string(15) ""
» Blog » Skrytobójczyni z trudnym dzieciństwem
30-05-2013 15:25

Skrytobójczyni z trudnym dzieciństwem

W działach: Monastyr, RPG | Odsłony: 22

Miało być o Elianie Valente, ale będzie o Róży. Dlaczego? Ponieważ Róża to moja nowa, monastyrowa postać, w sobotę grałam nią po raz pierwszy. Róża to dwudziestoletnia dziewczyna wychowana przez szlachcica, dla którego miała być jedynie narzędziem dokonującym zemsty. Wyszkolił ją, zadbał o edukację, dał kilka zleceń, a potem został zamordowany. Od tej pory Różyczka snuje się po świecie i nikt nie podejrzewa, że to właśnie ona jest słynną skrytobójczyną zwaną Palliatą. Maski stały się jej znakiem rozpoznawczym… gdy szlachcic budzi się w nocy i widzi nad sobą postać w uśmiechniętej, pozłacanej masce, to może być pewien, że to ONA. Kilka razy specjalnie dała się przyłapać, tylko po to, aby pochwalić się swoimi pięknymi maskami.
Nie przedłużając, oto krótki epizod z życia Róży:


1.
Pułkownik Andre la Chattier zmierzał właśnie w kierunku swojej okazałej rezydencji, towarzyszył mu orszak złożony z żołnierzy, najemników oraz służby. Pan la Chattier nie był w najlepszym humorze, prawdę powiedziawszy miał wręcz fatalny nastrój. Nie lubił, kiedy sprawy nie szły tak, jak on sobie zaplanował. To świat miał dostosowywać się do potrzeb pułkownika, a nie odwrotnie. Z zamyślenia wyrwał go narastający hałas - tętent kopyt, krzyki, przekleństwa. Jakby na zawołanie z pomiędzy drzew wyłonił się osiodłany koń – piękny siwek prawdopodobnie szlachetnej krwi, a więc wart niemal tyle, co jedna wieś. Z czarnym rzędem jeździeckim oraz eleganckimi sakwami reprezentował się naprawdę pięknie. Andre już wiedział, co się święci. Gestem nakazał służbie złapać konia za uzdę, sam zaś, wraz z kilkoma ludźmi, ruszył w kierunku, z którego dochodziły wrzaski. Po drodze natknęli się na trzy trupy z precyzyjnie poderżniętymi gardłami. Byli to rośli mężczyźni ubrani jak pospolici zbóje, uzbrojeni w krótkie miecze i noże, a pomimo to ktoś rozprawił się z nimi szybko i czysto. Dalszy widok wprawił pułkownika w jeszcze gorszy nastrój, czuł, że jego krew zaczyna wrzeć. Trzech drabów znęcało się nad młodą kobietą, prawdopodobnie właścicielką siwka. Dziewczyna leżała na ziemi, właśnie zarobiła mocnego kopniaka w brzuch, z jej głowy obficie sączyła się krew. Pułkownik ruchem podbródka wskazał w kierunku drabów, jego ludzie doskonale wiedzieli, co robić.
- Za podniesienie ręki na szlachetnie urodzoną kobietę śmierć jest najlżejszą karą. – Poinformował skrępowanych i pobitych mężczyzn znudzonym, wręcz obojętnym głosem.
- Później się z wami policzę. Co z dziewczyną?
- Żyje panie, ale straciła przytomność.
-Weźmiemy ją ze sobą.



