string(15) ""
» Blog » Siedem mitów fechtunku w RPG
03-01-2013 00:47

Siedem mitów fechtunku w RPG

W działach: RPG, szermierka | Odsłony: 2479

W wielu grach częściej walczy się bronią białą, niż robi cokolwiek innego. A jednocześnie wielu autorów mechanik walki sprawia wrażenie, jakby w życiu żadnej broni w ręku nie mieli - ani historycznej, ani sportowej, ani nawet drewnianej. Poniżej kilka pokutujących konsekwencji takiego stanu rzeczy. 
 
Trafienie to sztuka i esencja fechtunku

Trafić przeciwnika, szczególnie bronią sieczną, jest bardzo łatwo. Serio, każdy laik po kilku godzinach z bronią w ręku będzie w stanie zabić wroga - tyle tylko, że sam zostanie przy tym zabity. Sztuką jest dopiero trafić i nie dać się zabić w trakcie. Ten niby truizm ma bardzo poważne konsekwencje.

Przyczyna jest prosta. Standardowa wymiana szermiercza odbywa się w rytmie atak-zasłona-atak-(...)-trup. Manewr przeciwnatarcia lub ponowienia natarcia, czyli wykonania ataku w momencie, kiedy powinno się wykonać zasłonę, oznacza zaś zwykle dwa trupy.
 
Obrona przed nim wymaga naprawdę dużych umiejętności, jego wykonanie zaś - niewielkich tylko. Gdy przeciwnik się nie broni, bo jest zajęty atakiem, trafienie go trudne nie jest.

Stąd wynika podstawowy i nigdy nie rozwiązany problem szermierki sportowej czy ćwiczebnej. Eliminacja strachu przed śmiercią zupełnie odmienia taktykę - kiedy nie boimy się o życie, warto zaryzykować przeciwnatarcie. W najgorszym razie będą trafienia równoczesne i brak punktu. Ale jeśli przypadkiem się uda - przeciwnik spudłuje, trafimy chwilę wcześniej - wyjdzie na nasze.
 
Stąd w sportowej szabli mamy plagę trafień równoczesnych, w sportowej szpadzie zaś mało realistycznie liczy się to, że trafiliśmy o ułamek sekundy przed przeciwnikiem, chociaż w prawdziwej walce niewiele by nam to pomogło - zginęlibyśmy z ręki przeciwnika, zanim zdążyłby on zauważyć, że sam jest już martwy...

Paradoksalnie, najbliższy realiom jest skonwencjonalizowany floret, któremu laicy zarzucają oderwanie od rzeczywistości przez spętanie przepisami. Ale te przepisy wynikają właśnie z nie do końca udanej, ale jednak próby symulacji rzeczywistości - pierwszeństwo natarcia, zasłony i linii ma premiować zachowania, które sprawdziłyby się w walce na ostrą broń. 

Jak to kiedyś wyglądało? Pamiętniki historycznych szermierzy nie pozostawiają wątpliwości - trafienie obopólne było wielką rzadkością, nieszczęśliwym wypadkiem. Ludzie generalnie boją się śmierci.

A co z tego wynika, czy raczej powinno wynikać w RPG?

Po pierwsze, wróg nie dbający o własne życie - berserker, ktoś pod wpływem magii, narkotyków, czy po prostu zdesperowany i nie mający nic do stracenia - powinien być naprawdę przerażającym przeciwnikiem, i doświadczony szermierz będzie unikał takiego starcia, jeśli tylko może. Podobnie niebezpieczny może być zupełny laik - on z czystej ignorancji może być pozbawiony zdrowych, szermierczych odruchów, i po nieudanym natarciu od razu je ponowić, zabijając i dając się zabić. Dlatego między innymi szlachta z chamami nie walczy.

Po drugie - ważny i podkreślony mechanicznie powinien być mechanizm kalkulacji ryzyka w ataku - upraszczając, im bardziej chcesz trafić, tym bardziej się odsłaniasz. A jednocześnie tylko w bardzo specyficznych sytuacjach powinno się mieć prawo do pełnego zignorowania swojej obrony i wykonania przeciwnatarcia w tempo przeciwnika. Ludzie generalnie boją się śmierci.

Esencją fechtunku jest zasada primum vivere - po pierwsze, przeżyj.
 
