» Artykuły » Inne artykuły » Redaktorzy oceniają - luty 2013

Redaktorzy oceniają - luty 2013

Redaktorzy oceniają - luty 2013
W okresie od 1 do 28 lutego 2013 roku w Dziale Książkowym opublikowanych zostało 19 recenzji, których średnia ocen wyniosła 7,36.

Czytać:




"Przebudzenie Lewiatana to powieść napisana przez Daniela Abrahama i Tya Francka, współpracujących pod pseudonimem James S.A. Corey. W 2011 roku została nominowana do nagrody Hugo jako jedyna typowa space opera i po zakończeniu lektury mogę stwierdzić jedno – książka z całą pewnością na tę nominację zasłużyła.

Już w prologu powieść intryguje fabułą i nie pozwala oderwać się od lektury, a przecież to dopiero przedsmak tego, co czeka czytelnika. Kolejne rozdziały są przedstawione na zmianę z perspektywy Holdena i Millera, a doświadczenia płynące ze śledzenia ich losów wydają się tak odmienne, że przez połowę książki mamy do czynienia właściwie z dwiema powieściami w cenie jednej. Fragmenty poświęcone Holdenowi to typowa, pełna akcji space opera z podróżami po kosmosie i intrygą polityczną. Z kolei historia Millera przypomina raczej kryminał noir skupiający się na przemyśleniach policjanta oraz przedstawieniu, jak czyny Jima wpływają na zwykłych ludzi. Interesujące jest samo porównanie bohaterów: Miller to cyniczny i zgorzkniały śledczy niewahający się przekraczać dozwolone granice, jeśli przyniosłoby to więcej dobra. Natomiast Holden jest szczerym, charyzmatycznym oficerem, a przy tym idealistą wierzącym w prawo do informacji dla wszystkich, ale nieświadomym konsekwencji, jakie niosą ze sobą jego czyny. Słysząc komunikat Holdena, Joe nie może powstrzymać się od myśli, że ma do czynienia z idiotą, a Holden, po poznaniu Millera, nie umie mu zaufać ze względu na wysokie standardy zachowania, których utrzymywania oczekuje od wszystkich wokół. Choć koniec końców są sojusznikami, ich współpraca nie jest ani łatwa, ani przyjemna, a czytelnik ma okazję do opowiedzenia się po jednej ze stron w tym ideologicznym sporze.

Intryga zasługuje na pochwałę również za to, że brak w niej jakichkolwiek dłużyzn. Autorom udało się uchwycić równowagę między scenami akcji a opisywaniem świata i charakterologicznym rozwojem bohaterów, dzięki czemu ani przez moment nie odczuwa się nudy. Czytelnik jest żywo zainteresowany losami postaci i z przejęciem wyczekuje końca historii. Fabuła ma tylko jedną wadę – występuje w niej niewielu bohaterów odgrywających istotną rolę. Mamy Millera, Holdena i jego załogę, pewną ważną osobistość, a poza nimi garść postaci drugoplanowych pojawiających się przez krótką chwilę - i to by było na tyle; jak na mój gust na scenie występuje zbyt mało aktorów.

Świat przedstawiony w Przebudzeniu Lewiatana sprawia wrażenie na tyle realistycznego, na ile jest to możliwe dla powieści science fiction: statki i promy są wielkie i brzydkie, podróże kosmiczne trwają wiele tygodni, w koloniach pozaziemskich panuje tłok i brud, a najpotrzebniejszymi dobrami są woda i żywność. Poza tym, brak tu super technologii, które swoim zaawansowaniem mogłyby przypominać magię. Miejsca odwiedzane przez bohaterów są opisane na tyle szczegółowo, że przynajmniej na czas lektury można uwierzyć w ich istnienie w naszej galaktyce – są nie tylko tłem dla bohaterów, ale również elementem niezbędnym dla fabuły.

