» Artykuły » Inne artykuły » Redaktorzy oceniają - październik 2012

Redaktorzy oceniają - październik 2012


wersja do druku
Redaktorzy oceniają - październik 2012
W okresie od 1 do 31 października 2012 roku w Dziale Książkowym opublikowanych zostało 20 recenzji, których średnia ocen wyniosła 6,72.

Czytać:




"Tym razem apokalipsa zombie rozpoczęła się od rozpylenia dużych ilości wirusa będącego lekiem na grypę i sprzężenia go z innym mającym leczyć raka. Wybuchła pandemia, a pierwsze lata były dla ludzkości prawdziwym wyzwaniem. Sytuację udało się jednak w znacznym stopniu opanować – poza strefami zagrożonymi życie toczy się względnie normalnie, lecz wszystkimi rządzi strach przed zarażeniem. Pośrednim skutkiem epidemii, a dokładniej rzecz biorąc niefrasobliwości i kłamstw rozpowszechnianych przez media, był wzrost popularności oraz znaczenia blogerów.

Początkowo pewne wątpliwości może być budzić nietypowy miks gatunkowy. O ile połączenie klimatów postapokaliptycznych z zombie jest dość bezpiecznym mariażem, to dodanie elementów thrillera politycznego jest rozwiązaniem rzadko spotykanym. Choć te motywy powinny zostać podane w odwrotnej kolejności, gdyż to intryga polityczna wychodzi tu na pierwszy plan. Nie oznacza to, że dwa pozostałe elementy zaniedbano – świat został wykreowany z dbałością o szczegóły. Zaobserwować można więc zmiany medyczne, technologiczne, społeczne (lęk przed kontaktem z innymi) oraz dietetyczne (zombifikacji mogą ulec także inne, odpowiednio duże ssaki). Zaś jednym z bohaterów narodowych zostaje, niespodziewanie, George Romero. Wykreowany świat jest mocnym punktem tej powieści, lecz pozostaje tylko tłem dla wydarzeń.

Dzieję się tak z powodu innych zalet Feed – jedną z nich jest relacja pomiędzy głównymi bohaterami. Shaun i Georgia nie są rodzeństwem biologicznym, lecz więź pomiędzy nimi jest niezwykle silna. Dzieje się tak pomimo tego, że mają diametralnie różne charaktery. Przerzucają się docinkami i nie szczędzą sobie drobnych złośliwości, lecz robią to w ramach specyficznego poczucia humoru (a częściowo i ku uciesze czytelników).

Najmocniejszym punktem powieści Miry Grant są emocje. To zaskakujące, gdyż większość wydarzeń jest prezentowana z racjonalnej, stonowanej perspektywy George. Z drugiej strony, zwięzły i wyrazisty styl podkreśla dramatyzm sytuacji, a także wzmacnia przekaz emocjonalny. Podobnie ze wszechobecnym strachem – pomimo że główni bohaterowie raczej nie poddają się paranoidalnej atmosferze, to czytelnik może intensywnie ją odczuć poprzez zachowanie innych postaci. Odpowiednio intensyfikując język oraz wykorzystując dynamikę pomiędzy postaciami, autorka skutecznie wzbudza wybrane przez siebie uczucia – od strachu po wściekłość.

Feed to powieść, po którą powinni sięgnąć nie tylko miłośnicy wszystkiego co nieumarłe. Jest to wybuchowa, pełna emocji i akcji mieszanka literatury postapokaliptycznej i thrillera politycznego osadzona w ciekawie wykreowanym świecie. Na sam koniec od siebie dodać mogę, że zakończenie zwyczajnie mnie wzruszyło"
.

Jakub 'Qbuś' Nowak




"Masterton wykazuje się, jak zwykle, świetnym warsztatem, jeśli chodzi o dramaturgię, ciekawie zarysowane postaci i dobrze brzmiące dialogi. Książka nie zmniejsza tempa na dłużej, niż kilka stron, ponieważ autor nie skąpi nam opisów pościgów samochodowych, strzelanin i eksplodujących budynków, powściągając jednak nieco to, co jest w jego twórczości tak charakterystyczne, czyli makabrę i sceny erotyczne. W odróżnieniu od innych dreszczowców Mastertona, które czytałem (Zaraza, Głód i Ikon) nie jest Geniusz również tak bardzo cyniczny i posępny, co przyjąłem wręcz z radością. Tekst wyróżnia się przez to w bardzo przyjemny sposób, emanuje od niego większa pogoda ducha, entuzjazm, życiowy optymizm, głównie za sprawą protagonistów, którzy są po prostu miłymi ludźmi i nie żywią wobec nikogo większej urazy. Autor, inaczej niż zazwyczaj, obchodzi się z nimi jakby ze współczuciem i szacunkiem zamiast traktować jak worki treningowe dla swojej drapieżnej wyobraźni. Różne naiwne decyzje podejmowane przez Micky’ego nie rażą, przecież od początku wiadomo, że nie grzeszy on wielką bystrością umysłu, nie sposób więc uznać ich za błędy samego Mastertona. Nawet czarne charaktery nie są tym razem jakoś szczególnie bezwzględne i krwiożercze; można zrozumieć ich motywację, mimo że ona ich nie usprawiedliwia. Nie ma w tej powieści postaci papierowych i moralnie czarno-białych, ewoluują one w miarę przebiegu akcji, zmienia się również stosunek czytelnika do nich, gdy odsłaniają swoje niepochlebne strony. Na przykład z początku są podekscytowane swoimi dramatycznymi przejściami, widząc w nich ciekawą odmianę, potem stopniowo coraz bardziej przerażone, by wreszcie z wyczerpaniem stwierdzić, że dostały stanowczo zbyt wiele [q]atrakcji". Lektura jest przez to żywa i przekonywająca.

