» Recenzje » Resident Evil: Afterlife

Resident Evil: Afterlife


wersja do druku

Daleko pada jabłko od jabłoni

Autor: Redakcja: Martyna 'Saya' Urbańczyk

Resident Evil: Afterlife
Great Expectations

Kiedy ze znajomym ustalaliśmy, że wybierzemy się na czwartą część Residenta do multipleksu, od razu założyliśmy, że nie nastawiamy się na porządne kino i pójdziemy tylko z trzech powodów. Pierwszy to przywiązanie do marki. Skoro widzieliśmy poprzednie części filmu i graliśmy w gry, to wypada zobaczyć i Afterlife, zwłaszcza że trzeci wymiar mógł jeszcze bardziej zwiększyć efektowność obrazu. Drugi powód to Milla Jovovich, bynajmniej nie za sprawą jej kunsztu aktorskiego, ale wyglądu. Co więcej, tym razem, co sugerowały zwiastuny, miała pojawić się na ekranie zmultiplikowana! Trzeci wreszcie powód, to Ali Larter, oglądanie której na ekranie sprawia estetom równie wielką frajdę. Wiem, wiem – przemówił przez nas samczy instynkt.


Oczekiwania były więc generalnie niewygórowane. Kiedy człowiek nie spodziewa się zbyt wiele po seansie, może zostać miło zaskoczony. Zresztą, dotyczy to wszelkich form rozrywki. Resident Evil: Afterlife... niestety nie stanowi tutaj dobrego przykładu. Film, nawet jako lekka i pozbawiona wszelkiej głębi produkcja nie sprawdza się zbyt dobrze. Zresztą, to i tak eufemistyczne ujęcie mojej oceny.


What’s the worst that could happen?

Trailer pozwalał sądzić, że poza wymienionymi trzema powodami, dla których warto obejrzeć ten film, ewentualnie postać Axemena może być całkiem fajnym motywem, nieco na wzór Piramidogłowego z Silent Hill. Jak się okazało, faktycznie był, ale nie "nieco na wzór"; szczerze mówiąc, była to bezczelna "zżynka", do tego bardzo nieudolna. Jedynie scena pojedynku, fragmenty której umieszczono w zwiastunie, jest całkiem fajnie zrealizowana , ale i ona nie jest wolna od wad. Największa to brak zaskakujących zwrotów akcji. Schemat "zabili go i uciekł" w jednej ze swoich wariacji był z góry łatwy do przewidzenia. Zresztą, przewidywalność jest bolączką całego filmu. Od razu wiadomo kto zginie, kto zdradzi, kto okaże się dobry i kto przeżyje. Nawet gry Capcomu nie były aż tak oczywiste.


Evolution aka Spore

Przykre jest to, że film w gruncie rzeczy miał w sobie potencjał, którego niestety nie wykorzystano. Zasada "więcej, głośniej, lepiej" mogła się tym razem sprawdzić. Ewolucja serii, biorąc pod uwagę wyłącznie filmy, podążała dość krętymi ścieżkami. Pierwsza część, dość sceptycznie przyjęta przez graczy, od razu ustawiła odbiór kolejnych jako utworów, które jedynie czerpią z "growego" pierwowzoru, a nie stanowią wiernego przeniesienia na srebrny ekran. Apokalipsa stanowiła poważny grzech twórców, którzy zamiast pójść w ślady "jedynki", postanowili przybliżyć ekranizację do źródłowych gier. Racoon City, Jill, Nemezis – mogło być fajnie – taki ukłon w stronę graczy. Zamiast jednak zjednać sobie przychylność tych ostatnich, twórcy jedynie wzmogli ich (naszą) antypatię. Parafrazując pewną filmową linijkę dialogową – "wzięli coś pięknego i to zniszczyli". Na szczęście dla siebie podjęli dwie korzystne decyzje: zostawili furtkę do naprawy błędu i szybko wyciągnęli wnioski z wcześniejszej pomyłki.


Ową furtką było – kontrowersyjne wprawdzie, ale fabularnie sprytne – obdarzenie Alice specjalnymi umiejętnościami. Dzięki temu w trzeciej części twórcy mogli ponownie oddalić się nieco od gier, których wierne przeniesienie do innego medium widocznie przerasta ekipę Constantin Film. Zagłada stanowiła więc całkiem sprawny przykład połączenia kina akcji z science-fiction, wykorzystujący wprawdzie świat Resident Evil, ale nie próbujący być klasycznym survival horrorem. Co prawda, wciąż chodziło o przetrwanie, ale grozę zastąpiono efektownymi scenami akcji.