Przebudzenie Lewiatana to świetne rozpoczęcie nowego cyklu, obecnie planowanego na sześć tomów. Autorzy serwują nam interesujących bohaterów, ciekawy świat przedstawiony oraz fabułę wyposażoną w zwroty akcji i tajemnice na tyle obficie, by cały czas trzymała w napięciu. Nie jest to dzieło geniuszu ani kamień milowy dla całego gatunku science fiction, ale po prostu książka, którą czyta się błyskawicznie, a po odłożeniu na półkę czytelnik ma ochotę wrócić do niej jeszcze raz."


Tomasz 'Asthariel' Lisek




"Po wybuchowym zakończeniu Skoku w potęgę bohaterowie nie będą mieli ani chwili wytchnienia. Załoga Fanfary oraz wiedza przez nią posiadana sprawiają, że od ich losu zależy nie tylko rezultat walki o władzę nad ludzkością toczonej przez Holta Fasnera i Wardena Diosa, lecz także dalsze losy zawieszenia broni w konflikcie z Amnionem. Nie dość, że jedni chcą ich złapać, a inni zniszczyć, to w dodatku relacje pomiędzy bohaterami naznaczone są nienawiścią, strachem i obłędem. Konfrontacje są nieuniknione.

W poprzedniej części mieliśmy do czynienia z poszerzeniem puli bohaterów oraz skali akcji. W Skoku w szaleństwo nie ma wielkich zmian w tym zakresie – dodano jedynie dwóch dodatkowych bohaterów narracyjnych. Ważniejsze jest jednak przesunięcie punktu ciężkości w fabule. Wewnętrzne dylematy i dramaty nadal mają kluczowe znaczenie, lecz zdecydowanie mniejszy wpływ na fabułę mają relacje pomiędzy protagonistami. Tym razem dużo większą rolę odgrywają decyzje innych, a także konsekwencje wcześniejszych wydarzeń. Ciężko jednoznacznie stwierdzić, czy jest to zmiana na lepsze, czy na gorsze, lecz warto pochwalić autora za to, że nie powiela schematów.

Nie oznacza to jednak, że kreacja postaci została zaniedbana. Wręcz przeciwnie – bohaterom coraz bliżej do krawędzi. Konieczność ciągłego radzenia sobie z ekstremalnymi sytuacjami, bliskość śmierci oraz emocjonalne karuzele czynią z nich wraki. Pozbawienie wolnej woli, kryzys (przeszczepionej) tożsamości, powiązany z uzależnieniem od adrenaliny, konieczność oddania życia w ręce niedawnego prześladowcy – to tylko niektóre z perypetii zgotowanych przez Donaldsona. Prezentowanie poszczególnych rozdziałów z pierwszoosobowej perspektywy sprawia dodatkowo, że czytelnik ma niemalże intymny dostęp do ich przemyśleń.


Skok w szaleństwo nie jest lepszą książką niż Skok w potęgę, lecz zdecydowanie nie jest też gorszą. Tym razem Donaldson położył większy nacisk na akcję, nie poświęcając jednak pozostałych silnych stron swojej prozy. Finał robi duże wrażenie dynamizmem i dramatyzmem, a jednocześnie zapowiada niesamowite zakończenie serii. Wielka szkoda, że MAG nie podał jeszcze daty premiery ostatniego tomu – oznacza to, że czytelnikom przyjdzie jeszcze trochę poczekać (a niektórzy czekają już kilkanaście lat)."


Jakub 'Qbuś' Nowak




"Trudno w to uwierzyć, ale Rakietowe szlaki wcale nie są nieskończone, bowiem po półtora roku dotarliśmy do momentu wydania ostatniej części tej wspaniałej antologii. Każdy poprzedni tom był wielką dawką czytelniczej frajdy. Na szczęście tak samo jest i na samym końcu przygody z klasyczną fantastyką naukową – siódemka jest co najmniej równie dobra co sześć wcześniejszych książek.