 
Szpada i rapier - łatwo trafić, trudno zabić

Jakoś w większości erpegów pokutuje zakwalifikowanie wszelkich szpad, rapierów i innych "kłujek" jako broni lekkiej, szybkiej, trafiającej z łatwością, ale mało śmiercionośnej. Co innego miecz, tym to można przyładować...

Jest dokładnie odwrotnie. Pytanie pomocnicze: ile siły wymaga przebicie widelcem steku, a ile przecięcie go nawet ostrym nożem?

Krótka i delikatna dworska szpada, czy zaostrzony ćwiczebny floret, to jest broń autentycznie straszna. Miałem kiedyś okazję pociąć i podziurawić różnymi ostrymi zabawkami świńską tuszę. I uwierzcie, że niewiele się może równać wrażeniu, jakie robi takie ćwiczenie wykonane "antenką".
 
Trzyma się to w czterech palcach. Waży tyle, co nic. Leniwy wyprost ręki, ledwo wyczuwalny opór na skórze, a potem w zasadzie żadnego, dopóki nie wyjdzie drugą stroną. A życie przeciwnika wycieka taką ledwie zauważalną dziurką absolutnie niezawodnie. Trafienie bronią kolną w korpus człowieka kończyło się śmiercią niemal zawsze. Czasem na miejscu, czasem w długich męczarniach, ale śmiercią.

Broń sieczna to zaś całkiem co innego. Szablą można się pojedynkować często i wielokrotnie przegrywając. Ot, dojdzie nowa blizna na czerepie - bez jakiegoś szczególnego pecha i paskudnego zakażenia, stosunkowo niegroźna, choć malownicza. Pojedynek na szpady można przegrać, ale najczęściej tylko raz. 

A czym łatwiej trafić? Bez niespodzianek, oczywiście, że bronią sieczną. Cięcia mogą być nieprawidłowe i niezdarne, ale są intuicyjne i jakoś tam trafią.  Niezdarne pchnięcie po prostu nie trafi, chyba, że czystym przypadkiem. Nie wierzycie? Spróbujcie celnie i szybko pchnąć z krokiem w przód choćby puszkę parasolką.


Unik - działanie obronne dla zręcznych bohaterów

Standardowo w mechanikach unik to alternatywna metoda na obronę - jeśli wyjdzie, nie dostajemy trafienia i działamy dalej, czasem mając jakieś niedogodności w następnej akcji. Często opiera się na standardowej zręczności, zamiast umiejętności posługiwania się bronią, co może być mechanicznie korzystniejsze dla niektórych postaci.

Rozróżnijmy najpierw. Unik "do tyłu", czyli po prostu wyjście z zasięgu natarcia to nie unik, to obrona odległością. Najprostsza i najpewniejsza. Jedyny problem, to strata dystansu, jeżeli mamy coś za plecami. To jest łatwe, oczywiste, odruchowe i w zasadzie powinno występować częściej od zasłon żelazem.

Unik bez wyjścia z zasięgu (np. w dół - passata di soto, czy w bok - in quartata) to zupełnie inne zwierzę. Jest to trudne i cholernie ryzykowne. Stosowanie go jako obrony, po to, by następnie przejść do natarcia w swojej "kolejce" jest idiotyzmem - ogromne ryzyko, które niczego nam nie daje, a stawia w niewygodnej pozycji.

Istotą sensownego uniku jest jednoczesne przeciwnatarcie - klinga przeciwnika nas mija, przeciwnik nawleka się na naszą. Duże ryzyko, ale skuteczne wykonanie spektakularnie kończy zabawę.

Unik to ryzykowny i rzadki manewr ofensywny w stylu "wóz albo przewóz",  nie rozpaczliwa obrona!


Najważniejsze jest ćwiczenie ręki z bronią

Na pewnym, wcale nie za dużym poziomie zaawansowania, broń masz już opanowaną.
 
Tych ruchów nie trzeba znowu aż tak wiele - podstawowe ataki i zasłony to nie jest coś, co trzeba ćwiczyć dekadami. Zaawansowane ruchy są w zasadzie nieobowiązkowe - jak doświadczenie pokoleń szermierzy wykazało, w większości ich ryzykowność i trudność jest niewspółmierna do efektów.

