» Artykuły » Inne artykuły » Redaktorzy oceniają - grudzień 2012

Redaktorzy oceniają - grudzień 2012


wersja do druku
Redaktorzy oceniają - grudzień 2012
W okresie od 1 do 31 grudnia 2012 roku w Dziale Książkowym opublikowanych zostało 27 recenzji, których średnia ocen wyniosła 7,75.

Czytać:




"W połowie XIX wieku przez Pacyfik na pokładzie żaglowca podróżuje amerykański notariusz. Wydziedziczony przez bogatego ojca kompozytor-hulaka próbuje znaleźć swoje miejsce w świecie kroczącym powoli, lecz nieubłaganie w stronę II wojny światowej. Dziennikarka śledcza z lat 70. trafia na ślad olbrzymiej afery z atomem w tle i wie, że jej życie wisi na włosku. Podrzędny wydawca z Londynu z końcówki XX wieku odkrywa żyłę złota, ale nie jest w stanie w żaden sposób jej eksploatować. Stanowiąca produkt inżynierii dziewczyna z diabolicznej restauracji przypadkiem poznaje smak wolności. Żyjący w zdegenerowanym świecie chłopiec ogląda schyłek cywilizacji. Postaci, wydawałoby się, zupełnie różne, które wręcz nie mogą mieć ze sobą nic wspólnego. A jednak coś je łączy. Efekt motyla? Metafizyka? Może, ale najłatwiej nazwać to coś po prostu opowieścią.

Chciałoby się rzec, że Atlas chmur zaczyna się niewinnie. Fragment o tytule Adama Ewinga Dziennik Pacyficzny mówi już praktycznie wszystko: czytelnik poznaje w nim naiwnego amerykańskiego prawnika, który próbuje wrócić do ojczyzny przez rozległy ocean. Jego podróż oczywiście nie należy do najprostszych (wtedy zupełnie nie nadawałaby się na fabularną oś tekstu), ale na pewno nie stanowi także najoryginalniejszej czy najbardziej intrygującej opowieści, nawet jeśli wziąć pod uwagę zaskakujący wątek rasizmu wśród Maorysów. Całość budzi zainteresowanie, kiedy narracja Ewinga nagle się urywa, a czas i miejsce akcji oraz wszyscy ważni bohaterowie zmieniają się. Mało tego, inaczej wygląda nawet forma tekstu: zamiast dziennika, czytelnik trafia na opowiadanie epistolarne. I znowu, kiedy odbiorca już zdąży wciągnąć się w sprawozdanie Roberta Frobishera, Mitchell postanawia otworzyć nowy rozdział powieści i zaczyna wątek Luisy Rey, dziennikarki. Ta sytuacja powtarza się wielokrotnie.

W tej bardzo nietypowej formie tkwi zarazem tajemnica uroku Atlasu chmur. Początkowo tekst wydaje się zupełnie nieprzemyślany: dziennik Ewinga rwie się w połowie zdania! Jednak z każdym kolejnym przeczytanym rozdziałem czytelnik coraz lepiej radzi sobie z odkrywaniem pozostawionych przez Mitchella wskazówek dotyczących interpretacji powieści. Wybory przeszłych bohaterów wpływają na decyzję przyszłych, a cała historia przypomina układane symetrycznie i niechronologicznie puzzle. Siłę utworu stanowi połączenie efemerycznej, uciekającej definicji spójności i wielości form, fabuł, wątków. Dzięki temu arcytrudnemu mariażowi powieść nie nudzi odbiorcy nawet przez chwilę, a przyjemność oraz satysfakcja po zapoznaniu się z całością, są naprawdę trudne do przecenienia. Atlas chmur przypomina nieco subtelniejsze (co wcale nie znaczy, że lepsze) Jeśli zimową nocą podróżny Italo Calvino, choć nie jest skomponowany z tak chirurgiczną precyzją. Każdy, kto zna powieść włoskiego mistrza, musi wiedzieć, że to olbrzymi komplement.

Czy Atlas chmur to książka doskonała? Pewnie nie – gdyby ktoś chciał, mógłby przyczepić się do nieco zbyt prostej fabuły Upiornej udręki..., zbyt ckliwego zakończenia Dziennika... czy lekko irytującej retardacji z pierwszej połowy Okresów półtrwania. To wszystko jest jednak zaledwie kroplą dziegciu w prawdziwym oceanie miodu. Jeżeli zaintrygowały Was zapowiedzi, trailery czy nawet sam film, musicie zapoznać się z książką – będziecie wniebowzięci."