Geniusz nie jest "czystym" thrillerem, skoro bowiem jedną z ważnych postaci jest detektyw prowadzący śledztwo w sprawie postaci tytułowej, a przebieg akcji to w dużym stopniu właśnie znajdowanie tropów, przesłuchania, dedukcja itp., dużą sporą część fabuły stanowi więc drobiazgowo zaplanowany kryminał. Ta godna uznania precyzyjna konstrukcja daje o sobie znać wielokrotnie, w postaci takich zmyślnych drobiazgów, jak choćby niespodzianki z zamkiem elektronicznym w drzwiach, czy też sztuczka z fortepianem. Całość jest również okraszona szczyptą science fiction, na co wskazuje wykorzystanie takich wynalazków, jak wspomniany już futurystyczny militarny system, czy też farmakologiczny stymulator intelektu. Elementy fantastyczno-naukowe nie są w bibliografii Mastertona czymś częstym, tym bardziej cieszy ich obecność w Geniuszu. Natomiast ostatnie kilkadziesiąt stron to prawdziwie mistrzowski popis pisarstwa rozrywkowego: wydarzenia nie zwalniają już do końca, a zaskakujące zwroty akcji dodają świeżego powiewu tam, gdzie wszystko wydawało się już być pewne i zrozumiałe.

Nie jest to jednak powieść pozbawiona wad. Jako pierwszą wymieniłbym zdecydowanie nie najlepsze poczucie humoru, co było akurat przykrym zaskoczeniem – Masterton zazwyczaj sprawdza się na tym polu znakomicie. Tutaj jednak można kilkakrotnie zgrzytnąć zębami z zażenowania, niektóre dowcipy są nie tylko mało śmieszne, ale i w ogóle do niczego niepotrzebne. Na szczęście, większość z nich pada z ust Micky’ego, co można od biedy wytłumaczyć faktem, że jest to osoba, przynajmniej przez sporą część książki, niezbyt inteligentna, sztubackie odzywki stanowią więc jakby integralną część jego charakterystyki, chociaż trochę psują przyjemność z lektury. Wątek z niepełnosprawnym synkiem detektywa Huntleya jest chyba niepotrzebny, albo też jego uzasadnienie powinno być bardziej rozwinięte. Domyślam się, że miało tu chodzić o poczucie winy, ale właściwie nic z tego dla całości nie wynika[/q].

Patryk Cichy




"Wraz z rankiem nadszedł dalszy ciąg opowieści Kvothe’a. Strach mędrca rozpoczyna się bowiem kilka godzin po zakończeniu Imienia Wiatru. Jako że historia jest niesłychanie długa, drugi tom Kronik Królobójcy, liczący bagatela tysiąc trzysta stron, został podzielony na dwie części.

W pierwszej wracamy na Uniwersytet, gdzie Kvothe zmaga się z trudami studenckiego życia. Kłopoty finansowe spędzają mu sen z powiek, dlatego też uwija się jak w ukropie, aby zarobić na czesne. Niczym ostrze gilotyny wisi nad nim widmo wyrzucenia ze studiów, a zaciągnięte długi tylko pogarszają sytuację. Bohater całe dnie spędza w Rzemiosze, pracując nad długo oczekiwanym własnym projektem, zaś wieczorami grywa w Eolu z nadzieją, iż znajdzie mecenasa. Uniwersytet to także nauka: Kvothe, już jako Re’lar, uczęszcza na zajęcia obłąkanego mistrza Elodina, w niekonwencjonalny sposób dającego wykłady na temat imion rzeczy; poznaje zaawansowane wiązania sympatetyczne u Elksy Dala, zaś dzięki Auri, a konkretniej tunelom, w których mieszka, łamie zakaz i chyłkiem zakrada się do Archiwów, by uczyć się do egzaminów, a także kontynuować poszukiwania informacji na temat Chandrian oraz Zakonu Amyr. Mogłoby się wydawać, że uczelniane perypetie zaczną nudzić, lecz nic bardziej mylnego – dzieje się naprawdę sporo.

Fabuła skupia się tu przede wszystkim na rozwoju relacji między bohaterem, a pozostałymi postaciami, którym nareszcie zostaje poświęcone nieco więcej uwagi – dowiadujemy się ciekawych faktów o Dennie, a sceny, w których pojawiają się Elodin, Devi bądź Auri, to małe majstersztyki. Dzięki temu zabiegowi bohaterowie drugoplanowi w końcu zaczynają wzbudzać już nie tylko sympatię, ale i zainteresowanie.

