» Artykuły » Inne artykuły » Redaktorzy oceniają: maj 2010

Redaktorzy oceniają: maj 2010

W okresie od 1 do 31 maja 2010 roku w Dziale Książkowym opublikowanych zostało 30 recenzji, których średnia ocena wyniosła 7,5. Najwyższą ocenę − 9 − otrzymały: Requiem dla lalek autorstwa Cezarego Zbierzchowskiego, Ogień na Wschodzie Harry'ego Sidebottoma i Ostrze Tyshalle'a. Tom 2 Matthewa Stover. Zaś najniżej oceniony został Rzeźnik drzew Andrzeja Pilipiuka – 3.

Czytać:




"Zbierzchowski, podobnie jak J.G. Ballard, skupia się przede wszystkim na bohaterach i ich psychice. Jego opowiadania są momentami surrealistyczne, zawsze niejednoznaczne, trudno w nich rozdzielić jawę od snu, rzeczywistość od narkotycznej wizji. Ich sceneria to »krajobrazy wewnętrzne«, pojęcie charakterystyczne dla twórczości wspomnianego wyżej Anglika. W małym stopniu liczy się »gdzie«, kluczowe natomiast jest »kto« − stąd też wybór stanowiącej mieszankę kultur i technologii Rammy jako tła. Jest to fantastyka określana nie za pomocą gadżetów i scenerii, ale metody twórczej: materializowane są pewne teorie, wizualizowane stany ludzkiego umysłu oraz kłębiące się w nim lęki i nadzieje. Najlepszym tego przykładem, a zarazem i najmocniej zapadającym w pamięć tekstem w zbiorze, jest Mr Fiction, którego akcja rozgrywa się pośród ciasnych korytarzy statku kosmicznego.

Opowiadanie to najlepiej obrazuje kolejną cechę twórczości Zbierzchowskiego − lektura zawartych w Requiem dla lalek historii to tylko do pewnego stopnia rozrywka, przede wszystkim jednak wyzwanie. Autor lubuje się w niedopowiedzeniach, traktuje czytelnika jako pełnoprawnego, równego sobie uczestnika gry, jaką jest odnajdywanie ukrytych znaczeń opowieści. Sprawia to, że do tych tekstów trzeba wracać, czytać je po raz wtóry, wyłuskiwać ukryte między wierszami aluzje, starać się podążać ścieżką rozumowania twórcy. Interpretacji może być wiele, a wszystkie pełnoprawne − zapewne każdy inaczej odpowie na pytanie: »Czym jest stacja Millenium?«."
Marcin 'malakh' Zwierzchowski



"W Ogniu na Wschodzie w bardzo sugestywny sposób stopniowane jest napięcie. Począwszy od lekkiego nastroju awanturniczej wyprawy, który towarzyszy wypłynięciu okrętu przewożącego odziały Balisty z Brundisium, poprzez stopniowo zagęszczającą się atmosferę w trakcie marszu do Arete i podczas przygotowań miasta do obrony, aż po klaustrofobiczny obraz samego oblężenia. W przełomowych dla fabuły chwilach Sidebottom uderza w podniosły, a nawet dramatyczny ton, by za moment rozładować emocje ironicznym komentarzem któregoś z bohaterów. Toczące się wydarzenia oglądamy oczyma różnych postaci, zarówno tych pierwszoplanowych, jak i pojawiających się na kartach powieści przelotnie. Taki urozmaicony sposób postrzegania rzeczywistości, gdy każdy z protagonistów ujmuje ją w charakterystyczny dla siebie sposób, podkreślony każdorazowo zmianą stylu narracji, czyni lekturę jeszcze bardziej wciągającą.

