» Literatura » Opowiadania » Rycerze Starej Republiki: Lord Sithów – część 2

Rycerze Starej Republiki: Lord Sithów – część 2


wersja do druku
Pułapki Sithów miały to do siebie, że często były niekonwencjonalne i mogły być zainstalowane dosłownie wszędzie. Sam się o tym przekonałem, gdy omal nie zostałem opryskany strumieniem żrącego kwasu, który nagle wytrysnął z sufitu. Niemniej, wszystkie te pułapki zostały skonstruowane z myślą o potencjalnych rabusiach, a nie Lordach Sithów – zresztą, miało to w sobie pewną logikę. "Skarby" leżące wewnątrz grobowca mogły posłużyć dobrze jedynie Sithom władającym Mocą. W zamierzeniu wielu starożytnych Lordów, którzy kazali umieścić w swych grobach holokrony, własne miecze czy zbroje, pewnego dnia ktoś potężny miał włamać się do środka i tym samym wykazać, iż jest godny posiadania wszystkich tych wspaniałych artefaktów.

Z każdym krokiem nabierałem przekonania, że tutejszy Lord nie zaliczał się do tej grupy. Być może był to dobry znak. Kto bardziej pragnie ochronić swoje skarby? Ten, którego skarby są cenne. A skarby tego konkretnego Lorda miały takie być – oczywiście, jeżeli dane o nim były prawdziwe.

W połowie drogi do głównej komory grobowej wyczułem, że pułapki nie będą jedynymi przeszkodami, z którymi się tego dnia zmierzę. Choćby nie wiem jak dobrze ukrywał swoją obecność, każdy użytkownik Mocy musiał w pewnym momencie stracić koncentrację, zwłaszcza, gdy nieostrożnie stawiał swe kroki. Jedi który za mną podążał, popełnił błąd. Dzięki temu, że przez ułamek sekundy emanował wściekłością, odkryłem, że mam do czynienia z jednym z dwóch Jedi, którzy trzy dni wcześniej mieli ochotę mnie złapać.

Nadprzestrzenny nadajnik. Ja, wielki Lord Sithów, dałem się złapać na tak prostą sztuczkę. Wstyd... albo też fortunne wydarzenie. Przeczucie mówiło mi, że z całej tej sytuacji może wyniknąć coś wyjątkowo ciekawego.

Cokolwiek miało się jednak stać, wolałem sam wybrać pole bitwy, zanim zrobi to mój przeciwnik. Kilkanaście godzin poświęconych studiowaniu dziesiątków planów konstrukcyjnych sithyjskich nekropolii, zaowocowało prędkim odnalezieniem głównego korytarza, który jednocześnie stanowił ślepy zaułek. Następnie wysłałem krótki impuls Mocy, który miał zasugerować Jedi, że wpadłem na jakąś nieprzyjemną pułapkę. Niech łowca myśli, że jego zwierzyna znalazła się w potrzasku.

Oparłem się o ścianę pokrytą wyblakłymi hieroglifami Sithów, podziwiając zmysł techniczny twórców skomplikowanego systemu szybów i luster, który niósł do wnętrza podziemnych pomieszczeń wielokrotnie odbite promienie słoneczne. Lordowie Sithów, nawet po śmierci, potrzebowali światła, które potęgowałoby ich gniew i zawsze przypominało im kim byli za życia.

Usłyszałem charakterystyczny odgłos zbliżającej się istoty dwunożnej i postanowiłem posłużyć się prostą techniką z dziedziny iluzji. Siłą umysłu zdusiłem światło i pogłębiłem cienie pod ścianami. Siebie samego ukryłem w nieprzenikalnym mroku.

Kiedy Jedi wreszcie nadszedł, na moich licach zagościła kwaśna mina. Człowiek w typowej szacie Jedi, z rozwichrzonymi włosami i rozbieganym wzrokiem, był tak młody, że mógłbym go uznać za swojego syna. Niemile zaskoczony, uważnie go zlustrowałem, gdy nieświadomy mojej obecności, przeszedł tuż obok. Przeczekałem aż postawi jeszcze kilka kolejnych kroków, po czym wypuściłem powietrze z płuc, zlikwidowałem iluzję i wyszedłem na sam środek korytarza.

Młodzieniec momentalnie zgiął nogi, odruchowo nacisnął aktywator miecza świetlnego i energicznie się odwrócił, z przestrachem przecinając powietrze szmaragdową klingą. Pokręciłem z dezaprobatą głową.