2.
Róża obudziła się dopiero drugiego dnia. Przez ten czas medyk zajmował się jej ranami – miała rozbitą głowę i nieduże rozcięcie w okolicach lewego żebra. Nic poważnego, niemniej jednak rany wymagały szwów. Andre wszystkiego dopilnował osobiście, miał bowiem przeczucie, że ta dziewczyna to ktoś ważny, był również ciekaw, co robiła sama na cynazyjskim, jakże niebezpiecznym, trakcie. Jego uwadze nie uszły także szpecące blizny kwitnące na jej plecha, brzuchu, udach, sięgające nawet do piersi. Wyglądało na to, że dziewczyna wiele razy była chłostana.
Miękka pościel, zapach kwiatów, ziół, kadzideł, słońce delikatnie. Było jej ciepło, błogo, bezpiecznie, zupełnie jak w domu. Dopiero, gdy otworzyła oczy i zobaczyła nad sobą nieznajomą twarz, dotarło do niej, że jest w obcym miejscu. Powoli zaczęła przypominać sobie ostatnie wydarzenia… niech to szlag! Znowu przeceniła swoje możliwości. Mistrz miał rację – bez niego Róża jest tylko małą, głupią dziewczynką.
- Wreszcie się obudziłaś. –Męski głos, surowy i beznamiętny, albo raczej silący się na beznamiętność. Róża wsparła się na łokciach i delikatnie uniosła ciało do góry, to dało jej chwilę na zapoznanie się z nową twarzą. Wyglądało na to, że mężczyzna był od niej starszy o jakieś piętnaście, może dwadzieścia lat, jego opalona twarzy naznaczona była kilkoma zmarszczkami oraz bliznami, odrobinę zbyt długi, orli nos nadawał jej wyraz ciągłej czujności.
- Gdzie jestem? – Spytała robiąc przy tym przerażoną minkę. Całkiem nieźle jej to poszło, z pewnością każdy nabrałby się na tę sztuczkę. Ale nie pułkownik. Zmarszczył jedynie brwi i przechylił głowę w prawo.
- Kim jest twój ojciec?
- Ojciec?
- Nie udawaj głupiej dziewczyno – warknął – wzywałaś go przez sen. – Róża przygryzła dolną wargę. Odruchowo rozejrzała się pomieszczeniu w poszukiwaniu czegoś ostrego lub długiego i elastycznego.
- Uratowałem ci cnotę oraz życie. Mów więc.
- Mój ojciec nie żyje. Nazywał się Urlik von Luthen.
- A więc panno von Luthen…
- Nie. – Przerwała mu w połowie zdania – Po prostu Róża. Ojciec nie dał mi nazwiska.
- Jesteś bękartem.
- Tak jakby…
- Tak jakby… - powtórzył zniecierpliwiony. Pułkownik był konkretnym człowiekiem oczekującym konkretnych odpowiedzi. Miał nieodparte wrażenie, że osoba siedząca przed nim jest całkowitym przeciwieństwem konkretu. Nie lubił kluczyć, nie lubił kłamstw, gdy ludzie kłamali musiał sprawiać im ból, a nie chciał robić tego kobiecie. Podszedł bliżej, zasiadł na łóżku tuż obok Róży. Nie odsunęła się, jedynie patrzyła na niego swoimi wielkimi, brązowymi oczyma w kształcie migdałów.
- Znalazłem przy tobie dziwne rzeczy. Sztylety, noże, mówiąc ściślej – cztery sztylety i cztery noże, garotę, maski… - Róża wstrzymała oddech dosłownie na sekundę, jednak ten moment zawahanie nie uszedł uwadze pułkownika. Znał się na ludziach. Czytał z nich jak z otwartych ksiąg.
- To pamiątki po ojcu… - smutne zawieszenie głowy miało udawać zmieszanie.
- Maski?
- Tak mój panie. Kolekcjonuję je. Kiedy będę mogła wyruszyć w dalszą drogę?
- Kiedy odzyskasz siły. To może potrwać kilka tygodni. – Na twarzy pułkownika zawitał krótki uśmiech. Nie zamierzał jej wypuścić, uratował tej dziewczynie życie i chciał dostać coś w zamian. Gdyby ocalił córkę jakiegoś kordyjskiego magnata, oddał ją całą, zdrową i nietkniętą, zyskałby nowego przyjaciela i sprzymierzeńca. Ale nie tym razem. Zamiast tego miał na głowie dziwną dziewczynę z brzydkimi bliznami i maskami ukrytymi w sakwach. Gdy przyjrzał się Róży z bliska, musiał przyznać, że była całkiem ładna. Nawet więcej niż ładna. I z pewnością inna niż wszystkie damy, jakie do tej pory poznał. Właściwie to określenie „dama” zdecydowanie do niej nie pasowało, twarda sztuka chciałoby się rzec.
- Kilka tygodni? Panie… mam pilne sprawy w Dominante. Tam jest mieszka mój przyrodni brat, chcę go poznać.
- I z pewnością ucieszy się z wizyta takiej małej przybłędy.
Róża przygryzła wargę. Miała ochotę zdzielić swojego wybawcę w twarz tak, żeby przy okazji złamać nu nos, na szczęście Mistrz oduczył ją pochopnego działania. Każde przejawy niecierpliwości oraz lekkomyślności karał batem albo nahajką, to szybko nauczyło Różę ostrożności. Zamiast tego westchnęła teatralnie opadając jednocześnie na miękkie poduszki. Dawno nie spała w tak ciepłym łóżku, w pachnącej, miłej komnacie, to przypomniało jej lata spędzone w rezydencji ojca. Lata pełne bólu, upokorzenia, nauki ale także jakiegoś dziwnego poczucia bezpieczeństwa. Skoro pułkownik chce zatrzymać Różę – niech tak będzie. Oceniła go jako apodyktycznego wojskowego, któremu wydaje się, że może ją nastraszyć jak każdą małą i bezbronną dziewczynkę. I dobrze. Niech tak mu się wydaje.

