» Artykuły » 1. wrażenie » Splinter Cell: Conviction

Splinter Cell: Conviction


wersja do druku

Krucjata Fishera

Autor: Redakcja: Klaudia 'Villdeo' Izdebska

Splinter Cell: Conviction
Sam Fisher wchodzi do gry po raz piąty. Od jego ostatnich przygód minęły dwa lata. Tym razem chowa do szafy mundur agenta Third Echelon, postanowił wystąpić we własnych barwach klubowych, grając wedle swoich zasad. Wie już, że jego córka zginęła przed okresem zabawy w podwójnego agenta nieprzypadkowo. Postanawia na własną rękę wymierzyć karę. Biada nieszczęśnikom, którzy staną mu na drodze.


Krótkie intro szybko wprowadza w realia nowej części Splinter Cell, dość odbiegającej od poprzednich odsłon. Cały czas mamy do czynienia z tym samym bohaterem, zupełnie zmieniły się jednak reguły gry. Cichy ogar Trzeciego Echelonu zerwał się ze smyczy, toczy pianę i jeździ po świecie, zostawiając za sobą worki pełne zwłok. Wciąż jest łowcą, ale tym razem subtelność nie ma aż takiego znaczenia, liczy się spontaniczna przemoc, skracająca drogę do zabójcy córki. Agencja nie może dopuścić, by człowiek, którego szkoliła przez lata, korzystał ze zdobytych umiejętności do własnych celów. Wysyła za nim zabójców. Myśliwy okazuje się więc również zwierzyną.


Już z samego intra uderza filmowość nowej produkcji Ubisoftu. Fabuła opowiedziana jest z wykorzystaniem szybkich filmowych cięć, które przyspieszają upływ czasu. Krótkie spotkanie Fishera z "gościem, który coś wie" w toalecie jest w kinowy wręcz sposób spektakularne – rozbrojenie osiłka z pistoletu jest efekciarskie i towarzyszy mu dynamiczna praca szalejącej dookoła Sama kamery. Akcja pozwala nam w końcu przejąć inicjatywę – to od nas zależy, którymi elementami armatury skłonimy pechowca do gadania. Z Fisherem nie ma żartów. Tu nie ma miejsca na pistolet z tłumikiem czy pociski ogłuszające. Sam zadaje ból, bo ma boleć.


Następna sekwencja przenosi Fishera do fabryki, w której znajduje się gotowa do detonacji bomba EMP. Demo pozwala poznać kolejne nowe elementy gameplayu. Tak jak i kiedyś, kluczowy jest system osłon, jednak bliższy jest on temu znanemu z Gears of War, niż z pierwszych odsłon Splinter Cell. Pojawiła się nowa opcja wybrania paru celów "do odstrzału" i likwidowania ich w efekciarski sposób jednym kliknięciem w pad, a by nie było za łatwo – limit tego typu akcji odnawia się walką wręcz. Też efekciarską. Oczywiście wejście do pomieszczenia z paroma przeciwnikami i rozpoczęcie wolnej amerykanki szybko prowadzi do śmierci. To nie slasher. To wciąż skradanka, tyle że z odpowiednio zbalansowaną zabawą w chowanego i w cichego zabójcę. Rzecz jasna, nie brakuje też gadżetów, a AI przeciwników daje się we znaki po nierozważnych akcjach . Oczywiście Fisher jest najlepszy i nawet zbiorowy alarm pozwala na kolejne likwidowanie przeciwników jednego po drugim, tylko że taka sytuacja zupełnie pozbawiona jest klasy. Sztuka polega na czajeniu się w cieniu tak, by nie wywołać alarmu. Czyli, mimo wszystko – jest po staremu i wieloletni fani serii będą się czuli jak w domu.


Conviction jest dalekie od obrazu, jaki wykreowali spece z Ubisoftu jeszcze dwa lata temu. Nie ma tu obiecanego skradania się w tłumie, mechanizmu grupowej sztucznej inteligencji, wykorzystywania otoczenia do odciągania uwagi. Nie ma też jednak nad czym biadolić, bo zapowiada się kawał dobrej zabawy. Fisher w końcu pokazuje swoje ludzkie oblicze, a nowe elementy rozgrywki bawią. Strona wizualna gry spełnia idealnie swoje zadanie, zachowując wysoki poziom i nie odwracając uwagi od wciągającej akcji. Osobiście życzyłbym sobie więcej muzyki – ta jednak pojawia się tylko w sytuacjach nasączonych napięciem. Talent Amona Tobina został częściowo zmarnowany, w końcu w Chaos Theory pokazał, jak udźwiękawia się gry. Takie wykorzystanie muzyki zbliża jednak nowego Splintera do wyraźnie upragnionego przez autorów realizmu.


Po tak krótkim fragmencie gry, jaki znalazł się w demie, trudno powiedzieć, jak wypada całość, czuć jednak potencjał. Zdecydowanie najmocniejszym atutem Conviction może okazać się fabuła i jej filmowość. Mam tu na myśli zarówno smaczki, które załoga z Montrealu starała się przemycić ze srebrnego ekranu, jak i ogólny klimat. Fani trylogii o przygodach Jasona Bourne'a, czy Uprowadzonej z Liamem Neesonem nie powinni się długo zastanawiać. To gra specjalnie dla nich.

Przemysław Pawełek jest dziennikarzem Polskiego Radia
Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę
8.0
Ocena recenzenta



Czytaj również

Watch Dogs Legion
Jesteśmy legionem
- recenzja
Tom Clancy’s Ghost Recon: Breakpoint
Symulator Ducha
- recenzja
Far Cry New Dawn
Przypudrowana postapokalipsa
- recenzja
Assassin's Creed Odyssey
W poszukiwaniu tożsamości
- recenzja
Far Cry 5
Prostota wiejskich przyjemności
- recenzja
Far Cry 5
Chwytając za broń, czyli kolejny ruch oporu
- recenzja

Komentarze

string(15) ""

Squallu
   
Ocena:
0
Usiadłem do pełnej wersji - jest bardzo spójnie. Jest filmowo, ale co najważniejsze - jest przede wszystkim Splinter Cell'owo.


Genialnie.

Recenzja pojawi się w najbliższym czasie.

P.S - Gonz - jest więcej muzyki ;] Możesz być spokojny. I bardzo ale to bardzo pasuje - jak zawsze przy SC.
16-04-2010 18:58
Gonz
   
Ocena:
0
świerzbi mnie, jak przebrnę przez to przez co mam przebrnąć (bo rozgrzebane i w trakcie, bo leży na półce i straszy że mam oddać) to też położę na Conviction niechybnie łapki.
16-04-2010 21:32
Squallu
   
Ocena:
0
Oj warto.
Jestem po 4h snu. Całą noc przechodziłem kampanie we dwóch na poziomie realistic. Jest ekstra. Co prawda mam już kilka krytycznych uwag, ale to wszystko napiszę.

Muzyce się też dostanie...
17-04-2010 12:06

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.