– Sądziłem, że będę miał do czynienia z kimś rozsądniejszym. A tu się okazuje, że jesteś tylko zwykłym padawanem – powiedziałem chłodno.

Jedi wzdrygnął się na mój widok, zmarszczył czoło i raczej niewiele myśląc, rzucił się na mnie, wywijając ostrzem swojej broni tak chaotycznie, jak tylko się dało. Jeżeli miało mnie to zmylić, młodzieniec raczej się przeliczył. Zatrzymałem klingę jego miecza świetlnego, stawiając na jej drodze barykadę purpurowej energii, która błyskawicznie wytrysnęła z metalicznego cylindra zaciśniętego w mojej dłoni. Przetrzymałem Mocą rękojeść padawana.

– Jestem Lordem Sithów, czyli odpowiednikiem Mistrza Jedi – stwierdziłem tonem towarzyskiej konwersacji. – W związku z tym pozwolę sobie nauczyć cię tego i owego.

Lekko zdezorientowany młodzieniec wyrwał z mojego myślowego uchwytu swoją rękojeść. Po krótkiej wymianie uderzeń, schyliłem się przed jego wysokim cięciem i silnym kopniakiem posłałem go na podłogę. Widząc, że padawan gorączkowo obmacuje dłonią podłogę w poszukiwaniu utraconego miecza, skorzystałem z okazji, żeby spytać:

– Przyleciałeś tu razem ze swoim towarzyszem, zgadza się?

Zamiast odpowiedzieć, Jedi wstał i ściskając właśnie znalezioną broń, przystąpił do kolejnego ataku. Bez większego wysiłku zablokowałem ciosy, koncentrując się na umyśle młodzieńca. Nie potrzebowałem nawet dwóch sekund, aby przebić jego barierę ochronną i wydrzeć informacje, których potrzebowałem.

Isaa Eorm.

Odepchnąłem swojego przeciwnika i gwałtownie się cofnąłem.

Isaa Eorm. Westchnąłem. Tutaj, w pościgu za mną... Tego się nie spodziewałem.

Padawan, wykazując się typowym uporem maniaka, kolejny raz rzucił się na mnie. Poczułem coś na kształt irytacji. Odwaga to dobra rzecz, ale przesadna odwaga jest już głupotą lub próbą samobójstwa.

Wytrąciłem myślą rękojeść z dłoni młodego Jedi. Następnie użyłem Mocy, by unieruchomić mięśnie młodzieńca, uniosłem go kilkanaście centymetrów ponad podłogę i zbliżyłem do siebie. Padawan był tak przerażony, że zainfekowany przeze mnie paraliż nawet nie był konieczny. Strach nie tylko trzymał go w ryzach, ale także zwalczył samobójcze odruchy, co uznałem za spory plus.

– Nie zabijam Jedi – powiedziałem beznamiętnie. – A zwłaszcza takich, którzy muszą się jeszcze tak wiele nauczyć.

Wykonałem delikatny ruch palcami i padawan stracił przytomność. Opuściłem jego ciało na podłogę i odwróciłem się. Choć niezbyt interesowały mnie motywy działań innych osób, w drodze do komory grobowej nie mogłem przez chwilę się nie zastanowić co podkusiło tego młodego Jedi do tak idiotycznego zachowania. Na całe szczęście myśli o nim szybko opuściły moją głowę, nie łącząc się w żaden konstruktywny wniosek.

Teraz najważniejsza była komora grobowa Lorda Sithów, a dokładniej to, co się w jej środku znajdowało. A potem... a potem miał przyjść czas na zmierzenie się z przeszłością.

***


Kiedy łagodne promienie słońca wreszcie mnie dopadły, jedynie mocniej chwyciłem perłowo-czerwoną piramidkę pokrytą charakterystycznym pismem Sithów. Jeszcze nie wiedziałem, czy holokron zawiera informacje, których poszukiwałem, ale teraz nie miało to większego znaczenia. Zacząłem powoli schodzić po stromych schodach nekropolii. Tuż obok mojego frachtowca stał brązowo-biały myśliwiec typu Aurek. Jego czarna owiewka była otwarta, ale zaintrygowało mnie coś innego. W pobliżu, więcej – w całym kanionie – nie dostrzegłem żadnej innej maszyny.

Gdzie ona...?

Jest.

Isaa Eorm biegła w kierunku obu pojazdów. Jej długie srebrzystobiałe włosy odbijały światło niczym miliony cienkich igieł lodu i falowały na wietrze. Nie mogłem się przypatrzyć jej twarzy, ale to nie było żadnym problemem, bo i tak doskonale ją pamiętałem: piękną, choć niezwykle bladą, z białymi ustami i fioletowymi oczami.