Bartosz 'Zicocu' Szczyżański




"Zdziwi się mocno ten, kto zasiądzie do lektury, spodziewając się linearnej kontynuacji wydarzeń opisanych w Ogrodach Księżyca. Erikson bowiem przenosi akcję w zupełnie nowe miejsce – na kontynent Siedmiu Miast – i porzuca znanych już bohaterów (z nielicznymi wyjątkami) na rzecz nowowprowadzonych postaci. Zatem z ekipą Podpalaczy Mostów przyjdzie nam się na jakiś czas pożegnać, choć nie z pełnym jej składem, gdyż w drugiej części cyklu będziemy śledzić losy Skrzypka i Kalama, którzy w finale poprzedniego tomu postanowili (wraz z Crokusem) odprowadzić uwolnioną spod mocy Kotyliona Apsalar do jej rodzinnej wioski. Projekt ów oczywiście stanowił jeno przykrywkę właściwego planu dwójki żołnierzy, uknutego za przyzwoleniem ich dowódcy – czyli misji likwidacji cesarzowej. Aby jednak owa straceńcza przygoda miała się powieść, trzeba było dotrzeć do stolicy Imperium, a to nie było bynajmniej takie proste, tym samym wędrówka czwórki bohaterów wypełniać będzie znaczną część powieści.

Bramy… już od pierwszej strony szykują temu, kto w nie wstąpi wstrząs, gdyż otwarcie książki stanowi dramatyczną scenę, a dalej napięcie jedynie rośnie. Jednym z wyznaczników prozy Eriksona są te następujące po sobie kumulacje wydarzeń – bieg bez oddechu od jednej kluczowej sceny ku drugiej, z których każda posiada siłę rażenia godną finalnej sekwencji. Wszystkie są również dopracowane w najmniejszych szczegółach, zarówno te mające pierwszoplanowe znaczenie dla fabuły, jak i migawki poboczne, na pierwszy rzut oka stanowiące jedynie dalekie tło. Nie ma tu bowiem nawet linijki, którą można by było potraktować jako ozdobnik, mający za zadanie jedynie mnożenie stron. Każdy element skomplikowanej mozaiki, jaką jest proza Kanadyjczyka, coś oznacza, nawet jeśli w danej chwili czytelnik nie ma tego świadomości, a znaczenie konkretnych scen rozszyfrować mu przyjdzie dopiero za kilkaset stron – lub wręcz w którymś z kolejnych tomów cyklu. Jednak pomimo takiego pozornego przeładowania szybko wpada się w specyficzny, narzucony przez pisarza rytm, chłonąc każdy wers i podziwiając mistrzowski zamysł Eriksona, który skonstruował świat tak bogaty i wielowymiarowy, że próżno szukać na gruncie fantasy mu podobnych.

Świat Malazu zaludniają bohaterowie równie jak i samo uniwersum wielowymiarowi. Pisarzowi udał się nadspodziewanie dobrze ryzykowny zabieg wprowadzenia rozlicznych nowych postaci i wykreowania ich charakterystyk od zera, często na zasadzie bardziej niedopowiedzeń i mglistych aluzji, niźli klasycznych opisów. Taką właśnie metodę zastosował wobec Icariuma i Mappo – towarzyszy połączonych ze sobą wielowiekową więzią, której początki rozmyły się gdzieś w pomrokach dziejów, zostawiając w ich świadomości jeno strzępki wspomnień i obrazy fałszywie narzucone. Jedyne, co im pozostało, to przyjaźń – niezłomna i potężna, w imię której gotowi są na każde poświęcenie. Zresztą motyw przyjaźni Erikson rozgrywa w Bramach... wielokrotnie, odmalowując rozmaite jej wersje, uderzając zarówno w tony podniosłe jak i żartobliwe. Najczęściej ukazywana to klasyczne, twarde, męskie braterstwo i lojalność, łącząca żołnierzy związanych wspólnym losem. Jest to relacja szorstka na pozór, zarówno w słowach, jak i gestach, gdy łatwiej jest skląć towarzysza, niźli powiedzieć mu, jak bardzo się go ceni; więź, która sprawia, iż rozumie się druha niemalże bez słów, przewiduje o krok jego poczynania oraz chroni nawet za cenę własnego życia.

