» Artykuły » Inne artykuły » Redaktorzy oceniają - lipiec 2012

Redaktorzy oceniają - lipiec 2012


wersja do druku
Redaktorzy oceniają - lipiec 2012
W okresie od 1 do 31 lipca 2012 roku w Dziale Książkowym opublikowane zostały 23 recenzje, których średnia ocen wyniosła 7,36.

Czytać:




"Cechą, która wyróżnia piąte Rakietowe szlaki na tle poprzednich tomów, jest bardzo liryczny, refleksyjny charakter większości opowiadań. Wcześniej pojawiło się sporo takich tekstów, ale były tak porozmieszczane w różnych częściach, że nie dominowały. Tutaj jest zupełnie inaczej: już w otwierającym tom Bramach jego oczu, lampach jego ust najważniejsze są przeżycia bohatera, jego doświadczenia i uczucia, które umieszczone są w centrum kompozycji. Opowiadanie bez wątpienia stanowi jedną z perełek siedmiotomowej serii: Zelazny pełnymi garściami czerpie z klasycznego Moby Dicka, wykorzystując odniesienia i własną wyobraźnię do wykreowania wzruszającej atmosfery. Fabuła nie jest skomplikowana, ale niezwykły klimat i wspaniałe, plastyczne opisy sprawiają, że Bramy jego oczu, lampy jego ust są ozdobą piątego tomu Rakietowych szlaków.

Za majstersztyk literackiej stylizacji z pewnością można uznać też Statek zagłady Bayleya. W opowiadaniu tym, podobnie jak w Stereogramie Szarego Fortu w dniach jego chwały Bergera z ostatnich Kroków w nieznane, czytelnik spotka elfy – jednak nie będą to ani starsi bracia ludzi, ani mistrzowie magii i sztuki, jacy przewijają się przez setki opowieści fantasy. Istoty wykreowane w opowiadaniu pełne są emocji, porywczości, gwałtowności, a ich skłonność do zadawania bólu jaskrawo kontrastuje z umiłowaniem piękna. Choć Statek zagłady, podobnie jak tekst Zelaznego, na pewno nie porwie odbiorcy rozmiłowanego w długich, intrygujących fabułach, to nie sposób nie docenić wielkiego kunsztu, jakim popisał się Bayley.


Oczywiście w tomie znalazło się miejsce także dla tekstów mających niewiele wspólnego z przywoływaną tu fantastyką z pogranicza liryki. Jednym z nich jest Chłopiec i jego pies, kolejna perełka. Ellison bawi się schematem zakochanego młodziaka, któremu przed spotkaniem z jasnooką blondyneczką w głowie były tylko brutalne uliczne porachunki. Kiedy czytelnik jest już wszystkiego pewien i wydaje mu się, że stary literacki wyga popełnił oczywisty błąd i popadł w banał, ten odpala prawdziwą bombę. Jeśli lubicie mocne puenty, musicie zapoznać się z tym tekstem – będziecie więcej niż usatysfakcjonowani. Prawie równie dobrze zakończona została będąca popisem inwencji Kamienna ćma Vance’a – pomysł na przedstawienie różnic kulturowych za pomocą języka jest równie oryginalny, co pamiętne zabiegi z Babel-17 Delaneya.


Piąte Rakietowe szlaki to bodaj najbardziej wypełniony literackimi hitami z dotychczasowych tomów. Doskonałe opowiadania Zelaznego, Ellisona czy Sheckleya rywalizują ze świetnymi utworami Vance’a, Martina i Silverberga. Jeśli mityczne lektury obowiązkowe istnieją, to ta z pewnością do nich należy – szczególnie jeśli uważacie się za miłośników science fiction."


Bartosz 'Zicocu' Szczyżański




"W parku na przedmieściach przypadkowy przechodzień znajduje zwłoki młodej dziewczyny. Co niezwykłe, ofiara została ukamienowana. Ten, rzadko spotykany we współczesnej Europie, rodzaj śmierci szybko naprowadza policję na to, że denatka została poddana muzułmańskiej karze za cudzołóstwo. Co więcej, chłopak zamordowanej jest Arabem, co czyni go z miejsca podejrzanym w oczach policji. Jedynym, dla którego rozwiązanie to jest zbyt oczywiste by było prawdziwe, jest dziennikarz śledczy. Podejmuje zatem własne śledztwo, które doprowadzi go do prawdy.

Fabuła powieści powinna zaspokoić apetyt nie tylko miłośników historii z martwym ciałem w tle. To oczywiście dobrze poprowadzony wątek kryminalny, z mocno pogmatwaną ścieżką prowadzącą do odkrycia rzeczywistego przebiegu wydarzeń. Jednakże ta książka to także wspaniały obraz dzisiejszego świata, z jego problemami i osiągnięciami.

