string(15) ""
» Blog » Rzut okiem - Ultramarines: A Warhammer 40000 Movie
28-12-2010 13:02

Rzut okiem - Ultramarines: A Warhammer 40000 Movie

Odsłony: 41

Raziel zachęcił do obejrzenia pierwszego pełnometrażowego udostępnionego szerszej publiczności (wydany od razu na DVD) filmu opartego o WH40k. Wpierw miałem sporo oczekiwań, gdyż filmowe intra do cyklu Dawn of War były według mnie mistrzostwem. Później trailery raczej mnie zniechęciły. Ostatecznie postanowiłem spróbować.

W równoważnikach myśli:

- bardzo prosta, schematyczna i poprawna fabuła - dziesiątka nowicjuszy Ultramarines, w towarzystwie doświadczonego kapitana i konsyliarza/medyka rusza na zwiad po terenie nieprzyjaznej planety, z której rozlega się sygnał ratunkowy. Na miejscu okazuje się, że stacjonująca tam grupa kosmicznych marynarzy została wybita przez Chaos. No i bohaterowie tak sobie idą. Rewelacji nie ma, właściwie bardziej skojarzyła mi się ta historia z sesją RPG, niż potyczką na makiecie do gry bitewnej.

- proste charaktery postaci - film jest króciutki (ma może godzinę i dziesięć minut), toteż zdecydowana większość Marynarzy nie różni się od siebie. Kilka jednostek zostało zarysowanych wyraźniej, ale widać, że twórcy zrezygnowali z elementu dopracowania samych postaci, by pokazać inne elementy. Niestety, bohaterowie mają bardzo niechlujnie wykonane twarze i o ile w pancerzach wyglądają faktycznie interesująco, to ich gęby odstraszają.

- masa elementów wymaga znajomości świata gry - film posiada wiele wręcz absurdalnych scen, które są w pełni uzasadnione i rozsądne, o ile zna się konteksty uniwersum WH40K. Najbardziej wyraźny będzie tu motyw sztandaru - przez całą animację ktoś z nim paraduje, mocno tracąc w ten sposób na przydatności bojowej. Ale nie szkodzi, że jest nas niewielu i zaraz zginiemy, w dodatku nie ma żadnej potrzeby, by sygnalizować, że jesteśmy Ultramarines - i tak będziemy biegać ze sztandarem. Dla osoby zorientowanej w świecie gry siła sztandaru jako alegorii tożsamości, przynależności do grupy, oddania Imperatorowi itp. będzie zrozumiale tłumaczyła taki fetysz. dla osoby z zewnątrz będzie on po prostu głupi. Stąd film raczej dla fanów.

- wspaniale ukazana rytualizacja każdego elementu życia - od wypowiedzi, przez czyny, każdy element życia ocieka nienaturalnością, trochę kiczem, ale zdecydowanie skostniałością. Właśnie tak to sobie wyobrażałem - całe dialogi (na przykład z serwitorem) oparte na zapamiętanych regułach, niemalże modlitwach.

- całkiem udana animacja i świetne krajobrazy - burze piaskowe wyszły wprost bajecznie. Twarze postaci da się wybaczyć, bo przez dużą część filmu chodzą w zbrojach. Sporo ujęć zapada w pamięć.

- jest napięcie - podczas filmu mało jest głupiej sieczki, więcej podchodów, czujności, wypatrywania.

Ogólnie: 7/10 jako film dla osób znających konteksty, 5/10 dla reszty. IMO jeden z lepszych filmów fantasy (bo SF tam nie ma prawie wcale, nawet, jeżeli akcja rozgrywa się w kosmosie), jakie w ogóle widziałem, co nie zmienia faktu, że większość filmów fantasy to kupa.

Komentarze


de99ial
   
Ocena:
0
Wiem dokładnie skąd wzięło się kiep, do czego się odnosi i jakie ma znaczenie, tym bardziej ubolewam że ludzie nieświadomie używają poważnej obelgi jako zwyczajnego wyświechtanego frazesu. Plus źle odmieniają (kpie się mówi nie kiepie).

Kum zawsze kojarzył mi się z poważniejszym znaczeniem niźli sąsiad czy kolega a to dlatego właśnie, że znam konotację terminu. Takie tam moje zboczenie.
29-12-2010 16:41
27532

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Moje zboczenie jest takie, że dosyć mocno siedzę w paleografii i historii języka. Jednocześnie hobby i obowiązek studencki. Zapewniam, że im szersze spojrzenie ma się na język, tym trudniej jest o nim myśleć w kategoriach "prawdziwości" znaczeń. Podobnie zresztą ma się to w kwestii takich umów jak "błędy językowe".

A co do "kpie" - prawdopodobnie przytłaczająca większość Polaków uznałaby to w mowie za "kpię", zwłaszcza, że u nas nosówki zanikają.
29-12-2010 20:58
de99ial
   
Ocena:
0
A to nie jest dobre zjawisko.

