» Artykuły » Inne artykuły » Redaktorzy oceniają - styczeń 2013

Redaktorzy oceniają - styczeń 2013

Redaktorzy oceniają - styczeń 2013
W okresie od 1 do 30 stycznia 2013 roku w Dziale Książkowym opublikowanych zostało 27 recenzji, których średnia ocen wyniosła 7,44.

Czytać:




"Po dramatycznym finale drugiej części Malazu Erikson ponownie czyni przeskok w czasie (niezbyt znaczący) i przestrzeni, by przenieść się na kontynent Genabackis szarpany wojenną zawieruchą. W tym tomie powracają znani już z Ogrodów Księżyca bohaterowie, zatem wszyscy, którzy zdążyli zatęsknić za ekipą Podpalaczy Mostów z radością przeczytają o ich dalszych przygodach. A ci najbardziej charakterni spośród wszystkich służących pod rozkazami cesarzowej Lassen wojacy, tym razem wplątani zostaną w wir wydarzeń, który wstrząśnie posadami znanego im świata.

Tłem wszystkich wydarzeń jest wojna w całym jej straszliwym majestacie, którą Erikson przedstawił w sposób wstrząsający i na ogromną skalę. Czytelnik, porażony opisami brutalności wojennej zawieruchy przedstawionymi w Bramach…, nagle przekonuje się, iż był to jedynie przedsmak możliwości kanadyjskiego autora. We Wspomnieniu Lodu wojna nie zna pardonu, nie ma w niej miejsca na litość. Przemarszowi oddziałów Pannion Domin towarzyszą hektolitry przelanej krwi, sceny kanibalizmu i nekrofilii, a także pozostawione stosy ciał i kolejne zniszczone miasta. Lecz, pomimo tak drastycznych opisów, nie odnosi się wrażenia, iż Erikson niepotrzebnie epatuje okrucieństwem. To nie jest mnożenie kolejnych dowodów bestialstwa sług Jasnowidza dla samego jedynie udowodnienia, w jak wielu rozmaitych słowach można pisać o zadawaniu śmierci. Te sceny mają głębokie przesłanie, ponieważ ukazują, że wśród cierpienia rodzi się siła i utwardzają dusze bohaterów, by dokonywali czynów szlachetnych i heroicznych.

Uczucie, jakie towarzyszy lekturze trzeciego tomu Malazu to przede wszystkim przejmujący smutek (choć nie brakuje w nim momentów podszytych dużą dozą humoru – jak chociażby sceny z udziałem pewnych dwóch nekromanckich indywiduów). Erikson pisze o utracie, przeprowadza bolesne z niej ćwiczenia, odzierając swych bohaterów niemalże ze wszystkiego, by na koniec pozostawić ich całkowicie obnażonymi. I w tym nagłym rozbłysku wstrząsającej iluminacji ich wizerunki wypalają niezatarte piętno w umyśle czytelnika. Pisze również o przemijaniu, o tym, jak nieuchronny to proces i jakże ważna jest pamięć o tym, co odeszło. Wspomnienia – one stanowią początek i koniec, tworzą zazębiające się ze sobą kręgi, są nauką i przestrogą. Gdyż tak naprawdę jesteśmy tym, co pamiętamy. Porusza też problem wolnego wyboru, stawiając swych bohaterów w sytuacji, kiedy zdeterminowani są do podjęcia konkretnych decyzji, takich, które zaważyć mogą na losach całego świata (jak ma to miejsce w przypadku Parana) i muszą wybierać – czy postąpią w sposób, do którego zmusza ich presja społeczna, owo "mniejsze zło" łatwe i na pozór bezpieczniejsze, czy też zrobią to, co podpowiada im własne sumienie.