Postać głównego bohatera, dziennikarza Henninga Jula, ma w sobie wiele z charakterystycznych cech konwencji gatunku. To samotny mężczyzna, przytłoczony problemami z całym światem i zmagający się z własną przeszłością. Tragiczna śmierć kilkuletniego syna pogrążyła całe życie bohatera w czarnej otchłani, z której tylko oddanie się pracy może go wyzwolić. Język powieści jest odbiciem dziennikarskiej zwięzłości i konkretu. Czytelnik ma wrażenie, że każde słowo jest na swoim miejscu. Całość tworzy misterną konstrukcję, która nie pozwala czytelnikowi oderwać od lektury. I nie jest to w tym przypadku kolejny truizm z podręcznego słownika recenzenta. Enger tak mistrzowsko zdaje się władać słowem, że odbiorca całkowicie zatraca się w świecie wymyślonym przez niego i jedyne, czego pragnie, to w nim pozostać. Być może lata dziennikarskiej praktyki wyrobiły u tego autora coś, czego brakuje tylu innym pisarzom. Trudno to opisać, by nie popaść w patetyczne zachwyty czy zwyczajne pustosłowie, to po prostu trzeba przeżyć samemu. Sięgając po książkę, której lektura na pewno nie będzie czasem zmarnowanym.

Letarg jest pierwszą częścią większego cyklu, zapowiadanego na sześć tomów. Z niecierpliwością czekam na kolejne. Jeśli tylko autorowi uda się utrzymać poziom debiutu, zapowiada się naprawdę interesująca lektura. Nie tylko czysto rozrywkowa, co jedynie w moich oczach przydaje jej wartości. Każdy, kto szuka nieco ambitniejszej wakacyjnej lektury, śmiało może sięgać po książkę Engera."


Krzysztof Dominik 'daft_count' Mroczko




"Krwawy-dziewięć pokonał Bethoda, wydawałoby się kończąc tym samym wojnę na barbarzyńskiej Północy. Nic jednak bardziej mylnego, bowiem Czarny Dow, jak sam twierdzi, zabił Logena Dziewięciopalcego, zagarnął złoty łańcuch władzy i ponownie poderwał całą Północ do walki. Cywilizowana Unia nie mogła się temu bezczynnie przyglądać, nie po to rozpoczęła kampanię, aby paść na kolana przed jakimś rebeliantem. Wsparli więc roszczenia Wilczarza, jedynego pozostałego przy życiu kompana Krwawego-dziewięć, a także zaufanego przyjaciela króla Unii, aby w ten sposób mieć pretekst do kontynuowania działań wojennych. Te przez długi czas nie szły po myśli Unonistów, jednak w końcu udało się im zapędzić Północnych w kozi róg. Ostateczna bitwa rozegra się pod wzgórzem, noszącym znamienną nazwę [q]Bohaterowie".

W tym momencie rozpoczyna się fabuła powieści, obejmująca wydarzenia bezpośrednio sprzed bitwy, trzy dni niezwykle krwawych i zaciętych walk, oraz zdarzenia zaraz po nich, kiedy to zaczyna się kreować nowy porządek. Akcję śledzimy na zmianę z kilku różnych perspektyw. W tej kwestii autor spisał się na medal, przedstawiając historię z punktu widzenia zarówno postaci stojących po stronie Unii, jak i tych, które wspierają Północnych. Dzięki temu poznajemy motywy działań obu stron konfliktu, co nadaje akcji wielowymiarowość.

Abercrombie pokazał już przy okazji Trylogii Pierwszego Prawa i Zemsta najlepiej smakuje na zimno, że ma smykałkę do wymyślania intrygujących bohaterów. I tym razem udało mu się stworzyć plejadę arcyciekawych postaci, z których każda mogłaby stać się głównym bohaterem nowych powieści. Nie wszystkie zostały stworzone od podstaw, autor wykorzystał kilka sylwetek znanych ze swoich poprzednich książek. I tak mamy do czynienia z Bremerem dan Gorstem, wybitnym szermierzem i przyjacielem króla, niegdyś też przywódcą jego gwardii, dziś zaledwie okrytym niesławą „obserwatorem” na wygnaniu, który nie widząc już sensu życia, jest gotów rzucić się do samobójczego ataku, byleby zginąć jako bohater. Powraca też książę Calder, jeden z dwóch synów Bethoda, znany na całą Północ kłamca i tchórz, który chcąc zachować życie i odzyskać ojcowski łańcuch, zostaje zmuszony do bohaterskiego stanięcia na polu walki. Jako postacie drugoplanowe powracają m.in. Bayaz, Pierwszy z Magów, jak zwykle władczy, cyniczny i mający w zanadrzu pewien „eksperyment”, mogący przechylić szalę zwycięstwa i zrewolucjonizować wojnę jako taką; a także Caul Dreszcz, znany na całej Północy "Imienny", budzący strach samym tylko spojrzeniem.