Sądzę, że nawet gdybym chciał, nie potrafiłbym zapomnieć Isyy Eorm, Jedi i Arkanianki z podrasy pogardzanej przez rodowitych mieszkańców Arkanii. Widząc ją, poczułem lekkie drżenie w piersi, delikatny ucisk gdzieś przy skroni i nieznaczne napięcie w mięśniach. Niesamowite. Nie spodziewałem się, że jeszcze kiedyś doświadczę tych mimowolnych reakcji mojego organizmu.

Zszedłem ze schodów i stanąłem w cieniu zniszczonej kamiennej kolumny, przyglądając się uważnie młodej Jedi, która dobiegła do pierwszej maszyny. Nie rozmyślałem już nad niczym – czas na to skończył się już wieki temu. Po prostu wyszedłem jej na spotkanie.

Arkanianka zatrzymała się raptownie, a ja posłałem jej delikatny uśmiech.

– Witaj – powiedziałem. – Dawno się nie widzieliśmy. Całe osiem lat, nieprawdaż?

Perłową twarz Arkanianki ogarnęła dziwna, ani to sroga, ani łagodna mina, pełna skrywanego bólu i pretensji. Kobieta otworzyła usta, jednak zawahała się. Po chwili jej oblicze stężało.

– Co zrobiłeś z Ghartem?
– Chodzi ci o tego młodego Jedi, który urwał ci się ze smyczy? – Zrobiłem uspakajający gest prawą ręką. – Lekko go poturbowałem, ale bez wątpienia przeżyje... jeżeli zdoła wyjść z grobowca, oczywiście. Rozumiem, że to twój pada...?
– Nie wierzę ci – przerwała, praktycznie nie zmieniając wyrazu twarzy. Wzruszyłem ramionami.
– Możesz to sprawdzić.

Przez moment, który ciągnął się w nieskończoność, mierzyliśmy się spojrzeniami. Moje było łagodne, zaintrygowane i cierpliwe. Jej zaś ostre, uważne i twarde. Wyczułem, że jej myśli kierują się w stronę grobowca, by upewnić się, że mówiłem prawdę. A że mówiłem, to jej wzrok w końcu ześlizgnął na holokron.

– Nie mogę pozwolić ci tego zabrać – powiedziała szorstko.
– Dlaczego? – Rozpoznałem fałsz w jej głosie. To była jej wymówka. Sposób, by skrócić rozmowę, by była ona prosta i szybka. By nic nie zmieniła w jej postanowieniach. By nie napełniła ją "zbędnymi" wątpliwościami.
– Jesteś zbyt niebezpieczny, a ten holokron sprawi, że staniesz się jeszcze bardziej niebezpieczny – odparła oschle, tak jakby recytowała czyjeś słowa. – Ktoś musi cię powstrzymać.
– Ty?
– Ja, jeżeli nikt inny nie jest w stanie.

Pokręciłem głową, wbijając spojrzenie w jej oczy.

– Ja nie chcę tej walki. Ty nie chcesz tej walki. – Westchnąłem i podszedłem bliżej. – Mogło minąć osiem lat, ale nic się między nami nie zmieniło.
– To nieprawda. – Jej wzrok momentalnie stał się zimny, a mięśnie wokół twarzy naprężyły się. – Dość tego! – syknęła nagle, jak wulkan wyrzucając z siebie część emocji, które dotąd tamowała. Zerwała z pasa rękojeść miecza świetlnego i uruchamiając go, zaatakowała mnie. Purpura i srebro zaiskrzyły w starciu ze sobą. Ciosy kobiety były silne, lecz nieco chaotyczne, przez co niebezpiecznie odsłaniały jej smukłe ciało; nie wykorzystałem tego. Nie atakowałem, a jedynie się broniłem – najpierw trzymając broń jedną ręką, a potem, po odrzuceniu holokronu na piasek, dwiema. Na twarzy Arkanianki malowała się determinacja, jakiej jeszcze nie widziałem u nikogo. W pewnym momencie, wychodząc gładko z bloku, doprowadziłem do spięcia się obu kling.
– Srebrne ostrze – powiedziałem z uznaniem, spoglądając jej prosto w oczy. – Pasuje do ciebie.
– Przestań – warknęła, uwalniając się zarówno od mojego wzroku, jak i klingi, a następnie przechodząc do ataku. Kolejne jej uderzenia stawały się coraz bardziej precyzyjne i zmusiły mnie do zwiększonego wysiłku. Diamentowe ostrze znaczyło chłodne powietrze seriami błysków, kierując się na przemian ku nogom, ramionom i głowie. Moje skuteczne bloki i wytrącające ją z rytmu kontry, jedynie zwielokrotniły determinację kobiety. To zaczynało podążać w złym, bardzo złym kierunku.
– Wystarczy! – rzekłem podniesionym głosem, niespodziewanie łapiąc ją lewą ręką za nadgarstek dłoni, w której trzymała miecz świetlny. – To całkowicie bezcelowe...
– Może bezcelowe dla ciebie – burknęła, w jakiś sposób uwalniając się od mojego uchwytu, by w tej samej sekundzie podciąć mnie silnym kopniakiem w łydkę. Upadłem plecami na piasek i automatycznie zasłoniłem się przed uderzeniem, które miało spaść prosto na moją głowę. Zaskoczony nieszablonowym atakiem, pozbierałem się zbyt wolno, co przypłaciłem niewielką, ale dość bolesną raną na udzie i utratą koncentracji na dobrych parę chwil.

