string(15) ""
» Blog » Rozdział 8
18-10-2011 18:21

Rozdział 8

W działach: Mroczne przebudzenie | Odsłony: 6

Przypominam, że z racji na treść zawierającą wulgaryzmy, brutalność, nawiązanie do alkoholu, a możliwe, że i elementy seksu, czy środków odurzających, tekst ten skierowany jest do czytelników PEŁNOLETNICH

 

Rozdział I

 

.

.

.

 

Rozdział VII

 

Rozdział VIII

 

- Stój, poczekaj. – Krzyknąłem ruszając za nią. – Nie zrobię ci krzywdy.

Dobiegała właśnie, ku mojemu zdziwieniu do lady recepcji, a nie do wyjścia, czy schodów, gdy usłyszała moje słowa. Zatrzymała się i pomału, drżąc wyraźnie, odwróciła w moją stronę. Ostentacyjnie opuściłem lufy i uniosłem drugą, otwarta dłoń.

- K...kim jesteś? – Spytała. Miała bardzo przyjemny ton głosu, choć wyraźnie wyczuwalny strach psuł go trochę.

- Rozbitkiem, najwyraźniej tak jak i ty. – Odparłem, uśmiechając się lekko. – Nazywam się Mieczysław Ziarnowski. A ty?

- Julia. – Odpowiedziała odwracając się całkiem w moją stronę, jakby troszkę się uspokajając. – Julia Opolik.

- Cóż, powiedziałbym, że miło cię poznać, Julio, ale w tych okolicznościach byłoby to dziwne.

- Skąd się tu wziąłeś?

- Wyczołgałem się z rozbitego samochodu, parę godzin temu. Od tamtej pory próbuje znaleźć innych żywych ludzi, ale jesteś pierwszą, którą spotkałem. Jest nas tu więcej?

- Nas? – Spytała zaskoczona i dostrzegłem jak ponownie ogarnia ją strach. – Nie. Nie! Od kiedy on próbował...a oni wszyscy zginęli...na moim oczach. Jestem...jestem...

Zatoczyła się do tyłu, pod naporem emocji związanych ze świeżą ciągle traumą. Odruchowo ruszyłem w jej kierunku, mimo że z powodu odległości i tak nic bym nie zdziałał. A widok uzbrojonego, obcego faceta skaczącego w twoja stronę chyba nikogo jeszcze nie podniósł na duchu. Patrząc jak łapie się lady, aby nie upaść, zacząłem się zastanawiać, czy nie miałem szczęścia przesypiając to co się tu działo.

Julia oddychając szybko, uniosła dłoń, aby mnie zatrzymać. Zrobiła to szybkim, wyuczonym gestem. Chyba przywykła do posłuchu. Uznałem, że to nawet dobrze iż ma takie odruchy, bo wskazywały na silny charakter. Łatwiej jej będzie dojść do siebie.

- Przepraszam. – Powiedziała przez ściśnięte gardło. – To od..od nadmiaru wrażeń. Proszę, czy...czy możemy usiąść?

Skinąłem głową i wycofałem się do skórzanych foteli i sofy, które ustawiono niedaleko schodów. Zdejmując plecak opadłem wygodnie na szerokie, miękkie siedzisko. Ołowiane zmęczenie kolejny raz rozlało się po moich nogach.

Opolik przycupnęła na sofie centralnie po drugiej stronie niskiego stolika z gazetami. Spoglądała na mnie trwożnie. Chcąc ją dodatkowo uspokoić, odłożyłem strzelbę na oparcie swojego fotela. Nadal miałem ją na podorędziu, ale to co innego niż trzymać broń w ręku. Zwłaszcza jeśli ktoś się na tym nie znał.

- Lepiej? – Spytałem.