Krytyczna decyzja

Czwarta część z horrorem ma już niewiele wspólnego. I dobrze! Kontynuacja polityki "trójki" mogła wyjść temu obrazowi tylko na dobre. Zresztą, jakby się zastanowić, Resident Evil, w swoim "naturalnym środowisku" nigdy nie był Silent Hillem. Zawsze, w przeciwieństwie do tego ostatniego, stawiano w serii bardziej na szeroko pojętą akcję, niż stopniowe budowanie nastroju grozy. Teoretycznie więc wybrano dobrą drogę. Groteskowo przerysowane mutacje w grach owocowały w większym stopniu obrzydzeniem albo estetyczną frajdą (na przykład u fanów naturalizmu), aniżeli przerażeniem. Nie oznacza to jednak, że przygody Claire, Jill, Chrisa, Leona i reszty paczki pozbawione były zupełnie klimatu. Owszem, ponura muzyka, specyficzne lokacje, dodatkowa "otoczka" w postaci tajemniczej korporacji – to wszystko składało się na dość wyrazistą atmosferę. Niemniej, w filmie wyzbyto się lub drastycznie zmodyfikowano praktycznie wszystkie najbardziej klimatyczne elementy serii.


Powyższy akapit może budzić pewne wątpliwości. Z jednej strony stwierdzam, że odejście od korzeni marki było dobrym posunięciem, z drugiej zaś – ubolewam nad swoistą "kastracją" tytułu. Tak ambiwalentne odczucia odzwierciedlają dwa możliwe podejścia do filmów Resident Evil. Ci, którzy oczekują po nich tego, co wykorzystanie marki może sugerować, czyli po prostu starego, dobrego Residenta na wielkim ekranie, będą rozczarowani (praktycznie z każdą kolejną odsłoną coraz bardziej, w związku z czym Afterlife wypada niezwykle mizernie). Jeśli jednak nastawimy się na zwykły film akcji, seans może okazać się całkiem przyjemnym doświadczeniem. Przynajmniej w założeniach. I tak: pierwsza część była w tej kwestii średniakiem; dwójka okazała się strzałem w stopę; trójka całkiem sprawnie pozwoliła odzyskać zaufanie widzów; a czwórka... mam wrażenie, że stanowi gwóźdź do trumny.


Something’s gotta give

Skąd taka ostra krytyka? Powodów jest wiele. Po pierwsze, film nie ma prawie nic do zaoferowania, zarówno widzom, którzy liczyli na wspomniane przeze mnie znacznie wcześniej "więcej, głośniej, lepiej", jak i tym, którzy oczekiwali po prostu godnego zwieńczenia serii. Zombie jest jakby mniej niż w poprzednich odsłonach, innych potworów jak na lekarstwo, nowe mutacje (zaczerpnięte głównie z czwartej i piątej, przynajmniej z tytułów, części gry) nie wnoszą praktycznie nic nowego do fabuły.

Również najnowsi bohaterowie rozczarowują na całej linii. Jak już pisałem, postaci są do bólu schematyczne i przewidywalne. Zwłaszcza męskie role rozpisane zostały fatalnie. Są całkowicie pozbawione jakiegokolwiek wyrazu. Z kobiecymi jest zresztą niewiele lepiej. Młoda, głupiutka "aktoreczka" to już kompletna porażka – po prostu mięso armatnie (choć, jak nietrudno się domyślić, nie ginie od kul).


Największa atrakcja tej odsłony, czyli 3D, jest praktycznie tylko zbędnym bonusem działającym na zasadzie "Dodajmy 3D! To zawsze jakiś kolejny wabik marketingowy". Jakość trzeciego wymiaru w tej produkcji pozostawia wiele do życzenia, zwłaszcza po wysoko zawieszonej ostatnimi czasy poprzeczce. Poza tym czy w czasach, kiedy technologia ta staje się normą, można ją faktycznie traktować jako plus dla danego filmu? Moim zdaniem nie. Tak więc technologicznie Afterlife nic specjalnego widzom nie oferuje.


Stranger than fiction

Kolejny powód ostrej krytyki to fakt, że obraz ten najzwyczajniej kuleje fabularnie. Nie tylko można się w nim dopatrzeć baaardzo wielu dziur scenariuszowych i uproszczeń, ale i dialogi wołają o pomstę Zeusa, a część rozwiązań zastosowanych przez twórców okazało się kulą wystrzeloną w płot. Na przykład, kiedy Alice i Chris dowiadują się o ocalałych, którzy znajdują się na pokładzie pewnego pojazdu (nie chcę spoilować), pada "odkrywcze" stwierdzenie "Musimy przeszukać pokład!". Nie wiem, może się czepiam, ale mnie taka łopatologia boli. W zestawieniu z akcentowaną już przeze mnie schematycznością i przewidywalnością otrzymujemy jeden z najbogatszych w "oczywiste oczywistości", najmniej zaskakujących filmów roku.


