» Opowiadania » Śmietnikowe Sny

Śmietnikowe Sny

Zatem z taką samą nieuchronnością, z jaką kamień spada na ziemię,
głodny wilk zanurza kły w ciele swej ofiary, pozbawiony możności zrozumienia,
że sam na równi podlega destrukcji, jak i jest destruktorem.

- Schopenhauer

I


Krzysiek stał przy śmietniku i tulił do siebie butelkę. Było zimno i jego stary, postrzępiony waciak oraz równie wiekowe, podarte buty bez sznurówek z wywalonymi na wierzch jęzorami, nie zapewniały żadnego ciepła. Pierwsze płatki brudnego, szarego śniegu zaczęły powoli opadać z zasnutego czarnymi chmurami nieba. Gdzieś na horyzoncie, ponad dachami niskich, czteropiętrowych bloków, dymił komin fabryki wyrzucając z siebie czarny strumień dymu.

"Chujowa pogoda" - pomyślał przyglądając się ludziom, którzy śpiesząc się, nie zwracali na niego żadnej uwagi - naprawdę chujowa. Odkąd sięgał pamięcią, w tym zapomnianym przez Boga, mieście zawsze było zimno i nieprzyjemnie, ale wcześniej po prostu tego nie dostrzegał. Oczy, na ten cały syf, otworzyło mu dopiero zwolnienie z pracy, które otrzymał zaledwie rok przed odejściem na emeryturę. Redukcja kadr - tak mu powiedziano. Wszystkim było także bardzo przykro, jednak nie przeszkodziło im to w wyrzuceniu go na bruk. Polecono mu się przekwalifikować - łatwo powiedzieć komuś, kto nie zapierdalał przez trzydzieści lat w fabryce. Młode, uśmiechnięte gnojki siedzące za biurkami, dla których wszystko wydaje się takie proste. Gardził nimi z całego serca.

Zasiłek przepadł niecały rok później, a wraz z nim i mieszkanie. Wylądował na ulicy, a wszystkich dookoła gówno to obchodziło. Pracowników socjalnych, którzy pomagali innym tylko wtedy, gdy wszędzie były kamery i mogły sfilmować ich zadowolone gęby, księdza, policjanta, babcię z kiosku... Wszyscy mieli to głęboko gdzieś. Dla nich już był trupem. Kolejnym śmieciem porzuconym przy tym śmietniku, o który się właśnie opierał. Powoli gnijącym i rozkładającym się trupem.
Odkręcił nakrętkę butelki. Zapach fioletowej cieczy uderzył go w nozdrza i napełnij je obietnicą kolejnej ciepłej, zimowej nocy pełnej marzeń i snów. Tylko to pozwalało mu śnić i każdego ranka walczył z chęcią pozostania w tym nierzeczywistym świecie na zawsze. Czasami, ale tylko czasami, śniły mu się straszliwe koszmary i czuł, że się dusi. Budził się wtedy z krzykiem. Zlany potem, ciągle czując w ustach gorzki smak długo siedział i oddychał głęboko jakby przekonując samego siebie czy jeszcze potrafi to robić. Przyrzekał wtedy , że nie weźmie więcej fioletowego płynu do ust, a jednak już następnej nocy przyjmował kolejną dawkę lekarstwa. Tak to nazywał - lekarstwo na wszelkie zło. Nie widział napisu "Denaturat" i skrzyżowanych piszczeli na fioletowym tle. Widział natomiast zielone, ciepłe głębie z dużą uśmiechniętą, żółtą buźką i napisem "Szczęście". Kilka łyków i przenosił się do innego, lepszego świata.

Wychylił kilka głębszych i ułożył się wygodnie na chodniku. Za chwilę całe to gówno zniknie. Za chwilę będzie mu ciepło. Już za chwilę...