- Tak. – Odpowiedziała. Uśmiechnęła się przy tym lekko. Miała przyjemny uśmiech. W ogóle była atrakcyjna, czego nie umniejszała ani rozczochrana fryzura farbowanych na rudno włosów, ani siniak pod okiem czy brak makijażu. Zmarszczki wokół ust i oczu nie były przesadnie widoczne i, przynajmniej mi, nie przeszkadzały.

Chyba odgadła o czym pomyślałem, bo zawierciła się na sofie i pociągnęła mocniej dół spódnicy, chcąc zakryć jak najwięcej.

Zrobiło mi się głupio.

- Przepraszam. – Bąknąłem tylko, spoglądając w bok. Nic nie odpowiedziała i na moment zapadło niezręczne milczenie. „Też kurde coś” pomyślałem sobie „świat został spuszczony w klopie, a ja odruchowo próbuje zajrzeć jej pod spódniczkę”. Pokręciłem tylko głowa, jeszcze bardziej zażenowany. Wtedy zauważyłem, że Julia spogląda na mój plecak. Sam też na niego popatrzyłem, ale wyglądał tak jak wyglądał.

- Coś nie tak? – Spytałem podnosząc ponownie na nią wzrok.

- Nie, nie. Chciałam tylko spytać...znaczy poprosić... –Zmieszała się wyraźnie, patrząc po swoich stopach, jakby w nich szukając odwagi albo odpowiednich słów. W końcu zebrała się w sobie i spoglądając mi w oczy spytała.

- Masz może, coś do jedzenia?

Zrobiło mi się jeszcze bardziej głupio, choć do końca nie wiem czemu. Szybko podniosłem plecak i zacząłem go otwierać.

- Oczywiście. – Odpowiedziałem wyjmując pierwszą z brzegu puszkę i karton soku. Otworzyłem jedno i drugie i położyłem na stole przed nią. Zgarnęła je błyskawicznie i zaczęła jeść palcami, zanim zdążyłem podać jej niezbędnik. Musiała być naprawdę głodna. Wyjąłem jeszcze dwa batony. Jednego położyłem przed nią, drugiego sam odwinąłem i zacząłem pogryzać.

Nie przeszkadzałem jej gdy jadła, zresztą sądząc po tempie w jakim to robiła nie sądziłem abym musiał długo czekać. Już po paru minutach puszka była pusta, Julia zaś popiła i zabrała się z batona.

- Dziękuje. – Powiedziała przełknąwszy ostatni kęs i uśmiechnęła się, tym razem już w pełni. Miała naprawdę ładny uśmiech. Szybko jednak spoważniała.

- Przyszedłeś z zewnątrz. Jak tam teraz jest?

- Nie wiesz? – Spytałem naprawdę zdziwiony. Pokręciła szybko głową.

- Całą noc i cały dzień siedziałam u siebie w pokoju. Gdyby nie głód w ogóle bym nie wyszła.

Skinąłem głową. Przez moment dobierałem słowa. Ile z tego co widziałem jej powiedzieć? Czy wszystko? Gdy teraz o tym myślałem, wydawało mi się to niedorzeczne. Zmarli przecież nie wstają. Rzuciłem jednak okiem na pusty hol. Nie, hotele też nie stoją otworem gdy niema pracowników.

- Jak w horrorze. – Odezwałem się w końcu, podejmując decyzję. – Przez mgłę nie mogłem dojrzeć zbyt wiele, ale chyba całe miasto jest wymarłe. Wszystkie budynki są wygaszone, działają tylko latarnie uliczne, a i to nie wszystkie. Właśnie fakt, że tu pali się światło skłonił mnie aby tu przyjść.

Słysząc to spojrzała zdziwiona na pseudokryształowy żyrandol nad naszymi głowami.

- Nie wiem kto je zapalił. – Powiedziała marszcząc brwi. – Chyba ten kelner zanim...zanim...

