» Artykuły » Inne artykuły » Rozmowa o wyobraźni #6 - Okaleczony bóg

Rozmowa o wyobraźni #6 - Okaleczony bóg


wersja do druku

Zamykając Księgę Poległych

Autor: Redakcja: Tomasz 'earl' Koziełło

Rozmowa o wyobraźni #6 - Okaleczony bóg
Podróż Przybocznej Tavore i ostatniej wielkiej malazańskiej armii dobiega końca. Łowcy Kości i ich sojusznicy są coraz bliżej celu, jakim jest znajdujące się w Kolanse serce Okaleczonego Boga, niegdyś wroga, dziś ofiary bezlitosnych Forkrul Assailów, którzy mają zamiar wykorzystać jego moc do zniszczenia ludzkości, by móc zacząć od nowa zasiedlać świat. W rozgrywce uczestniczą też inni: nieumarli Imassowie, jaszczuropodobni K'Chain Che'malle, Shake'owie broniący się przez atakiem Dzieci Światła, Pradawni Bogowie, Władca Talii oraz Otaralowa Smoczyca, której dotyk przynosi śmierć magii. Ostateczna Konwergencja, która zaważy o losach świata jest coraz bliżej.

____________________________


Tomasz Lisek: Aż szkoda mi pisać te słowa – wraz z premierą Okaleczonego boga dobiegła końca Malazańska Księga Poległych, pisana przez ponad dziesięć lat historia o żołnierzach, herosach i bogach. Nie ulega wątpliwości, że oczekiwania względem zamknięcia cyklu były olbrzymie, ale, moim zdaniem, Stevenowi Eriksonowi udało się je spełnić. Oczywiście, powieść nie jest idealna, ale jest tak bliska ideału, jak to tylko możliwe.

Maja Białkowska: Na Okaleczonego Boga czekałam z ogromną niecierpliwością i bardzo mieszanymi uczuciami. Z jednej strony chciałam się bowiem przekonać, jak Erikson zakończy swój monumentalny epos, w którym tak wiele wątków pozostało do zamknięcia, a chyba jeszcze więcej do wyjaśnienia, a z drugiej – czułam smutek, iż to już koniec i przyjdzie się rozstać z ulubionymi bohaterami. A gdy przystąpiłam do lektury, z każdą kolejną stroną przekonywałam się, iż pisarz ów finał zaplanował z zegarmistrzowską wręcz precyzją i na skalę chyba do tej pory w [/i]fantasy[/i] niespotykaną. Uzupełniając obraz, jaki do tej pory wykreował, w sposób poruszający i momentami zaskakujący.

TL: Wzruszeń i niespodzianek jest tu faktycznie co niemiara. Czytelnik przez większość lektury ma w głowie przybliżony obraz tego, co się wydarzy, ale autor raz po raz udowadnia, że pod względem opowiadania skomplikowanych, pełnych rozmachu historii nie ma sobie równych, i wielokrotnie zmusza do przetarcia oczu z zaskoczenia. Nie łudźcie się jednak, że są to niespodzianki wyłącznie pozytywne. Cechą charakterystyczną prozy Eriksona jest, ostatecznie nigdy nie znikający z kart powieści, tragizm, którym przesycona jest cała seria, przez co niektórzy recenzenci oskarżają pisarza o przesadzenie z pesymizmem i nihilizmem wśród bohaterów. Okaleczony Bóg udowadnia za to, że jest to interpretacja fałszywa, bo choć świat jest ponury i okrutny, to zakończenie daje też coś nieczęsto oglądanego w poprzednich tomach – nadzieję.

MB: I to w dawce do tej pory na kartach jego powieści niespotykanej. Takie pozytywne – oczywiście na eriksonowską miarę – rozwiązanie większości z wątków było chyba dla mnie największą niespodzianką, gdyż spodziewałam się iście apokaliptycznego finału, niosącego zagładę wykreowanemu przez pisarza uniwersum. I rzeczywiście: nie zabrakło epickiego rozmachu, ponieważ niemalże cały Okaleczony Bóg to batalistyka. Autor przeskakuje od jednej bitwy do drugiej i kolejnej, a każda z nich ma kluczowe znaczenia dla fabuły, zaś krótkie momenty oddechu pomiędzy starciami również obfitują w emocje, które miast rozładować napięcie jeszcze bardziej je podsycają. Ale, pomimo, iż trup ściele się gęsto, i to także pośród bohaterów pierwszoplanowych, to jednak najważniejsi z nich przeżywają. Tak, jakby Erikson składał ukłon w stronę wielbicieli Malazu i nie dość, że w finale wprowadził na scenę większość ich ulubieńców, to na dodatek w taki sposób zamknął ich historie, by czytelników w miarę usatysfakcjonować. Tradycyjnie jednak – do samego końca nie dawszy odpowiedzi na wszystkie pytania, pozostawiając wiele spraw w sferze aluzyjnych niedopowiedzeń.

