia do kolejnego, niezbyt powiązanego z wcześniejszym, po czym następuje kilkuzdaniowe streszczenie wypadków, które w międzyczasie miały miejsce. Bardzo szybko się przekonujemy, że to kolejna wersja questu z szukaniem magicznego artefaktu i ratowaniem świata. Nihil novi.
A gdzie w tym wszystkim marynistyka? Otóż – prawie nigdzie. Morska oprawa okazuje się bowiem jedynie pozornym sztafażem, który nie ma praktycznie najmniejszego wpływu na samą fabułę. Akcja mogłaby równie dobrze toczyć się na pokładzie jakiejś machiny latającej lub w pociągu przemierzającym pustkowia. Redick nie potrafił oddać przekonująco realiów morskiej podróży, szwankuje też jego znajomość terminologii, kiedy na siłę próbuje zastąpić zwroty typowo żeglarskie własnymi określeniami. Skoro to fantasy, to teoretycznie taka licentia poetica powinna być dopuszczalna, a nawet wskazana, lecz w tym przypadku wprowadza spore zamieszanie, czytelnik musi sam się domyślać, o czym aktualnie mowa. I na koniec – autorowi nie udało się odmalować potęgi oceanicznych otchłani, kaprysów żywiołu, jego nieustannie zmieniającego się oblicza – co tak przekonująco czynią pisarze wymienieni w pierwszym akapicie tej recenzji.
Sprzysiężenie Czerwonego Wilka jest dopiero preludium do znacznie obszerniejszej opowieści, zatem trudno się po tej książce spodziewać rozwiązania wszystkich wątków. Jednak po dobrnięciu do ostatniej strony czytelnik nie jest o wiele mądrzejszy niż na początku, za to wyobraźnia podpowiada mu szereg skojarzeń niekoniecznie przez Redicka zamierzonych – począwszy od scen z Titanica, poprzez wizję Arki Noego, kończąc na kulminacyjnych scenach montypythonowskiego Żywotu Briana. Miast zauroczyć, książka owszem, budzi ciekawość, lecz na zasadzie: w jakie jeszcze nieprawdopodobne wydarzenia pisarz wpakuje swoich bohaterów i na ile będą one zgodne z naszymi przewidywaniami. Zatem ci wszyscy, którzy spodziewali się morskich opowieści w wydaniu fantasy doznają rozczarowania, a i tych, dla których kostium żeglarski nie jest niezbędnym atrybutem, raczej nie zachwyci ta powielająca znane schematy książka.
Zadzierzgnięciem akcji jest wyjście w morze Cesarskiego Statku Kupieckiego Chathrand, dumy floty imperium Arqualu, majestatycznej jednostki obdarzanej rozlicznymi górnolotnie brzmiącymi przydomkami, która od kilkuset lat przecina zdradliwe fale mórz pokrywających znaczną część Alifrosu. Statek-gigant, który już nieraz opierał się sztormom i nawałnicom, stworzony za pomocą magii i techniki szkutniczej, tym razem wyrusza w misję specjalną pod dowództwem owianego złą sławą kapitana Rose. Na jego pokładzie znajduje się cesarski ambasador, którego zadaniem jest zawarcie przymierza z odwiecznym wrogiem cesarstwa, pentarchią Mzithrinu, i jego córka Thasha, która ma być owego aliansu gwarantem – poślubiona tamtejszemu księciu. Wraz z nimi wyrusza gromada sług, kupców, awanturników i arystokracji, a wszyscy oni, wraz z kilkusetosobową załogą Wspaniałego Żaglowca, stanowią niezwykle barwne i zróżnicowane towarzystwo. Bardzo szybko okazuje się, że każdy z nich ma własny cel, niekoniecznie zgodny z dyplomatyczną misją. I tak zagęszcza się sieć intryg, gdy jeden spisek przeradza się w kolejny, kontrowany następnym, kiedy pozornie oczywiste posunięcia ukazują swe drugie, a nawet trzecie dno, i ma się wrażenie, iż nie istnieje nic prócz nieustających knowań.
