» Literatura » Opowiadania » Rycerze Starej Republiki: Lord Sithów – część 1

Rycerze Starej Republiki: Lord Sithów – część 1


wersja do druku
3955 lat przed zniszczeniem Pierwszej Gwiazdy Śmierci.
Ostatni miesiąc Wojny Domowej Sithów.

***


Mówią, że powinienem nienawidzić Jedi. Za to, że kłamali, oszukiwali i zwodzili, nie dając dostępu do potęgi, która znajdowała się na wyciągnięcie ręki. Za zduszanie indywidualizmu, chęci podążania własnymi ścieżkami. Za wkładanie do głów idealistycznych bzdur i przebrzmiałego bełkotu. Za patos, dumę i wywyższanie się. Za słabość, którą pokazywali każdego dnia, w każdej godzinie i minucie.

To wszystko wady, którymi istotnie naznaczeni są Jedi. Ale czy każdy jest doskonały? Czy nie wybaczamy błędów, oczekując na poprawę? Jedi trzymali mnie na uwięzi, ale nie winię ich za to. Ciemna Strona Mocy to wielka potęga, lecz przeznaczona jedynie dla nielicznych, którzy potrafią z niej należycie korzystać. Dla reszty to tylko sposób na zrealizowanie swoich chorych fantazji.

Mówią też, że powinienem wielbić Sithów. Za to, że uwalniają od kłamstwa, obłudy i oszustwa, pokazują i akceptują galaktykę taką jaką naprawdę jest, dając możliwość spełnienia najskrytszych marzeń. Za pokazywanie czym jest prawdziwa wolność i swoboda nieograniczona żadnymi nakazami, czy kodeksami. Za naukę, iż siła wynika z potęgi jednostki, która nikomu nie daje się podporządkować. Za siłę, potęgę i chwałę, o którą walczą każdego dnia, w każdej godzinie i minucie.

Wiele zalet i wiele wspaniałych słów, które je opisują i zdobią. Zawsze pozostają iluzją, która znajduje się poza zasięgiem istot żywych. Sithowie wyrwali mnie z niebytu, ale nie wielbię ich za to. Zbyt często zachowują się jakby byli najjaśniejszymi gwiazdami galaktyki. Nie szanują życia, a zatem i Mocy, bez której byliby niczym.

Wszystko rozchodzi się o emocje. Jedi zabraniają ich odczuwania – ideałem Jedi jest spokojne morze. Sithowie żyją emocjami – ideałem Sithów jest nieposkromiona burza. Ja żyję emocjami i nie potrafię się ich wyrzec. Nawet jeżeli jedna z nich uważana jest za słabość zarówno przez Jedi, jak i Sithów.

Jestem Lordem Sithów, może nawet jednym z najpotężniejszych. Lecz to nie znaczy, że nienawidzę Jedi, a wielbię Sithów. Szkoda, że nie wszyscy to rozumieją.

***


Imperium Sithów należało do Mrocznych Lordów. Na nich opierał się cały system, od ich nieodwołalnych decyzji zależał los państwa i jego obywateli. Tylko oni byli tak silni, by kierować erupcjami nienawiści podwładnych według własnego uznania. Bez nich Imperium Sithów było chaosem, w którym każdy walczył z każdym.

Chaosem była także gra świateł i cieni na gładkich ścianach korytarza wykutego w skalistym płaszczu szczelnie okrywającym jedną z planet w Środkowych Rubieżach. Sama planeta i samo pomieszczenie były nieistotne przy tej niezwykłej grze. Równie dobrze mogłyby nie istnieć, tak jak nie istniały dla dwóch istot, które z niezwykłą zręcznością władały i światłami i cieniami. Tylko światła i cienie liczyły się w konfrontacji Lordów Sithów. Nas dwóch.