TL: To prawda, co niektórych czytelników może to zirytować – choć poznajemy odpowiedzi na najważniejsze pytania, to pewne sprawy wciąż pozostają zagadką, jak na przykład prawdziwe tożsamości panów X i Y. Oczywiście, kwestie te nie są kluczowe dla rozumienia fabuły, i prawdopodobnie odpowiedzi zostaną ujawnione w którejś w następnych powieści Eriksona, ale nie liczcie na to, że wszystkie wątki bez wyjątku zostaną zakończone. Trochę inaczej sprawa ma się z końcowymi losami bohaterów – niektóre z nich znamy w przybliżeniu, a o niektórych wiemy tylko tyle, że żyją i mają się dobrze, ale co z nimi dalej będzie, pozostaje słodką tajemnicą Kanadyjczyka. Oczywiście, pozostaje to w zgodzie z filozofią opowiadania historii autora – tak jak opowieść bynajmniej nie rozpoczęła się w Ogrodach księżyca, tak i nie kończy się definitywnie w Okaleczonym Bogu: chociaż wątki najważniejsze zostały zamknięte, to kto wie, co jeszcze czeka bohaterów?

MB: Erikson przedstawia wszak zaledwie wąski wycinek monumentalnej historii – spis czynów (z przewagą tych zdecydowanie mało chwalebnych) swych bohaterów. W Okaleczonym Bogu wielokrotnie przewija się to, niczym refren, w sposób mniej lub bardziej zawoalowany – konieczność przekazania potomnym opowieści o ludziach walczących w imię nie swojego przecież boga, którą trzeba utrwalić, by nie popadła w zapomnienie. Pisarz ukazuje w ten sposób mechanizm rodzenia się legendy, kiedy proste, a nawet trywialne fakty przekuwane są w spiżowe pomniki, które odzwierciadlają raczej pragnienia i wizje tych, co je tworzyli, niźli rzeczywistość. A ta jest surowa i okrutna. Niemalże od pierwszej strony powieści czytelnik rzucony jest w wir wydarzeń, które maja zadecydować o losach świata. Na dodatek sam początek stanowi szarpiące nerwy preludium, Erikson trzyma nas w niepewności nie podając od razu wyniku bitwy Łowców Kości z Nah’ruk, która rozegrała się w finale Pyłu snów, lecz przenosząc się z jednego miejsca w kolejne przedstawia między innymi knowania Tronu Cienia i Kotyliona, plany bogów i Eleintów, poczynania Ganoesa Parana i niedobitków Gildii Trygalle… A czyni to w charakterystyczny dla siebie sposób – wprowadzając wstępnie więcej zamętu, niż wyjaśniając, przechodząc płynnie od filozoficznych wywodów do scen ostrej akcji, patos równoważąc zjadliwą ironią.

TL: I choć czytamy ostatnią powieść cyklu, wielki finał, to wciąż ponad połowę książki zajmuje opis podróży Łowców Kości i ich sprzymierzeńców, tak więc nie liczcie na nieprzerwaną akcję przez tysiąc stron. Dobrze zatem, że podobne spowolnienie akcji nijak nie przeszkadza w czerpaniu radości z lektury, bo każdy rozdział wnosi nowe fakty do skomplikowanej układanki jaką jest fabuła, lub poszerza naszą wiedzę na temat bohaterów. Sporą część zajmuje opis podróży Malazańczyków przez uznawaną za niemożliwą do przebycia Szklaną Pustynię, i są to moim zdaniem najlepsze rozdziały "podróżne" w całej serii – Eriksonowi świetnie udało się nakreślić rosnącą desperację i zanik nadziei wśród bohaterów, a czytając o kolejnych dniach po wyczerpaniu zapasów wody po pewnym czasie i czytelnikowi udziela się pragnienie. Oczywiście przesadzam, ale nie zmienia to faktu, iż dopiero w tym momencie naprawdę docenia się postaci stworzone przez autora – może i nieskomplikowane charakterologicznie, ale bogate w determinację, lojalność i zwykłą ludzką godność.