Zamilkła, zasłaniając usta dłonią. Zauważyłem też, że ponownie zadrżała. Zaciekawiło mnie to. Czy chodziło jej o tego trupa pod szafką? A jeśli tak to czy ona wbiła mu między żebra ten nóż? Nie miałem na to jeszcze dowodów, ale widząc jej stan nie chciałem naciskać. Jeszcze nie.

- Jak wspomniałem jesteś pierwszą żywą osobą, którą spotkałem. Niestety, z tego co widziałem wielu ludzi nie żyje. Niektórzy zginęli w wypadkach samochodowych, które nie wiedzieć czemu przelały się po mieście. Sam brałem w takim udział, ale w ogóle go nie pamiętam.

Julia skinęła głową, jakby tego się domyślając.

- A inni? Jak zginęli. – Spytała szybko, nim zdążyłem zadać swoje pytanie. Odetchnąłem głębiej, krzywiąc się lekko. To był jeszcze cięższy temat.

- Zostali zamordowani. – Odparłem szczerze. – Nie wiem przez kogo. Niektórzy chyb wpadli w ręce jakiegoś gangu wariatów, który ich torturował. Inni wyglądali jakby zginęli w walce.

- Ilu? – Zapytała głuchym głosem, nie patrząc mi w oczy.

- Dużo. – Rzuciłem cicho. Zadrżała ponownie i o nic już nie spytała. Po chwili milczenia, uznałem, że teraz moja kolej.

- Julio. Kiedy obudziłem się we wraku swojego samochodu odkryłem, że wszystko szlak trafił. Niczego nie rozumiem, wszystko mnie ominęło. Wiem, że może to być trudne, ale proszę...opowiedz mi co się tu stało.

Podniosła na mnie wzrok i w jej zielonych oczach dostrzegłem strach. Sięgnęła ponownie po sok i upiła spory łyk. Pewnie zaschło jej w ustach. Albo chciała mieć więcej czasu na zebranie słów.

- Wszystko zaczęło się przedwczoraj, wczesną nocą. – Odezwała się w końcu. – Słońce już zaszło, dlatego zdziwiłam się, gdy nagle wszystko zlała jasność. Widziałam ją tylko przez sekundę. Była oślepiająca, zimna i z takim dziwnym łososiowo-lila pobłyskiem. Potem musiałam stracić przytomność, bo ocknęłam na podłodze. Widzisz, przyjechałam tu wczesnym wieczorem, na zjazd integracyjny mojego banku.

Ugryzłem się w język aby nie wycedzić komentarza na temat takich zjazdów. Po tym jak moja narzeczona pojechała na swój, to wybiłem dwa zęby jej szefowi z którym doprawiła mi rogi. Zaraz po tym kazałem jej wypierdalać.

Odgoniwszy od siebie te wspomnienia ponownie skupiłem się na Julii.

- Z korytarza dobiegał odgłos szamotaniny, krzyki i jęki. Gdy otworzyłam drzwi zobaczyłam ciało mojej sekretarki. Ktoś poderżną jej gardło... – Głos się jej załamał i przerwała na chwilę. Nie poganiałem jej. Pociągnęła kolejnego łyka i odetchnęła nim wznowiła opowieść.

- Gdy mimo to wyjrzałam na zewnątrz, w końcu korytarza Henryk, nasz specjalista od kontaktów z firmami gwałcił jakąś dziewczynę. Gdy go uderzyła, wbił jej nóż w pierś, ale...nie przerwał... nawet na chwilę. Wtedy...wtedy zamknęłam się szczelnie w swoim pokoju. Pobiegłam do telefonu, ale linia była głucha a moja komórka nie działała. Wyjrzałam na balkon i... – Znów się napiła, robiła to coraz bardziej nerwowo. – I zobaczyłam wiele słupów ognia, w tym jeden wielki z drugiej strony rynku. To...to wyglądało jak scena z jakiegoś filmu wojennego, albo katastroficznego. Ludzie biegli po ulicach. Niektórzy się bili, jeszcze inni po prostu chcieli uciec od tych co próbowali ich zabijać. Wyglądało jakby niektórych opanowało szaleństwo.