Wydarzenia obserwujemy oczyma kilku postaci. Najważniejszą z nich jest Pazel Pathkendle – smołownik (czyli chłopiec okrętowy), który przypadkowo (choć czy aby na pewno?) znalazł się na pokładzie Chathranda. Młodzieniec obdarzony wyjątkową umiejętnością do pakowania się w kłopoty i magicznym darem rozumienia każdego języka, który uważa bardziej za przekleństwo niż błogosławieństwo. Większa część załogi traktuje go pogardliwie, gdyż pochodząc z "wybawionego" (czytaj: podbitego) przez Arqual Ormaelu, uważany jest za kogoś niewiele lepszego od niewolnika, a ci nieliczni, którzy okazują cień sympatii, nie do końca mu ufają, uważając jego opowieści za dziecinne fantasmagorie. Bo jakże uwierzyć w istnienie tajemniczego zła pragnącego wpłynąć na losy świata, mrocznych magów opanowanych rządzą władzy absolutnej – słowa nie poparte żadnym racjonalnym argumentem, padające z ust dzieciaka, który na pierwszy rzut oka nie posiada żadnej wiedzy prócz tej, jak szorować deski pokładu. Początkowo lekceważony, bardzo szybko staje się jedną z głównych osi wydarzeń. Podobnie jak i Thasha, która – niezbyt chętna do odgrywania roli imperialnej narzeczonej – uczyni wszystko, aby się od tego obowiązku wyswobodzić, korzystając przy tym z wiedzy i umiejętności, o które trudno podejrzewać wychowankę szkoły klasztornej.
Obok tych dwóch niemalże równorzędnych, wzajemnie się uzupełniających wątków, pojawia się też kilkanaście mniej znaczących, będących jednak dość istotnym uzupełnieniem fabuły. Co ciekawe, utrzymane są one w różnej stylistyce – mamy tu i fragmenty prowadzonego przez kwatermistrza sekretnego dziennika, i listy kapitana do ojca, opisy dokonań klanu ixcheli – małych ludzi egzystujących gdzieś w trzewiach okrętu, czy wreszcie przemyślenia pewnego szczura. Lecz pomimo tak rozlicznych źródeł informacji, przez większą część książki czujemy się zagubieni. Redick, wzorem Eriksona , wrzuca nas od razu w samo centrum wydarzeń, zasypując nazwami i wydarzeniami, których znaczenie dla bohaterów jest oczywiste, dla czytelnika zaś – niekoniecznie. Brakuje mu w tej metodzie wirtuozerii autora Malazańskiej Księgi Poległych – w miarę rozwoju fabuły próbuje coś wyjaśniać, lecz w sposób niechlujny, i do samego końca pozostajemy z bardzo wybiórczą wiedzą na temat wykreowanego świata. Również liczne wymyślone przez pisarza rasy sprawiają wrażenie nie do końca przemyślanych – tak jakby przedkładał on ilość nad jakość i, umieszczając na kartach swej powieści czy to ixcheli, czy augrongi, czy też żyjące w morskich wodach murthy, nie pokusił się o ich dokładniejszy opis.
Także bohaterowie nie wzbudzają zachwytu – są najwyżej przeciętni. Pazel to kolejna wariacja na temat predestynowanego przez los dziecka, które ma uratować świat, wychowana w świątynnej szkole Thasha jest niemalże archetypiczną, występującą przeciwko narzuconej jej odgórnie roli dziewczyną-wojowniczką, od jakich roi się na kartach powieści fantasy. W Sprzysiężeniu czerwonego wilka postaci jest wiele, ale potraktowane zostały schematycznie i przewidywalnie. Kogóż tu nie ma: dwulicowa kurtyzana, szpieg, lekarz o tajemniczej przeszłości, kapitan pogrążający się w stopniowym szaleństwie, ekscentryczna księżna, źli i dobrzy magowie, wreszcie cała galeria marynarzy. I nikt z nich nie zachowuje się w sposób, który mógłby zaskoczyć. Wszyscy są niedbale zarysowani kilkoma pociągnięciami pióra, zaś ich perypetie nie budzą większych emocji (najbardziej wyrazistą i sympatyczną istotą jest obdarzony rozumem szczurek). Być może przyczyną tego, iż nie potrafiłam poczuć z nimi żadnej więzi, jest fakt, że książka wydaje się być adresowana raczej do młodego czytelnika. Zapewne nastolatkowi łatwiej jest identyfikować się z równym mu wiekiem protagonistą i nie potrzebuje zawiłych charakterologicznych niuansów, by polubić bohaterów.