Zirytowany przebiegiem pojedynku, postanowiłem zakończyć tą walkę wykorzystując Moc... i nagle zdałem sobie sprawę z tego, że nie potrafiłem tego uczynić. Próbowałem wszystkich technik, które zawsze sprawdzały się w walce, ale co rusz coś mnie blokowało, coś nie pozwalało mi osiągnąć sukcesu. Moc mnie nie słuchała. Nie byłem w stanie wyrwać miecza z rąk Isyy, nie mogłem jej też unieruchomić. Nie mogłem nic zrobić – ja, Lord Sithów, byłem bezsilny.

Koniuszkiem purpurowego miecza udało mi się zahaczyć o ramię Arkanianki, co wytrąciło ją z rytmu i dało mi troszkę czasu na wycofanie się.

Dotarło do mnie, że użycie Mocy – i to nie tylko jej Ciemnej Strony – przeciwko jedynej osobie w galaktyce, której nie chciałem skrzywdzić, mogło mieć tragiczne skutki. To ja sam siebie blokowałem, nie chcąc doprowadzić do upadku Isyy – a była tego bardzo blisko, czerpiąc siły z rozpaczy i cierpienia, które gromadziły się w niej przez ostatnie lata. Ona też działała przeciwko sobie, ale tą walkę przegrywała. Domyśliłem się, że pragnąc być "prawdziwym" Jedi, skrywała swoje uczucia i tłumaczyła sobie, że cały czas robi coś źle.

Wbrew sobie. Wbrew temu, co podpowiadał jej instynkt.

Ale czy tylko o to chodziło? Sparowałem kilka kolejnych ciosów i znowu odskoczyłem do tyłu, tym razem na dobre trzy metry. Byłem Lordem Sithów. Wszystko zależało ode mnie. A musiałem... nie, chciałem, coś zrobić, bowiem najgorszą rzeczą był Jedi, który przechodził na Ciemną Stronę bez całkowitej świadomości tego co robi.

– Dlaczego cały czas bronisz się przed tym, co do mnie czujesz? – spytałem, z odrobiną niecierpliwości w głosie.
– Skończ z tym! – warknęła Arkanianka, zbliżywszy się na odpowiednią odległość. – Nie przeciągniesz mnie na swoją stronę. Nigdy, rozumiesz?!

Z mojej piersi wyrwało się ciężkie westchnienie. Czubek purpurowej energii wypływającej z metalowego cylindra opadł w kierunku ziemi. A więc o to chodziło.

– Nie widzisz tego, prawda? – Na moje usta napłynął lekko ironiczny uśmieszek, w którym było chyba widać zbyt wiele niepokoju. Szybko się go pozbyłem. – Sama zatracasz się w Ciemnej Stronie. Ja nie chcę, żebyś została Sithem... a przynajmniej nie w taki sposób. Nie chcę tego.

Arkanianka pokręciła głową.

– Posłuchaj... – zacząłem jeszcze raz.
– Koniec rozmowy, Enor – rzekła spiętym głosem i niespodziewanie wzięła szeroki zamach mieczem świetlnym.

Teraz nie było już czasu na zastanawianie się. Lord Sithów musiał działać.

Zamiast ustawić purpurowe ostrze do obrony, wyłączyłem je, rzuciłem się do przodu i z całej siły pocałowałem Isęę w usta. Kobieta zamarła, sparaliżowana zaskoczeniem i strachem, który przeszył całe jej ciało. Oderwałem swoje usta od jej i spojrzałem jej głęboko w oczy. Teraz już wiedziałem wszystko.