Purpurowe ostrze miecza świetlnego nie miało trudności w pokonaniu tkanki skórnej, mięśniowej oraz kostnej. Korytarz rozbrzmiał wrzaskiem, w którym było więcej wściekłości niż bólu. Pomarańczowoskóry Twi’lek w ciemnobłękitnej tunice zatoczył się i z wyrazem zniesmaczenia na twarzy ciężko oparł się o chropowatą ścianę. Jego prawa dłoń leżała tuż obok, z palcami wciąż zaciśniętymi na rękojeści miecza świetlnego.

– Wygrałeś. – Usta Twi’leka naznaczył sardoniczny uśmieszek. – Teraz mnie wykończ.
– To byłoby zbyt proste, nie uważasz?

Ametystowe ostrze zniknęło w srebrzystym cylindrze, w którym przez chwilę odbijało się oblicze niewysokiego czterdziestoletniego człowieka z długimi brązowymi włosami i prostą szatą na sobie, sprawiającą w półmroku wrażenie całkowicie czarnej. Moje własne oblicze. Zabawne, bo w zasadzie wyglądałem jak zwykły człowiek, nie jak Lord Sithów. Przyczepiłem broń do pasa i spojrzałem na rannego.

– Niepotrzebnie tu przyleciałeś, Enor. – Twi’lek wypluł ślinę zmieszaną z krwią i zaśmiał się chrypliwie, zapewne próbując w ten sposób przezwyciężyć paraliżujący ból. – Jedi będą tu lada chwila, więc zostałem zmuszony do zniszczenia wszystkich holokronów. A, wszystkiego innego w sumie też. Wiesz jak to jest.

Skinąłem dwa razy głową, robiąc przy tym lekko skrzywioną minę. Lord mówił prawdę. Niestety.

– Naprawdę chcesz, żebym cię znienawidził.
– Dziękuję, że dostrzegasz moje skromne wysiłki, bracie – prychnął. W jego błękitnych oczach rozbłysły ogniki ciekawości. – Powiedz mi... po co ci ta cała bezwartościowa wiedza, za którą ganiasz przez całe dawne Imperium Sithów?
– Nigdy tego nie zrozumiesz.
– Tak? Cóż, jesteś głupcem... niestety najpotężniejszym głupcem w Imperium – w głosie pokonanego Lorda, prócz pogardy, rozpoznałem też odrobinkę uznania. – Bez trudu dałbyś sobie radę z Sionem i Nihilusem. Mógłbyś zostać nowym Mrocznym Lordem, do cholery! – Pogardę zastąpiła zwykła złość. – Miałbyś nieograniczoną władzę.

– Władza nie jest najważniejsza, mój stary przyjacielu. – Posłałem Twi’lekowi zimny uśmiech przyprawiony szczyptą goryczy. – Ale jak już rzekłem, nigdy tego nie zrozumiesz.
– O, ja to doskonale rozumiem, Enor. Jesteś po prostu tchórzem!
– To się dopiero okaże. Do następnego razu, Lordzie. – Wyciągnąłem przed siebie ramię. Głowa Twi’leka z niespotykaną siłą odskoczyła do tyłu, z trzaskiem uderzając o ścianę. Twi’lek jęknął i bezwładnie rozłożył się na podłodze.
– Pod warunkiem, że Jedi pozwolą ci żyć – dodałem ściszonym głosem, spoglądając na koniec korytarza. Wiedząc o ataku Republiki, powinienem był skierować się na inną planetę. Taką, gdzie nie było żadnych żywych istot, które mogłyby mi pokrzyżować plany. Cóż, czas przeszły. Coś, czego nie da się zmienić.

Skierowałem się do wyjścia, nie zapominając o zabraniu po drodze płaszcza, który mógł mi przeszkadzać w walce. Szybko narzuciłem go na siebie i przyspieszyłem kroku, przez moment gładząc opuszkami palców szorstki, lecz piękny materiał mieniący się odcieniem ciemnego fioletu, który nieuważny obserwator mógłby uznać za pospolitą czerń.