3.
Na drugi dzień Róża opuściła łóżko. Jej strój odzyskał dawną świetność, został wyprany i zacerowany, chociaż pokojówki próbowały namówić ją na „elegantszy stój, godny damy”. Kobieta wiedziała, że mogłaby już wyruszyć i w końcu odnaleźć swojego przyrodniego brata, jednak Andre nalegał, aby została do ściągnięcia szwów. Mogła uciec, ale nie miała pojęcia, co zrobili z jej ekwipunkiem. Maski były zbyt cenne, nie mogła ich tutaj zostawić. Oczywiście nie chodziło o wartość mierzoną w złocie. Maski były jej ukochanymi dzieciątkami niosącymi pocieszenie w chwilach słabości. Były jej jedynymi przyjaciółmi i wiernymi kompanami, twarzami, za którymi ukrywała swoje oblicze, gdy zmieniała się w Palliatę.

4.
- Panie, niedługo będę mogła cię opuścić – Rzuciła niby niedbale unosząc jednocześnie kielich. Wino z piwnic pułkownika smakowała wybornie i nie zamierzała sobie żałować.
- Bzdura. Rany jeszcze się nie zagoiły. Powiedz mi lepiej kogo wspierasz? – Czyżby temat zaczął schodzić na delikatny, grząski teren? Polityka. Róża nie lubiła polityki. Radziła z nią sobie po swojemu, czyli mało subtelnie i raczej stanowczo.
- Tego, kogo ty wspierasz mój panie.
- Ha! Dobra odpowiedź.
- Powiedz mi więc, kogo wspieramy?
- Jedynego prawdziwego króla, Jeremiego II.
- Więc dlaczego po prostu nie zabijecie uzurpatorki? Po cichu. – Andre odłożył sztućce. Badawczo przyglądał się dziewczynie, ona jednak nie zadrżała pod jego spojrzeniem, nie skuliła się. Jedynie patrzyła… patrzyła i czekała na odpowiedź!
- Skąd przyszło ci to do głowy? – Andre gwałtownie wstał z krzesła i mocno chwycił ją za nadgarstek.
- Otwarta wojna nie jest bardziej podła i okrutna? Sieje ogromne zniszczenie. Śmierć Clarie rozwiązałaby wiele problemów. – Uścisk był coraz mocniejszy, inna kobieta piszczałaby już z bólu, Róża natomiast delikatnie się skrzywiła. Pułkownik miał ochotę pogruchotać jej kości.
- Panie, Kordyjczycy są bezwzględni. Widziałam wiele tragedii. – Puścił jej rękę i wrócił na swoje miejsce. Kim do demona jest ta kobieta? Pułkownikowi zdawało się, że umie postępować z ludźmi, lata wojskowej kariery wiele go nauczyły. Wiedział, kiedy krzyknąć, kiedy pochwalić, kiedy pokazać złość i niezadowolenie. Potrafił również przewidzieć reakcje ludzi. Ale nie tym razem. Czyżby wyzwanie?
- Kto zostawił ci na ciele te brzydkie blizny? – Róża chyba po praz pierwszy w życiu poczuła się urażona. Brzydkie blizny? Jeszcze nikt nie powiedział jej, że ma w sobie coś… brzydkiego! Pułkownik uśmiechnął się pod nosem. Trafił w czuły punkt – próżność.
- Ojciec był surowy. – Odburknęła obrażona na cały świat. Pułkownikowi przez chwilę zrobiło się żal tej dziewczyny, odniósł wrażenie, że ma przed sobą kogoś, kogo życie bardzo skrzywdziło. Ale z drugiej strony wciąż została do wyjaśnienia pewna kwestia, która umknęła mu w tym całym zamieszaniu.
- Czy to ty zabiłaś tych trzech mężczyzn?
- Zapewniono mi wszechstronną edukację. Poza tym kobieta musi umieć się bronić. – Mówiła o tym, jakby relacjonowała pogodę za oknem, zaś la Chattier po raz pierwszy poczuł, że już sam nie wie, co o tym wszystkim myśleć. Może miała po prostu szczęście? Ale cięcia zostały wykonane z precyzją wprawnego najemnika… znał się na tym! Może skurwiele sami się wymordowali w kłótni o to, kto pierwszy dosiądzie zdobycz? Ale wtedy wyglądałoby to zupełnie inaczej.
- Bronić? – Zakpił – Nie wyszło ci to najlepiej! – Spodziewał się kolejnej obrażonej miny, zamiast tego Róża jedynie się uśmiechnęła.
- Jestem tylko kobietą.
- Dobrze, że znasz swoje miejsce. – Była dla niego zagadką, a Andre miał analityczny umysł i lubił rozwiązywać zagadki. Musiał je rozwiązywać, nie lubił niejasności, Róża zaś składała się z samych sprzeczności…