Kolejny przykład – pomysł z atakiem klonów głównej bohaterki na siedzibę Umbrelli. Wydawałoby się – super. Jednak oglądanie jak kolejne klony, mimo niezwykłych umiejętności odziedziczonych po swojej protoplastce, giną jeden po drugim nie tylko osłabia przywiązanie widza do nich ("Ach, mamy jeszcze kilka zawodniczek rezerwowych!"), ale i skłania do zastanowienia: jakim cudem Alice przetrwała tak długo? Jasne, jasne, oczywiście można uznać, że ona, jako oryginał, jest w ogóle "mega-wybajerzoną wersją", ale takie tłumaczenie jest dość naciągane, przyznacie mi chyba rację(?).


Mechanik

Kolejną kwestią są techniczne niedopracowania, które zdają się psuć ten film na całej linii. Tutaj też sypnę garścią przykładów. Alice ląduje na dachu więzienia (co już samo w sobie jest dość absurdalne, ale przymknijmy na to oko). Ludzie zgromadzeni na dachu ustawiają przeszkody i rozciągają okablowanie, aby na wzór lotniskowców, pomóc w wyhamowaniu awionetki. Pomyślałem – fajnie, że twórcy postarali się jakoś obronić swój generalnie ryzykowny pomysł. Byłbym w stanie to docenić, gdyby nie fakt, że kiedy awionetka burzy fragment obramowania dachu, ani silnik ani (co jeszcze zabawniejsze) śmigło nie ulegają nawet zadraśnięciu, co bohaterka podkreśla zresztą komentarzem w stylu "Nie wygląda najgorzej, jeszcze poleci". I mean, c’mon!


Poza tym, jest w filmie pewna scena w bardzo jasnym pomieszczeniu. Podążając za śladami ciemnoczerwonych plam krwi, Alice dociera do drzwi, po których otwarciu i zmianie ujęcia... owe krwiste ślady po prostu znikają. Przy pracy nad filmami zatrudnia się zawsze tak zwanego continuity clerk, czyli osobę odpowiedzialną za ciągłość ujęć. Wiecie, aby nagle bohater nie był ubrany w coś innego, niż w poprzednim ujęciu tej samej sceny, albo... aby zbrukana krwią posadzka nie odzyskała nagle swojej śnieżnej bieli. Widocznie twórcy postanowili zaoszczędzić na nim, aby wzbogacić kiepskie efekty. Takich nieścisłości jest w Afterlife mnóstwo. Zabawnie oglądało się także obrzyn strzelający niemałymi seriami bez konieczności przeładowania, ale takie wpadki pozostawię bez komentarza.


Adwokat diabła

Choć film jest generalnie słaby, nie jest on jednak całkowicie pozbawiony zalet. Główne kobiece postaci, czyli Milla Jovovich w roli Alice i Ali Larter jako Claire, jak zwykle cieszą oko, zwłaszcza męskiej części widowni. W wypadku drugiej aktorki, nie jest też najgorzej warsztatowo, gra naprawdę nieźle, prawie równie dobrze jak wygląda. Zdecydowanie na pochwałę zasługują scenografowie, ekipa odpowiedzialna za kostiumy i operatorzy, dzięki którym strona wizualna Afterlife prezentuje się naprawdę bardzo dobrze (zwłaszcza sekwencja otwierająca film). O ile też opowiedziana w tym Residencie historia jest – delikatnie rzecz ujmując – niskich lotów nawet w zestawieniu z poprzednimi odsłonami, to jej triggerowa konstrukcja (jak w grach, od bossa do bossa, od questa do questa, etc.) sprawdza się całkiem nieźle. Widzowie, którzy lubią bawić się w odnajdywanie cytatów, rozmaitych nawiązań do innych filmów, seriali i gier, również mogą nieco przychylniejszym okiem spojrzeć na Afterlife, zwłaszcza, że część tych odniesień ma zgoła humorystyczny wydźwięk.