Wspomnienie Lodu jest, jak do tej pory, zdecydowanie najciekawszą odsłoną Malazańskiego cyklu. Najbardziej dopracowaną, rzucającą nowe światło na dotychczas opisywane przez Eriksona wydarzenia, a jednocześnie – stawiającą kolejne pytania. O ile Ogrody… można było jeszcze określić mianem [q]fantasy militarystycznej"
– choć mam świadomość, iż owo miano stanowi ogromne uproszczenie – to Bramy… daleko wykroczyły poza ów schemat, zaś ten tom wymyka się wszelkim definicjom. To epicka wizja świata na krawędzi, w przeddzień wydarzeń decydujących o jego "być, albo nie być", w którą wpleceni są nietuzinkowi bohaterowie, stanowiący ogromną siłę prozy Kanadyjczyka[/q].

Maja 'Vanth' Białkowska




"Cykle literackie mają to do siebie, że są powtarzalne. Oczywisty element powracający stanowią postaci, lecz najczęściej bardzo podobna jest także skala oraz styl prowadzenia akcji. Należy od razu zaznaczyć, że wcale nie musi to być wada. Odpowiedni warsztat literacki i dobrze poprowadzona fabuła mogę sprawić, że nawet wtórne aż do bólu serie będzie się dobrze czytało. Sztuką jest zaś takie rozwijanie cyklu, by każda kolejna część oferowała nową jakość. Donaldsonowi właśnie to się udało

W trzecim tomie cyklu akcja biegnie dwutorowo. Główną rolę nadal odgrywają postacie znane z poprzednich części, zaś punktem ogniskowym dla tego tria staje się Fakturama – nielegalna stocznia będąca przystanią dla piratów, miejscem załatwiania interesów z Amnionem oraz utrapieniem sił Policji Zjednoczonych Kompanii Górniczych. Więcej o tej trójce wspomnieć nie sposób bez zdradzania kluczowych elementów fabuły części poprzednich. Koniecznie jednak należy dodać, że w Skoku w potęgę czytelnikom przybliżony zostanie także konflikt Holta Fasnera, szefa Zjednoczonych Kompanii Górniczych, czyli najbogatszej firmy we wszechświecie, oraz Wardena Diosa, przywódcy PZKG, sił policyjnych podlegających Fasnerowi. Innymi słowy, dwóch najpotężniejszych ludzi w galaktyce.

I to właśnie jest ta nowa jakość. Pomimo tego, że konflikt toczy się raczej w tle (perspektywa Fasnera prezentowana jest jedynie w prologu, a Dios narratorem staje się rzadko), to i tak staje się źródłem wielu pozytywnych elementów fabuły. Czytelnicy nie tylko poznają historię ZKG, lecz przede wszystkim dopuszczeni zostają do zakulisowych działań, które miały wielki wpływ na akcję poprzednich części oraz zdarzeń, które ukształtowały ład tego wszechświata. Co więcej, dodanie tej warstwy pozwala lepiej zaobserwować to, jak Donaldson inspirował się Pieśnią o Nibelungach. Wcześniej dało się zauważyć jedynie pewne – czasem silne, czasem naciągane – podobieństwa do części postaci z niemieckiego eposu, lecz w Skoku w potęgę dodany zostaje także pierwiastek boski (Wardenowi bardzo blisko do Wotana), który napędza fabułę.

Skok w potęgę to świetna kontynuacja już bardzo dobrego cyklu. Donaldsonowi udało się utrzymać to, co przyciągało w częściach poprzednich, czyli doskonałe postacie oraz dramatyczne relacje pomiędzy nimi. Poszerzył do tego skalę wydarzeń poprzez poświęcenie uwagi dwóm niezwykle ważnym (i ciekawym) postaciom. Całość zamyka emocjonujący finał, który w dodatku zapowiada dalszą eskalację w następnym tomie"
.

Jakub 'Qbuś' Nowak




"Polak. Niemiec. Mężczyzna. Mąż. Ojciec. Oficer ułanów. Nieudany artysta. Bon vivant. Dziwkarz. Łajdak. Morfinista. Wszystkie te, niektóre z pozoru sprzeczne, określenia można odnieść do Konstantego Willemanna, który budzi się na kacu w okupowanej – [q]zgwałconej", jak sam mówi – Warszawie. Klęska wojsk polskich w kampanii wrześniowej jeszcze nie do wszystkich w pełni dotarła. Główny bohater także próbuje jeszcze toczyć swoje życie dotychczasowym torem, ale już od wyprawy na targ na samym początku powieści widać, że jest to niemożliwe. "[S]tary świat się upłynnił, [...] upłynnił się porządek rzeczy jak rozpuszczony kryształ" – mówi Willemann. Od teraz może już tylko miotać się, poszukiwać form, które opiszą, kim jest, i które nadadzą jego życiu jakiś sens.