5.
Co ona sobie myśli? Kazała służącej zająć się swoimi sprawami, odrzuciła jego zaproszenie na kolacje, do tego od czterech godzin siedziała w jednym pokoju i… co tam robiła? Nikt nie wiedział! Pułkownik wściekle wkroczył do komnaty, już miał się unieść, jednak widok, który zastał wprawił go w niemałe zdziwienie. Cały pokój wypełniony był wonnymi różami. Czerwonymi. Tylko takie lubiła. Kobieta zaś siedziała na gołej podłodze ze stopami położonymi na udach. Odziana była w szatę, którą sprezentował jej sam Andre. Był przekonany, że jako kordyjka obrazi się o tak wyzywający strój, nic bardziej mylnego! Z dumą nosiła ciemnozieloną, zwiewną szatę odsłaniającą zbyt wiele.
- Co robisz? – Róża otworzyła oczy. Westchnęła ostentacyjnie.
- Medytuję. To pozwala mi wyciszyć umysł. – Powoli wyszła z tego dziwnego siadu i stanęła przed pułkownikiem. Wiedziała, że już dzisiaj nie będzie w stanie się skupić. Poruszała się niczym kocia, la Chattier musiał przyznać, że jeszcze nie widziała kobiety o takich ruchach… miała w sobie coś niesamowicie pociągającego! Do tego materiał jej sukni zsunął się z lewego ramienia, kusząco odsłaniając pięknie zarysowany obojczyk.
- Odrzuciłaś moje zaproszenie.
- Wybacz panie, nie jestem głodna. – Zbliżyła się jeszcze bardziej, zsuwając szatę z drugiego ramienia. Andre zacisnął zęby. – Pójdę już… - opuściła głową niczym zawstydzona dziewczynka i spróbowała wyminąć pułkownika. Chwycił ją jednak za nadgarstek i przyciągną do siebie, łapczywie wpijając się w jej usta. Róża oddała pocałunek…


[Cenzura fragmentów mogących siać powszechne zgorszenie oraz skutkować blokadą konta :)]