Ja językiem interesowałem się jako zjawiskiem kulturowym oraz z punktu widzenia semiotyki. I chyba ten ostatni aspekt najbardziej mnie intrygował zawsze. Stąd pewnie różnice w naszych punktach widzenia ;)

Pozdrawiam
29-12-2010 22:49
27532

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
A semiotyka zakłada, że raz nałożone znaczenie jest niezbywalne?
29-12-2010 23:56
de99ial
   
Ocena:
0
Oczywiście nie, jednakże zajmuje się językiem oraz jego relacją do rzeczywistości czyli treścią jaką niesie. A znaczenie słów to treść jakby nie patrzeć. Tym samym treść jest ważniejsza niż ew jej zmiany. Jeśli założyć, że język jest luźny w znaczeniu wtedy mamy problem - semiotyka nie mogłaby zajmować się treścią bo każda konotacja byłaby zbyt niepewna, a tym samym język nie mógłby posiadać silnej relacji do rzeczywistości.

Mam nadzieję, że za mocno nie zagmatwałem :D
30-12-2010 01:35
~y

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Mi, jako człowiekowi prostemu, słowo "kiep" kojarzy się tylko i wyłącznie z resztkami papierosów.
30-12-2010 03:07
Malaggar
   
Ocena:
+2
Nie wiesz co tracisz ;)
30-12-2010 03:15
27532

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+1
Nie zagmatwałeś, to przecież znane podejście.

Może się nie znam, ale wydaje mi się, że semantycy badają jak największą ilość znaczeń, nie próbują podawać definicji każdego słowa. Jeżeli użytkownik ~y rozumie "kiep" jako 'resztka po papierosie' (powszechnie w Poznaniu: "fajce"), ja jako 'określenie pejoratywne o sile równej "głupek, kretyn"' za to etymolog lub osoba świadoma historii języka powiedziałaby 'wulgarne okręlenie kobiecych genitaliów', to obowiązkiem semiotyka nie jest wybrać, które znaczenie jest Bardziej, tylko zaznaczyć każde z tych znaczeń.

Pojawia się tutaj kwestia regionalnych zmian semantycznych (skoro papieros to na Śląsku kiedyś były cygaretty, to może nie kojarzyliby fajki tak, jak poznaniacy) i idiolektów. Każdy semiotyk jest świadom tego, że słowa nie są zawieszone w naszych umysłach niczym w próźni. Słowo nie jest obrazkiem ilustrującym obiekt, stan - może posiadać różne barwy, różne rysy i być otoczone różnymi kontekstami.

Przykład. Takie słowo "shalom". Dla moich znajomych oznacza ono po prostu "pokój" oraz dostrzegają w nim potencjał pełnienia funkcji pozdrowienia. Dla mnie jednak słowo to kojarzy się z obietnicami Pana, które składał Izraelowi, z pieśniami, modlitwą, życzeniem największej harmonii i radości, błogosławieństwem. Zdarzyło mi się płakać przy utworze głoszącym nadejście mesjasza i shalom, który zapanuje na ziemi. W moim idiolekcie to słowo jest więc inne, niż w rozumieniu moich znajomych.

I chociaż idiolekty (o ile nie jest się Mickiewiczem) nie zasługują na odnotowanie w słownikach i encyklopediach, to badacz musi być świadom tego, że znaczenie słowa to nie jest "to, jak ja je rozumiem" ani nawet "to, jak rozumie je większość". Każda osoba posługuje się własnym językiem, a podawanie znaczeń jest tworzeniem bytów abstrakcyjnych i z założenia nie przystających do rzeczywistości. Badania są przepełnione uproszczeniami, bez których byłyby niemożliwe. Stąd też wynika potrzeba wynotowania wszystkich znaczeń, które tkwią nie tylko w rozumieniu najpowszechniejszym, ale też w socjolektach i dialektach.

Rozpisałem się, a jest duża możliwość, że Ciebie to nawet nie interesuje, stąd kończę. ; )
30-12-2010 08:25
de99ial
   
Ocena:
+1
Wręcz przeciwnie - interesuje. Język jest bardzo ciekawym zjawiskiem i wart jest namysłu nad nim. Masz oczywiście rację - mocno uprościłem swoją poprzednią wypowiedź.

Więc może sprostuję - jak napisałem bardzo mnie to interesowało, zwłaszcza w czasie studiów. Po studiach w wyniku innego zagospodarowania czasu część owych zainteresowań musiała zejść na dalszy plan, stąd moje uproszczenia. Oraz zwyczajna konsekwencja - badaczem języka już nie jestem. A treść odbieram tak jak ją znam, nie jak ją znają inni. Stąd jeśli ktoś mówi "kiepie" zwykłem go poprawiać, jeśli ktoś używa słowa kum zwykłem zwracać uwagę iż nie do końca oznacza to co używającemu się najczęściej wydaje. A nawet jeśli on sam zna pierwotne znaczenie słowa to używając go w niewłaściwym znaczeniu przyczynia się do zwyczajnej mutacji językowej. A to zjawisko jest IMHO niepozytywne.

Język oraz treść jaka się z nim wiąże jest ważnym elementem naszego życia ale pełni funkcję tak długo jak długo jest przeźroczysty. Innymi słowy - używamy języka i odbieramy treść zamiast skupiać się na znaku. Warto poznawać pierwotne znaczenie słów zwłaszcza rodzimego języka ponieważ zwyczajnie poprawia to jakość posługiwania się nim - tak w skrócie można podsumować moje obecne podejście do tej kwestii.

Innymi słowy - chodzi o to aby było jak najmniej paradoksów Tibii, która jest grą niemiecką w języku angielskim a największą liczbą graczy stanowią Polacy nie potrafiący złożyć jednego poprawnego zdania w jakimkolwiek języku.
30-12-2010 10:26

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.