MB: Ale owa pustynna wędrówka obfituje w emocje, momentami nawet większe niźli sceny batalistyczne. A z Twoim zdaniem o nieskomplikowaniu postaci polemizowałabym – Erikson potrafi za pomocą kilku jeno cech nakreślić charaktery tak wyraziste, tak, rzec można, pełnokrwiste, iż na pewno nie nazwałabym ich "prostymi". A w Okaleczonym Bogu dodaje do tych już znanych charakterystyk nowe elementy – zarówno w przypadku bohaterów pierwszoplanowych, jak i tych pojawiających się na kartach powieści jedynie na krótko. Bardzo ciekawym zabiegiem jest wprowadzenie migawkowych scen z dzieciństwa żołnierzy zasilających szeregi Łowców Kości, które czynią ich bardziej ludzkimi i bliższymi sercu czytelnika. Zresztą motyw dzieci to kolejny element, który w powieści odgrywa znaczącą role. Zarówno jako powód do filozoficznych rozważań, jak i dramatyczny akcent – to za nie i dla nich wszyscy walczą, są one przyszłością i nadzieją. Tę ideę pisarz mocno skontrastował z wizją ukazującą dziecięcych bohaterów, którzy potrafią być bardziej okrutni i bezwzględni, niźli zaprawiani w bojach wojownicy. Dzieci o tak wypaczonej psychice, iż wręcz nieludzkie.
Pierwszy tom skupia się jednak nie tylko na przemierzaniu przez wycieńczone do cna oddziały Przybocznej Tavore Szklanej Pustyni. Erikson kontrapunktuje je opisem dramatycznej walki toczonej na Brzegu przez Shake’ów i ich sprzymierzeńców z Tiste Liosan. I tu krwawe zmagania również dają asumpt do stawiania przez autora egzystencjalnych pytań o sens bitew i ich cel, gdy bohaterowie walczą przepełnieni pragnieniem powrotu do domu. Jakże wiele odcieni i znaczeń w powieści ma to proste z pozoru słowo…

TL: Wątek Shake'ów budzi we mnie dość mieszane uczucia. Z jednej strony jest świetny – pełne akcji rozdziały poświęcone obronie Kharkanas stanowią dobrą odskocznię od przeprawiania się przez pustynię, a autor po raz kolejny doskonale opisał emocje zmęczonych walką żołnierzy, którzy już tylko czekają na godną śmierć. Z drugiej strony, cała ta linia fabularna wydała mi się zbyt oderwana od głównego wątku – ot, jedno-dwa zdania o sojuszu między Assailami a Liosan, i to by było na tyle. Przy niewielkim nakładzie pracy ze strony Eriksona rozdziały te można by usunąć z Okaleczonego Boga i wydać jako oddzielną książkę. Zirytował mnie również nieprawdopodobny zbieg okoliczności występujący jako podstawa całego wątku – Brzeg był opustoszały przez całe tysiąclecia, a Liosan próbują je zająć akurat wtedy, gdy pierwszy raz od niepamiętnych czasów znajdują się w nim mieszkańcy? Konwergencja konwergencją, ale przydałoby się lepsze uzasadnienie. Nie twierdzę bynajmniej, że historia o Shake'ach jest kiepska – jest bardzo dobra, ale mogłaby być jeszcze lepsza.

MB: Erikson wprowadził wątek Shake’ów dość nagle – dopiero w Pyle Snów – i od samego początku był on ujęty w formie dość chaotycznej: garść faktów, mnóstwo niedomówień plus ogromne pokłady emocji. I może na skutek owej " nowości" nie potrafiłam wczuć się w niego tak dobrze, jak w losy armii Tavore. Postacie, które się w nim pojawiają, również nie poruszyły mnie tak głęboko, jak "stara ekipa": są skonstruowane ciekawie, lecz na tle pozostałych eriksonowskich bohaterów wypadają raczej blado. Chyba zabrakło mi w nich wielowymiarowości, wszystkie naszkicowane zostały niezwykle wyrazistą, lecz zdecydowanie tragiczną kreską (może oprócz duetu Zwięzłej i Treściwej). Czy jednak wydarzenia toczące się na Brzegu dało by się przeistoczyć w samodzielną powieść? Nie jestem pewna, chyba jednak bez dodania sporej partii tekstu by się nie obyło – kwestia objętości. A takie sztuczne rozdmuchanie materiału mogłoby sprawić, iż fabuła utraciłaby swój największy walor, czyli powalający wręcz dramatyzm. Lecz drugiej strony – Erikson mógłby wówczas pokusić się o dopracowanie pewnych szczegółów, gdyż rzeczywiście walka pod Światłospadem wprowadzona jest nieco na zasadzie deus ex machina. Ale również i inne wątki w Okaleczonym Bogu są dość zaskakujące i miast stanowić ewolucję linii fabularnej z wcześniejszych części Malazańskiej Księgi Poległych zaprzeczają pewnym dotychczas konsekwentnie przez autora serwowanym faktom. Najbardziej wyraźne jest to w odniesieniu do samego Kaminsoda, który wcześniej kreowany był jako postać zdecydowanie negatywna, by nie rzec wręcz – główny szwarccharakter i wydawało się, iż celem Łowców Kości będzie jego unicestwienie, a teraz staje się – może nie bohaterem pozytywnym, lecz na pewno zdecydowanie niejednoznacznym, podobnie zresztą jak i Otaralowa Smoczyca.