- Może po prostu skorzystali z okazji, z zamieszania? – Zaproponowałem, choć sam nie byłem do tego przekonany. – Albo sami je wywołali?

- Jak?

- N..nie wiem. Nie mam pojęcia. – Przyznałem niechętnie. Uśmiechnęła się kwaśnym uśmiechem i pokręciła głową.

- Nie sądzę...widzisz, ja znałam Henryka od ponad dziesięciu lat. To był cichy i spokojny facet, ustatkowany. Miał żonę i dwójkę dzieci. To nie jest ktoś kto korzysta ot tak sobie z zamieszania. W ogóle nie ktoś kto gwałci i morduje i gwałci dalej! – Prawie krzyknęła, uderzając pięściami w sofę.

Pokiwałem głową w równej części przekonany jak i chcąc ją uspokoić. Ostatnie czego potrzeba mi teraz to się z nią pokłócić. Była najlepszą szansą na zrozumienie co się tu dzieje, jaką miałem. Nawet jeśli jej własny obraz był nie pełny, to może razem uda nam się coś złożyć.

Odetchnąwszy głębiej, Julia znów podniosła na mnie wzrok.

- Dalej jest tylko gorzej. – Uprzedziła. – Stałam tak przez chwilę, na tym balkonie, sparaliżowana tym widokiem. Wtedy ktoś, chyba jakaś kobieta została wyrzucona z piętra nade mną i przeleciała mi tuż przed nosem. Ale nim uderzyła o ziemię...

Przerwała, wyraźnie tracąc pewność sobie. Spojrzała mi w oczy, uśmiechając się, z zakłopotaniem.

- Nie... nieważne. Coś mi się musiało przewidzieć, pewnie z szoku.

- Nie, nie, opowiedz. Proszę, ja muszę wiedzieć. – Poprosiłem, choć poczułem jak włosy stają mi dęba. Opolik odwróciła wzrok, widać nadal niepewna. Widziałem, że drży. Przypomniawszy sobie o czymś, znów sięgnąłem do plecaka. Gmerałem w nim chwilę nim to odnalazłem.

- Może to pomoże? – Spytałem wyjmując alkohol. Oczy jej zabłysły i pokiwała głową. Po tym co powiedziała, nie dziwiłem się jej, a to przecież ciągle nie było wszystko. Podałem jej butelkę. Nie przejmowała się brakiem kieliszka. Prosto z gwinta pociągnęła solidnego łyka. Zakrztusiła się lekko, ale nic nie wylała. Podziękowała mi skinieniem głowy, odstawiając butelkę na stół.

- Więc? Mów dalej. – Poprosiłem.

- Pewnie uznasz, że oszalałam, ale jestem pewna, że widziałam jak coś...wyglądało to jak wielki nietoperz...jak łapie ją tuż nad ziemią i odlatuje z nią w mrok. Dopiero wtedy zaczęła krzyczeć. Boże, jak ona krzyczała...

 

Rozdział IX

1
Notka polecana przez: makakarer
Poleć innym tę notkę

Komentarze


earl
   
Ocena:
0
Nie wiem, czy przeoczyłem ten fakt, ale czy napisałeś, w jakim mieście dzieje się akcja?
20-10-2011 21:25
Grom
   
Ocena:
0
Jeszcze nie pisałem:)
20-10-2011 22:24
earl
   
Ocena:
0
Tak myślałem. Wg mnie facet powinien najpierw zorientować się, gdzie jest i o to zapytać pierwszą napotkaną żywą istotę. Ja przynajmniej bym tak zrobił, bo wówczas miałbym jako takie wyobrażenie, jak daleko jestem od domu i może przypomniałbym sobie, gdzie jechałem, zanim miałem wypadek.
21-10-2011 12:36

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.