Ona po prostu bała się miłości.

Tym prostym pocałunkiem mogłem rozbić jej determinację, ale nie pokonać strach, który zadomowił się w jej sercu zbyt mocno. Czy w ogóle byłem w stanie go pokonać? Dobre pytanie, bardzo dobre pytanie.

– To nie było takie trudne – powiedziałem cicho, nie wypuszczając jej z objęć.
– Trudne? – powtórzyła szeptem, nie bardzo wiedząc jak się zachować. Oto największy defekt Jedi: nieumiejętność wyrażania emocji. Hasło "nie ma emocji" miało je tamować. Ale to było tylko hasło. Nic więcej.
– Dobrze wiesz, że nie jesteś i właściwie nigdy nie byłaś prawdziwym Jedi. Gdyby było inaczej, czy osiem lat temu bylibyśmy razem? Czy teraz dałabyś się tak łatwo pocałować? Nie, wątpię w to.

Nasze spojrzenia przecięły się. Zrozumiałem, że nie będę jej w stanie przekonać do swoich racji. Strach był jedną z tych rzeczy, których pozbycie się było najtrudniejsze. Isaa potrzebowała czasu, żeby go wygnać ze swojego ciała, o wiele więcej czasu, niż mogłem jej dać. Oczywiście jako Lord Sithów, mogłem nagiąć jej siłę woli, sprawić, że porzuciłaby ścieżkę Jedi i poszła za mną nawet w otchłań piekła. Czułem, że nie musiałbym się specjalnie męczyć, by to osiągnąć. Tyle, że wtedy miłość przeistoczyłaby się w niewolę.

– Nie mogę – szepnęła wreszcie, gwałtownie odsuwając się ode mnie i kierując wzrok gdzieś na bok, na piasek. Miecz świetlny, który cały czas nieświadomie trzymała włączony, zakreślił w powietrzu łagodny łuk i diamentowe ostrze zgasło. Spostrzegłem, choć starała się to ukryć łzy. Jako istota ludzka, pragnąłem do niej podejść, pocieszyć ją i przytulić. Ale jako Lord Sithów i człowiek świadomy tego co się z nią działo, nie mogłem tego uczynić.

To był bowiem moment, w którym musiałem wycofać się, odejść i zostawić Isęę samą z jej słabościami i wątpliwościami. Tylko ona potrafiła je przezwyciężyć i wyjść z walki silniejsza.

Jak mawiał Revan, "teraz lepiej było pozostawić bieg wydarzeń Mocy".

Podszedłem do leżącego na piasku holokronu i podniosłem go do oczu, udając, że sprawdzam, czy urządzenie nie zostało uszkodzone. Wiedziałem, że w końcu przyciągnie to uwagę Arkanianki. Nie myliłem się.

– Co teraz? – spytała cicho, siląc się na zachowanie w głosie obojętności.
– Dokończę to, co zacząłem – odparłem, ruszając powoli w stronę swojego statku. – Choćby to trwało wieczność.
– Chcesz odnaleźć Revana?

Uśmiechnąłem się i zatrzymałem w połowie drogi do frachtowca.

– Tak. Wiesz kim dla mnie był. – Spojrzałem na nią, lecz ona wciąż miała wzrok utkwiony w piasku. – Chcę poznać jego tok myślenia, jego samego. Zrozumieć dlaczego opuścił wszystkich przyjaciół i ukochaną, w pogoni za "prawdziwymi Sithami", jak sam ich nazwał. – Silniej zacisnąłem palce na holokronie. – Jeżeli znajdę tych Sithów, znajdę też i Revana. Brzmi łatwo, prawda?

Arkanianka nie odpowiedziała i ja już także nic nie powiedziałem. Rzuciłem jedynie ostatnie spojrzenie na jej piękną twarz i odwróciłem się.

– Jeszcze się spotkamy. Nawet gdyby miało minąć kolejnych osiem lat.

Nie oglądałem się za siebie.

Ironią całego tego niespodziewanego spotkania było to, że dzięki niemu byłem już w pełni gotowy na opuszczenie znanych obszarów galaktyki. Zostawiłem za sobą ostatni ciężar, rozwiązałem ostatni problem i mogłem stawić czoła nieprzewidywalnym Nieznanym Terytoriom.

Tak jak Revan opuścił Bastilę, tak i ja opuściłem swoją Bastilę. Czy dzięki temu lepiej go rozumiałem? Być może.

Cóż, teraz musiałem jedynie znaleźć "prawdziwych Sithów".

Błahostka.



Czytaj również

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.