TL: Nie zgodzę się z tym – choć Przykuty był antagonistą przez większość serii, to w fabułach wcześniejszych tomów da się znaleźć aluzje co do tego, że nie jest jednowymiarowym czarnych charakterem, nie wspominając już o tym, że de facto to on jest w tym konflikcie ofiarą bogów żerujących na jego mocy. Podsumowując fakty na jego temat, otrzymujemy postać zdecydowanie tragiczną – podobnie jak Otaralowa Smoczyca, o której z kolei nie wiedzieliśmy niemal nic aż do premiery tego tomu, a która zupełnie niespodziewania okazała się być bohaterką równie pokrzywdzoną przez los jak Kaminsod. Sposób rozwinięcia tych wątków jest może zaskakujący, ale ma swoje uzasadnienie, i czytając wcześniejsze powieści można odkryć tony wskazówek co do późniejszego przebiegu fabuły, za co Eriksonowi należą się gromkie brawa. W przeciwieństwie do twórców LOSTa, Miasteczka Twin Peaks czy chociażby Mass Effect 3 widać, iż od samego początku miał zaplanowaną fabułę. Jeśli coś mnie zaskoczyło, to rozmach końcowych rozdziałów – nie trzeba chyba wspominać, iż było to zaskoczenie pozytywne. Pod względem emocji, które wywołuje lektura końcowej bitwy, rozgrywającej się w kilku miejscach naraz, gdy bohaterowie padają jeden po drugim, walcząc za nieswoją sprawę, może się równać tylko występujące we Wspomnieniu lodu oblężenie Koralu – i to nie tylko w odniesieniu do serii, ale, moim zdaniem, do całego fantasy, które ukazało się w ciągu ostatniej dekady.

MB: Jednak aluzje dotyczące prawdziwej roli Przykutego pojawiały się bardzo sporadycznie, do tej pory Erikson dostarczał na ten temat jeno strzępków informacji, i to przemycanych w wątkach pobocznych (o tym, iż jest ofiarą knowań bogów i jego ataki są jeno formą samoobrony można było wywnioskować na podstawie rozmowy Kotyliona i Chodzącego Po Krawędzi, toczącej się w Łowcach Kości), lecz, summa summarum, jego charakterystyka malowała się w zdecydowanie czarnych barwach. W ostatnim tomie cyklu zmienia się to zdecydowanie. I tak naprawdę nie wiemy, na ile miała na to wpływ rzeczywiście od początku do końca zaplanowana wizja pisarza, a na ile obraz ów ewoluował trakcie konstruowania finału opowieści. Okaleczony Bóg to wielce złożona układanka, pełna odniesień do faktów, które miały miejsce w całym cyklu, dlatego też jego lekturę powinno się poprzedzić przypomnieniem sobie wszystkich poprzednich części, a w jej trakcie sięgać do wcześniejszych tomów gwoli wyjaśniania rozlicznych zawiłości. Zaś finał powieści rzeczywiście wgniata w fotel. Walka na wielu frontach z pozornie niezwyciężonymi siłami Forkrull Assailów (którzy awansowali do rangi głównego przeciwnika), tytaniczne wręcz zmagania będące efektem z zegarmistrzowską precyzja skonstruowanego planu Tavore nie pozwalają na chwilę oddechu. I znów Erikson udowodnił, iż jest mistrzem pióra, potrafiąc idealnie grać na emocjach. Kiedy sięgają one zenitu, krótką i celną, często wielce zjadliwą uwagą sprawia, iż napięcie zostaje chwilowo rozładowane – aż do momentu kolejnej kulminacji, która następuje bardzo szybko. Na tle tej rozpisanej na kilkaset stron bitwy część pozostałych wątków wydaje się być minimalnie mniej dopracowanych, jak chociażby porachunki Draconusa z pradawnymi Bogami, czy też poszukiwania Icariuma prowadzone przez Mappo.