Nikt nie posiadł klucza uniwersalnego do prozy Eriksona. Można ją interpretować na wiele różnych sposobów, a nawet stwierdzić, że ilu jest wielbicieli Malazu, tyle istnieje sposobów na odczytanie wykreowanego przez Kanadyjczyka uniwersum. Wielce zatem trudnym zadaniem jest przeprowadzenie analizy każdej z jego powieści w taki sposób, by nie urazić rozlicznych fanów cyklu niewłaściwym w ich odbiorze "rozkodowaniem" książki. Moim zdaniem pisarz wymościł sobie własną niszę gatunkową a jego powieści można określić mianem "fantasy eriksonowskiej", gdyż wymykają się wszelkim próbom przypisania ich do konkretnej odmiany prozy spod znaku magii i miecza. Bramy Domu Umarłych to pierwszorzędnej jakości literatura rozrywkowa, która jednak ma aspirację do bycia czymś więcej, niźli jedynie kolejną opowieścią fantasy mocno osadzoną w kanonie. To książka, która skłania do myślenia, nie tylko o losach bohaterów czy też konkretnych rozwiązaniach fabularnych, lecz również o sprawach znacznie bardziej złożonych, zadająca pytanie o istotę człowieczeństwa, ukazująca mechanizmy sprawowania władzy, poruszająca kwestie, które można odnieść i do naszej rzeczywistości. Powieść naznaczająca czytelnika swym piętnem, którego już nigdy nie zechce się on pozbyć."


Maja 'Vanth' Białkowska




"Dzięki wynalezieniu technologii skoków międzygwiezdnych przemysł wydobywczy opanował nawet bardzo odległe zakątki kosmosu. Za pieniędzmi ruszyli także piraci. Na jednej ze stacji cichą rywalizację toczą odrażający, nie tylko fizycznie, i bezwzględny Angus oraz szarmancki, lubiany, lecz również niegrzeszący skrupułami Nick Succorso. Przez długi czas nie wchodzili sobie w drogę, lecz to zawieszenie broni kończy się, gdy Angus w tajemniczych okolicznościach zdobywa względy pięknej Morny Hyland. Konflikt jest nieunikniony.

Pierwsza powieść zaczyna się dość nietypowo – od streszczenia całej pierwszej części (druga ma natomiast bardziej typową strukturę). Streszczenie to przedstawione jest z perspektywy bywalców Baru i Motelu Mallory’ego w Sektorze Delta, którzy mają swe uprzedzenia i zdani są jedynie na domysły. Ciekawie jednak konfrontuje się tak przedstawione "powszechne mniemania" z książkową rzeczywistością. Jest tak tym bardziej, że w Skoku w konflikt narracja prowadzona jest przez Angusa i Mornę, z których perspektywy obserwujemy akcję powieści. Skok w wizję koncentruje się natomiast na postaci panny Hyland i to jej oczyma przede wszystkim śledzimy przebieg fabuły.

Wspomniany zabieg jest ciekawy z dwóch powodów. Po pierwsze, czytelnik szybko poznaje dramatis personæ oraz opinie na ich temat, co od początku utrudnia zachowanie neutralności. Po drugie, okazuje się jednak, że nawet wiedząc dość dokładnie, co się stanie, można czerpać przyjemność z odkrywania tego, w jaki sposób się to wydarzy. A także z faktu, jak mylić mogą pozory. Szybko okazuje się również, że Donaldson znów stworzył wyjątkową postać, a przedstawienie Angusa jako krwiożerczego brutala jest sporym niedomówieniem. To, co zachodzi pomiędzy nim a Morną, będzie trudne do przełknięcia dla wielu odbiorców. Bez drastycznych opisów autor prezentuje proces niemalże kompletnej degradacji jednego człowieka w wyniku działalności drugiego. Nie czyta się tego łatwo ani przyjemnie, lecz wrażenie robi niezaprzeczalne.

Stephenowi Donaldsonowi zdecydowanie dobrze powiodło się pisanie powieści science fiction. Ponownie udało mu się stworzyć postać, która zapadnie czytelnikom w pamięci na długie lata, ponieważ obcowanie z Angusem zostawia trwałe ślady. Pozostałe postaci może nie są aż tak ciekawe, lecz to, co pomiędzy nimi zachodzi wynagradza tę nierówność. Mieszane odczucia budzi jedynie fakt, że wydarzenia związane z konfliktem galaktycznym stanowią jedynie tło powieści, lecz wszystko wskazuje na to, że w następnych częściach proporcje ulegną zmianie. Ja nie mogę się doczekać."