Zanim dotarłem do schodów prowadzących prosto na powierzchnię planety, wyczułem kilka delikatnych dotyków Mocy. Jedi przybyli wcześniej niż powinni i mieli ze sobą sporo towarzystwa, o czym przekonałem się, gdy opuściłem mroczne kazamaty starożytnych Sithów i zadarłem głowę. Wysoko na niebie krzyżowały się nitki laserowego ognia. Imperium nie miało tutaj zbyt wiele sił, toteż wyliczyłem, że za cztery minuty, góra pięć, będzie po walce. A do miasta i portu miałem co najmniej pół godziny.

Trzeba było skierować się na inną planetę...

***


Położone na skraju gór miasto było właściwie niewielką osadą kwadratowych budynków, otaczających ogrodzony murem duży plac, który dumnie nazywano portem. Pośrodku stały dwie maszyny: moja – czarnobiały trójkąt z kulistą kabiną u przodu i wielkimi silnikami z tyłu, oraz republikańska – ciemnobrązowa z pasmami złota po obu stronach kanciastego kadłuba. Pierwsza była zmodyfikowanym lekkim frachtowcem, druga zaś gwiezdnym promem.

Zza swojej zasłony, skały umiejscowionej jakieś pięćdziesiąt metrów od miasta i przynajmniej z dziesięć ponad jego linią, widziałem jedynie wątłe sylwetki człekokształtnych istot zebranych wokół republikańskiego statku. Wyglądało na to, że dopiero wylądował, co oznaczało, że wszyscy żołnierze znajdowali się w jednym miejscu. Szybko opracowałem w głowie plan, za którego realizację natychmiast się zabrałem.

Zakradnięcie się w pobliże lądowiska było błahostką, tak samo jak obserwacja stojących przy wejściu ośmiu żołnierzy Republiki z ukrycia, którym był głęboki cień jakiegoś budynku. Problemy zaczęły się, gdy zaledwie dwóch żołnierzy dało się nabrać na moją sztuczkę z odległym hałasem wywołanym Mocą. Pozostali po prostu zaczęli się czujnie rozglądać dookoła. I w końcu mnie zauważyli.

– Hej ty!

Nie zwracając uwagi na skierowane do mnie okrzyki, z ciężkim westchnieniem wysunąłem się z cienia.

Ciemna Strona Mocy miała to do siebie, że potrzebowała paliwa, źródła, z którego mogła czerpać swą niszczycielską potęgę. Takim paliwem na pewno był strach. Czyjś lub nawet mój, bez znaczenia. W tym momencie mogłem z niego skorzystać. Żołnierze byli zdeterminowani, lecz w obliczu tajemniczego przeciwnika, który ruszył na nich bez broni w dłoniach, dosłownie przesiąkali strachem.

Nienawiść także była świetnym paliwem. Nic tak nie dodawało siły jak prawdziwa ognista nienawiść rozpalająca krew i mięśnie. Skierowana z własnego wnętrza, z najgłębszych zakamarków duszy, tylko czekała, aby uzewnętrznić się w zabójczej i destruktywnej formie.

Skoro zaś nienawiść była w stanie napędzać Ciemną Stronę Mocy, mogły to czynić także zazdrość, chciwość, egoizm, zemsta, pogarda... Sithowie zaiste mieli multum możliwości. Ale właśnie te możliwości ich ograniczały, bowiem nie zmuszały do szukania odmiennych ścieżek, ścieżek dających niekiedy niewyobrażalną potęgę. Kto mając przed sobą prostą drogę, obiera tą, która jest zawiła i pozornie prowadzi do nikąd?

Ja dokonałem takiego wyboru. Moja ścieżka prowadząca do opanowania Ciemnej Strony nie dotykała emocji, choć niewątpliwie mogła. Ja preferowałem podejście bardziej bezpośrednie, oparte na czystej sile woli. To co sugerowałem Mocy, stawało się rzeczywistością.