II


Obudziła go rozmowa gdzieś niedaleko. Początkowo, wciąż zamroczony alkoholem, nie rozróżniał słów. Ktoś się kłócił. Mężczyzna i kobieta. Przetarł oczy wierzchem spracowanej dłoni i obejrzał się za siebie.
Stali tam. On z opuszczoną głową, smutny i załamany, i ona, z zadartym do góry nosem, gestykulująca, i wyrzucająca z siebie coraz to dłuższe potoki słów. Szarość otaczającej ich rzeczywistości nadawała tej scenie resztek romantyzmu - ot, dwoje kochanków zagubionych gdzieś w strugach zimowej ulewy...
Powoli zaczął rozróżniać poszczególne słowa.
- Tak dalej być nie może! - krzyczała dziewczyna. - Siedzisz ciągle w tych zasranych książkach i nie ma z tego żadnego pożytku!
- Aniu, słońce moje... - Głos chłopaka był bliski płaczu.
- Żadne słońce, słyszysz?! Mam cię dosyć! Ja w ogóle się dla ciebie nie liczę!
- Ależ, co ty mówisz! Jesteś dla mnie najważniejsza! Właśnie z myślą o tobie poszedłem na studia. Kiedy je skończę będziemy mogli się wyrwać z tego całego bagna.
- Nie pieprz mi tu słodkich kawałków. Te twoje studia są nic nie warte. Dlaczego nie możesz być normalny - jak inni faceci?! Nie! Tobie w głowie tylko te pieprzone studia.
- Ale słońce, to jest przyszłość...
- Mówiłam już żebyś mnie tak nie nazywał. Przyszłość? Co ty wiesz o przyszłości?! Zająłbyś się zarabianiem pieniędzy! Popatrz na Michała - ma beemkę, pieniądze i może srać na te twoje studia.
- Michał?! Przecież to imbecyl! Aniu on nawet nie skończył podstawówki! Co z tego, że ma pieniądze? To złodziej! W całym swoim życiu nie zarobił uczciwie ani złotówki!
- Och, ty i ta twoja uczciwość! W dupę ją sobie wsadź. Powiem ci więcej. On jest prawdziwym mężczyzną. Popatrz! - Dziewczyna uniosła przed siebie dłoń, na której w mętnym świetle latarni zabłysnął złoty pierścionek z rubinem - kupił mi to wczoraj! Nigdy nie kupiłeś mi czegoś takiego. A wiesz, dlaczego?! Bo całe pieniądze przepieprzasz na książki! I co z tego masz?! Co ja z tego mam?!
- Kupił ci to? - Mężczyzna sposępniał jeszcze bardziej.
- Tak! I słuchaj mnie teraz uważnie. Z nami koniec. K o n i e c. Zrozumiałeś!? Nigdy nie traktowałeś mnie tak jak na to zasługiwałam. Boże! Co ja w tobie widziałam przez te wszystkie lata?!
- Aniu...
- Spierdalaj nieudaczniku! Nie chce cię więcej widzieć!
Kobieta odwróciła się i szybkim krokiem ruszyła przed siebie, a on stał ciągle ze spuszczoną głową patrząc na nią otępiałym z bólu wzrokiem. Krzysiek mu współczuł. Dawno temu sam został potraktowany jak śmieć tylko dlatego, że nie miał pieniędzy. Po chwili chłopak również ruszył przed siebie wolnym krokiem, z rękami w kieszeniach i pustym wyrazem twarzy. Dla nich obu coś się skończyło, jednak chłopak miał jeszcze szansę. Był młody. A on? Dla niego nie było już żadnego ratunku. Pociągnął kilka łyków i ponownie zapadł w niespokojny sen.

III


Ze snu wyrwało go ciepło i odgłosy kroków. Ogień był naprawdę wysoki i Krzysiek oślepiony jego blaskiem odruchowo zasłonił ręką oczy. Nie wiedział gdzie jest. Śmietnik za jego plecami gdzieś się rozpłynął, a zamiast niego pojawiła się chropowata ściana jakiegoś wysokiego budynku. Przed nim zaś rozpościerał się duży plac, po brzegi wypełniony ludźmi. Na samym środku placu płonęło majestatyczne ognisko. Pierwszą rzeczą którą zauważył wyraźnie było podium z tronem umieszczone naprzeciwko płomieni. Na tronie siedział jakiś łysy mężczyzna, a na jego kolanach wiła się kobieta ubrana w obcisłe lateksowe spodnie, uwydatniające już i tak ponętne kształty. Była bez bluzki a duże, kształtne piersi unosiły się swobodnie wraz z każdym jej oddechem. Mężczyzna z głupkowatym uśmiechem na twarzy bawił się jedną z nich, a ona wydawała się tym ubawiona. I dopiero w tym momencie rozpoznał jej twarz.
To była Ania!
Dziewczyna tego smutnego studenciny!
Nic z tego nie rozumiał.