Podziw budzi erudycja Sidebottoma, jego wiedza dotycząca antycznego świata (pisarz jest wykładowcą historii starożytnej na Oksfordzie i autorem wielu publikacji na temat antycznego rzemiosła, sztuki wojennej i historii kultury Imperium Romanum), a zwłaszcza sposób, w jaki udało mu się spleść suche historyczne fakty z wielce wciągającą fabułą. Z wprawą wytrawnego gawędziarza odkrywa na nowo zagrzebane w piaskach czasu miejsca i ustami Demetriusza przedstawia ich mitologiczne oraz historyczne korzenie. Sięga do Pauzaniasza, Tacyta, posiłkuje się Józefem Flawiuszem. Nie stroni także od poezji – podczas uczt bohaterom towarzyszą strofy Owidiusza i Homera, w dramatycznych momentach Balista przypomina sobie fragmenty Beowulfa (co jest świadomym paradoksem zastosowanym przez autora), a religijne rozważania dotyczące zaratustrianizmu ilustrują Rubajjaty Omara Chajjama, które rozmówcy cytują w trakcie dyskusji. Jak sam wspomina w posłowiu książki – świadomie »bawi się« historią, dopasowując ją do kreowanej przez siebie fikcji, lecz w taki sposób, by jego interpretacja nie kłóciła się zbytnio z rzeczywistymi wydarzeniami. Arete to w istocie Dura Europas, a postać Balisty wzorowana jest na działającym w tym samym okresie na wschodnich terenach Cesarstwa wodzu Callistusie. Aby ułatwić mniej obeznanym w antyku czytelnikom lekturę, powieść zawiera bardzo precyzyjny słownik trudniejszych pojęć, listę panujących w drugiej połowie III wieku cesarzy, a także obszerne posłowie historyczne. Autor kreśli w nim faktograficzne tło opowiedzianej przez siebie historii, podaje także dzieła, z których korzystał podczas pisania Ognia na Wschodzie – zarówno źródła starożytne, jak i współczesne opracowania historyczne i archeologiczne, sugerując sięgnięcie po nie osobom zainteresowanym pogłębieniem swej wiedzy. Załączone do książki mapy – ukazujące trasę podróży oddziałów Balisty i plan Arete, pozwalają konkretnie umiejscowić opisywane w niej wydarzenia."
Maja 'Vanth' Białkowska



"Podczas lektury pierwszego tomu Ostrza Tyshalle'a dowiadujemy się szczegółów z dzieciństwa i młodości Hari'ego, a także poznajemy wydarzenia, które ukształtowały świat wykreowany przez Stovera. I mimo iż akcja toczy się w dużo wolniejszym tempie niż w Bohaterowie..., to burzliwa przeszłość Michaelsona nie pozwala się nudzić. Niestety, brakuje postaci najważniejszej – samego Caine'a. Chociaż pojawia się ponownie Ma'elKoth czy Pallas Ril, to wraz z postępem fabuły rośnie jednak rola Delianna, postaci nieznanej czytelnikom pierwszej części. Końcówka natomiast jest na tyle zaskakująca i pozostawiająca tak wiele pytań, że czytający ma ochotę jak najszybciej sięgnąć po drugi tom.

Tutaj ponownie pojawia się Caine, dzięki czemu książka zyskuje to, za co uwielbiano Bohaterowie umierają – akcję. Oprócz tempa rośnie również waga wydarzeń. Hari ponownie jest facetem, który potrafi z zimną krwią zabić dziesiątki przeciwników i po trupach osiągnąć cel. Pomimo że wraz z dalszą lekturą zakończenie coraz łatwiej odgadnąć, to książka niezmiernie wciąga. Szkoda jednak, że autor nie postarał się o lepsze zwieńczenie fabuły.

Powieść intryguje dzięki świetnej narracji Stovera, którą zaprezentował już w pierwszej części. Na pewno najmocniejszy punkt stanowią sceny walk, opisane w sposób bardzo plastyczny i pobudzający wyobraźnię czytelnika do tego stopnia, że można zyskać wrażenie bycia naocznym świadkiem wydarzeń. Na wadze zyskują natomiast dialogi, o wiele dłuższe i poważniejsze niż wcześniej. Ponieważ Caine dojrzał, rozmowy dotyczą dużo trudniejszych tematów, a nawet pojawia się dyskusja filozoficzna, coś, czego nie spodziewałbym się ujrzeć w Bohaterowie... Moim zdaniem jest to spora zaleta książki, która pobudza szare komórki po kolejnych stronach czysto rozrywkowej historii. Wartym odnotowania jest również fakt, iż Stover pomiędzy kolejnymi rozdziałami umieścił krótkie fragmenty odnoszące się do fabuły, stylizowane na coś pomiędzy Biblią a legendami arturiańskimi. Pozwala to poczuć siłę mitu Ostrza Tyshalle'a, który stanowi ważny element drugiego tomu."
Tomasz 'arakin' Czajka


Unikać:




"Jednego jednak Pilipiukowi odmówić nie można – przez te wszystkie lata aktywnego pisarstwa wyrobił się w tym fachu na tyle, że sprawnie produkuje kolejne fabuły. Jego styl, jak ktoś słusznie zauważył, jest idealnie przezroczysty (a w przypadku prozy czysto rozrywkowej nie musi być to wadą), co, póki autor zaskakuje kolejnymi pomysłami czy zwrotami akcji, jesteśmy gotowi mu wybaczyć. Gorzej, gdy następuje zupełnie naturalne w przypadku tak aktywnego twórcy zjawisko zmęczenia materiału« i czytelnik dostaje coś na kształt »seryjnej produkcji«: niby fachowo skrojone, ale zupełnie pozbawione polotu opowiadania, oparte na banalnych pomysłach. Aż chciałoby się zacytować poetę:
»Byle jak, byle co,
Byle szło – wprost czy wspak.
Byle mieć to już za sobą
Byle gdzie dla byle kogo –
Byle jak.«

Pilipiuk chlubi się z bycia rzemieślnikiem, ale nawet rzemieślnik stara się nadać każdemu swemu dziełu jakąś indywidualność; tym się różni od fabrykanta.

Osobną kwestią jest agitacja polityczna, mało dyskretnie przemycana w części tekstów. Nie jest na szczęście aż tak nachalna, jak w pamiętnym opowiadaniu Grucha, w którym Pilipiuk przekroczył wszelkie granice dobrego smaku, ale i tak chwilami trudno było powstrzymać się od pobłażliwych westchnień, gdy na przykład autor komentuje polską rzeczywistość ustami przybysza z innego wymiaru. Mało zresztą przekonywujące muszą to być poglądy polityczne, skoro da się je przekazywać wyłącznie w tak prymitywny sposób, bez chociażby konfrontacji z innymi myślami."
Michał 'M.S.' Smętek



"Nie tylko one jednak wywołują wrażenie pewnych zaburzeń w ciągłości fabuły, bowiem Meszce nie udało się wyeliminować bodaj największej wady Dzieci Słońca: szarpanej narracji. Ba, tym razem jest jeszcze gorzej! Dlaczego? Przede wszystkim z powodu króciutkich, ale denerwujących akapitów poświęconych zniszczeniom związanym z burzą słoneczną. Zdarzało się niejednokrotnie, iż kolejne strony przewracały się tylko siłą inercji: kiedy czytelnik rozpędzi się przy »fabularnej« części tekstu, czyta dalej, nie zwracając uwagi na to, że zaczęły się opisy kolejnych problemów z satelitami. Czy nie wystarczyłby jeden czy dwa fragmenty poświęcone feralnym lotom i spustoszeniu na okołoziemskich orbitach? Niestety, autor uważa inaczej; miejscami zdarza się wręcz, że opisy katastrof dominują w tekście. Przez to 2012 Gniew Ojca: Dzieci Boga sprawiają wrażenie powieści sztucznie wydłużanej: historię Daniela i Myszki, Roberta, Salvadore'a czy Dulsberga zapewne dałoby się zamknąć w opowieści o połowę krótszej. Średnio przemówiło do mnie także zakończenie tekstu: niby jest to zamknięcie bardzo efektowne, ale trochę trąci małostkowością, boli, że jest ono aż tak optymistyczne.

W drugim tomie 2012 zawiódł mnie styl autora. Nie wiem, czy nie zauważyłem tego w przypadku Dzieci Słońca, czy po prostu takiego problemu nie było, ale autor ma kłopoty z formułowaniem bardziej rozbudowanych zdań. Pojawiają się powtórzenia, tautologizmy, wreszcie dziwaczne konstrukcje gramatyczne, które pozostawiają w czytelniku bardzo negatywne wrażenie. Szczególnie zapamiętałem jedną sytuację: w początkowej części powieści byłem urzeczony którymś z opisów, a w chwilę później nie mogłem wręcz uwierzyć, że dalszą część napisał ten sam autor. Dawno żaden tekst nie pozostawił we mnie tak negatywnych wrażeń, jeśli chodzi o język – nie wiem nawet czy to wina Meszki, czy raczej redakcji, która nieszczególnie przyłożyła się do logicznej obróbki tekstu. "
Bartosz 'Zicocu' Szczyżański



Czytaj również

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.