Bo czyż nie wystarczyło zasugerować jej, że blastery byłyby lepsze bez magazynków, a burza błękitnych piorunów powinna zakończyć swoją krótką wędrówkę w ciałach żołnierzy? Nienawiść, strach, pogarda, zazdrość... wszystkie one doskonale spełniały swoje role, ale wymagały bezsensownego poświęcenia, gdyż działały w obie strony, niszcząc zarówno ciała wrogów, jak i organizmy tych, którzy nadużywali swej potęgi. Młodzieńcy zamieniali się w starców, a starcy w chodzące trupy.

Przechodząc obok sześciu zwłok żołnierzy Republiki, uzmysłowiłem sobie jednak, że w pewien sposób się oszukiwałem. Uważałem, że Moc jest moim sprzymierzeńcem, ale to przecież ja decydowałem w jaki sposób będzie mi ona pomagać. Moja chęć nie była tylko sugestią – była rozkazem.

W ostateczności Moc nie miała woli, nie była bogiem. I choćby w rozumieniu tego prostego faktu Sithowie byli lepsi niż Jedi, a ja byłem jednym z potężniejszych Lordów Sithów.

Siadając za sterami swojej maszyny, uśmiechnąłem się ironicznie. Tak, zdecydowanie miałem w sobie zbyt dużo pychy.

***


Samotny statek kontra flotylla gwiezdnych okrętów. Jeden pilot kontra tysiące przeciwników. Jeden szaleniec kontra cała Galaktyka.

Takie i setki podobnych myśli musiały przelatywać przez głowy żołnierzy Republiki. Ciekawe jak wielu z nich słyszało kiedykolwiek o iluzji? Nawet jeśli któryś słyszał, na pewno żaden nigdy nie widział jej na oczy. Aż do dziś.

Oderwałem mój statek od jego obrazu, który stworzyłem przez Moc i pociągnąłem stery w bok, kierując się prostopadle do dotychczasowego kursu. Utrzymywanie iluzji i jednoczesne ukrywanie mojej maszyny nie było łatwe, ale przy odrobinie koncentracji i wcześniejszym intensywnym ćwiczeniom było możliwe.

Flota Republiki zorientowała się w sytuacji dopiero po minucie, toteż czując zmęczenie, zerwałem iluzję. Skanery i tak odkryłyby moją obecność, a byłem już daleko poza zasięgiem najszybszych myśliwców przeciwnika.

Komputer nawigacyjny zaczął mozolnie obliczać koordynaty skoku w nadprzestrzeń, a ja w tym czasie z zadumą spojrzałem na obraz z kamery rufowej mojego statku. Armada Republiki bez wątpienia przybyła na planetę w ramach "oczyszczania" galaktyki z Sithów po ostatniej wojnie, ale przecież każda armia lub flota poza celem nadrzędnym, miała także cele podrzędne. W tym wypadku z całą pewnością byłem to ja — bo któż inny? Teraz podsuwały mi się na myśl trzy podstawowe pytania: kto, dlaczego i skąd. Kto i skąd dowiedział się o moich zamiarach przylotu na tą planetę? I dlaczego to ja byłem celem? Czyżby ktoś uznał mnie za zbyt potężnego, bądź zbyt niebezpiecznego? Taka zagrywka "na wszelki wypadek"?

"Moc oferuje odpowiedź na każde pytanie", mawiał słusznie Darth Revan.

Sygnał zakończenia kalkulacji skoku zaczął gryźć moje uszy drażniącym buczeniem. Zignorowałem go i skupiłem się na pragnieniu zaspokojenia ciekawości. Oplotłem myślami okręty Republiki i niczym rybak stojący na brzegu jeziora z prymitywną wędką w dłoniach, czekałem na lekkie szarpnięcie. Oczekiwanie nie trwało długo.

Dwa silne znaki od Mocy, jeden naznaczony niebywałą determinacją, drugi zaś dziwną irytacją, jasno dały do zrozumienia, że we flocie jest dwóch Rycerzy Jedi. Aura pierwszej osoby była mi znajoma, ale nawet ja nie potrafiłem z tak wielkiej odległości wyczuć o kogo dokładnie chodziło. W sumie to i tak było nieistotne.