Po obu stronach ogniska stali w równym szeregu ludzie z kijami baseballowymi opartymi o ramiona. Wszyscy byli wysocy, dobrze zbudowani i ubrani w jaskrawe, ortalionowe kurtki. Złote łańcuchy zwieszały się z ich szerokich karków. Nic nie mówili, a ich dumne spojrzenia obserwowały dziwną procesję zmierzającą wprost ku ognisku. W procesji tej szli zaś niscy, chudzi i zmarnowani ludzie, uginający się pod ciężarem niesionych przez siebie książek. Prowadzeni byli przez kilku postawnych mężczyzn trzymających w dłoniach bicze i kiedy tylko się zatrzymywali, spadała na nich chłosta zamieniająca ich plecy w krwawą miazgę. Przed samym ogniskiem stał Herold i to do niego właśnie się kierowali.
Pierwszy z pokurczonych mężczyzn zatrzymał się. Ręce drżały mu od ciężaru niesionych książek. Herold wyciągnął swą dłoń i wziął pierwszą z góry.
- Collen McCullough - krzyknął.
- Spalić! - odpowiedziały mu setki gardzieli.
Herold wrzucił książkę w szalejący ogień. W oczach pokurczonego mężczyzny pojawiły się łzy. Herold sięgnął po następną. Jego dłoń pracowała niczym maszyna - mechanicznymi regularnymi ruchami.
- George Orwell - ryknął potężnym basem.
- Spalić! - odpowiedziały setki.
Kolejna książka rzucona w szalejące płomienie została pochłonięta - zniknęła. Zniknęła przez nie pochłonięta. Dłoń jak automat powędrowała ku następnej.
- Ernest Hemingway! - Zakomunikował tubalny głos.
- Nie! - wyrwało się pokurczonemu człowieczkowi - Tylko nie Hemingway! Proszę... - dodał już znacznie ciszej, szlochając.

Właśnie w tym momencie Krzysiek go rozpoznał. To był ten biedny student, którego całe życie legło w gruzach w jednej chwili - tam na ulicy. Herold uniósł głowę w kierunku podium. Cały plac zamarł w oczekiwaniu. Łysy mężczyzna na tronie przestał bawić się piersią i znudzonym ruchem ręki skierował palec w dół. Herold widocznie tylko na to czekał, bo gdy tylko zobaczył ten gest, wyjął z kabury przy pasie pistolet i przyłożył do skroni klęczącemu mężczyźnie.
- Taki los czeka wszystkich wrogów postępu - zagrzmiał złowrogo i nacisnął spust.
Głuchy odgłos wystrzału zadudnił i odbił się w ciszy otaczającej cały plac. Martwe ciało osunęło się bezwładnie na ziemię, a Herold wyjął chusteczkę i wytarł nią swoją zachlapaną krwią i rozbryźniętym mózgiem twarz. Później sięgnął dłonią po książkę, która wypadła martwemu z rąk. Chwilę przyglądał się jej z głupim wyrazem twarzy, po czym cisnął ją w ogień. W tym momencie tłum wydał dziki ryk zachwytu. Krzysiek zatkał uszy i zamknął oczy. Nie chciał już dłużej na to patrzeć.

IV


Kiedy je znowu otworzył, wielki plac gdzieś zniknął, a on sam leżał pod znajomym śmietnikiem. Nic nie rozumiejąc, wciąż drżącymi palcami sięgnął do lewej kieszeni waciaka i, czując pod nimi znajomą butelkę, uspokoił się trochę. Rozejrzał się dookoła. Ulica była szara i pusta. Bloki wydały mu się jednak jakby bardziej zniszczone i nijakie. Graffiti też było jakieś takie inne. Nieznane. Stare, dobre "jebać policję" i "thc" zostało zastąpione bardziej ambitnymi hasłami. Krzysiek odczytał pierwsze z nich: Niech żyje studencka rewolucja! - wołało bezczelnie dużymi, czerwonymi literami. Nic z tego nie rozumiejąc, odkręcił korek i wlał do ust cierpki, ognisty płyn. Oczy momentalnie zaszły mu łzami i żałował, że nie miał zagrychy. Pod ogórek, lub chociaż pod bułkę inaczej się pije. W tym momencie świadomość własnego ubóstwa przybiła go bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
"Pod ogórek lub bułkę..."