Róża spała w najlepsze. Pułkownik oglądał jej drobne, cudnie wyrzeźbione ciało zatopione w miękkiej pościeli, włosy rozrzucone na poduszce oraz nieduże piersi miarowo unoszące się pod wpływem płytkiego oddechu. Andre doskonale wiedział, że nie mówiła mu całej prawdy, miał jednak wrażenie, że to on po prostu źle formułuje pytania. Gdy dokładnie przyglądnął się bliznom Róży zrobiło mu się jej żal. Kto mógłby podnieść rękę na to stworzenie? Andre westchnął. Musiał pamiętać o tym, że dziewczyna prawdopodobnie samodzielnie pozbyła się trzech, rosłych mężczyzn. Wciąż zastanawiał się, co powinien z nią zrobić, najrozsądniej byłoby ją tutaj zatrzymać. Mogła okazać się przydatna, do tego pułkownik miałby nad nią kontrolę… tego właśnie pragnął – kontroli nad nią. w końcu Róża otworzyła oczy, uśmiechnęła się widząc znajomą twarz.
- Niedługo będziemy musieli się rozstać mój panie. – Wyszeptała głaszcząc Cynazyjczyka po policzku.
- Skoro właśnie tego pragniesz… moi ludzie odprowadzą cię do portu, dalej będziesz musiała radzić sobie sama.
- Poradzę sobie – Odpowiedziała wślizgując się w delikatną szatę. Poradzi sobie… kto by pomyślał.
- Jakiś czas temu zasugerowałaś mi ciche pobycie się uzurpatorki. Skąd taki pomysł? – Róża wyczuła w jego głosie podejrzliwość, musiała być bardzo ostrożna. Nie żeby bała się o swoje życie, po prostu nie chciałaby zabijać pułkownika, jeśli ten wywnioskuje zbyt dużo.
- To był tylko niemądry pomysł... – Andre stracił cierpliwość. Znowu grała małą, głupiutką dziewczynkę. Dobrze, w takim razie on też pokaże jej, że potrafi świetnie odgrywać swoją rolę. Chwycił ją za ramiona i mocno przycisnął do zagłówka, Róża syknęła cichutko z bólu, ale nie próbowała się wyrywać.
- Z jakiego rodu pochodzisz? – Jego głos nie brzmiał już czule, Andre był teraz wojskowym a nie kochankiem. Mogła mu uciec. Mogła go zabić. Ale… był dla niej dobry, uratował jej życie. Czy tak powinna odwdzięczać się komuś, kto tak wiele dla niej zrobił? Andre odrobinę przypominał jej Urlika, to jak na nią patrzył, jak ją dotykał. Nie. Nie mogła go skrzywdzić. Zresztą wiedziała, że się zgrywa. Był ważną osobistością, świetnie wyszkolonym wojskowym, do tego Cynazyjczykiem, a mimo to dał się zaciągnąć do łóżka niepozornej dziewczynie z brzydkimi bliznami…
- Już mówiłam, jestem sierotą – wyszeptała siląc się na smutek i odrobinę lęku przed gniewem pułkownika – wychował mnie Urlik von Luthen. Ale on już nie żyje.
- Von Luthen… skąd więc pochodzisz?
- Z Kordu…
- Dobrze. – Pułkownik wziął głęboki wdech, jakby w ten sposób chciał zapanować nad wściekłością – jeszcze raz. Gdzie się urodziłaś?
- W Ragadzie. – Andre kiwnął głową, był sprytniejszy niż Róża myślała.
- Urodziłaś się w Ragadzie i wychowałaś w Kordzie. Co robisz w Cynazji?
- Wysłano mnie z misją. Musiałam… zadowolić pewnego arystokratę. – Pomyślała o Vitusie Lacroux i Celii de la Rosse, którą miała zabić… bezskutecznie.
- Więc jesteś kurwą.
- To zależy, co kto rozumie pod pojęciem „zadowolenie”. Ale owszem, sprzedaję swoje umiejętności, więc w pewnym sensie jestem kurwą.
- Do tego oczytaną kurwą. Kurtyzaną. – Kpił z niej w żywe oczy, musiała jednak zachować rezon. Nie pozwoliła wyprowadzić się z równowagi. Czy powinna się udawać zawstydzoną? Zakłopotaną? Nie mogła się jednak powstrzymać, zachichotała cicho, wręcz z dziecinną szczerością.
- Naprawdę dzielisz panie kobiety na kurwy i kurtyzany?
- Kim więc jesteś? – Andre cedził słowo po słowie, powoli tracił cierpliwość, coraz mocniej wbijał palce w opalone ciało Róży.
- A kim chcesz, żebym była?
- Nie drażnij mnie!
- Mogę być twoją kurwą, kurtyzaną, żoną, córką, kochanką, służącą… kim tylko zapragniesz… - Ugryzła go w ucho, trochę zbyt mocno. Nie musiała zbyt długo czekać na rewanż…

1
Notka polecana przez: sil
Poleć innym tę notkę

Komentarze


sil
   
Ocena:
0
I znów powiało Dorią zwłaszcza wobec wywiadu dwa piętra wyżej :)

Btw to chyba nie ten sam Andre?
30-05-2013 22:05
Emilie_Sand
   
Ocena:
0
Nie, zupełnie inny :).
30-05-2013 22:15

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.