Jakub 'Qbuś' Nowak


Unikać:




"Główny bohater powieści – Caim – to fachowiec pod każdym względem. Zawsze wykonuje zlecone zadania, a w jego słowniku nie figuruje słowo "porażka". Czytelnik poznaje go w trakcie misji – zabójca ma zlikwidować jednego z ważniejszych lordów, który podobno strasznie uciska poddanych. Owe wytłumaczenie można sobie jednak podarować, wszak dla Caima liczą się tylko zlecenie i zapłata. Wystarczyło wypuścić strzałę, aby dokonać dzieła, ale coś poszło nie tak. Pocisk minął cel, choć nie miał ku temu prawa. Kiedy sytuacja przybiera niekorzystny obrót, zabójca sięga po dwa długie noże zwane "suete" – jego ulubiony oręż. Gdy wydaje się, że bohater w końcu wpadnie w ręce wrogów, objawia się zdolność, pozostająca tajemnicą nawet dla niego samego – Caim stapia się z cieniem, rozprawia ze zdezorientowanymi adwersarzami i umyka niebezpieczeństwu.

Po lekturze pierwszego rozdziału można odnieść wrażenie, że debiutancka powieść Sprunka będzie traktowała o życiu i rozterkach płatnego zabójcy. Nic bardziej mylnego. Szybko bowiem wprowadzona zostaje druga postać: Josephine, wypisz wymaluj rozpuszczona arystokratka – myśli jedynie o balach i spotkaniach towarzyskich, a problemem spędzającym jej sen z powiek jest znalezienie przystojnego męża. Wszystko komplikuje się, gdy podstarzały ojciec, będący niegdyś liczącą się w wielkiej polityce figurą, postanawia wyprawić ją ze stolicy, argumentując, że Othir ostatnimi czasy stał się bardzo niebezpiecznym miejscem. Josey za wszelką cenę pragnie pozostać w mieście, ponieważ niebawem ma się odbyć ślub jej najlepszej przyjaciółki. W noc przed wyjazdem wchodzi do komnaty ojca i… natyka się na Caima, nachylającego się nad zwłokami jej rodzica.

Postacie są nie tylko do bólu sztampowe (szczególnie Josey) – szybko okazuje się, że ich prawdziwe tożsamości zostały przed nimi ukryte – ale również płaskie: posiadają góra dwie, trzy cechy charakteru, a ich motywacje i przekonania potrafią zmienić się o sto osiemdziesiąt stopni na przestrzeni rozdziału. Niestety fabuła również nie powala na kolana – nie dość, że jest mocno przewidywalna, to na dodatek opiera się na znanych od lat schematach. Już w połowie książki można domyślić się, jak będzie wyglądało zakończenie. Sytuację nieco ratuje szybkie tempo wydarzeń - ciągle coś się dzieje, więc nie ma zbytnio czasu na nudę. Jednak do poziomu atrakcji zapewnianych chociażby przez Abercrombiego jeszcze daleko. Jak wiele Sprunkowi brakuje do czołowych pisarzy fantasy widać także po jego stylu – pisze w bardzo prosty, by nie powiedzieć nawet prostacki sposób. Podczas obcowania z Synem Cienia przez cały czas towarzyszyło mi przekonanie, że mam do czynienia z powieścią debiutanta – w jego prozie zabrakło zarówno błysku geniuszu, jak i lekkości pióra, które charakteryzowały na przykład pierwszą powieść Scotta Lyncha.

Negatywnie na odbiór książki wpływają także liczne niezręczności językowe, o które czytelnik potyka się podczas lektury. W takiej sytuacji należy zadać sobie pytanie, czy wina leży rzeczywiście po stronie autora, czy może jednak należy nią obarczyć tłumacza? Bez znajomości oryginału trudno jednoznacznie stwierdzić, kto w tym przypadku zawinił, ale dokładniejsza redakcja oraz wyeliminowanie drobnostek, jak na przykład nieodpowiedni przyimek lub zmieniony frazeologizm, mogłoby wyjść tej pozycji na dobre."


Piotr 'Clod' Hęćka



Czytaj również

Atlas chmur – David Mitchell
Koniec cywilizacji, koniec literatury?
- recenzja
2012: Top 5 filmów
Czyli podsumowanie najlepszych filmów minionego roku według części redakcji działu Film

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.