Ostatnie strzępki myśli ginęły, gdy lekarstwo zaczynało działać.

"Pod ogórek lub bułkę..."

V


Było pięknie. Leżał pod wielkim rozłożystym dębem, a dookoła zieleniła się trawa. Duże i ciepłe słońce przygrzewało miło, a w powietrzu czuć było zapach wiosny. Różnobarwne motyle przysiadały to tu, to tam by poderwać się za chwilę w powietrze i niczym porzucony, wielobarwny szal przelatywać z miejsca na miejsce. Szary, ponury dzień zniknął i Krzysiek pomyślał, że znajduje się w raju.

Wtedy ich zauważył. Siedzieli niedaleko. Trzech skromnie ubranych młodych ludzi czytających książki. Nie mogli mieć więcej niż po osiemnaście lat. Wielkie skupienie malowało się na ich twarzach i zdawało się wręcz, że chłoną każde słowo z nabożną czcią. Żaden z nich nic nie mówił, jednak oczy wyrażały bezgraniczny zachwyt, którego nawet najsubtelniejsze słowa nie byłyby w stanie opisać.

Nagle słońce zniknęło chowając się za wielką burzową chmurą. Miła dotychczas okolica momentalnie zmieniła się nie do poznania i całe ciepło majowego poranka uleciało w nieznane wraz z kolorowym motylim szalem. Drzewo pod którym leżał nie było już wielkim, malowniczym dębem, tylko wyciągającym swe długie szpony groteskowym potworem. Trawa straciła całą swą zieleń i teraz wiła się gdzieś pod nogami gnijąc i sycząc. Powietrze niosło ze sobą zapach zgnilizny i zepsucia.

Młodzi ludzie drgnęli i strach zastąpił zachwyt w ich ufnych oczach. Jak na komendę ukryli książki pod kurtkami, a w ręce uchwycili butelki z tanim winem. Rozglądali się nerwowo.
Po chwili Krzysiek zauważył dwie sylwetki zmierzające od wschodu w kierunku chłopców. Wyglądały na potężnie zbudowane. Nie widział ich jeszcze zbyt dobrze, ale mógłby się założyć, że nie zaliczali się do miłych chłopców z chóru kościelnego. Nie pomylił się. Gdy podeszli bliżej doświadczył ich brzydoty w całej jej okazałości. Ten wyższy miał długą, pociągła twarz pokrytą bliznami po ospie. Sprawiał wrażenie głupola, jednak głęboko osadzone, rozbiegane oczka zdradzały typ świńskiej inteligencji charakteryzujący donosicieli i szantażystów. Drugi - niższy, aparycję miał podobna do goryla, a niegolona od tygodnia szczecina ułatwiała pomylenie go z tym szlachetnym zwierzęciem. Jego wzrok nie wyrażał zupełnie nic - był głęboki niczym studnia i zionął pustką. Obaj mężczyźni ubrani byli w policyjne mundury, które leżały na nich jak krawat na kocie.
Zatrzymali się przed grupką młodych. Wyższy, który w tym duecie był prawdopodobnie od mówienia, odezwał się szorstkim, nieprzyjemnym głosem:
- |Obywatele. Co robicie w parku o tak późnej porze?
- Pijemy wino, panie oficerze - odezwał się przestraszony pryszczaty okularnik, - To chyba nic złego, prawda?
- A nie czytacie przypadkiem? - Głos wysokiego stawał się coraz bardziej słodki.
- Ależ panie oficerze, no co pan...
- Dobra, dobra, ja was znam. Dokumenciki poproszę.
Pryszczaty sięgnął do kurtki po dokumenty i zdarzyła się rzecz tragiczna. Spod rozpiętego suwaka wypadła mu pod nogi stara, zniszczona książka. Wyższy błysnął złośliwie oczkami, a niższemu kąciki ust wykrzywiły się w uśmiechu, co upodobniło go do goryla jeszcze bardziej. Ręka odruchowo zsunęła mu się na rękojeść pałki.
- A to co takiego? - powiedział wyższy i sięgnął dłonią po książkę. Podniósł ją. - To mi nie wygląda na wino, a tobie Maksiu?
Niższy wydał z siebie jakiś nieartykułowany pomruk.
- Naprawdę nie wiem, jak to się tutaj znalazło... - bredził od rzeczy pryszczaty, ale po jego oczach można było poznać, że nie miał zbyt wielkich nadziei.
- Zamknij się! - warknął wyższy. - Czytanie literatury zostało zakazane przez imperatora Michała. Wiecie chłopcy, co za to grozi?
Milczeli spuszczając głowy.
- Za to grozi śmierć - powiedział wyższy, jakby sam do siebie, z emfazą w głosie - śmierć..., ale na takich jak wy szkoda nawet kulki. Sięgnął po pałkę.
Milczący dotąd kolega pryszczatego - niski blondynek o łagodnej twarzy spojrzał na wyższego groźne marszcząc brwi i zimnym grobowym głosem rzucił mu prosto w nieogoloną twarz:
- Kiedyś takich jak wy powywieszają na drzewach!
To były jego ostatnie słowa. Pałka Maksia spadła na jego głowę z ogromną siłą i roztrzaskała ją na miazgę. Krew ochlapała wszystkich, a on głupio się uśmiechnął. Widać sprawiło mu to wielką przyjemność. Studenci próbowali się bronić, lecz nie mieli nawet cienia szans. Kolejne ciosy pałki spadały na nich z góry coraz szybciej i po chwili nie byli już niczym więcej niż pokrwawionymi, anonimowymi kawałkami mięsa.
Policjanci schowali pałki i ten wyższy zaproponował koledze piwo. Niższy wydał z siebie jakiś nieartykułowany pomruk i ruszyli przed siebie.
Na polance znów zagościło słońce. Powróciły skądś także i różnobarwne motyle. Nie było tylko chłopców. Na niewysokiej mogile rosły leniwie polne zioła...