I wtedy uświadamiasz sobie, że prawdziwą różnicę robią nogi, nie ręce. 

Natarcie jest skuteczne tylko w bardzo precyzyjnym okienku względem pracy nóg. Twojej i przeciwnika. Nie ruszysz ręką wyraźnie przed ruchem nogi - nie masz szans na trafienie. Przeciwnik zauważy twój krok, ręka będzie jeszcze zbyt daleko. 

Wyprostujesz rękę i w odpowiednim momencie - nie za wcześnie, nie za późno, dołożysz do niej krok w przód lub wypad - szansa jest. Jeśli do tego wykonasz ten manewr w momencie, w którym przeciwnik właśnie odrywa swoją nogę od ziemi, by wykonać krok do przodu, ale sam broni w twoją stronę nie wyciągnął - już prawie jest martwy. Nie ma szans zdążyć z powstrzymaniem własnego ruchu, i bardzo utrudnione ma postawienie zasłony.

Krok wykonany prawidłowo jest płynny, stabilny i od frontu prawie niezauważalny. Ma zmienny rytm i prędkość, niczego nie sugerujący przeciwnikowi, ma wygląd nieodróżnialny w pierwszej fazie od długiego wypadu, nie powoduje niemal widocznego drgnięcia ciała w osi pionowej.

A najlepszą obroną nie jest żadna zasłona. Zasłona to niepotrzebne ryzyko - zasłona może się nie udać, a stawką jest przecież przeżycie. Znacznie lepiej po prostu wykonać krok w tył. To jest stuprocentowo skuteczne. 

Co z tego wynika?

Absolutnie kluczowy problem ściany za plecami. Stojąc pod ścianą nie tylko tracisz najprostszą obronę przed natarciem. Jest znacznie gorzej - przeciwnik zyskuje pewność, że następny twój krok będzie krokiem w przód. To jest coś, co zasługuje na mechaniczne odzwierciedlenie. Nie dać się przyprzeć do ściany, to kluczowy problem szermierza. Krok w tył przy zasłonie dramatycznie podwyższa twoje szanse na przeżycie - ale zmniejsza dystans, który masz za plecami w zapasie. 

A po drugie - wszelkie sytuacje, w których mobilność jest ograniczona - łańcuch u nogi, skręcona kostka, głębokie błoto itp - to wszystko ogromna przewaga, którą kompetentny przeciwnik powinien potrafić wykorzystać bez większego problemu.


"Spróbuję przycelować w rękę"

Często przyjmuje się dla uproszczenia, że trafiamy domyślnie w korpus, a celowanie w mniejszy cel - głowę, rękę, daje dodatkowe bonusy, a jest trudniejsze.

Przy broni siecznej, to całkowita nieprawda.

Walcząc szablą, pałaszem, kordem -  najczęściej tniemy po głowie. Niemal równie często - po uzbrojonej ręce, wykrocznym kolanie, w ostatniej dopiero kolejności po korpusie. Ręka szczególnie jest celem polecanym - bezpiecznym i wygodnym, blisko nas, blisko klingi przeciwnika, którą akurat przed ułamkiem sekundy odbiliśmy.

Broń kolna to trochę inna sprawa. Głównym celem jest wtedy rzeczywiście korpus. Ale precyzyjny sztych na rękę jest równie dobrym pomysłem. Jest trudny, bo cel jest mały i ruchomy. Ale zaletę ma ogromną, choć nie chodzi wcale o rozbrojenie przeciwnika, jak to zwykle mechanika ujmuje.
 
Doświadczenie wskazuje, że przeciwnatarcie na rękę powoduje jej natychmiastowe wycofanie. Odruch bezwarunkowy - jak wtedy, gdy wdepniemy stopą na pinezkę i poderwiemy ją do góry, zanim zdążymy krzyknąć "ałaaa!". Zaleta nie do przecenienia - trafiając precyzyjnie wyprzedzeniem na rękę wystarczy być o ułamek sekundy przed przeciwnikiem, by samemu nie dać się zabić. Trafiając na korpus, ryzykujemy poważnie dwa trupy.
 
 
...Potężny zamach z półobrotu...