To poszukiwanie rozgrywa się na kilku płaszczyznach, między innymi narodowej. Syn niemieckiego szlachcica i szalonej (choć to szaleństwo wydaje się mieć mniej wspólnego z chorobą psychiczną, więcej z przekraczaniem norm społecznych) śląskiej mieszczki, która wybrała polskość jako "ostateczną transgresję", sam czuje, że przynależy do Polski, choć jednocześnie nie potrafi się odnaleźć w żadnej z otaczających go koncepcji polskości: ani tej uosabianej przez "higienicznego, eugenicznego" endeckiego teścia, ani tej spod znaku "jeszcze Polska nie zginęła", reprezentowanej przez kolegów z wojska i konspiracji – na obie patrzy z zewnątrz, z ironicznym dystansem, ale może dlatego, że ich przedstawiciele chcą mieć Polskę na wyłączność i wciągnąć go w świat, do którego nie należy. Kpiącym spojrzeniem broni się przed zagarnięciem przez formę.

Drugim i o wiele bogatszym aspektem konfliktu jest kwestia płci. W życiu Konstantego obecne są dwie kobiety: żona, Helena – podobnie jak ojciec "higieniczna, eugeniczna", posągowa blondynka, wzór żony i matki Polki – oraz Salome, kochanka, ruda Żydówka, do której przychodzi zażywać morfinę. Uosabiają one dwa przeciwne archetypy kobiecości: świętej i nierządnicy, a jednocześnie dwa bieguny tożsamości Willemanna; on sam jak wahadło podąża raz ku jednej, raz ku drugiej. Jako słaby mężczyzna patrzy na nie wyłącznie przez pryzmat własnych potrzeb i każdą na przemian ubóstwia i ze wstrętem odrzuca, zwracając się ku drugiej.

Recenzenci wskazują na pokrewieństwo Morfiny z twórczością Witolda Gombrowicza, który podobnie jak Twardoch problematyzuje kwestię polskiej tożsamości i podchodzi do niej bardzo ironicznie. W przeciwieństwie do Gombrowicza jednak, u którego w zasadzie poza formę wyjść się nie da, Twardoch przedstawia tożsamość płynną, dla której formy są tylko kolejnymi przejawami, maskami, choć grożącymi uwięzieniem, a więc wymagającymi ciągłych starań o wyzwolenie. Pod tym względem zbliża się on do innego pisarza polskiej nowoczesności – Brunona Schulza (odczytanego w bardzo świeży sposób przez Michała Pawła Markowskiego w książce Powszechna rozwiązłość). Tak czy inaczej – Morfina to powieść na wskroś współczesna i potrzebna nie tylko w skomplikowanym dialogu na temat polskości, ale też w sytuacji, gdy stare formy stają się coraz sztywniejsze i wychodzą z użycia[/q].

Artur 'mr_Mond' Nowrot


Unikać:




"Opowieść zaczyna się klasycznie: oto do Portovenere, niewielkiej miejscowości we Włoszech, przyjeżdża, na polecenie niedawno zmarłej matki, Carla, młoda skrzypaczka z Rzymu. Odwiedza wuja, Johna Lorusso, którego nigdy dotąd nie widziała, a który, jakże by inaczej, okazuje się mieszkającym w starej posiadłości odludkiem. Dziewczyna szybko orientuje się, że z domem i jego mieszkańcem jest coś nie w porządku. Co więcej, zaczyna kręcić się wokół niej tajemniczy Pedro.