VI


Przebudzenie nie należało do przyjemnych.

Czerwony! Zielony! Karuzela! Hej, hola! Karuzela! Niebieski i fiolet! Bawmy się! Bawmy! Póki czas! Póki czas! Hej, hola! Hola, hej...


Krzysiek z jękiem przewrócił się na prawy bok i zwymiotował. "Zbyt dużo lekarstwa... łyknąłeś zbyt dużo lekarstwa..." - kołatało mu się w obolałej głowie, a potem zaświtała mu nowa myśl - gdzie ja do cholery jestem?
Przedziwne to było miejsce. Naprawdę przedziwne.
Długa, wydeptana ścieżka ciągnąca się aż po horyzont, obrośnięta z obu stron wysokimi drzewami. Drzewa te rosły tak blisko siebie, że nie można było zobaczyć, co znajduje się po ich drugiej stronie, nie mówiąc już o tak niedorzecznym pomyśle, jakim byłaby próba przeciśnięcia się pomiędzy nimi.

Długa, pusta ścieżka, bez końca i początku, ginąca w białej mgle...

Jednak nie to było najbardziej przerażające. Na rozłożystych gałęziach drzew wisieli ludzie, a ich nogi kiwały się na wietrze tuż nad głową Krzyśka. Mimowolnie spojrzał do góry. Pierwsza para nóg należała do wysokiego z parku. Jego opuchnięta twarz krzyczała przerażeniem i w niewyraźnym, zielonkawym i niezdrowym świetle świecącym gdzieś znad gałęzi, wyglądała po prostu upiornie. Krzysiek przeżegnał się mechanicznie. Na piersi wysokiego wyrżnięty był napis: "Rewolucja".
Obok niego, na sąsiednim drzewie, wisiał niższy. Jego zwłoki zostały również oznakowane. Napis głosił: "tak kończą świnie popierające ustrój". Krzysiek ruszył przed siebie przyglądając się kolejnym trupom wiszącym nad jego głową.

"Śmierć wrogom studenckiej rewolucji!"
"Niech żyje kultura!"
"Na pohybel władzy!"
"Wolność!"
"Równouprawnienie!"
"Szacunek!"
"Honor!"
"Tradycja!"
"Przebaczenie!"

Same puste słowa...