Eskadra republikańskich myśliwców typu Aurek zbliżyła się na niebezpieczny dystans dwóch kilometrów. Sięgnąłem do dźwigni hipernapędu, ale zanim za nią pociągnąłem i gwiazdy w iluminatorze zamieniły się w białe linie, moja sithyjska pycha podkusiła mnie do wysłania w Moc krótkiej myśli, której treść w Basicu można by przedstawić tymi słowami: "Do zobaczenia, Jedi".

***


Tython, Ossus, Dantooine. Ziost, Ashas Ree, Krayiss II. Wszystkie gromadziły wiedzę setek pokoleń. Wszystkie zostały opuszczone przez użytkowników Mocy. Wszystkie zapewne dawno ograbiono z ich skarbów. Były jednak jeszcze miejsca, gdzie starożytna wiedza zachowała się, pomimo żądnych zysku poszukiwaczy artefaktów i przeciwko wszelkim prawdopodobieństwom. Spędziłem wiele tygodni w najdziwniejszych miejscach galaktyki, by poznać ich lokalizację.

Planeta Htiss, jeden ze stu dwudziestu światów starego Imperium Sithów, była dziwna, przerażająca, a zarazem na swój sposób piękna. Mój srebrzystoczarny lekki frachtowiec bez większego oporu zanurzył się w jej atmosferze i po kilku minutach wystrzelił z szarych chmur, zbliżając się do powierzchni, którą gęsto pokrywały ruiny. Były on jedyną pozostałością rasy i kultury Sithów, wybitych przeszło tysiąc lat wcześniej przez Republikę Galaktyczną. Glob był świadkiem jednego z największych masowych mordów w historii – tak świetnie zatuszowanych, że planeta zniknęła z niemal wszystkich astrograficznych map. Ten sam los spotkał też wiele pozostałych światów dawnego Imperium Sithów.

Zbrodnie Republiki mnie jednak nie interesowały. Za to pobliskie pasmo górskie, gdzie pradawni Sithowie wykuli cmentarny wąwóz, bardzo. Manewrując statkiem bez większej wprawy – nie wszyscy użytkownicy Mocy byli świetnymi pilotami, a już na pewno nie ja – zatoczyłem kilka kółek ponad stromymi zboczami kilku szczytów, zanim dostrzegłem charakterystyczne kształty sithyjskiej architektury. Obniżyłem pułap lotu i przeleciałem nad pierwszym szpalerem monumentalnych posągów. Posadziłem lekki frachtowiec w najszerszym miejscu kanionu, pomiędzy kamiennymi schodami prowadzącymi do wykutych w skale grobowców.

Wyszedłem z maszyny, nie oczekując łagodnego klimatu i promiennego słońca łagodnie ogrzewającego moją szatę, stąd też nie zawiodłem się, gdy w twarz uderzył mnie silny podmuch wiatru, a dłonie uszczypnęło mroźne powietrze. Szybko założyłem rękawiczki, zarzuciłem na głowę kaptur i z zaintrygowaniem rozejrzałem się wokoło. Nie miałem zapędów turysty, ani też archeologa. Można mnie było porównać do poszukiwacza artefaktów, gdyż moje oczy prześlizgiwały się po zrujnowanych dziełach sztuki sithyjskiej nie po to, by je podziewać, lecz po to, by znaleźć wskazówkę.

Na Htissie pochowano wielu Lordów Sithów, lecz ja szukałem tylko jednego. I znalazłem go, choć tylko w postaci kamiennej figury, spozierającej chłodnym wzrokiem na wszystkich przybyszów ze szczytu schodów prowadzących do grobowca. Wdrapałem się po stopniach na samą górę i spoglądając przelotnie na ponurą sylwetkę nieżyjącego od dawna władcy starożytnych Sithów, dotknąłem dłonią potężnej płyty, broniącej dostępu do wnętrza nekropolii.

Purpurowa energia wysunęła się z rękojeści miecza świetlnego i z buczeniem wtopiła się w skalny blok.



Czytaj również

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.