Historii opowiedzianej w Posiadłości… trzeba przyznać jedno: jest niezwykle prosta, a niewielka liczba wątków sprawia, że książkę czyta się szybko. Główną oś fabuły stanowią poszukiwanie źródła klątwy ciążącej na włoskim dworku przez Carlę i jej uczucie do niezwykłego oraz skrywającego liczne sekrety Pedra. Autor opisuje także podróże tego ostatniego i częściowo wyjaśnia jego tajemnice. Skomplikowana, wielowątkowa fabuła nie zawsze stanowi o dobrej opowieści grozy, ale Ostrowski osiąga drugie ekstremum i serwuje opowieść zwyczajnie banalną, by nie rzec prostacką. Składa się na nią ciąg luźno powiązanych scen, które człapią w kierunku przewidywalnego finału. Bywa, że – zwłaszcza z uwagi na wątek romansowy – utwór przypomina bardziej nienajlepszą powieść obyczajową niż spadkobiercę tradycji literackiej horroru. Autorowi obce są również stopniowanie napięcia i zwroty akcji – wydarzenia toczą się leniwie swoim torem, w żadnym momencie nie zaskakując. Zresztą, powiedzieć, że postacie zasiedlające karty powieści są jednowymiarowe, to nic nie powiedzieć. To dosłownie kilka odbitych na sztancy osobowości pozbawionych cech charakterystycznych, których losy zupełnie czytelnika nie obchodzą, przede wszystkim przez ich sztuczność i bierność. Bohaterowie, prowadząc dość liczne dialogi, nie mają kompletnie nic do powiedzenia, pozostają też w stanie absolutnej niewiedzy i zupełnie im to nie przeszkadza.

Nieco lepiej przedstawia się postać i wątek Pedra Gonzalesa, tajemniczego nieznajomego znikąd. Ten bohater, stanowiący melanż Edwarda Cullena, Mefistofelesa i Brudnego Harry'ego, jest bardziej aktywny niż wszystkie inne postacie razem wzięte i, choć bywa irytujący z powodu braku wad, to widać, że ma w tej historii rolę do odegrania. Oprócz działań na poziomie fabuły stanowi on także nośnik głębszych treści, jakie autor usiłował zawrzeć w swojej książce – jego niezwykły zawód, wymierzanie kary temu, kogo wskaże zleceniodawca, to pytanie autora o cel i sens zemsty za wszelką cenę; można jednak odnieść wrażenie, że ta najistotniejsza dla fabuły postać została scharakteryzowana po macoszemu – po krótkich rozdziałach poświęconych jego historii autor powraca do głównego wątku fabularnego, który nie ruszy do przodu bez pomocy Gonzalesa.

Posiadłość w Portovenere to książka zmarnowanego potencjału, kulejąca pod każdym względem. Interesująca fabuła, barwny język, nieobojętne czytelnikowi postacie, nastrój dojmującej grozy – tego w niej nie znajdziecie. Pozostaje banalna i nijaka historia o duchach. Pozycję tę jestem w stanie polecić wyłącznie najzagorzalszym miłośnikom opowieści grozy. Pozostali nie znajdą u Ostrowskiego nic dla siebie, mogą więc spokojnie ominąć jego debiut literacki szerokim łukiem"
.

Rafał 'Lord Koniu' Sejlis



Czytaj również

Morfina
Chwilowe uśmierzenie czy ostateczna ucieczka?
- recenzja
Wspomnienie lodu - Steven Erikson
Wszystkie drogi prowadzą do Pannion Domin
- recenzja
Skok w potęgę – Stephen R. Donaldson
Mroczny, świetny cykl
- recenzja

Komentarze


Patryk Cichy
   
Ocena:
0
To chyba raczej styczeń 2013?
23-02-2013 17:43
Clod
   
Ocena:
0
Jasne, że tak :)
23-02-2013 17:54
earl
   
Ocena:
0
7,44 - czyli nie jest tak źle z literaturą fantastyczną w naszym kraju.
23-02-2013 21:14
Asthariel
   
Ocena:
0
Albo zbyt pozytywne oceny wystawiamy.
23-02-2013 21:54
baczko
   
Ocena:
0
Albo zbyt dobre książki trafiają, w większości, do recenzji.
23-02-2013 23:18

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.