Wszyscy bohaterowie i ich historie – często tragiczne, a zawsze ciekawe – są jedynie pretekstem do skłonienia czytelnika do chwili refleksji nad wojną, która – zazwyczaj obleczona w piękne slogany o walce „o pokój i prawa”, czy też z „ciemiężycielami i niewolą” – zwykle sprowadza się do jednego, czyli chęci zysku i zaspokojenia ambicji i ego innych ludzi. Abercrombie odziera zarówno wojnę, jak i walkę z bohaterskiej otoczki. Chwalebne pieśni układane na cześć wielkich wojowników przedstawia jako złudną propagandę, która nie wspomina o setkach bezimiennych rekrutów, ginących ku uciesze tych, którzy nawet nie muszą uczestniczyć w bezpośrednim starciu. Bo kim właściwie jest bohater? To wojownik, rzucający się na wroga w szaleństwie walki, aby go zaszlachtować jak zwierzę, a może dowódca, robiący wszystko, aby jego ludzie niepotrzebnie nie ginęli, bądź generał przedkładający dobro swych ludzi nad własne stanowisko, czy człowiek potrafiący odrzucić własne ambicje, aby uratować komuś życie? Choć słowo „bohaterstwo” zostaje odmienione bodajże przez wszystkie przypadki, odpowiedzi na te pytania nie zostają czytelnikowi podane na tacy.[/q]

Piotr 'Clod' Hęćka


Unikać:




"Według kalendarza pozostawionego przez starożytnych Majów, 21 grudnia bieżącego roku skończy się świat. Co oczywiste, perspektywa ta nie napawa optymizmem niemal nikogo, dlatego też zostaje opracowany desperacki plan, mający ocalić ludzkość przed zagładą: tożsamość Jeda DeLandy, eksperta w kwestii majańskiej kultury i pozwalającej odczytywać przyszłość Gry Ofiarnej, zostaje wysłana w przeszłość, gdzie trafia do ciała niejakiego Szakala. Problem polega na tym, iż ów pan właśnie ma poświęcić swe życie w rytuale religijnym, a Jed nie jest w stanie przejąć kontroli nad jego ciałem...

W recenzowanej powieści aż roi się od niedoskonałości. Aby nie zanudzać czytelnika, wspomnę tylko o trzech najbardziej istotnych wadach. Wada pierwsza: nuda – wszechobecna na początku powieści, w jej rozwinięciu i w zakończeniu. Pierwsze czterysta stron zostało poświęcone przedstawieniu postaci głównego bohatera, pełniącego również funkcję narratora, oraz zarysowaniu stojącego przed nim problemu. Owe fragmenty dałoby się bez żadnej straty dla fabuły skrócić o połowę, a i wtedy zapewne nie byłoby idealnie: opisane w nich wydarzenia mógłbym streścić w dwóch zdaniach, nie pomijając niczego ważnego. Później akcja powraca do VII wieku na kolejne kilkaset stronic, które początkowo dają nadzieję na wzrost poziomu powieści – niestety, nadzieję fałszywą. Jakość szybko z powrotem opada, a wszelkie potencjalnie interesujące wątki gubią się w morzu niepotrzebnych, rozwlekłych opisów.

Wada druga: bohaterowie. Jed jest raczej niesympatycznym mężczyzną, przekonanym o swej intelektualnej wyższości cynikiem o niewyparzonym języku, którego naprawdę trudno polubić. Nie jest to bynajmniej zarzut, gdyż taki właśnie był zamiar autora – nie trzeba lubić danej postaci, by interesowały nas jej losy. Problem w tym, że DeLandyemu nie udaje się wzbudzić również i zainteresowania czytelnika, przez co na wszystko, co mu się przytrafia, reagujemy obojętnością. Co więcej, poziom wiedzy bohatera wydaje się być przesadzony – zna się on na, mniej więcej, każdej istotnej dla fabuły kwestii, bez żadnego wysiłku zdobywa spory majątek, a także jest obdarzony niemal magiczną intuicją. Z postaciami drugoplanowymi wcale nie jest lepiej, gdyż są idealnie nijakie i pozbawione jakichkolwiek interesujących cech charakteru.

Wada trzecia i najważniejsza: fabuła. Książka miała spory potencjał, głównie za sprawą występującego w niej gatunkowego miszmaszu. Królestwo słońca łączy w sobie bowiem elementy thrillera, science fiction i powieści historycznej. Tym większa szkoda, że intryga nie spełnia pokładanych w niej nadziei: pomijając już fakt, iż w powieści roi się od zbędnych scen oraz dialogów, należy wspomnieć, że wszystkie najważniejsze wątki zostały rozczarowująco słabo zakończone. Pobyt Jeda w przeszłości ogranicza się do podróżowania, opisów przyrody, podróżowania, spotkania z ważną postacią (z którego czytelnik nie dowiaduje się jednak niczego satysfakcjonującego) oraz – niespodzianka! – podróżowania. Rozwiązanie zagadki tajemniczych zamachowców nie wywołuje absolutnie żadnych emocji poza beznamiętnym [q]i to już wszystko?"
. Natomiast samo zakończenie frustruje końcowym zwrotem akcji, który jest sprzeczny ze wszystkim, co wiemy o charakterach postaci oraz ich motywacjach, i który stanowi jedynie nieudaną próbę zaszokowania czytelnika i zachęcenia go do sięgnięcia po nadchodzącą kontynuację. [/q]

Tomasz 'Asthariel' Lisek



Czytaj również

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.