TL: O tak – powieści z Malazańskiej... zawsze słynęły z doskonałych, trzymających w napięciu i pełnych emocji finałów, i nie inaczej jest tutaj. Kulminacyjne rozdziały cyklu zrobiły na mnie tak ogromne wrażenie, że wszelkie mniej dopracowane wątki zostały po prostu przyćmione, przez co nie stanowią dla mnie wielkiego problemu. Pomijając kwestię Draconusa, pozostałe problematyczne wątki zostały zakończone zgodnie z duchem serii – w sposób nie tyle satysfakcjonujący czytelnika, co pasujący do konkretnych postaci, czasem nutą optymizmu, czasem podkreślając tragizm danego bohatera. Jeśli czegoś mi naprawdę zabrakło, to dłuższego epilogu, ale i ten w obecnej postaci odpowiednio zamyka serię. Jak już wspomniałem, historia tak naprawdę się nie kończy, i można przypuszczać, co będzie się działo dalej.

MB: A mnie właśnie taki krótki i treściwy epilog w pełni usatysfakcjonował, stanowiąc idealne, moim zdaniem, zamknięcie opowiadanej przez Eriksona historii. Zbyt rozwlekłe potraktowanie dalszych losów wszystkich dramatis personae wiązało by się z ryzykiem rozmycia efektu, jaki wywołał finał powieści – takim prozatorskim odpowiednikiem wylania kubła zimnej wody na dopiero co rozpalone finałową batalią głowy czytelników. A w wersji skondensowanej – nie one dominują, tylko stanowią uzupełnienie dotychczasowej wiedzy. Bardzo mi się podobał sposób, w jaki pisarz zamknął wątki romantyczne – wcześniej partie tekstu poświęcone sercowym rozterkom bohaterów były zdecydowanie najsłabszym ogniwem jego cyklu, teraz zaś stanowią mocny akord.

TL: Okaleczony Bóg udowadnia, czemu Erikson zasługuje na bycie w ścisłej czołówce tworzących obecnie autorów fantasy – zakończenie Malazańskiej... łączy niemal wszystkie istotne wątki, odpowiada na większość pytań i zamyka pewien etap opowieści o bohaterach, z którymi spędziliśmy tysiące stron. Pojawiają się zarówno zalety, jak i wady typowe dla twórczości Kanadyjczyka, ale tych drugich jest tak niewiele, że nie wpływają w znaczący sposób na doznania płynące z lektury – choć jednocześnie nie pozwalają na nazwanie powieści idealną, choć jest jej do tego naprawdę blisko. Powiem szczerze – chyba jeszcze żadna książka nie wywołała we mnie takich emocji jak właśnie Okaleczony Bóg, i choćby za to seria pozostaje u mnie na pierwszym miejscu w osobistym rankingu ulubionych cykli fantasy. Malazańska Księga Poległych została zamknięta w wielkim stylu.

MB: Całkowicie zgadzam się z Twoją oceną – zaiste finis coronat opus!



Czytaj również

Komentarze


~aradiel

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
A mnie osobiście koniec rozczarował. Dwa tomy, bo w Pyle snów Erikson wyłącznie rozstawiał figury na szachownicy, tylko po to by uraczyć czytelnika zdecydowanie za długą opowieścią o podróży przez pustynię, nic nie wnoszącą masakrą nad Światłospadem (teatr jednego aktora), i absolutnie jałowym wątkiem o dzieciakach uciekających z domu. Żaden z głównych wątków nie doczekał się zamknięcia na miarę śmierci Anomandera Rake i Matki Ciemności. Podobnie nie przekonuje mnie wolta z Okaleczonym, który nagle staje się tym dobrym. Narracji nie służy też nagromadzenie bohaterów. Niby - co podkreślili Autorzy powyższej pogadanki - jest to ukłon w stronę czytelników, ale skąd wziął się Paran, dlaczego zginął Zrzęda, Fener, po co wspominać o Mappo i Icariumie... Może się czepiam, ale chyba zabrakło umiaru. Reasumując, nie tego się spodziewałem po Eriksonie.
21-06-2012 23:37

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.