Evil Dead

Jak jednak widać, dla wymienienia zalet wystarczył jeden akapit. W obliczu kilku metrów mułu, zalegającego na dnie, na którym tetralogia ta – miejmy nadzieję – dokonuje żywota, ogólna ocena filmu nie pozwala określić go nawet "średniakiem". Jeśli kolejne odsłony filmowego Resident Evil miałyby podążać w tym samym kierunku, to szczerze powiedziawszy chciałbym, aby Afterlife był przysłowiowym gwoździem do trumny tej serii. I żeby rzeczona trumna zakopana była głębiej, aniżeli sześć stóp pod ziemią. I żeby była z tytanu, aby żaden nieumarły, mimo usilnych chęci, tudzież instynktu samozachowawczego, nie mógł się z niej wydostać. Wierzących (zwłaszcza w dobre kino komercyjne) proszę więc, by się o to pomodlili. Rest in peace, silver-screened Resident Evil. Rest in peace.
Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę
4.0
Ocena recenzenta
3.77
Ocena użytkowników
Średnia z 15 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 3

Dodaj do swojej listy:
chcę obejrzeć
kolekcja
Reżyseria: Paul W.S. Anderson
Scenariusz: Paul W.S. Anderson
Muzyka: tomandandy
Zdjęcia: Glen MacPherson
Obsada: Milla Jovovich, Ali Larter, Wentworth Miller, Kim Coates, Shawn Roberts, Spencer Locke, Boris Kodjoe
Kraj produkcji: USA, Niemcy, Wielka Brytania
Rok produkcji: 2010
Data premiery: 10 września 2010
Czas projekcji: 97 min.
Dystrybutor: United International Pictures Sp z o.o.



Czytaj również

Resident Evil: Ostatni rozdział
Nareszcie koniec
- recenzja
Resident Evil: Retrybucja
Odchudzanie mózgu w trybie błyskawicznym
- recenzja
Resident Evil II
Mille dwie, czyli powrót baby z jajami
Niech ktoś wreszcie zabije te trupy!
Resident Evil 3
Zombie powstają ponownie
- recenzja
Resident Evil 2
Czy remake ikony stanie się ikoną?
- recenzja

Komentarze


Umbra
    W końcu!
Ocena:
0
No nareszcie jakiś tekst, przyjemnie się czyta. Ale trzeba równocześnie przyznać, że długi jak na recenzję. Szkoda tylko oceny, bo słyszałem, że ta część jest bardzo fajna, no ale nic obejrzę, ocenię, skomentuję ponownie.
13-10-2010 12:07
~zero_signal

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+1
W recenzji zabrakło mi oceny ścieżki dźwiękowej - najmocniejszego (poza głównymi postaciami kobiecymi ;) ) atutu filmu. Scena rozpoczynająca film jest niezwykle klimatyczna - padający deszcz, zatłoczona ulica Tokio i stojąca nieruchomo postać kobiety (praca kamery i muzyka w tym fragmencie filmu - mistrzostwo). Po takim intro uśmiechnąłem się w duchu i pomyślałem - będzie dobrze... Mina mi zrzedła po "ataku klonów" i kolejnej (sic!) katastrofie śmigłowca. Później tylko gorzej - absurd gonił absurd. Chociaż jestem fanem serii gier RE i poprzednie części filmu obejrzałem niejeden raz - w kinie wytrwałem do końca wyłącznie za zasługą świetnej muzy towarzyszącej tej produkcji i świadomości, że zapłaciłem 28 zł za bilet :/
13-10-2010 13:01
abraham jones
   
Ocena:
0
OST w każdej części czesze i tylko oprawa muzyczna ratuje ten film. Ta część jest...stracona, na pewno będzie kolejna wiec miejmy nadzieję, że przyszli producenci przeczytają tą recenzję przed wzięciem się do pracy i wyciągną stosowną naukę.
13-10-2010 19:11
Savarian
   
Ocena:
0
Miałem coś napisać ale autor recki wyłożył wszystko i podpisuje się pod jego oceną wszystkimi kończynami chwytnymi.
15-10-2010 14:07
New_One
   
Ocena:
0
Bardzo przyjemnie mi się czyta takie komentarze. Cieszę się, że tekst jest trafiony. :)

Co do muzyki, to faktycznie, przyznaję - powinienem o niej wspomnieć. Pod tym względem jest naprawdę w porządku, ale w całej ścieżce dźwiękowej zaledwie kilka tematów zapadło w pamięć w równym stopniu, co The Outsider z trailera. Tym niemniej, nawet z uwzględnieniem dobrego OST ocena filmu nie skoczyłaby w górę (chyba podświadomie wliczyłem ją w przyznaną notę punktową ;p).
15-10-2010 16:54

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.