Zapomnij. W bitwie, być może. Ale w starciu pojedynkopodobnym natarcia nie może sygnalizować nic. Po to jest ćwiczona latami praca nóg. Po to są kroki przechodzące niepostrzeżenie w wypad, po to znieczula się przeciwnika na własny ruch ręki w przód, po to czekasz na jeden właściwy ułamek sekundy, gdy przeciwnik podnosi właśnie nogę do kroku. Po to wreszcie miecz ma głowicę i długą rękojeść. Cios ma zostać zauważony, gdy dosięgnie celu. Żadnego zamachu. Żadnego nawet drgnięcia klingi w przeciwnym kierunku.

O piruecie już nie wspominając. Chyba, że zasłonę przeciwnika przełamujesz na siłę, ale to już nie jest szermierka.
 
 
Nie masz szans, znam Tajemne Uderzenie Doktora Pai-Chi-Wo
 
Swego czasu, niejeden szermierz budował swoją legendę w ten sposób, a i niejeden nauczyciel sprzedawał sekret Jadowitego Uderzenia Wujka Józka za grube pieniądze. Szczególnie szlachcicom, których czekał pojedynek.
 
Praktyka zweryfikowała tę mistyczną otoczkę fechtunku dosyć późno, bo dopiero w czasach szermierki sportowej.  Prawda jest taka, że działań szermierczych o korzystnym stosunku ryzyka do skuteczności jest bardzo niewiele, i są to działania najprostsze. Trzy zasłony. Cztery cięcia. Pchnięcie na wprost.
 
Wystarczy, naprawdę. Współczesny sport najlepszym tego przykładem - skomplikowane działania szermiercze są w zasadzie w zaniku, pozostają w użyciu tylko proste, ale efektywne podstawy. I doskonała praca nóg. Smutne to w sumie, ale prawdziwe.  
 
I tego ostatniego mitu akurat nie polecam w erpegach prostować. Świat wydaje się ciekawszy, jeśli działa w nim Sekretne Pchnięcia Smoka. Albo przynajmniej Piekielna Polska Czwarta. 

Komentarze


chardros
   
Ocena:
+3
Co nie zmienia faktu, że Dumas tworzył w czasach, gdy walki bronią biała na śmierć i życie były jeszcze na porządku dziennym. Więc i jego czytelnicy z założenia wiedzieli na ten temat więcej, niż ktokolwiek wypowiadajacy się na polterze, ze mną włącznie, gdyż w przeciwieństwie do nas byli realnie zagrożeni takim atakiem, bądź dane im było takiej walki osobiście doświadczyć.
03-01-2013 12:09
Hastour
   
Ocena:
+7
Sienkiewicz w szczególności nie bardzo mógł konfrontować swoje opisy ze źrodłami, bo tych źrodeł po prostu brak. Smutna prawda - pamiętnikarze nad szczegółami się nie rozwodzą, traktatów szermierczych na temat polskiej szabli w zasadzie nie ma. Najobszerniejszy wyjątek - podręcznik Starzewskiego, jest bardzo ciekawy, ale wątpliwy merytorycznie, i powstał już jednak sporo za późno.

Więc jeśli w ogóle istniała kiedyś polska szkoła szabli i zawierała działanie zwane "kiejdańskim młyńcem", to raczej już się nigdy tego nie dowiemy, a z pewnością nie od Sienkiewicza. W jego czasach walki bronią białą na śmierć i życie już na porządku dziennym nie były, a już z pewnością nie starcia z udziałem szabli i rapiera.
03-01-2013 12:15
earl
   
Ocena:
0
Oczywiście, samo pojęcie "kiejdańskiego młyńca" to zapewne zostało wymyślone przez Sienkiewicza, niemniej jednak sądzę, że coś podobnego musiało istnieć w praktyce. Dlaczego? Otóż Sienkiewicz pisał Trylogię w latach 80. XIX wieku i jakkolwiek czasy szermiercze odchodziły powoli w niebyt, to jednak nadal ziemianie i arystokraci od czasu do czasu urządzali sobie pojedynki na broń białą. A oni stanowili jedną z ważniejszych grup czytelniczych powieści sienkiewiczowskich. Gdyby więc autor próbował wcisnąć im blagę dotyczącą pojedynków, z którymi mieli styczność w praktyce lub wiedzę o nich "wyssali z mlekiem matki", to dość szybko Sienkiewicz stałby się pośmiewiskiem wyższych sfer. Teraz przeciętny czytelnik nie zwraca na to uwagi, bo nie zna się na sztuce walki bronią białą, ale 130 lat temu dla wielu odbiorców powieści historycznych fechtunek był chlebem powszednim.
03-01-2013 12:26
42017