Sprzysiężenie Czerwonego Wilka jest debiutem prozatorskim Redicka – i to się daje odczuć. Najsilniej w warstwie stylistycznej: książka jest napisana prostym językiem, momentami nawet aż nazbyt poprawnym, niczym szkolne wypracowanie. Miejscami razi dziwaczna składnia – choć nie wiem czy to kwestia braków warsztatowych pisarza, czy też zawinił tłumacz. Natomiast fabuła na pierwszy rzut oka wydaje się wciągająca, lecz w miarę rozwoju akcji napięcie miast rosnąć – spada, pomimo mnożenia przygód. Zaś owe ekstraordynaryjne wydarzenia narastają wedle zasady "z deszczu pod rynnę" i odnosi się wrażenie, jakby autor w punktach wypisał sobie kluczowe elementy fabularne, a luki pomiędzy nimi wypełniał skrótowo. Efektem jest przeskakiwanie od jednego zdarzenia do kolejnego, niezbyt powiązanego z wcześniejszym, po czym następuje kilkuzdaniowe streszczenie wypadków, które w międzyczasie miały miejsce. Bardzo szybko się przekonujemy, że to kolejna wersja questu z szukaniem magicznego artefaktu i ratowaniem świata. Nihil novi.
A gdzie w tym wszystkim marynistyka? Otóż – prawie nigdzie. Morska oprawa okazuje się bowiem jedynie pozornym sztafażem, który nie ma praktycznie najmniejszego wpływu na samą fabułę. Akcja mogłaby równie dobrze toczyć się na pokładzie jakiejś machiny latającej lub w pociągu przemierzającym pustkowia. Redick nie potrafił oddać przekonująco realiów morskiej podróży, szwankuje też jego znajomość terminologii, kiedy na siłę próbuje zastąpić zwroty typowo żeglarskie własnymi określeniami. Skoro to fantasy, to teoretycznie taka licentia poetica powinna być dopuszczalna, a nawet wskazana, lecz w tym przypadku wprowadza spore zamieszanie, czytelnik musi sam się domyślać, o czym aktualnie mowa. I na koniec – autorowi nie udało się odmalować potęgi oceanicznych otchłani, kaprysów żywiołu, jego nieustannie zmieniającego się oblicza – co tak przekonująco czynią pisarze wymienieni w pierwszym akapicie tej recenzji.
Sprzysiężenie Czerwonego Wilka jest dopiero preludium do znacznie obszerniejszej opowieści, zatem trudno się po tej książce spodziewać rozwiązania wszystkich wątków. Jednak po dobrnięciu do ostatniej strony czytelnik nie jest o wiele mądrzejszy niż na początku, za to wyobraźnia podpowiada mu szereg skojarzeń niekoniecznie przez Redicka zamierzonych – począwszy od scen z Titanica, poprzez wizję Arki Noego, kończąc na kulminacyjnych scenach montypythonowskiego Żywotu Briana. Miast zauroczyć, książka owszem, budzi ciekawość, lecz na zasadzie: w jakie jeszcze nieprawdopodobne wydarzenia pisarz wpakuje swoich bohaterów i na ile będą one zgodne z naszymi przewidywaniami. Zatem ci wszyscy, którzy spodziewali się morskich opowieści w wydaniu fantasy doznają rozczarowania, a i tych, dla których kostium żeglarski nie jest niezbędnym atrybutem, raczej nie zachwyci ta powielająca znane schematy książka.
Mają na liście życzeń: 1
Mają w kolekcji: 2
Obecnie czytają: 1
Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Mają w kolekcji: 2
Obecnie czytają: 1
Dodaj do swojej listy:
Tytuł: Sprzysiężenie czerwonego wilka (Red Wolfe Conspiracy)
Cykl: Rejs Chathranda
Tom: 1
Autor: Robert Redick
Wydawca: Wydawnictwo Mag
Miejsce wydania: Warszawa
Data wydania: 19 września 2008
Liczba stron: 472
Format: 135 × 205 mm
ISBN-13: 978-83-7480-105-8
Cena: 35,00 zł
Cykl: Rejs Chathranda
Tom: 1
Autor: Robert Redick
Wydawca: Wydawnictwo Mag
Miejsce wydania: Warszawa
Data wydania: 19 września 2008
Liczba stron: 472
Format: 135 × 205 mm
ISBN-13: 978-83-7480-105-8
Cena: 35,00 zł