Kto czytał Imię wiatru, doskonale wie, jak prezentuje się styl autora – wciąga bez reszty i pobudza wyobraźnię, która jeszcze długo po odłożeniu książki tworzy w umyśle obrazy na podstawie przeczytanych słów. Dialogi bawią, niektóre sceny skrzą się od humoru, inne zaś wywołują smutek. Autor wie, jak grać na uczuciach czytelnika, i co więcej – świetnie mu to wychodzi. Drugi tom cyklu jest doskonałym rozwinięciem zarówno świata, jak i samej historii Kvothe’a. I choć momentami wyraźnie daje się odczuć, iż Rothfuss zaledwie przygotowuje grunt pod wielki finał, trudno traktować to jako minus. Wydaniu też nie można wiele zarzucić – Rebis odwalił kawał dobrej roboty przygotowując Strach mędrca, acz nie ustrzegł się drobnych błędów, głównie związanych z "posklejanymi akapitami" – przy tak obszernej powieści trudno wystrzec się owych niedociągnięć, które jednak w żaden sposób nie wpływają na odbiór całości.

Strach mędrca spełnia ogromne oczekiwania, którymi fani po doskonałym debiucie obarczyli prozę Rothfusa. Drugi tom Kronik Królobójcy trudno nazwać lepszym od pierwszego, ale z pewnością można stwierdzić, że trzyma bardzo wysoki poziom. Choć w powieści jest kilka słabszych momentów, całość wciąż broni się jako jedna z najlepszych książek z gatunku epic fantasy. Za dowód tych słów powinno wystarczyć zapewnienie, iż dołączam do tysięcy zagorzałych fanów Kvothe’a i z niecierpliwością czekam na tom wieńczący tę epicką trylogię"
.

Piotr 'Clod' Hęćka


Unikać:




"Rok 1943. Wojna nie przebiega pomyślnie dla Trzeciej Rzeszy. Aby to zmienić, w życie wciela się desperacki plan – elitarny oddział strzelców alpejskich pod dowództwem pułkownika Stürmera ma przedrzeć się przez kontrolowaną przez Sowietów górę Elbrus, by dotrzeć do Teheranu i dokonać zamachu na Wielką Trójkę – Churchilla, Roosevelta i Stalina. Od samego początku jednak nic nie idzie zgodnie z planem: pozbawieni zapasów i sprzętu żołnierze Edelweiss podejmują się samobójczej misji, która może zmienić losy świata.

Pod względem realizmu Dolina zabójców przypomina filmy takie jak Parszywa dwunastka czy Działa Navarony – niewielki oddział, choć marnie uzbrojony i posiadający niewielkie zapasy amunicji, musi mierzyć się z przeważającymi siłami wroga i za każdym razem wychodzi z potyczki zwycięsko oraz niemal bez szwanku. Nie jest to zasługa geniuszu taktycznego czy przewagi wyszkolenia – każda konfrontacja wygrywana jest na zasadzie [q]bo tak"
, autor nie ujawnia żadnego elementu, który po raz kolejny pozwolił garstce strzelców rozgromić sowieckie oddziały. Zagrywka taka dobrze sprawdza się w filmach, gdzie jej wątpliwy realizm może zostać ukryty pod widowiskowością, jednak w powieści, wielokrotnie powtarzany, niszczy próby budowania napięcia przez autora.

Pomimo to fabuła książki potrafi przyciągnąć uwagę. Stworzony przez Kesslera plan zamachu ma tą zaletę, że jest wprost absurdalnie głupi, toteż czytelnik nie musi nawet próbować sensownie analizować sytuacji. Dzięki temu ma on szansę cieszyć się tymi nielicznymi momentami, które wywołują nieco żywsze bicie serca (jak choćby przesłuchanie czy moment infiltracji brytyjskiego poselstwa), a nawet czerpać odrobinę przyjemności ze wspomnianych walk. Niestety, te ostatnie cierpią także wskutek kiepskich opisów. Krótkie, suche i pozbawione wszelkiego kolorytu zdania zupełnie nie oddają bitewnego chaosu i grozy, a padające trupy nie robią wrażenia. Poszczególne potyczki nie różnią się zbytnio od siebie (z jednym, dość widowiskowym wyjątkiem), a autor próbuje budzić emocje raczej ich ilością niż jakością, co zupełnie mu nie wychodzi.

Dolina zabójców to dobry wybór jedynie pod warunkiem, że nie ma się pod ręką żadnej innej książki. Powieść ma przebłyski, jednak przez zdecydowaną większość czasu nudzi i jest nijaka, realizm fabularny bywa, powiedzmy, dyskusyjny, a dynamizm zagubił się gdzieś po drodze. Tylko dla wielkich miłośników okresu II Wojny Światowej, a i to pod warunkiem, że pościli przez ostatnie kilka lat[/q].

Michał 'von Trupka' Gola



Czytaj również

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.