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Earl może poćwicz szermierkę i spróbuj młyńca. Obaczym co z tego będzie. Tylko pamiętaj o ochraniaczach.
03-01-2013 12:35
Jingizu
   
Ocena:
0
Fakt, za bardzo uogólniłem. Wiem, że Sienkiewicz i Dumas starali się przedstawiać prawidłowo zwyczaje, stroje itd., ale jednak pisali powieści przygodowe, więc musieli trochę koloryzować. Dlatego powoływanie się na najbarwniejsze, "magiczne" manewry z książki - technikę kiejdańskiego młyńca, walkę lewą ręką - i argumentowanie "to musi działać, bo w książce działało", wywołało uśmiech na mojej twarzy :) IMO Hastour ma rację, sekretne uderzenia Paj-Chi-Wo działają tylko w książkach.
03-01-2013 12:45
Z Enterprise
   
Ocena:
+1
Fajny rezczowy tekst.
Kiedyś dłubałem przy mechanice starć uwzględniającej kilka z elementów o których piszesz (śmiertelność "szydeł", atak w momencie odsłonięcia się przeciwnika, ranienie "taktyczne". zwiększanie przewagi i przypieranie do muru) ale wyszła z tego całkiem spora kobyła, wręcz bliska granicy niegrywalności.
W sumie fajnie można rozwiązać te wszystkie elementy w mechanice pościgów Savage Worlds i prawdopodobnie w Wolsungu. Zbieranie jakichś "żetonów przewagi" do momentu, w ktorym przeciwnik jest juz kompletnie skonfudowany, myli krok i się zasłania. Kazda ze stron moglaby rowniez przewazac szalę zwycięstwa na swoją stronę.
Trzwba by tylko przetlumaczyc to fabularnie, za jaki manewr jest jaki bonus.
03-01-2013 12:51
earl
   
Ocena:
+1
@ Ignacja
To, że sama nie potrafisz tego zrobić, to jeszcze nie znaczy, że jest to niemożliwe.

@ Jingizu
Dlatego napisałem, że teraz to pewnie 99 % czytelników dałoby się nabrać na wszystko. Ale 130 lat temu czy 200 lat temu to spora część czytelników miała do czynienia z fechtunkiem i na pewno jakiegoś kłamstwa ze strony autora by nie przełknęła gładko. Sienkiewicz, pisząc zresztą powieści w odcinkach w prasie mógł na bieżąco śledzić reakcje odbiorców i w powieści wydanej już w całości na pewno by to zmodyfikował gdyby dostał negatywne opinie aby nie wyjść na blagiera.
03-01-2013 13:10
Senthe
   
Ocena:
+8
@earl
Tak, na pewno merytoryczne błędy autora w książce przygodowej wywołałyby skandal, bojkot i obrzydzenie wśród czytelników. Na pewno.
03-01-2013 13:13
Z Enterprise
   
Ocena:
0
Zwłaszcza damy na salonach by się obraziły, a to był przecież podstawowy target Sienkiewicza :)
03-01-2013 13:18
~Kasztelan

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+2
http://lolbot.net/pix/22243.gif
Tekst bardzo ciekawy i nasunął mi kolejne pytanie jak się ma rapier lub szabla "barda" do pełnej płyty "wojownika" czy topora i tarczy "barbarzyńcy"? Taki misz masz nie jest rzadkością w RPG
03-01-2013 13:21
Hastour
   
Ocena:
+6
@Earl
Nie mam książki pod ręką, więc nie wiem, co dokładnie Sienkiewicz miał na myśli i czy w ogóle jest to na tyle precyzyjnie opisane, by dało się wiarygodnie wypróbować w praktyce.

Natomiast zdecydowanie przeceniasz żywotność i spójność wiedzy o szermierce szablą pod koniec XIX wieku. Wiele wskazuje na to, że JEŚLI w ogóle istniała w miarę jednorodna tradycja tego typu, to zanikła o co najmniej pół wieku wcześniej.