Najlepszym, co siódmy tom Rakietowych szlaków może zaoferować czytelnikowi, są opowiadania, które reprezentują fantastykę socjologiczną. W Logice imperium odbiorca wraz z głównym bohaterem wyrusza na Wenus, gdzie stworzone zostały pracownicze kolonie. Szybko okazuje się jednak, że mają one więcej wspólnego z niewolnictwem niż uczciwym zatrudnieniem. Robert Heinlein, jak to ma w zwyczaju, w opowiadaniu sporo miejsca poświęca moralności. Nie jest to jego popisowy utwór, prędzej można by nazwać go solidnym reprezentantem prozy Amerykanina, ale bez wątpienia zasługuje na obecność w antologii – głównie ze względu na wymowne zakończenie. Za to Ostatni zamek Jacka Vance'a bez wątpienia należy do największych perełek, jakie ukazały się w Rakietowych szlakach. Służące zamieszkującym Umierającą Ziemię szlachcicom mechy postanawiają się zbuntować. Początkowo dumni rycerzy nie przykładają do tłumienia rewolucji zbyt wielkiej wagi, ale szybko okazuje się, że nie są w stanie przeciwstawić się pokornym niegdyś robotnikom. Choć najsłynniejszy cykl Vance'a, do którego należy i to opowiadanie, kojarzy się przede wszystkim z fantastyką dalekiego zasięgu, to trudno nie dostrzec w Ostatnim zamku doskonałej analizy niedoskonałości wszelkich systemów społecznych opartych na niewolnictwie. Jednak tym, co sprawia, że tekst zapada w pamięć naprawdę głęboko, jest niezwykły obraz ludzi stających przed widmem śmierci. Dopiero jej groza krystalizuje ich charaktery i pokazuje, co jest dla nich najważniejsze. Ten tekst to dobitny dowód na to, że nawet bez Cugela Vance jest w stanie tworzyć literaturę najwyższej próby. Trzecim utworem, który nawiązuje do fantastyki naukowej, jest Cena ryzyka. Robert Sheckley podejmuje w nim temat krwawego reality show, podobnie jak w Niekończącym się westernie z tomu szóstego. Główny bohater dla pieniędzy postanawia wziąć udział w telewizyjnym programie rozrywkowym, w którym stawką jest jego życie. Podobnie jak w wypadku wielu innych opowiadań z Rakietowych szlaków, tak i w Cenie ryzyka najbardziej poruszający jest obraz zdegenerowanego, krwiożerczego społeczeństwa. To kolejny bardzo dobry tekst tej antologii.

Najbardziej zaskakującym tekstem antologii bez wątpienia jest Ballada o przekleństwie. Bez chwili zastanowienia można by zaliczyć go do [q]opowiadań lirycznych"
, ponieważ Wiktor Żwikiewicz snuje w nim prawdziwie wzruszającą opowieść o rodzącej się i upadającej cywilizacji. W dodatku podstawą jego poetyki jest głęboka analiza, która podobny utwór napisany w czasach współczesnych kazałaby nazwać najprawdziwszym hard sf. Łatwo byłoby wskazać wady tej krótkiej powieści (na czoło wysuwają się zbyt hermetyczny prolog i zbyt rozległe, ocierające się o fantastycznonaukową grafomanię opisy), ale błyskawicznie giną one w obliczu niezwykłej skali opowieści. Jeżeli jesteście miłośnikami Ślepowidzenia i jeszcze nie znacie Ballady o przekleństwie – czeka na Was prawdziwa uczta.

Ostatni tom Rakietowych szlaków doskonale podsumowuje ten wielki projekt. To kolejna dawka tekstów wartościowych, pomysłowych i urzekających. Jak w każdej antologii, tak i w tej zdarzają się słabsze fragmenty, ale trudno o nich pamiętać, kiedy otoczone są taką dawką świetnej literatury. Jest tylko jedna poważna wada siódmego tomu antologii – to, że kończy monumentalny wybór najlepszych opowiadań fantastycznych.[/q]

Bartosz 'Zicocu' Szczyżański


Unikać:




"World of Warcraft to fenomen na rynku gier MMO. Tę grę można kochać, nienawidzić, a przede wszystkim szybko się od niej uzależnić. Od listopada 2004 utrzymuje się na szczycie – wiele gier próbowało jej zagrozić, lecz nadal prawdziwe jest stwierdzenie, że WoW-a zniszczyć może tylko WoW. To jednak pieśń przyszłości, a w tym momencie pewne jest, że utrzymująca się ponad 10-milionowa rzesza płacących graczy to całkiem solidna grupa potencjalnych odbiorców. Także dla książek. Niestety, powieści pisane w oparciu o gry (lub filmy) raczej nie grzeszą jakością. Christie Golden ma bogate doświadczenie na tym polu, a w dodatku dobrze zna świat Warcraft. Czy uda jej się oczarować czytelników?

Powieść koncentruje się na Jainie Proudmoore – jednym z najpotężniejszym magów Azeroth, a także jednej z niewielu osób, które aktywnie walczą o pokój pomiędzy Hordą a Przymierzem. Niestety, odkąd przywództwo nad tymi pierwszymi z rąk pokojowo nastawionego Thralla przejął Garrosh Hellscream, zadanie to staje się coraz trudniejsze. Zwłaszcza, że brutalny dyktator zaczyna wprowadzać w życie diaboliczny plan. Gdyby tego było mało, Źrenica Światła, potężny artefakt, którym opiekowały się niebieskie smoki, została skradziona. Kalecgos rusza w świat, aby ją odzyskać.

Powierzchownie fabuła prezentuje się całkiem nieźle – brutalny dyktator, zaginiony artefakt i narastający konflikt. Niestety, dobrze jest tylko momentami. Autorce udało się stworzyć kilka emocjonujących scen oraz dramatycznych wydarzeń, ale wszystko to blednie przy niedostatkach głównego wątku. Największą bolączką jest to, że czytelnik bardzo często nie jest informowany, dlaczego coś się dzieje. Skąd wziął się Malkorok, brutalny pomocnik Garrosha i czemu zawdzięcza jego zaufanie? W jaki sposób Garrosh przeobraził się w krwiożerczego tyrana, który odrzuca rady wszystkich doradców? Skąd, do licha, wzięły się krakeny? Nawet osoby, które bardzo dobrze znają "lore" gry, będą musiały nastawić się na zgadywanie.

Lady Proudmoore to jedna z niewielu ważnych kobiecych postaci w świecie Warcraft. Wichry wojny miały zapewne dodać nieco żeńskiego pierwiastka do tego zdominowanego przez mężczyzn świata. Niestety, plan spalił na panewce. Jaina pojawia się dopiero w trzecim rozdziale. Co więcej, jak na postać tytułową należy jej się dużo więcej uwagi, niż jest to przedstawione w późniejszych wydarzeniach książki. Szybko na dominującą postać wyrasta Garrosh, a Lady Proudmoore nie tylko nie jest kreowana na silną kobietę, lecz prezentuje się wręcz jako bohaterka niepotrafiąca poradzić sobie bez mężczyzny. Na samym początku Thrall radzi jejznaleźć męża, a później na drogę rozsądku sprowadzają ją przedstawiciele płci brzydkiej. Niby przeżywa wielki dramat, który odwraca jej przekonania o sto osiemdziesiąt stopni, lecz przez to, że opisany został w mało subtelny sposób, ta przemiana sprawia wrażenie niewiarygodnej.

Jaina Proudmoore: Wichry wojny to powieść nieudana. Postacie są jednowymiarowe, a ich działania często niezrozumiałe. Czytelnik musi szybko pogodzić się z faktem, że przyczyny wielu zdarzeń nie zostaną wyjaśnione. Pewne aspekty powieści mogą przypaść do gustu zagorzałym miłośnikom gry, lecz im również odradzałbym lekturę – przeczytanie streszczenia może okazać się zdecydowanie lepszym rozwiązaniem."


Jakub 'Qbuś' Nowak



Czytaj również

Przebudzenie Lewiatana
Kosmiczny dualizm
- recenzja
The Expanse
Kosmos nigdy już nie będzie taki sam
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.