Przed zwłokami nagiej kobiety przystanął. Choć nigdy nie zamienili nawet słowa, znał ją tak dobrze. Biedna, mała Ania, która wybrała pieniądze zamiast ideałów, wisiała teraz bezradnie zdana na gwałtowne powiewy wiatru. Na jej piersiach ktoś niezgrabnie wyciął słowo "kurwa".
Krzysiek spuścił głowę. W jego myślach kołatało się jedno: przebaczenie, przebaczenie, przebaczenie...
Bez słowa szedł przed siebie w pustkę...

VII


Rano, przy jednym z wielu śmietników, policjanci znaleźli bezdomnego. Stary, obszarpany i brudny mężczyzna nie żył już od dobrych kilku godzin. W rękach nadal ściskał opróżnioną do połowy butelkę z denaturatem. Pomimo podłego ubrania, jego twarz wyglądała szlachetniej niż u niejednego króla. Bezdomnemu dane było bowiem zrozumieć głupotę całego tego przedstawienia trwającego od tysięcy lat. Był teraz najmądrzejszym człowiekiem na ziemi.

Policjanci zapakowali jego wiotkie ciało do czarnego foliowego worka i wrzucili do karetki. Dla nich szlachetność bezdomnego znaczyła mniej niż zeszłoroczny śnieg. Było zimno, a oni byli zmęczeni.

Kilka dni później bezdomny został pochowany na starym, zapomnianym przez ludzi cmentarzu. Pijany grabarz nie utrzymał pasów i upuścił trumnę, która roztrzaskała się o dno dołu. Ciało nieboszczyka, wykrzywione w nienaturalnej pozie, wznosiło ku grabarzowi głowę błagając o godny pochówek. Jednak on także był zmęczony. Przysypał je grubą warstwą ziemi i zalał betonem. Teraz - już po pracy - mógł wrócić do domu i nadal śnić swoje śmietnikowe sny. Tak ja i my wszyscy śnimy je każdej kolejnej nocy...




Komentarze


wóda
    Brawo!
Ocena:
0
Ciekawy tekst. Ciekawy, wciagajacy, refleksyjny.
Z masa odwolan.
Jednak odrobine "nierowny", niektore fragmenty zgrzytaja. Jedna czy dwie sceny sa moze zbyt doslowne [choc zdaje sobie sprawe, ze mniej wiecej takie mialy byc] - to troche przeszkadza.
Ogolnie jednak warsztatowo dobry.
Z pomyslem, sugestywnym opisem swiata i dobra puenta.
Przeczytalem z prawdziwa przyjemnoscia i ocenilem na 5. no moze z minusem ;). Rzadko sie w polskim necie takie rzeczy czyta.
08-06-2005 01:15
Damerien
   
Ocena:
0
Większość bardzo dobra, chociaż za dużo epitetów. Jak na internetowe opowiadanie perełka. Tylko zakończenie troche słabe jeśli chodzi o słownictwo. Trochę jak zadanie domowe czwartoklasisty.
08-06-2005 13:40
Joseppe
   
Ocena:
0
Bardzo fajne. Nieco przesłania, nieco sztampy, nieco grania na stereotypach. Ogólnie 5 na szynach :)

Warte przeczytania.
08-06-2005 20:41
~Jo

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Pomysł dobry. Ładne nawiązania i cytaty. Ale - warsztat!! Pomysł - cztery, warsztat - pała.
10-06-2005 13:56
Kitiara
   
Ocena:
0
nie bardzo rozumiem, co autor chcial przekazac... przeciez to takie troche oczywiste i oklepane :/ warsztat po prostu poprawny, zmusza do odrobiny przebijania sie. szczerze, dziwie sie ocenom...
10-06-2005 16:23
Sting
   
Ocena:
0
Dziękuje za wszystkie komentarze! Faktycznie warsztat mógłby być lepszy i tutaj bije się w pierś. Wiadomo jednak, że od czegoś trzeba zaczynać.
Jo chyba trochę przesadzasz z tą pałą za styl. :) Aż tak źle to chyba nie jest, hmm? :)
10-06-2005 18:33
~Jo

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Aż tak źle nie. Gorzej. ;) Ale tak naprawdę nawaliła ci redakcja.
10-06-2005 19:54
siwek-12
    ciekawe
Ocena:
0
to jest bardzo ciekawa opowieśc i fajna
06-07-2005 14:26

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.