Wnioski takie można wyciągnąć na przykład właśnie z lektury "O Szermierstwie" Starzewskiego. Podręcznik ten powstał mniej więcej w latach trzydziestych XIX wieku, więc teoretycznie tradycja powinna mieć się nieźle. Pomimo tego, jest wyraźnie niespójny z tym, o czym pisali pamiętnikarze w sumie niewiele wcześniej. Co więcej, spora część tego, o czym pisze, nie wytrzymuje konfrontacji z praktyką - taka na przykład "postawa rażąca" po testach sparingowych została przechrzczona na postawę "proszę, utnij mi łokieć".

Opis literacki łatwo zrobić tak, że nijak nie wyobrazisz sobie precyzyjnie, o co dokładnie chodzi. Sapkowski w tym celował - rzucał sobie kilka losowych nazw z traktatów w zupełnie idiotyczny sposób. Nie wiadomo, co co chodzi, ale czyta się z wypiekami na twarzy. Więc nawet, jeśli Sienkiewicza czytał jakiś autentyczny, reliktowy rębajło, to wcale nie musiał na pierwszy rzut oka móc ustalić, czy młyniec kiejdański miał sens, czy nie.
03-01-2013 13:21
42017

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Earl nie strzelaj focha. To nie przystoi. Ja na szermierce się nie znam ni w ząb, dlatego polegam na wiedzy praktyków. Nie wiem czy takowym jesteś, ale z poprzednich wypowiedzi wynika, że nie popierasz swojego zdania przeżytymi doświadczeniami, tylko wiedzą zaczerpniętą z książki.
03-01-2013 13:29
earl
   
Ocena:
0
@ Senthe
Przypomnij sobie chociażby jazdę z książkami Lewandowskiego i cały smród, jaki z tego wynikł. A wszystko to było spowodowane wypunktowaniem przez Inkwizytora (prawdziwych lub nie) błędów merytorycznych jakie były w tej książce. Nadal uważasz, że to byłoby niemożliwe i to w czasach, kiedy prano się szablami i strzelano o byle pierdołę?

@ Ignacja
Skoro nie znasz się, to nie wypowiadaj się w ten sposób, jakbyś się znała i to jeszcze z dozą protekcjonalności.
03-01-2013 13:30
Senthe
   
Ocena:
+6
@earl
Em... Twój argument jest inwalidą?

Lewandowski to buc i cham, więc trudno, żeby z jego zachowań wynikło coś innego niż obrzydzenie czytelników. Gdyby był napisał "tak, wiem, tam na pewno są jakieś merytoryczne błędy, ale przecież to książka przygodowa i fikcja literacka" (tak jak to robi 99% autorów tego typu powieści), nikt by nawet nie pamiętał o jakimś tam komentarzu Inkwizytora (tak jak się to dzieje w 99,99% przypadków komentarzy wytykających błędy merytoryczne w powieściach przygodowych).
03-01-2013 13:35
42017

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Dlatego earlu nie wypowiadam się krytycznie, mając w zanadrzu przeczytanych kilka książek opartych może i na faktach, ale mocno podkoloryzowanych.
Tobie też to proponuję. Sprawdź na własnej skórze, skoro nie wierzysz słowom osoby, która szermierkę trenuje x lat.
03-01-2013 13:37
~satosan

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+17
@ Hastour
Fantastyczny artykuł – bardzo zgrabnie zebrane problemy większości mechanik rpg i w ogóle mity na temat fechtunku bronią bojową. Drobny komentarz do jednego punktu:

Szpada i rapier - łatwo trafić, trudno zabić
Często powtarzanym błędem jest w ogóle zaliczanie rapiera do broni „lekkich” – o ile późniejsza szpada jest faktycznie filigranowym (choć dalej śmiertelnie niebezpiecznym) narzędziem, to większość rapierów jest przy pierwszym kontakcie zaskakująco wielka i ciężka. Wagą nie ustępują wiele średniowiecznym mieczom jednoręcznym, a długością znacznie je przewyższają.

Co do zadawanych obrażeń, przestrzegam jednak przed wyciąganiem pochopnych wniosków w obie strony. Obrażenia zadawane przez broń kolną są faktycznie bardziej niebezpieczne od zadanych przez broń sieczną – łatwo sięgają ważnych narządów, a wywołanych przez nie krwotoków nie da się łatwo zatamować (nawet współcześnie łatwiej uratować człowieka zaatakowanego maczetą, niż nożem).

Większa śmiertelność pojedynków na broń kolną w porównaniu do siecznej ma jednak jeszcze jedno źródło – obrażenia od rapiera lub szpady rzadziej zatrzymują trafionego przeciwnika w miejscu. Zadane rany są relatywnie małe, a krwawienie powolne. Zdeterminowani przeciwnicy mogą zadać ich sobie nawzajem naprawdę sporo, zanim któryś straci możliwość dalszej walki (polecam artykuł http://www.classicalfencing.com/ar ticles/bloody.php). W przypadku broni siecznej rana jest łatwiejsza do opatrzenia, ale może spowodować znacznie większe krwawienie oraz uszkodzić kluczowe do dalszej walki mięśnie. Pchnięcia w udo nabuzowany adrenaliną kombatant może nawet nie zauważyć, ale przecięty mięsień usadzi go w miejscu choćby nie wiem jak był wytrzymały.

Mój przyjaciel (znawca pamiętników z epoki) policzył, że nawet 70% starć na broń kolną kończyło mogło kończyć się śmiercią jednego z walczących, a nawet 30% obu, podczas gdy w przypadku pojedynków na szable tylko 10-15% kończyło się jakimkolwiek zgonem.

W samym Monastyrze powtarzany jest jeszcze mit:

Rapier wyparł zbroje płytowe
Nie raz spotkałem się z twierdzeniem, że rapier powstał by zadawać pchnięcia w szczeliny zbroi, dzięki czemu był wobec niej bardziej skuteczny. Teza ta nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością – liczenie podczas walki na trafienie w poruszającą się szczelinę centymetrowej szerokości graniczy z cudem, a przebicie rapierem zbroi jest bardzo mało prawdopodobne. Rapiery, podobnie jak szpady, były przede wszystkim bronią pojedynkową i do cywilnej samoobrony, a nie do rozbijania blach.

Zainspirowałeś mnie do napisania artykułu o mitach odnośnie walki bronią średniowieczną – chyba jeszcze głębszych niż tych dotyczących broni renesansowej.
03-01-2013 13:37
earl
   
Ocena:
0
@ Ignacja
A kto trenuje tę szermierkę, bym miał mu na słowo uwierzyć?

@ Senthe
Nie zmienia to faktu, że Sienkiewicz wielokrotnie sprawdzał w praktyce różne rzeczy, o których pisał, zwłaszcza takie zwyczajne jak chociażby fechtunek, z którymi ówczesne ziemiaństwo (do którego zaliczał się autor) miało do czynienia dość często. I to nie była szermierka dla rozrywki jak teraz, tylko walki do pierwszej krwi lub śmierci. Wiedział więc o czym pisze.
03-01-2013 13:47
42017

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Autor powyższego tekstu.
Co do Sienkiewicza... Ale sam pewno sprawdzał w warunkach kiedy na śmierć i życie nie walczono.
03-01-2013 13:50
Hastour
   
Ocena:
+1
@Satosan,
link nie działa, ale jeśli masz na myśli ten kilkuczęściowy artykuł o ranach w pojedynkach i możliwości kontynuowania walki po ich odniesieniu, to znam, bardzo ciekawy materiał.

I jak najbardziej pisz o broni średniowiecznej. Ja ten temat poruszyłem akurat szczątkowo, bo doświadczenie z tego okresu mam stosunkowo najmniejsze, i przy tym "bractwowe" głównie, czyli niestety o niewielkiej wartości praktycznej.
03-01-2013 13:51
Senthe
   
Ocena:
+4
@earl
Może wiedział, może nie wiedział, nie zmienia to faktu, że pisał książki w określonym celu, olewając po drodze bardzo wiele istotnych faktów, i ani trochę by mnie nie zdziwiło, gdyby w opisach walk poświęcał realizm na rzecz widowiskowości. Podobnie jak Ignacja, w kwestii realizmu walk bardziej ufam relacji z pierwszej ręki, niż beletrystyce. Naprawdę uważasz to za coś dziwnego?
03-01-2013 13:54

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.